Kolumna góra

Słuchy z Krainy
Aktualny rok: 1846

Na ulicach słychać szepty o wielkim wyścigu mającym ciągnąć się przez całą Krainę – za wygraną przewidywana jest gigantyczna suma pieniędzy, amnestia wszystkich przestępstw oraz zapewnienie bezpieczeństwa na okres roku. Co ambitniejsi już poszukują wierzchowców na ten morderczy wysiłek.

W Saint Thomas w niewyjaśnionych okolicznościach zniknął kolejny szeryf. Za każdą przydatną informację przewidziana jest nagroda.

Już niedługo w Jackburg: cyrk! Kobieta-guma, linoskoczkowie i najsilniejsi ludzie w całej Krainie. Przyjedzcie zobaczyć to na własne oczy.

Aktualnie poszukiwani są: Otelia Crippen
Dziękujemy za pomoc w schwytaniu Clide'a 'Smiley' Byersa. Aktualnie oczekuje na wyrok sądu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Orion. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Orion. Pokaż wszystkie posty

30.01.2022

Od Oriona cd. Stanleya

Czarne sukno zafalowało nad jednym ze stopni. Popłynęło przez powietrze, wypłynęło w przestworza za stopą, która nagle zapadła się, poszukując ratunku i pomocy w drewnie znajdującym się gdzieś w otchłani. Podeszwa je znalazła, znalazła w końcu i pięta. Ciało elfa uniosło się przez moment, lekko skoczyło w przestrzeń, by zaraz spaść niżej. Suknia, w którą był owinięty, podążyła za ciałem, ale trochę wolniej, nie mogąc nadążyć za gładkim i wyćwiczonym do perfekcji ruchem.
Bo przecież po tych schodach schodził już tysiące razy. Tysiące razy, a może i miliony, a może i miliardy, bo nawet jeżeli za krótko żył i za krótko, choć zarazem wystarczająco długo, tu przebywał, to przecież po tym jednym miały nastąpić i kolejne, następne, dokładnie takie same i identyczne. Sztywne w swej jednolitości i gładkie w przećwiczonym do perfekcji ruchu. Przypominające ten żałoby pochód, bo czerń żałobną była barwą, tak wyróżniającą się wśród jaskrawych barw zamtuzowych sukien i falbanek.
Smukła, za smukła na tak smutną personę dłoń lekko przejechała po drewnianej barierce, na którą narzekali wszyscy, bo nie zabezpieczono jej odpowiednio i wydawała się być jedyną szramą na reputacji cudownego, perfekcyjnego burdelu Loretty Randall, pozostawiając w zbyt ciekawskich dłoniach drzazgi, a za drzazgami brzydkie szramy, które goiły się szybko, ale pozostawiały po sobie ślad, ropę i wspomnienie irytującego bólu. Orion zgrabnie ominął palcami niewyszlifowane dostatecznie miejsce.
Nie raz i nie dwa się na nim zaciął.
Uśmiechnął się zza swego żałobnego welonu ładnie, bo i ładny uśmiech wbito mu już do głowy. Na szczęście, gdy proces wbicia się odbywał, nikt nie pozbawił go zębów. Wtedy nie byłby taki ładny. Bransolety błysnęły w zamtuzowym świetle, zjeżdżając wzdłuż dłoni, gdy te nadal zjeżdżały wzdłuż drewnianej barierki. Łasił się niby rasowy kot, choć w samym Blisstown więcej poturbowanych przez życie, wychudzonych kociąt o jątrzących się w ciele i umyśle ranach, niźli pięknych kotek o błyszczącym futrze i skrzącym się spojrzeniu.
Orion nie zauważył ani jednego szczegółu na twarzy rosłego mężczyzny. Rozmyta plama.
Rozmyte plamy nie krzywdzą tak mocno, wspomnienie bólu zadanego przez rozmytą plamę nie jest tak intensywne. Wydaje się miałkie i nie warte ani jednej łzy. W tym konkretnym momencie obiecuje sobie, że gdy to wszystko się skończy, nie będzie płakać, bo nigdy nie uważał się za osobę nadto emocjonalną, rozczulającą się nad byle kim i byle czym.
Nie odezwał się ani jednym słowem, oczekując polecenia. Wskazania palcem, gdzie ma stanąć i jak ma to zrobić. Nie miał tutaj w końcu nic do gadania, nie za gadanie mu w końcu płacili.
I tylko opuszkiem zastukał w spiczaste ucho, przejechał po nim, jak po tej drewnianej barierce, podkreślając to, czego prawdopodobnie pragnął mężczyzna.

