Kolumna góra

Słuchy z Krainy
Aktualny rok: 1846

Na ulicach słychać szepty o wielkim wyścigu mającym ciągnąć się przez całą Krainę – za wygraną przewidywana jest gigantyczna suma pieniędzy, amnestia wszystkich przestępstw oraz zapewnienie bezpieczeństwa na okres roku. Co ambitniejsi już poszukują wierzchowców na ten morderczy wysiłek.

W Saint Thomas w niewyjaśnionych okolicznościach zniknął kolejny szeryf. Za każdą przydatną informację przewidziana jest nagroda.

Już niedługo w Jackburg: cyrk! Kobieta-guma, linoskoczkowie i najsilniejsi ludzie w całej Krainie. Przyjedzcie zobaczyć to na własne oczy.

Aktualnie poszukiwani są: Otelia Crippen
Dziękujemy za pomoc w schwytaniu Clide'a 'Smiley' Byersa. Aktualnie oczekuje na wyrok sądu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Abigail i Jules. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Abigail i Jules. Pokaż wszystkie posty

13.11.2021

Od Julesa CD. Abigail

— Ostrzegano?
— Mhm… — potwierdził miękko, zbyt zajęty dopalaniem papierosa, żeby wydać z siebie coś więcej; spojrzenia jednak od przenikliwości kobiecych ocząt nie odwrócił. Zużytego peta na czuja zgasił o dno nie wiadomo kiedy przez barmana mu podstawionej pod nos popielniczki.
— I co takiego o mnie mówili?
— Na twoim miejscu nie przejmowałbym się treścią ostrzeżenia, tylko jego istnieniem samym w sobie. — doradził uprzejmie, niczym starszy (tak pozwolił sobie przypuścić) kolega po fachu, ciepłem cudzego oddechu na poliku nieprzejęty. — Jednak ty, moja droga... — przerwał, zmarszczył brwi i przechylił głowę na bok, tak jakby przez krótką chwilę intensywnie próbując tajemnicę kryjącą się pod czupryną płomienistych fal rozwikłać. A później, wraz z tej chwili upływem, przypomniał sobie, że przecież wcale nie chciał tej tajemnicy tak szybko poznawać. — Nie wydajesz się być wcale zmartwiona. Co z kolei powinno martwić mnie. — uśmiechnął się tajemniczo, tajemniczo wzruszył ramionami. Bo czy naprawdę był zmartwiony? Raczej niekoniecznie – podobały mu się te niebezpiecznie tańczące w zieleni ogniki.. W szarej tęczówce, w ślad za całkiem zabawną w swojej prawdopodobności myślą, że trafił w końcu swój na swego, również błysnęły iskierki groźnego podekscytowania.
Przyjemne było to ciepło bladą skórę rozgrzewające, przyjemnie drobna rączka spoczywała na męskim kolanie i przyjemne były okoliczności, ale o udzielonej mu przestrodze Ilyuskha zapominać nie miał tak prędko zamiaru. Tym bardziej, że ta zdawała się być niepokojąco słuszna.
