Kolumna góra

Słuchy z Krainy
Aktualny rok: 1846

Na ulicach słychać szepty o wielkim wyścigu mającym ciągnąć się przez całą Krainę – za wygraną przewidywana jest gigantyczna suma pieniędzy, amnestia wszystkich przestępstw oraz zapewnienie bezpieczeństwa na okres roku. Co ambitniejsi już poszukują wierzchowców na ten morderczy wysiłek.

W Saint Thomas w niewyjaśnionych okolicznościach zniknął kolejny szeryf. Za każdą przydatną informację przewidziana jest nagroda.

Już niedługo w Jackburg: cyrk! Kobieta-guma, linoskoczkowie i najsilniejsi ludzie w całej Krainie. Przyjedzcie zobaczyć to na własne oczy.

Aktualnie poszukiwani są: Otelia Crippen
Dziękujemy za pomoc w schwytaniu Clide'a 'Smiley' Byersa. Aktualnie oczekuje na wyrok sądu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dennis i Ruby. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dennis i Ruby. Pokaż wszystkie posty

4.04.2022

Od Dennis cd. Ruby

Gabinet najmłodszego weterynarza w okolicy mieścił się na tyłach niewielkiego budynku mieszkalnego. Niby wszyscy wiedzieli, gdzie się znajdował, a niewielki, lecz widoczny, szyld umiejętnie wskazywał drogę, ale zdecydowana większość osób, które miały do pana doktora Alvina Rothery’ego jakikolwiek – mniejszy lub większy – interes, pierwszym, co mówiły po wejściu do jego gabinetu, wykrzykiwały coś w stylu “Ale trudno tu do pana trafić, panie doktorze!”.
I owszem, Dennis też wymknęło się coś w tym stylu, gdy ona i Ruby McConnell przekroczyły próg.
Do weterynarza udały się dopiero dwa dni później – młodej Hoover trudno było znaleźć wcześniej jakąś wolną chwilę, nawet jeśli miała świadomość, że czas nagli, a jakakolwiek zwłoka może obrócić się przeciwko nim. Nie chciała jednak zaniedbywać chłopców, którzy wyraźnie dali jej do zrozumienia, że dawno nie spędzali ze sobą chociaż chwili, a Dennis wróciła tak późno, że już do nich nie zajrzała, żeby życzyć im dobrej nocy.
Co prawda, najstarszemu, czternastoletniemu Ernestowi było w sumie wszystko jedno, ale najmłodszy, Irwin, który niedawno skończył pięć lat, bardzo to przeżył i nie mógł siostrze tego wybaczyć.
Gdy Ruby i Dennis spotkały się przy jednej z dróg niedaleko gabinetu doktora Rothery’ego, na pierwszy rzut oka było widać, że dziewczyna minę miała co najmniej nietęgą. Widać było, że się martwiła – tym bardziej, że nadal nie powiedziała ojcu, co się dzieje w okolicy, a rozmowy przyniosły naprawdę niewielkie rezultaty, bo mimo zdobytych informacji, nadal niewiele wiedziały. Przecież tu się nic ze sobą nie łączyło!
— W czym mogę paniom pomóc? — zapytał mężczyzna, wstając z krzesła przy biurku, kiedy tylko kobiety zamknęły za sobą drzwi.
Rothery nie kojarzył z wyglądu ani Dennis, ani Ruby, chociaż faktycznie nazwisko McConnell już obiło mu się o uszy ze względu na ogromny interes, który prowadzi. Hoover natomiast niewiele mu mówiło, chociaż faktycznie ten słoneczny uśmiech trudno w tłumie przegapić. Oczywistym było jednak, że niedługo zapozna się z większością mieszkańców, bo w gruncie rzeczy weterynarz przybył do Jackburga bardzo niedawno, co pozwoliło poprzedniemu przejść na zasłużoną emeryturę.
— Zapewne słyszał pan o nagłej śmierci ogromnej ilości bydła w okolicy, prawda? — zapytała Ruby; tymczasem Dennis stała obok i wpatrywała się w mężczyznę.
Pokiwał głową. McConnell kolejny raz grała pierwsze skrzypce w rozmowie. Miała zdecydowanie większą siłę przebicia. Rothery wysłuchał jej, odpowiadał na pytanie, co i raz zerkając kątem oka na milczącą Dennis.
— Przykro mi to mówić — zaczął po chwili pełnej skupienia ciszy. — Ale wiem niewiele więcej, co panie. Oglądałem je, ale niewiele więcej jestem w stanie zrobić, dopóki ktoś z poszkodowanych nie udostępni mi zwierzęcia do sprawdzenia wnętrzności. Niestety, każda osoba, z którą rozmawiałem, uważa rozkrawanie ciała w takim stanie za niewłaściwe i kategorycznie się na to nie zgadza. A jestem pewny, że wiele by to pomogło.
Twarz Dennis wykrzywiła się w nieodgadnionym grymasie, przez który nie wybijało się nic szczególnego.
— Byłem nawet gotów zapłacić, ale bez skutku. Mam wrażenie, że okoliczna ludność nie rozumie do końca, czemu miałoby to służyć, bo nie jestem przecież rzeźnikiem, a też chyba nie ufa mi w pełni.