20.11.2021

Od Oriona cd. Stanleya

Blisstown, jak zawsze, bowiem nic w tej kwestii nigdy miało się nie zmienić, śmierdziało. I choć ktoś prawdopodobnie zaraz rzuciłby, że przecież i do każdego smrodu, najgorszego sztynku idzie się przyzwyczaić, tak elf po prostu zaśmiałby się prosto w cudzą twarz – do tego bowiem po prostu nie szło nawyknąć, tym bardziej, gdy dzień gorący i upalny, a powietrze uwięzione było w ciasnych uliczkach miasta, usilnie i bezskutecznie próbując się z nich wydostać.
Tak jak i uwięziony był Orion. Przykuty niewidzialnymi łańcuchami do tego przebrzydłego miejsca, które znienawidził, odkąd po raz pierwszy postawił tu swoją stopę. Odkąd przetarta podeszwa – czy w ogóle miał wtedy na sobie jakiekolwiek buty – poślizgnęła się na obślizgłej kostce, odkąd zahaczył jego czubkiem – a może po prostu palcami – o jakąś dziurę, by następnie polecieć prosto na swoją twarz i o mało co nie złamać sobie nosa. Buźkę obił na pewno. A może obił mu ją ktoś.
Nie pamiętał, bo dzień za dniem rozmywał się w jednorodną masę, w której nie sposób było wyłapać jakichkolwiek różnic, zmian. Wszystko wydawało się nieszczęsną rutyną, poznawane twarze wcale nie wyróżniały się na tle tych pozostałych. I jedynie w monotonności błysków gwiazd ta stałość wydawała mu się ciepłą. Przyjemną. Dobrą. Ale jakże dostrzec gwiazdy, gdy te przysłania łuna wstrętnego Blisstown, do którego miał być już przykutym do końca swojego, miał nadzieję, że krótkiego, życia.
Czasami kaszlnął. Czasami pociemniało mu przed oczami. Zabrakło dechu w piersi.
Ale oni to lubili. Bestie będące w gotowości, by pożreć go w całości – mięsień po mięśniu, ścięgno po ścięgnie. Wyssać szpik z kości. Wyssać duszę, tak, by nawet pośmiertna niematerialność nie była mu pisana. W końcu na nią i tak nie zasługiwał.
Materac łóżka skrzypnął znajomo, a elf westchnął ciężko. Odkaszlnął przy okazji, w chusteczkę, na której, dzięki – a może jednak nie – Jedynemu, krwi nie odnalazł. Ściągnął brwi, prędko upychając ją pod materac. Przez głowę przebiegła myśl o tych wszystkich chusteczkach, które mógłby tam odnaleźć.
Przyozdobione srebrem uszy zastrzygły, drzwi skrzypnęły.
— Orion, chcą ciebie na dole — oświadczyła stojąca w progu dziewczyna. Młoda, piękna. Jeszcze nie przeżuta, ale przecież to kwestia czasu, jak ze wszystkimi. 
 — Mnie? — Podniósł brew, podnosząc się z łóżka. Prawie że przejrzysta suknia, którą dzisiaj sobie wybrał, zafalowała wraz z ruchem ciała – przypominała raczej mgłę, niźli jakikolwiek materiał. Była droga, jeżeli dobrze pamiętał, ktoś mu ją podarował. Ktoś bardzo bogaty. — Nowy? 
— Prawdopodobnie. — Dziewczę wzruszyło ramionami. 
Elf pokręcił głową, zerknął przez ramię na niedomknięte okno. Przeklnął pod nosem, stwierdzając, że w tym wstrętnym miejscu nie idzie nawet porządnie pokoju wywietrzyć. 
Drzwi trzasnęły za nim krótką chwilę później.