Ni stąd ni zowąd, całkiem niespodziewanie, Ilya wyprostował się w siadzie niemalże do pionu, między palcami obrócił szklaneczkę z alkoholem i obdarzył Abigail spojrzeniem szarej tęczówki nieco poważniejszym. Tutaj przecież o coś więcej niż przyjemności – bo o biznesy, brudne i ryzykowne, chodziło. Tego przecież spierdolić nie mógł.
Z odmętu jednej nietrzeźwości, prosto w ramiona drugiej, tej znacznie lepiej mu znanej, upił pokaźny łyk.
— Przy mężczyźnie twojego pokroju, nie muszę chyba niczego się obawiać, prawda?
— Nie wiem, Abigail. Poczucie bezpieczeństwa to kwestia dość osobista. — wzruszył nieznacznie ramionami, wlepiając spojrzenie w stukające o ścianki szkła kostki lodu – produkt w miejscach tak skłonnych do bezlitosnych upałów jak cały obszar Krainy, niemal bezcenny. — Czy chcesz czuć się bezpieczna przy mężczyźnie mojego pokroju? — tu przerwał na moment, wymownie uniósł brew. W końcu jednak powrócił spojrzeniem do piegowatej buziuli; uśmiechnął się szelmowsko i wtedy dopiero kontynuował: — Bo jeśli tak, to jako dumny reprezentant, cały jestem do usług. — równie szelmowsko skomentował, choć tym razem już wyraźnie się drocząc.
Kiedy dorobili się tych całych pokrojów i do którego z nich tak właściwie według swojej nowej znajomej należał – tego bardzo był ciekaw. I to właśnie, między innymi, ta wymowność uniesionej brwi komunikowała.
— Więc? Co dalej? Bohatersko ratujesz damę z opresji, stawiasz jej drinka, jak na dżentelmena przystało i… No właśnie, i.
— I zasłużenie z damą drinka wypijam. — ocenił, uśmiech typowej szelmy podtrzymał. Biznesy biznesami, zachowanie może już nie do końca profesjonalne, ale tak zupełnie na trzeźwo to on jednak mógłby nie dać rady.
Sądząc po reakcji Abigail, odpowiedź raczej nietrafna. Sądząc po słowach po reakcji następujących, odpowiedź nietrafna zdecydowanie. Czarna źrenica rozszerzyła się leciutko na wspomnienie o interesach, przywracając spojrzeniu nieco utraconego na rzecz kontynuacji niewypowiedzianej oficjalnie gry słownej, profesjonalizmu.
Jules Smith, paser i przemytnik – nie Ilyushka już i żaden Woronov cyrkowiec, odpowiedział Abigail szerokim uśmiechem. Białe ząbki błysnęły ładnie w tym właśnie uśmiechu, całkiem zresztą dla oka przyjemnym.
— No. Trzeba było od razu tak praktycznie do mnie mówić. — podsumował wesoło. Zbliżone do ust szkło, z którego haustem wypił resztę whisky, także błysnęło elegancko, zanim zostało oddane barmanowi; alkohol, zwłaszcza tak bezcennie schłodzony, nie mógł się przecież zmarnować. 
Rzekomy pan Smith raz jeszcze wybadał wszystkie kieszenie swojego czarnego płaszcza, a doszukawszy się w końcu w którejś z nich kilku pomiętych banknotów, położył na drewnianym blacie.
I nic już ich dłużej w tym wielce renomowanym saloonie na Bezkresach nie trzymało.

