


1816 |
1832 |
1843 |
1846 |
---|
1816 |
1832 |
1843 |
1846 |
---|
one. | two. | three. | four. |
---|
To był wyjątkowo upalny dzień. Nawet najwytrwalsi staruszkowie siedzący godzinami na gankach na bujanych, drewnianych fotelach pochowali w budynkach swe starcze, pomarszczone głowy, aby ukryć się przed palącym słońcem. Ciuchy lepiły się do ciała bardziej niż zwykle, a od upału ludziom dokuczało pragnienie. Nic dziwnego, że w Blisstown akurat dziś pojawiło się więcej przejezdnych.
Podobnie jak kilka okolicznych saloonów, zamtuz również pękał w szwach. Na każdym kroku można było spotkać rozbawionych mężczyzn, cuchnących gryzącym w nos dymem, kwaśnym potem i żytnią whiskey, prawdopodobnie najbardziej popularnym alkoholowym trunkiem w tych okolicach. Loretta starała się nie schodzić na dół, nie chcąc być zaczepianą przez podpitych, napalonych oprychów, którzy myśleli, że za pełną orłów sakwę mogą mieć każdą kobietę, na jaką wskażą brudnym paluchem. Zamiast tego zajęła się papierkowymi sprawami, choć szczerze ich nie znosiła. Jej księgowy z powodu ostatniego zasłabnięcia przebywał pod troskliwą opieką znajomej znachorki, dlatego Lotta musiała radzić sobie sama. Wszystko spadło na jej głowę i prawdę mówiąc, niezbyt się w tym odnajdywała.
Wodziła wzrokiem po pożółkłych kartkach, sprawdzając czy wszystkie liczby się zgadzają, szacując jak duży dochód przyniósł dom publiczny i czy żadna z dziewcząt nie próbuje jej oszukać. Większość z nich znała jeszcze z czasów, gdy sama była kurtyzaną, więc wiedziała czego się po nich spodziewać. Chociaż uważała, że są godne zaufania, wolała się kierować rozsądkiem. Łączenie pracy z przyjaźnią często źle się kończyło, a poza tym w przeszłości już spotkała ją kara za naiwność, wyciągnęła z tego lekcję. Ludzie potrafili przekreślać wieloletnie znajomości dla połyskujących monet, jeśli znajdowali się pod bramką. Traktowała więc wszystkich pracowników tak samo, skrupulatnie sprawdzając dokumenty z ostatnich miesięcy.
Właśnie zabierała się do sporządzania notatek, aby nic nie umknęło jej pamięci, gdy nagle jej uszu dobiegł przeraźliwy krzyk, wysoki, kobiecy i urwany, pewnie przez gwałtowne zasłonięcie ust. Lotta spłoszona hałasem potrąciła kałamarz, w efekcie czego czarny tusz rozchlapał się na posegregowane papiery. Czarnowłosa zdusiła przekleństwo i wstała od biurka zaalarmowana niepokojącym dźwiękiem. Rytmiczne pogrywanie banjo oraz mandoliny dwa piętra niżej nie ustały, więc zapewne świetnie bawiące się towarzystwo nawet nie zauważyło, że na zewnątrz działo się coś niepokojącego.
Loretta podjęła szybką decyzję, otworzyła szafę zamykaną na klucz i wyjęła z niej strzelbę. Do przepastnej kieszeni rozkloszowanej spódnicy wrzuciła paczuszkę z nabojami, po czym zamknęła szafę i pomieszczenie, a następnie szybko zeszła po schodach i opuściła lokal tylnym wyjściem. Wystarczyło przejść kilka metrów, aby zobaczyć blondynkę z mocno ufryzowanymi włosami oraz przesadzonym makijażem. Błękitne wytrzeszczone oczy wpatrywały się w leżące nieopodal ciało jej koleżanki po fachu. Ruda, piegowata młoda kobieta leżała obok ciernistych krzewów. Pomalowane na czerwono wargi miała rozchylone, jednak nie wydobywał się spomiędzy nich oddech. Mimo urodziwej twarzyczki w tym momencie wyglądała upiornie, pobladła, zakrwawiona i z podkasaną sukienką. Jej zesztywniałe kończyny były rozrzucone w dramatycznej pozie, a irytujące stadko much zebrało się nad ciałem, bzycząc przy tym.
Lotta poczuła falę mdłości, ale zacisnęła tylko mocniej palce na strzelbie. Rozejrzała się po okolicy, ale poza sparaliżowaną strachem Mary nie było w zasięgu wzroku żywej duszy. Brunetka wzięła kilka głębokich wdechów, starając się zachować zimną krew. Chwyciła ramię kurtyzany i pociągnęła ją za ramię.
— Chodź, jej już nie pomożemy, a tutaj nie jest bezpiecznie — stwierdziła.