20.10.2021

Od Oriona CD. Abigail

— Cieszę się, że tu jesteś. Nie chciałam tego wieczora spędzać sama.
Uśmiecha się, ale wyjątkowo z jej znajomą, przeznaczoną jedynie dla rudowłosej panienki czułością – czarny welon zasłaniający twarz opada, przewiesza go sobie przez ramię w niedbałym, troszkę zmęczonym geście. Spiczaste uszy wyłaniają się zza prostych włosów, poruszają się lekko i rumienią pod wpływem ciepła i duchoty panujących z godnością, zasiadających na złotym tronie w tym drobnym pokoiku. Wzdycha, pokój omiata znudzonym spojrzeniem i choć szczegółów dostrzec po prostu nie może, tak nadal poszukuje punktów zaczepienia. Przerzuconych przez jakąś poręcz, zmęczonych życiem kabaretek. Piór na podłodze, które wypadły z szala. Połyskującej, na pewno ładnej – z daleka ocenić tego nie może – biżuterii. Zagląda w lustro, nie patrzy na Abigail, ale tylko przez chwilę, bowiem ostatecznie to ona jest gwiazdą tego wieczoru; chce upewnić się, czy jeszcze tu stoi, czy nie stał się jednością z duchotą, czy nie rozpłynął się i nie został jedynie nocną marą nawiedzającą biedną tancerkę po męczącym koncercie; nie widzi szczegółów, ciemna sylwetka jednak nadal znajduje się za plecami kobietki.
Kto wie, może ta postać to jednak jedynie pozostałości po Orionie, chłodnym elfie teraz poruszającym się po Krainie pod postacią widma, zagubionej za życia prostytutce tęskniącej za gwiazdami oraz konstelacjami, których nigdy nie było dane jej nawet musnąć palcem. Wydawało się, że dzielącym te dwa stany bytowania szczegółem była jedynie materialność, chłodna skóra okalająca nadal oddychające i poruszające się ciało, ból wypełniający pustkę czająca się gdzieś w głębi duszy. Duch a żyjący człowiek wcale tak daleko od siebie nie stali, jak się okazało. 
Czy widma odczuwały pustkę? Ból? Czy samotność oraz niematerialność tak bardzo im wadziła? A może wręcz przeciwnie, może traktowały te kilka cech charakterystycznych ich nieżywotowi czy pozażywotowi niczym starych kompanów, druhów, do których, pomimo ich przywar, zdążyły się przyzwyczaić i żyły z nimi w istnej symbiozie?
Orion wzdycha, miękko podchodzi do kobiety. Chude, bo już dawno nie szczupłe, dłonie opierają się na jej bokach, opuszki poszukują na oślep pięknej wstążeczki, gdy zamglone oczęta cały czas spoglądają poprzez lustro w tak wyjątkowo zdrową, jak na warunki tego przebrzydłego miasta, twarz. W nozdrzach czai się znajomy zapach bzu, który nie miałby szansy urosnąć w Blisstown, prawdopodobnie będąc zgniecionym przez buty o grubych podeszwach należące do równie gruboskórych ludzi. 
— Pomogę, zawsze pomogę — szepcze, w przymglonych oczętach coś błyska. Jakieś ciepło kontrastujące z ciemnym, wręcz pogrzebowym ubiorem. Z ogólnym, bezemocjonalnym grymasem malującym się na licu. — Jak dzisiaj poszło? Nikt się nie narzucał? — pyta, choć oboje wiedzą, że pytania to są niezwykle marne.
Bo mężczyźni w Blisstown przecież zawsze się narzucają. Bo w Blisstown nigdy nie idzie dobrze.