25.10.2021

Od Abigail CD. Julesa

Przewróciła oczkami, ale bez pretensji, wręcz przeciwnie, ze śmiałym pierwiastkiem filuterności, pozwalając, by cień uśmiechu wymsknął się na blade lico, tak ślicznie wykrzywiając jej pełne, czerwone ustka w wyraźnym rozbawieniu. Paluszki zastukały o wypukły policzek, ten przyozdobiony niewielką warstewką różowego pudru, gdy ponownie zerknęła w stronę nieznajomego mężczyzny, zaraz po tym, jak nieszczęśliwą pijaczynę zdołała odprowadzić wzrokiem aż po samo wyjście. Westchnęła cichutko, pokiwała głową. W końcu nieraz alkohol okazywał się również wrogiem samej Abigail.
— Ostrzegano? — spytała z wyraźnym zaskoczeniem, może również nutką zadowolenia. Proszę, proszę, w oczach mieszkańców Blisstown była już smutną dziwką, słodką tancereczką, niezrównoważoną pijuską i brzydką złodziejką mężów, ale żeby kiedykolwiek jej się obawiano? Żeby innych przed jej osobą ostrzegano? Tego jeszcze nie grali, podsumowała głucho. — I co takiego o mnie mówili? — Przysunęła się bliżej rudogłowego, całkowicie obróciła w jego stronę, smukłej rączce pozwalając wymsknąć się wprost na męskie kolano. Paluszki zatańczyły na materiale czarnych spodni, śmiało zaczepiając osobę, jak zdążyła się właśnie dowiedzieć, Julesa. W zielonej tęczówce błysnęły iskierki groźnego podekscytowania. — Miło mi — wyszeptała do bladego uszka, dopiero po chwili wracając na swoje miejsce. Czuła na swej sylwecie nieprzychylny wzrok barmana, lecz jego własna, niewypowiedziana opinia zupełnie ją nie interesowała. Robiła zwyczajnie to, co szło jej najlepiej.
Zaróżowione paluszki oplotły zimno szklanki, szybko kolejną porcję trunku podnosząc do kobiecych ustek. Wciąż była za trzeźwa na całe to zamieszania.
— Oczywiście, że bym poradziła. Po prostu… nie chciałam wprowadzać niepotrzebnego zamieszania — usprawiedliwiła się szybciutko, półżartem, wciąż się z mężczyzną przepychając w tej ich słownej, nigdy ustalonej, gierce. Kostki lodu zastukały o ścianki naczynia, Abigail ściągnęła rude brewki. Jakim sposobem saloon na Bezkresach pozwolił sobie na coś tak w tych stronach abstrakcyjnego, jak lód? — Ale dziękuję. Przy mężczyźnie twojego pokroju, nie muszę się chyba niczego obawiać, prawda?
Mimo iż o mężczyznach jego pokroju, opinii najlepszej nie miała. Nie, kiedy już nieraz gościła takich w swym pokoju, kiedy nieraz przychodzili na jej występy, raz zachwycając się nią samą, raz swą własną ignorancją oraz czystą bezczelnością, gdy tak pyszni i pewni siebie, pozwalali sobie sięgnąć tam, gdzie nigdy nie powinni, musnąć ramię, pociągnąć za włosy, twarz siłą przycisnąć do materaca. Tak wiele razy płakała z ich powodu. Z powodu tych, równie podłych, co jej własny, najdroższy Perkins, którego całym swym jestestwem, ogromnie nienawidziła. I mogła dalej się okłamywać, że tym razem będzie inaczej, że nikt jej nie zagrozi. Każdy mężczyzna w tej przeklętej krainie był jednak tak samo, niezwykle zniszczony.
— Więc? Co dalej? — odezwała się po chwili, opierając odkryte łokcie o wystrzępioną powierzchnię drewnianego blatu. Kobiecy podbródek wylądował na wierzchu otwartej dłoni, prawa stópka kiwała się w rytm tylko sobie znanej piosenki. — Bohatersko ratujesz damę z opresji, stawiasz jej drinka, jak na dżentelmena przystało i… No właśnie, i.
Pozwoliła sobie na chwilę przerwy, westchnęła.
— Cieszę się, że mogliśmy się spotkać — zielone ślepka raz jeszcze zerknęły w stronę pozostałych klientów saloonu — w tak niezwykle renomowanym miejscu, ale chyba czas na nas, nie uważasz? O całej reszcie powinniśmy porozmawiać w nieco ustronniejszym miejscu. — Chyżo podniosła się z miejsca, poprawiła materiał prostej, błękitnej sukienki, po czym zbliżyła się niespodziewanie do Julesa, przysuwając swą twarzyczkę do tej jego, wygodnie układając blade rączki na męskich, smukłych ramionach. Uśmiechnęła się frywolnie, wciąż jednak z wymaganą od damy gracją. — Tylko ty i ja.