Uspokojenie Mary po takim traumatycznym widoku nie należało do łatwych. Lotta sama nie do końca wiedziała jak podtrzymać pracownicę na duchu, ale robiła wszystko, aby blondynka choć trochę poczuła się lepiej. Po wypiciu uspokajających ziółek wystraszona prostytutka zasnęła w jednym z pokoi dla gości.
Loretta nie rozumiała motywu tej zbrodni. Dlaczego ktokolwiek zdecydował się zabić jej pracownicę, skoro ta nawet nie miała przy sobie dużej sumy pieniędzy? Czy ciążył na niej jakiś dług, którego nie mogła spłacić, a o którym nie wspomniała ani słowem? Może to sprawka jakiegoś niezadowolonego klienta lub impuls nieznajomego szaleńca? Albo zwykły wypadek, choć w to powątpiewała. Postanowiła jednak nie bawić się w detektywa, uznając, że sama ma marne szanse na rozwiązanie tej makabrycznej zagadki. Czym prędzej zgłosiła sprawę szeryfowi, a następnie wysłała chłopca na posyłki, aby wywiesił na tablicy ogłoszeniowej kuszącą ofertę zapłaty za pomoc w odkryciu okoliczności śmierci rudowłosej kurtyzany oraz ukarania jej mordercy.
Z duszą na ramieniu czekała na kogoś, kto zechce podjąć się tego intratnego, choć pewnie niełatwego zlecenia.
ktosiu, uratuj damę z opresji
Wyszedł na zewnątrz, trzymając w ręce martwego zająca pokaźnych rozmiarów. Od razu uderzyło w niego suche, gorące powietrze. Całe życie spędzone na pustyni, a on jednak preferował wieczory. Osłonił oczy od słońca i przeszedł przez plac, w stronę wylegującego się jaszczura. Ten uniósł łeb, ale nie ruszył się z miejsca. Leniwie tylko się przeciągnął, długie łapy przejechały mu ziemi, wzbudzając drobinki pyłu do lotu.
Nigdy nie nadał mu imienia. Nie nazywał wierzchowców, bo nie widział takiej potrzeby. Zbyt łatwo coś im mogło się przytrafić i trzeba było szukać kolejnego. Do jaszczura jednak się przyzwyczaił, gładził czule po łbie i czasem zwracał się per gadzino. Zwierz był wytrwały i spokojny. Jego kaprawe oczy wydawały się dziwnie znajome, jakby patrzyli na niego przestępcy z Bezkresów, wśród których dorastał. Był lojalny jak dobry pies, którego trudno przekupić, ale nie jest to niemożliwe. Dlatego Kruk karmił go mięsem zajęczym, jeśli tylko jakiegoś udało mu się upolować.
To bydle nie musiało jeść często, ale porcje miał ogromne. Czasem, jeśli znajdowali się odpowiednio daleko od miasta, a noc była dostatecznie ciemna, wpuszczał go na czyjeś pastwisko. Nigdy nie pozwalał mu zabijać więcej niż jednej krowy, a resztki wsadzał na grzbiet i zostawiał na później.
Zwierzę było nagrzane, gdy wkładał na niego siodło. Czuł temperaturę, nawet jeśli od łusek oddzielał go materiał i skóra. Sutanna przyklejała się do jego skóry, czuł jak pot zaczyna ściekać pod długimi rękawami. Nucił pod nosem piosenkę, której znajomość nie przystoi kapłanowi, ale też nikogo nie dziwiła. Jeśli chciał znaleźć się w tawernie przed zapadnięciem zmroku, musiał wyjechać odpowiednio wcześnie. Noce na pustyni były piękne, ale dziś wolał znaleźć się w towarzystwie innych ludzi, nie bezkresnych piasków.
Pani Robertson czekała na niego przed domem, z rękami splecionymi na piersi. Była starszą kobietą, która narodziła się na tej farmie, wychowała potomstwo i miała zamiar zostać pochowana na tej ziemi. Nie mogła sobie pozwalać na wizyty w kościele w każdy święty dzień, ale starała się przybywać regularnie. Poza tym, jej datki zawsze były hojne i często dawała domowy ser w podzięce za służbę. Niektórych wiernych mógł ignorować, ale pani Robertson za bardzo przykładała się do jego wygody.
Jej oblicze rozchmurzyło się nieco, ale zmarszczka między brwiami pozostawała widoczna, gdy Kruk przywiązał swojego wierzchowca do słupa. Kobieta zaprowadziła go do środka. Jej pierworodny leżał w łóżku z wysoką gorączką.