18.09.2021

Od Oriona CD. Ojca Kruka

Kąt przymglonego, elfiego oka posunął się ku siedzącemu teraz przy nim mężczyźnie odzianym w sutannę, chcąc wyłapać jak najwięcej szczegółów. Póki ten był blisko, na odległość ledwie co wyciągniętej dłoni.
Orion uśmiechnął się delikatnie, orientując się, że obaj przybierali się w bezpieczną czerń, choć gdy elf robił to ze swojego w miarę wolnego wyboru, tak ksiądz prawdopodobnie wdziewał barwę tę z czysto zawodowych pobudek.
Bawiło go niezwykle, jak odmienna była to czerń – niosła bowiem za sobą dwa różne symbole. Gdy religia przymuszała do pewnej elegancji i jak najbardziej wyszukanego minimalizmu całkowicie pozbawionego natrętnych, błyszczących ozdóbek mających zdobić ciało, tak ciemność, którą przywdziewał elf, była jego cieniem i spokojną ostoją, którą mógł przyozdabiać srebrem, jak tylko mu się to podobało. Domem, w którym odnalazł udawane bezpieczeństwo.
Westchnął w końcu cicho, pochylając się odrobinę w stronę Ojca. Łańcuszki na uszach zadrżały, ciemne loki przysłoniły szczupłą twarz, ukrywając ją skrzętnie. I dobrze, bo ciężko mówiło się o swoich grzechach, gdy ktoś mógł podziwiać twe pomarszczone czoło, twój nos, twe drżące w stresie i patetyzmie całej sytuacji wargi.
Rozchylił usta, nim jednak się odezwał, w przymglonym oku coś błysnęło, a czoło się zmarszczyło w zagwozdce.
Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto kiedykolwiek słyszał, by prostytutka zwierzała się duchownemu ze swojej nieczystości. Orion w swych myślach schyla się więc ku skałkom leżącym na żwirze.
— Ostatni raz u spowiedzi byłem — zawahał się, czoło, dopiero co rozluźnione, zmarszczyło się ponownie. Orion prychnął, powracając do zwyczajowej i niby wpisanej w odgrywaną postać dumy — kiedyś. — Doskonale pamiętał, kiedy to tajemnicze kiedyś było. Wolał jednak konkretną datą nie chwalić, stwierdziwszy, że ta prawdopodobnie przyczyniłaby się jedynie do ewentualnego zawału biednego kapłana. — Pokuty zadanej prawdopodobnie nie wypełniłem, albo zapomniałem, albo zignorowałem, stwierdziwszy, że była pokutą nieodpowiednią. To prawdopodobnie pierwszy z grzechów, którego chciałbym pozbyć się z duszy. — Poprzednio zadana pokuta nadal czaiła się gdzieś w jego umyśle, ujawniając się raz na jakiś czas, wypełzając z piachu niby nocne stworzenia pustyni, mogące w końcu odetchnąć świeżym powietrzem bez natrętnego upału płynącego prosto z nieba. Nigdy nie miał zamiaru jej wykonać. — Kłamałem, kłamstwa jednak wypowiadane były w dobrej wierze lub dla obrony własnej. Byłem lekkomyślnym, nierozważnym i zbyt beztroskim. — Elf odchrząknął, zerknął niepewnie na nadal słuchającego go Ojca. — Nie szanowałem swego ciała, byłem nieczysty i nieprzyzwoity.
Orion rzuca kamieniem w myślach, prosto w sylwetkę odzianą w czerń. Skała uderza ją w głowę, a ta pada na ziemię. Zza czarnego welonu widać spiczaste ucho.
Zdecydowanie wolałby rozmawiać sam na sam z Jedynym. Przynajmniej oszczędziłoby mu to tego obrzydliwego poczucia wstydu, teraz prześlizgującego się wzdłuż kręgosłupa.
Nie lubił się wstydzić, bo i nigdy nie miał czego – do czasu.
Odkaszlnął, czym prędzej uciekł wzrokiem zamglonych oczu od sylwetki księdza. Spojrzenie zawiesił na rozmazującym się, niknącym w barwach wizerunku Jedynego, starając w nim odnaleźć swoje pocieszenie.
— Więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie serdecznie żałuję. Postanawiam poprawę, jeżeli będzie taka możliwość. Proszę o naukę i pokutę, z rozgrzeszenia zrezygnuję, bo nie jest to dla mnie realny stan do utrzymania dłużej niż dzień, nie jestem również, w mej skromnej opinii, godzien owo uzyskać.
Wstrzymał oddech, w myślach modląc się o jakąkolwiek odpowiedź, nie wiedząc, czy oczekuje jej od siedzącego tuż obok Ojca czy może samego Jedynego.