Od Julesa CD. Abigail

Pijaczyna łupnął agresywnie o niepewny blat baru, odchrząknął głośno, zebrał się do riposty i w końcu wybełkotał coś niewyraźnie pod nosem – Jules nie do końca usłyszał co, ale prawie był pewien, że coś skrajnie niepochlebnego na temat jego matki – ale zanim zdążył otępiałe pod wpływem alkoholu cielsko unieść z krzesła, sprowokowany do bójki wystarczająco, został przez barmana skutecznie uspokojony.
— No masz, łatwo poszło. — zdziwił się nieco Ilyushka, odprowadzając mężczyznę spojrzeniem niby to bezradnym. I wzruszył ramionami. Również niby to bezradnie, może odrobinę niewinnie. Sięgnął do kieszeni płaszcza, wyjął srebrną papierośnicę, a z papierośnicy fajkę, coby od razu wsunąć ją do ust; tych samych, które zaraz mimowolnie wykrzywiły się w czymś pomiędzy rozbawionym uśmiechem a współczującym grymasem, kiedy nieszczęsne pijaczysko potknęło się o niewinne krzesło w drodze do wyjścia. — Rękę dałbym sobie uciąć, że jest tu zadłużony co najmniej na równowartość tego przybytku. Rację mam? — wrócił spojrzeniem do barmana, zahaczyć jednak szarym okiem o porcelanową twarzyczkę nie zapominając, po czym pozwolił rudej brwi swobodnie powędrować do góry. Niby wielce zaciekawiony. Cóż, powiedzmy, że całkiem nawet autentycznie: właśnie się o jego dłoń rozchodziło, a to już wcale żarty nie były, chociaż nie bez powodu wybrał właśnie rękę, zamiast nogi na przykład. Bo jakby bez nogi na linie przeszedł? Byłoby ciężko.
Ale odpowiedzi się nie doczekał. Prędzej czegoś na wzór ostrzeżenia, jeszcze dalekiego temu ostatecznemu, które otrzymał jegomość przed momentem, ale wystarczająco sugestywnie komunikującego, że rezerwa cierpliwości dla niestałych klientów jest bardzo cienka; a dla jednookich obcokrajowców może nawet ledwo widoczna. Pech chciał, że Jules Smith był i jednym, i drugim.
— Ach, tajne przez poufne. Rozumiem. — pokiwał głową porozumiewawczo i uśmiechnął się zawadiacko, bo wedle ilyushkowego rozumowania brak odpowiedzi to prawie jak potwierdzenie, tylko jeszcze bardziej wymowne. Spokojnie mógł się nawet i o nogę zakładać.
Oparł się łokciem o blat i dopiero wtedy raz jeszcze zwrócił twarz w kierunku swojej przepięknej znajomej, tym razem jednak poświęcając jej osóbce całą swoją uwagę, uznawszy, że pora w końcu ku temu najwyższa. Odrobinka obojętności za odrobinkę obojętności, którą na wstępie go poczęstowała – wszystko w granicach odpowiedniego wyczucia. I tyle było z jego zainteresowania bezimiennym barmanem. Tak jakby zupełnie zniknął, rozpłynął się gdzieś i zgubił.
— Przepięknej znajomej? Z tego, co mi wiadomo, to jeszcze się nie znamy. A przynajmniej ja nie za bardzo cię, mój drogi, kojarzę.
Iskierka zainteresowania zatańczyła w szarej tęczówce, blade ustka w reakcji na jakże oryginalne powitanie wygięły się w filuternym uśmiechu, płomienista brewka raz jeszcze powędrowała do góry. Ilya, przypomniawszy sobie niespodziewanie o papierosie wciąż luźno zwisającym pomiędzy wargami, wybadał niepewnie kieszenie – wszystkie po kolei, wzdłuż i wszerz – czarnego, długiego płaszcza w poszukiwaniu zapalniczki albo pudełeczka z zapałkami chociażby. I znalazł, na swoje szczęście zresztą, bo nie po drodze było mu już prosić o ogień barmana; w końcu tego już od przeszło kilku sekund tak jakby w jules'owym rozumowaniu tam wcale nie było.
— Ale tak, zrozumiałam aluzję. Abigail. Mów mi, Abigail.
— Hmm... Dziwne macie tutaj sposoby na wyrażanie wdzięczności. W moich stronach wystarczyłoby króciutkie dziękuję. — mruknął, nieznacznie przechylając głowę na bok. Przerwał na moment, odpalił fajkę i zaciągnął się zaraz coby nie zgasła; zapalniczkę w dłoni zostawił, po czym kilkakrotnie obrócił ją między palcami, niby w głębokim zamyśleniu. W kategoriach własnych reakcji i odpowiedzi, Woronov zdecydowanie najbardziej przepadał za tymi na niby, od siedmiu boleści aktorzyna. — Ale tak, zrozumiałem aluzję. Poradziłabyś sobie sama. W każdym razie... — zgrabnie odbił piłeczkę, zaciągnął się raz jeszcze i wypuścił dym w innym kierunku, bo na damę raczej nie wypadało. — Przyjemność po mojej stronie, Abigail. Dobrze w końcu móc osobiście poznać tę, na której temat tak wiele razy mnie ostrzegano. — w wolną dłoń pochwycił szklankę whisky i zawiesił w powietrzu gwoli bezdźwięcznego na zdrowie — Jules Smith.
Wnikliwe spojrzenie szarej tęczówki raz jeszcze wylądowało na drobnej sylwetce rudowłosej kobiety.