25.02.2022

Od Ruby cd. Dennis

— Ale coś wiemy — odparła Ruby, krzyżując ramiona na piersi. — To nie jest tak, że jeden Todd będzie miał od razu odpowiedzi na wszystkie pytania. Gdyby tak było, on sam połączyłby wątki i zaczął działać. To nie jest człowiek, który siedziałaby z założonymi rękami i czekał, aż wypadki same się rozwiążą.
Ruby zamyśliła się. Starała się zapamiętać wszystkie szczegóły z tego, co pan Tonkin im opowiedział - nie wiadomo, które z nich mogłyby pokrywać się z tym, co mówiliby inni farmerzy. Jeśli wciąż nie miały dobrej hipotezy, każdy element mógł okazać się ważny, mógł naprowadzić je na dobry trop.
— Sugerujesz, żeby pójść i spytać też innych? — odezwała się Dennis.
Ruby pokiwała głową.
— To jedyne, co nam pozostaje. Nikt nie powiedział, że to będzie łatwe do rozwiązania. Poza tym - wpadnięcie na to, jaka jest przyczyna tej „krowiej zarazy" to dopiero pierwszy krok do rozwiązania problemu. Chodźmy. Jest jeszcze wcześnie, może uda się odwiedzić jeszcze jakieś ranczo.
I tak obie kobiety ruszyły, by znaleźć odpowiedź na to, co dzieje się z krowami na ranczach wokół Jackburga.
Rozmowy przepływały. Niektórzy witali Dennis i Ruby z uśmiechem, zapraszali do środka, starali się odpowiadać jak najbardziej wyczerpująco na pytania. Dawali zajrzeć do obory, spojrzeć na wciąż żywe i zdrowe osobniki. Od nich obie kobiety dowiedziały się najwięcej, ale i na tym zeszło najwięcej czasu. Nie każdy był jednak tak samo skłonny do współpracy - niektórzy odpowiadali półsłówkami, zerkali na Dennis z mieszaniną politowania i lekceważenia, zaś na Ruby - z niepewnością, czasem z podejrzliwością lub nawet jawną wrogością. Ruby, właścicielka nieprzeliczonych stad krów, nawet nie zauważyłaby pewnie, że kilka padło. A dla zwykłego farmera te kilka krów stanowiło cały majątek - rozdźwięk między jednym i drugim sprawiał, że ludzie zamykali się w sobie, zamykali usta i umysły, nie dzieląc się swymi spostrzeżeniami.
W takim przypadku wkraczała zazwyczaj Dennis, by swoim pogodnym uśmiechem i rozbrajającą szczerością przebić się przez mur nieufności i uprzedzeń, wycisnąć te kilka kropel dodatkowych informacji od tych, którzy nie chcieli się nimi do końca dzielić.
Jednak nawet i to nie przyniosło jasnych odpowiedzi. Ruby starała się pytaniami naprowadzić farmerów na to, czy może nie zauważyli jakichś śladów obcych osób na ranczu - pani McConnell wietrzyła wciąż intencjonalne działania jakiejś zorganizowanej bandy, a brak dowodów nie do końca przekonywał ją do tego, że fenomen może mieć zupełnie losowe podłoże. Z kolei Dennis wciąż próbowała znaleźć przyczynę w naturze - a to nowa roślina na pastwisku, a to kontakt z dzikim zwierzęciem, a to może nowy weterynarz badał krowy…
— W sumie — zaczęła Ruby, gdy powoli zaczynało robić się już późno i poszukiwania trzeba było odłożyć na kolejny dzień. — Powinnyśmy jeszcze porozmawiać z weterynarzem.