14.09.2021

Od Oriona do Abigail

Materiał spódnicy faluje za ciałem, które powoli i z gracją przemyka się pod osłoną nocy pomiędzy tłumami, które zdecydowały się wyleźć na brudne ulice. W poszukiwaniu uciechy i radości zupełnie materialnych, w pragnieniu zaspokojenia żądz całkowicie podstawowych, bo tylko tymi to zepsute, znienawidzone przez elfa miasto mogło się zaopiekować. Byli jak brudne szczury lgnące do śmieci, a prostytutce się wydawało, że i gryzonie miały w sobie zdecydowanie większe pokłady jakiejkolwiek czystości.
O honorze nie wspominając, bo w Blisstown przymiot ten był już dawno zapomnianym.
Gdy wymykali się nocami z mieszkań i z domów, gdy uciekali przed swoimi żonami i dziećmi, które biedne matki dopiero co położyły do łóżeczek, nie poszukiwali przecież rozrywek dla umysłów. Nie szli do rozpadającej się, zakurzonej biblioteki i nie klękali przed wizerunkiem Jedynego, chcąc zrzucić ze swoich brudnych dusz wszystkie grzechy.
Bo woleli grzeszyć w tym grzesznym mieście. Smakować się w materialności
I ostatecznie przykryty pod czarnym welonem elf nigdy im się nie dziwił, samemu stojąc nad hedonistyczną przepaścią od dobrych kilku lat. Och, jak łatwo byłoby wspiąć się na parapet, rozłożyć dłonie i rzucić się prosto w nią, odpuścić raz na zawsze, bo przecież oświecone słońce już dawno zniknęło za horyzontem, gwiazda schowała się przed mętnym spojrzeniem, by już nigdy nie dostarczyć światła, nie ogrzać ostrych kości policzkowych, nie zatańczyć na kruczych włosach, które, odbiwszy jego promienie, zalśniłyby granatową łuną.
Orion rozkłada ręce, ale nie rzuca się prosto w przepaść, bo zamiast tego zwinnie omija pchające się wprost na niego osoby. Ktoś próbuje sprytem zdjąć srebrną bransoletę z delikatnych nadgarstków, ale elf jest szybszy i ucieka od zwinnych, ale nie zwinniejszych od tych elfich, dłoni.
Do budynku wchodzi tylnim wejściem – przed tym głównym stoi zbyt długa kolejka jak na mocno ograniczone, orionowe pokłady cierpliwości, a pracownicy poruszający się po kuluarach i garderobach przyzwyczajeni są do czarnej sylwety przykrytej ciemnymi materiałami przeszywanymi srebrną nitką. Postać przypomina prędzej cień przyozdobiony brzdękającą z każdym ruchem biżuterią i tak też ją traktują; bardzo dobrze. Gdyby brali ją za człowieka, nie potrafiłaby spojrzeć prosto w te zamglone oczy w lustrze, bo przez kończyny przemykałby wstyd i obrzydzenie.
Gdy jest się cieniem czy uosobieniem nocy, łatwiej przyzwyczaić się do czającego się gdzieś w zakamarkach duszy rozczarowania. Cienie owego nie czują.
Orion przystaje tuż przy wejściu na scenę i mruży oczy, bo do ostrego światła, które teraz oświetla wijącą się w pięknych skrętach sylwetkę, nigdy nie zdążył się przyzwyczaić. Jakikolwiek blask czy iskra rozmywają cień, pozwalają o nim zapomnieć.
Oddycha z ulgą, gdy muzyka w końcu zamiera.
— Stwierdziłam, że przydałoby się ciebie odwiedzić – szepcze do niej miękko i ciepło, niby dobre futro, na które może kiedyś ich będzie stać i którym mogłaby przykryć roznegliżowane ramiona Może ktoś, kiedyś i gdzieś przekaże im je w geście fałszywej miłości, jak to w ich zawodach bywało niezwykle często.