4.10.2021

Od Abigail CD. Julesa

Bierze głęboki wdech, młode płucka napełniając gorącem północnego powietrza. Powietrza, parzącego teraz gładziutkie opuszki palców, parzącego czerwone wargi, rozgrzane już do reszty i parzącego twarze wszystkich obecnych, opalone buziule oblewając słonym potem. Na kobiecą, porcelanową skórę nie padła jednak choćby kropelka, lico rudowłosej piękności z Blisstown utrzymując w stanie nienaruszonym, gdy ostrożnie błądziła wzrokiem bladych tęczówek, tnąc przechodzące obok sylwety, wyłapując obce i nie zawsze tak łagodne, jak i skłonne do współpracy, spojrzenia. Westchnęła cichutko, cień niezadowolenia zagościł w zielonych oczętach. Wszystko to we względnej ciszy i spokoju, gdy popijała z wolna żytnią whisky, oczekując nadejścia nieznajomego wspólnika, jak i głucho zbywając słowa stojącego po jej prawicy jegomościa, wyraźnie już zapitego i ledwo przytomnego. A w znoszeniu tych wszystkich, pustych słów, nie pomagały już nawet skoczne dźwięki pianoli.
Perkins nigdy nie lubił dzielić się swoimi tajemnicami. Ukrywanymi przed światem przedsięwzięciami, interesami, równie brudnymi i szelmowskimi co on sam, co prześmierdłe ulice Blisstown, po których tak pewnie się prowadził, wierząc, że na przeszkodzie nie stanie mu nikt, kogo nie mógłby się pozbyć jednym, celnym strzałem w tył głowy. I o tych nieszczególnie wiedziała ona sama, domyślając się jedynie, że i sprawnie uciekają przed jej wzrokiem, nie pozwalając się znaleźć, wychwycić, choćby dostrzec kątem oka.
Przynajmniej dopóki sam Thomas nie zażądał od niej pomocy, posyłając niczego nieświadomą kobietę na północne ziemie Krainy, by sama przypilnowała dostawy nieznanej, acz tak cennej dla niego, przesyłki. Ufam wyłącznie tobie. W te słowa miała nigdy nie uwierzyć. Mimo to, w cokolwiek została ślepo wrzucona, całe to zamieszanie mogło dać jej kolejny, dobry powód do zwykłej, kierowanej w stronę Perkinsa, nienawiści.
Obecność nowoprzybyłego bucha przy jej boku, jakby kobietę o nadejściu cudzoziemca ostrzegając, bijąc w wątłe mięśnie, które napinają się w chwilę, gotowe do starcia, gotowe do ucieczki. Oliwkowe oczęta spotykają się z szarym okiem, bo jednym, mierzą jego szeroki uśmiech, ładne, równe ząbki, które ukazywał z wyraźną w spojrzeniu filuterią, nieco krzywy, aczkolwiek wciąż smukły nosek i równie krasne włosy, co jej własne. Również go zbyła jednak ciszą, nie wysilając się choćby na drobny, zapraszający uśmieszek, poza granicami Blisstown zarezerwowany tylko i wyłącznie dla niej samej. Przynajmniej dopóki ten nie postanowił się odezwać.
Znajdujący się naprzeciw pijaczyna łupie pięścią w bar, wyraźnie swe niezadowolenie słowami rudogłowego ukazując, lecz spojrzenie barmana, ostrzegające raz ostatni, zrobiło swoje. Starszy waćpan oddala się na drugi koniec pomieszczenia, zabierając z krzesła swoje rzeczy, by zaraz skierować się w stronę wyjścia, krokiem dość powolnym i nie do końca już pewnym, a spomiędzy czerwonych, pełnych ustek ulatuje ciche westchnięcie. Jeden problem z głowy.
— Przepięknej znajomej? — Słodki głosik Abigail rozpływa się w ich najbliższym otoczeniu, przyjemnie muskając uszka jej nowego towarzysza. Pokręciła głową. — Z tego, co mi wiadomo, to jeszcze się nie znamy. A przynajmniej ja nie za bardzo cię, mój drogi, kojarzę. — Okrągłe ślepka lądują na dłoni barmana, obejmującej właśnie szyjkę szklanej butelki, która na powrót wypełnia już pustą jej szklankę. — Ale tak, zrozumiałam aluzję. Abigail. Mów mi, Abigail.
Przeszywające spojrzenie zielonych tęczówek raz jeszcze ląduje na sylwecie rudowłosego mężczyzny.

28.09.2021

Od Julesa do Abigail

Wypatruj w tłumie burzy płomienistych loków. Tych ocząt intensywnie oliwkowych, które zaintrygowane twoją osobą rzucają ci spod długich rzęs niby to niewinne spojrzenie, nie da się nie zauważyć. O tym uśmiechu, co tak magnetycznie przyciąga twoją uwagę, ciężko ci będzie zapomnieć. To ciało tak idealne, tak kształtne i kobiece, nocami będzie ci sen z powiek spędzało, a głosik słodki wracał do ciebie będzie ciągle i wciąż, dopóki nie ulegniesz i nie zatracisz się w zapomnieniu. Ale nie pozwól się jej zwieść, Ilya; nie ulegnij jej urokom, jeśli ci życie miłe. Już ona dobrze będzie wiedziała, co z tobą robi. A za nią niebezpieczni ludzie stoją, którzy – czekając tylko na twoją pomyłkę – wystawiają kły, gotowi na żer.