Znachorka odsunęła się, gdy wszedł do pomieszczenia. Kiwnął na nią głową. Nigdy nie ważył się wątpić w jej umiejętności, sam był często leczony przez matkę lub przypadkowych znawców, którzy zgodzili się na tak niewielką zapłatę. Tym razem jednak choroba zdawała się wykraczać poza jej zdolności, dlatego wezwali jego.
Uklęknął przy mężczyźnie i przyłożył rękę do jego czoła. Ten zdawał się nawet nie zauważać jego obecności. Kruk zmówił modlitwę, tak jak mu przykazano. Nie pamiętał wszystkich słów, więc szeptał je niewyraźnie pod nosem, gdy kobiety powtarzały. Następnie powstał, by potem wziąć ciężką rękę mężczyzny w swoje. Prosił Jedynego o łaskę, by pozwolił mężczyźnie wrócić do zdrowia. Wiara niewiele zdziałać mogła, więc błagał też boga, tym razem bezgłośnie, by dał mężczyźnie szybką śmierć.
Czasami sobie rozmawiali, on i bóg, w którego nie wierzył i któremu nie ufał. Uznawał, że mieli dobrą umowę. On zapewniał mu wiernych, a w zamian zabierał wszystkie pieniądze, których Jedyny i tak przecież nie potrzebował. Pani Robertson namówiła go na ciepły posiłek, przed którym bronił się tylko ze względu na zwyczaje. Jedli, prowadząc ciche rozmowy, gdy jej syn stękał za jego plecami. Miał ochotę go dobić, ale nie mógł sobie na to pozwolić.
Wizyta okazała się dłuższa, niż przypuszczał. Pogłaskał zwierzę po pysku, zanim na nie wsiadł. Byłoby mu żal stracić gadzinę, zwłaszcza teraz, jak przyzwyczaił się do dziwnego tempa jaszczura. Podejrzewał, że wróci w te okolice w przeciągu parunastu dni. To nie byłby pierwszy pogrzeb, który przeprowadzał. Zastanawiał się, czy pani Robertson wygoniła gdzieś młodsze potomstwo, czy po prostu kryło się po kątach i nie chciało widzieć, jak ich brat oddycha coraz słabiej z każdą chwilą.
Znów dostał jedzenie w podzięce i jakaś część jego nawet chciała skonsumować je w drodze, ale jaszczur zaraz zacząłby się wyginać i wyciągać swój długi jęzor. Kruk marzył o kuflu zimnego piwa, ale na niego musiał jeszcze chwile poczekać. Duchowny nie był ponad problemami zwykłych ludzi. Takimi problemami, jak pęcherz. Przypomniał sobie o nim, gdy przejeżdżali niedaleko ładnych krzaczków.
Zostawił zwierzę za sobą, nie przywiązane, bo nie planował znikać na długo. Nie planował również, że ktoś zareaguje na niego poprzez groźby i wyciągnięcie rewolweru. Podciągnął więc spodnie i wyszedł na spotkanie. Gdyby ubranie na to pozwoliło, schował ręce do kieszeni, a tak to musiał zadowolić się tym, że wiszą po jego bokach. Kciukiem sprawdził tylko, czy wyczuwa pod nią znajomy kształt rewolweru.
— Czy to jest dobry sposób, by witać podróżnego, który wraca z ostatniego namaszczenia? — zapytał, uśmiechając się. Uśmiech został mu jeszcze z czasów, gdy był Luką. Podobno był ładny. Nie za szeroki, by nie wyjść na nieszczery, ale ładny. — Nie znamy się jeszcze, prawda?
Problem zawsze był taki, że Ojca Kruka ludzie mogli kojarzyć, co nie oznaczało, że on kojarzy ludzi. Niektórzy przewinęli się przez kościół raz i nigdy nie wrócili. Inni spotkali go w tawernie i byli jednymi z wielu, którzy zapytali “A co ojciec robi w takim miejscu?”. Oczywiście istniała jeszcze inna grupa, której obawiał się najbardziej. Ci którzy naprawdę go znali, zanim jeszcze ukradł jaszczura, ściął włosy i zgolił brodę. Takich na szczęście spotykał rzadko i jeszcze rzadziej był zmuszony rozmawiać.
— Nazywam się Ojciec Kruk i jednak wolałbym nie skończyć z dziurą w głowie. Jeżeli słowa cię nie przekonują, to mogę co najwyżej poczęstować cię jedzeniem od pani Robertson. Może to starczy, by zaświadczyć o moich dobrych intencjach.
Jego głos pozostawał uprzejmy i łagodny. Nauczył się tak mówić, niczym do owieczek, dopiero jako Kruk. I nawet jeśli pozostawał spokojny, to gdzieś z tyłu głowy zastanawiał się, jak szybko wydobędzie broń, w razie takiej potrzeby i czy gadzina da radę dorwać mężczyznę, jeśli ten jednak postanowi strzelić. Raczej w to nie wierzył.
Adam?