5.09.2021

Od Oriona do Ojca Kruka

Świątynia Jedynego była pusta i jedynie spoglądający na elfa z jednym przymrużonym okiem boski obserwator wydawał się być mu przyjazną duszą w tym już całkowicie pozbawionym, wypłukanym ze swojej pierwotnej świętości miejscu. Bo jak inaczej nazwać dawno niewyczyszczone, kilkadziesiąt lat temu może i błyskające charakterystyczną bielą płytki, zakurzone drewniane ławy w ostatnich rzędach, którym przydałoby się przeczyszczenie mokrą ścierką, ale po co, gdy nikt na nich od dawna nawet nie zasiadał. W kościele zawsze odnajdywało się miejsce i choć może ci spóźnialscy nie odnaleźliby go w pierwszym, okalającym ołtarz rzędzie, tak już w kilku następnych jak najbardziej usiedliby całkiem wygodnie. Elf zmrużył oczy, starając się dostrzec, czy któreś z na pewno drogich kamieni błyskających w świetle południowego słońca poniedziałku nie odpadło od drogocennej, iskrzącej się linii okalającej Jedynego.
Linia wydawała się być stałą i nieprzerwaną, ale elfie przekleństwo wybrzmiało ostatecznie w umyśle, bo klnąć na głos przy uważnie obserwującym obliczu Jedynego przecież nie wypadało – już od dawna wszystko przypominało czasami może i barwną plamę całkowicie pozbawioną ostrych, konkretnych pociągnięć. Zlewało się w niezbadany, bagnisty zbiornik, do którego ktoś wylał wodę po swoich przybrudzonych farbą pędzlach. Dźwięk uderzających o płytki obcasów bardzo ładnych, skórzanych butów rozszedł się po pomieszczeniu, odbił od płytek i powrócił do spiczastych uszu przyozdobionych srebrem. Czarna, uszyta z delikatnego materiału peleryna z kapturem zsunęła się z kruczych, śliskich włosów, nie mogąc podążyć za tak płynnym, zarazem zwinnym ruchem sylwetki. Kaptur opadł na plecy, a siedząca w pierwszym rzędzie staruszka w tym samym momencie uniosła swe spojrzenie i zerknęła przez ramię, dołączając do obserwujących żałobnie przybraną postać. Teraz sędziów było dwóch.
Rozszerzające się oczy, unoszące się powieki i coraz bardziej marszczące się, już i tak zmarszczone z powodu wieku, czoło idealnie podsumowały jej reakcję na widok tak niecodziennej, a przede wszystkim brudnej od grzechów postaci w świętym, czystym, ale jedynie z założenia, kościele. Elf skinął jej głową na powitanie, skinął głową i ponownie, witając się w końcu z Jedynym, bo przecież nie widzieli się od bardzo długiego czasu. Przez orionową głowę przebiegła naprędce myśl, że może bóg po prostu o swym wiernym elfie już dawno zapomniał.
Tę brzydką myśl zbyto cichym prychnięciem, a postać ponownie zerknęła na staruszkę, siadając tuż przy niej. W doświadczonym, aczkolwiek przymglonym wiekiem, nie chorobą, tak jak w elfim przypadku, spojrzeniu pojawiło się całkowicie czytelne obrzydzenie, kobieta również odsunęła się od, jak już teraz doskonale wiedziała, bo przecież nigdy nie była detektywem i nie musiała zbierać na to dowodów, prostytutki przyozdobionej jedynie w szaty bogatego.
— Wyroki Jedynego przyjmuję z pokorą — słodkie słowa opuściły równie słodkie usta, które wygięły się w naturalnie ładny uśmiech. Staruszka jednak nie przysunęła się do tajemniczej persony z powrotem.
Całkowicie zrozumiałe, bo ciągnąca się za nią nuta ciężkiego piżma praktycznie dominującego nad gdzieś tam przykrytą wanilią doskonale sugerowała, w jakim miejscu ta ładna sylwetka zazwyczaj się pojawiała, co robiła, czym się zajmowała i z kim spółkowała.
Elf po raz ostatni zlustrował pozbawionymi wyrazu oczami przerażoną staruszkę – ta miała nawet nie zostać przez niego zapamiętaną – po czym przeniósł swe spojrzenie na boskie lico, chcąc poszukać w nim ostatnich resztek swej niekończącej się nadziei. Gdzieś zagubionej, zmęczonej codziennymi potknięciami, ale nadal iskrzącej się w głębi. Już tylko Jedyny mógł ją tam dostarczyć. Zamknięto powieki i przyzwolono umysłowi rozpłynąć się w błagalnej modlitiwe.
Prostytutka nie zauważyła, a może nie chciała zajmować tym swojego umysłu; staruszka, skończywszy swe modlitewne lamenty po kilkunastu minutach, wstała, a ława skrzypnęła charakterystycznie, wszem i wobec oświadczając, że pozbawiono ją jednego z ciężarów. Zauważyła jednak, gdy po budynku ponownie rozszedł się dźwięk uderzających w posadzkę obcasów. Spiczaste ucho poruszyło się wraz z łańcuszkiem owo przyozdabiającym. Prostytutka uśmiechnęła się, uniosła powieki i choć oczy wielu szczegółów, zwłaszcza z oddali, dostrzec nie mogły, tak zauważyły zdecydowanie charakterystyczną, podłużną czarną plamę kręcącą się w okolicach ołtarza.
— Czy Ojciec nie miałby chwili, by wyrwać z grzesznego, ale oddanego wiernego kilku podłości zalężonych w jego duszy? — Odchrząknięcie. — Znaczy, potrzebuję się wyspowiadać. 