✦✦✦

Wysoki, rudowłosy mężczyzna przekroczył ruchome drzwiczki powieszone na przyrdzewiałych zawiasach i wszedł do zaludnionego saloonu, gdzie na samym wstępie powitało go kilka zaciekawionych spojrzeń, których właściciele zastanawiali się, cóż to za jednooki pirat w ich szeregach zawitał; głodni rozróby i rozrywki, głodni zbawienia od ich jakże nudnego życia, którego Ilyushka zaoferować im nie miał zamiaru. W uszy uderzyły radosne dźwięki pianoli, w klawisze której z całym oddaniem uderzał siwy, pozbawiony kompletnego uzębienia staruszek, a szara tęczówka uważnie objęła całe pomieszczenie w poszukiwaniu między tłumem kobiety, na temat której słyszał tak wiele i niewiele zarazem.
I nie musiał szukać długo. Siedziała przy barze, plecami do wejścia; zmuszona rozmawiać z kimś kto – tak Woronov podejrzewał – ani wtajemniczony ani nawet zaproszony nie był. Burza płomienistych loków uderzyła w niego tak mocno, że rozszerzyła się źrenica w szarej tęczówce. Oto ujrzał tą, na temat której słowa tak bardzo zapisały się w jego pamięci, że powtarzane w głowie wciąż i wciąż niemalże wypaliły w niej dziurę; tą, przed którą ostrzegano go zawzięcie. Tą, z którą w ciągu następnych kilku dni miał odbyć podróż w nieznane. Nie wiedział o niej nic, poza tym, co powiedział mu Connor, nawet jak miała na imię i nie mógł mieć pewności, że ona cokolwiek wie o nim. Ale nawet taka ilość niewiadomych była dla niego stanowczo niewystarczająca, żeby zacząć się czegokolwiek obawiać. Zadowolony – bo to on pierwszy ujrzał ją, nie na odwrót – ruszył przed siebie.
Podążył w kierunku baru krokiem płynnym i niegroźnym, a jednak w swojej miękkości pewnym i odważnym, zupełnie jakby bywał w tym miejscu wcześniej co najmniej razy kilkanaście, a galonów chłodnego piwa wychlał już setki, co przecież nie do końca było prawdą i każdy stały bywalec tego przybytku potrafił dostrzec to na pierwszy rzut oka – ci właśnie nie przyglądali się jawnie zaciekawieni jak niektórzy, a obserwowali ukradkiem z nutką podejrzliwości w spojrzeniach. Obcy to, nie jeden z nas. Trzeba go mieć na oku, coby problemów nie narobił – myśleli. I słusznie myśleli. Bowiem Ilyushka faktycznie pochodzi z terenów Krainie odległych, a w ślad za nim, ciągnąc się przez pola zielone i stepy podłużne, przez pustynie i miasta, kłopoty podążają.
Przysiadł się obok, bez pytania i jakichkolwiek grzeczności chociażby, z góry zakładając, że wolne krzesło było zarezerwowane tylko i wyłącznie dla niego. I wtedy zobaczył ją w pełnej swojej okazałości, a ciarki przyjemnie przeszły przez całe jego ciało. Duże oczęta, tak intensywnie oliwkowe, spotkały się z tymi szarymi. No, jednym okiem szarym, bo drugie zakryte było skórzaną opaską.
— Whisky z lodem. — zlecił barmanowi, skinąwszy najpierw głową w ramach powitania. — A mojej przepięknej znajomej, która widocznie nie życzy sobie, żeby jakieś natrętne oblechy wokół niej się swobodnie kręciły... — tu unosząc sceptycznie jedną brew spojrzał najpierw na niechcianego towarzysza rudowłosej, później zaś z powrotem na barmana — Proszę o uzupełnienie trunku, skoro tylko poprzednia zawartość zostanie wypita. Na mój koszt. — dokończył.
Bo jakże lepiej poznać drugiego człowieka, jeśli nie przy szklaneczce dobrego alkoholu właśnie?

henlo