2.09.2021

Tyle rąk, tyle ust, tyle rozstań


Luthedir Frye
Orion
elf • prostytutka • 29.12.1818 •
Elf łapie za klamkę okna, a rama owego skrzypi, oznajmiając wszem i wobec kilku prostym meblom w pokoju, że zostało uchylone. Szyba jest ciut przybrudzona. Palce Oriona na niej tańczą, zbierają kurz na swe opuszki, na którego widok elf następnie zmarszczy swe czoło. Prychnie, zastanawiając się, kto pozwala, by pracował w takich warunkach – w rzeczywistości jednak nie ma nikomu za złe – strzepnie pyłek na podłogę. A następnie przejdzie do części najważniejszej swojego nocnego rytuału.
Pociąga za okno, chcąc jeszcze bardziej je rozchylić. Gwałtownie i z niespodziewaną, jak na tak subtelne ciało, siłą. Gdy nocne, chłodne powietrze tego śmierdzącego miasta uderza go w poliki, wskakuje z gracją na parapet. Opuszki pędzą przed siebie, prosto w wieczorną ciemność, chcąc posmakować sobą brudnej faktury elewacji. To nie ona jednak jest gwoździem programu. Orion unosi swe zamglone oczy i widzi, choć niewyraźnie.
Nigdzie nie uciekły, nie zniknęły i wyjątkowo nawet nie schowały się za chmurami. Nadal błyskają na głębokiej, czarnej satynie, będąc dumnymi ze swojego kształtu oraz wzorów, które wspólnie układają. Elf unosi lewą dłoń i palcem wodzi po niebie, bo w pamięci cały czas ma wyryte ich nazwy, ich linie i ścieżki, za pomocą których się łączą.
Ktoś porusza klamką, drzwi skrzypią. Orion wzdycha ciężko i zaczyna rozpinać swą i tak prześwitującą koszulę, doskonale wiedząc, że powinien był to zrobić te kilka minut temu. Zeskakuje z parapetu, zatrzaskuje za sobą okno.
— Z kim mam dzisiaj zaszczyt?
Głos jest słodki niczym szczery, złoty miód i ciągnie się pięknie, plącząc się w okolicach uszu kolejnego klienta, tak jak w umyśle elfa nadal plączą się wspomnienia o srebrnych gwiazdach.
Art na wizerunku Oriona autorstwa @za_ra_h. W tytule Wołanie Eurydyki Janusza Kofty, pod nutką znajduje się interpretacja Katarzyny Groniec. A ja standardowo – witam się z moim niebinarnym elfem, zapraszam do wąteczków. MG może grzebać w orionowych wątkach. Oriona można używać w swoich opowiadaniach po wcześniejszej konsultacji.