15.02.2022

Od Dennis cd. Ruby

— A może po prostu się czego najadły? — zapytała Dennis mimochodem, czując, że coraz bardziej martwi się tym wszystkim. — Panie Tonkin, patrzył pan, czy na pastwisku co nowego nie wyrosło albo po drodze nie jedzą jakichś innych roślin? Bo może coś w trawie rośnie, co im szkodzi.
W gruncie rzeczy była to dość luźna myśl, nad którą dziewczyna nawet się nie zastanowiła, zanim cokolwiek powiedziała.
— Toć bym zauważył, gdyby jakie chwasty na polu urosły — odparł Tonkin. — Bo chodzę wypasać krowy w każdy dzień.
— Oczywiście, że tak — przytaknęła, kiwając gwałtownie głową. — Po prostu się zastanawiam. Strasznie się boję, żeby i do nas się nic nie przypałętało.
Mężczyzna zamilkł na chwilę. Miął w ustach końcówkę wypalonego już papierosa, zaciskał palce na płocie, na którym się opierał, i myślał intensywnie. Trudno stwierdzić o czym, ale jego skupione, utkwione w eterze oczy, zmarszczone brwi oraz przecięte głęboką zmarszczką czoło wskazywały na to, że błądzi gdzieś myślami.
Nie przeszkadzało to jednak Dennis mówić dalej, cokolwiek akurat przyszło jej do głowy, zanim w ogóle się zdążyła zorientować, że coś chciałaby jeszcze powiedzieć.
Porozmawiali ze sobą jeszcze tylko kilka chwil. Tonkin nie był już potem zbyt skory do pomocy – ciągle powtarzał to samo: a to, że zaglądał, a że padały bardzo szybko i nie wie, co się dzieje. Dennis starała się zadawać jakieś mniej lub bardziej szczegółowe pytania, ale niczego konkretnego się nie dowiedziała, a miała jedynie coraz większy mętlik w głowie. Czasami tylko patrzyła na Ruby, która w tamtym momencie stanowiła jakby źródło jej chwilowej otuchy.
— Nie chcę — mruknął mężczyzna, wyciągając z kieszeni spodni paczkę papierosów, w której znajdowały się już tylko trzy sztuki. — Nie chcę pań obrazić albo co, ale ja muszę wracać do roboty. Przez to spotkanie z szeryfem nie mogę sobie ułożyć dnia, a robi się już późno.
Dennis rozumiała go aż nazbyt dobrze. Ostatecznie przecież ona też miała wrażenie, że ma wszędzie zaległości, a jej plan dnia, który tak skrzętnie jeszcze rano układała, rozsypał się niemalże zupełnie przez te feralne wiadomości. Co prawda do zachodu słońca zostało jeszcze trochę czasu, ale wiadomo, że lepiej nie zostawiać niczego, żeby nie musieć pracować po ciemku.
— Bardzo dziękujemy panu za wszelką pomoc — mruknęła Hoover, po czym razem z Ruby wycofały się z gospodarstwa Tonkinów.
Todd szybko zniknął gdzieś między budynkami.
— I co teraz? — mruknęła Dennis, bardziej do Ruby niż do siebie, gdy już znowu zostały same. — Co powinnyśmy zrobić? Mam wrażenie, że wiem jeszcze mniej, niż wiedziałam, wiesz…

17.12.2021

Od Ruby cd. Dennis

Dennis w pewien sposób przypominała jej ją samą - w dawnych czasach. Tak dawnych, że niemal wydawało się, że w poprzednim życiu. Wtedy, gdy jej świat zamykał się wciąż w bezpiecznych granicach wyznaczonych przez solidny płot otaczający ranczo, a jeśli miało stać się coś strasznego, to przynajmniej nigdy nie była z tym sama. Zawsze miała u boku kogoś starszego, mądrzejszego, bardziej doświadczonego, kto był w stanie wyjąć z jej rąk stery, zdjąć z barków ciężar obowiązków i wyręczyć, gdy nie dawała już sobie rady.
Życie uczyniło jednak Ruby McConnell kobietą twardą i miejscami nieco zbyt apodyktyczną, choć dawniej była przecież wesołą, wiecznie roześmianą dziewczyną. Jednak tak, jak rana ciała zostawia na gładkiej skórze bliznę, która zdaje się twarda, sztywna w dotyku, tak kolejne wydarzenia i tragedie, które przyszykował dla niej los, zostawiły naturalnie miękkie serce Ruby pełnym blizn, uczyniły jej charakter twardym, miejscami wręcz oschłym. Ale dzięki temu - kobieta potrafiła zawalczyć o to, co było ważne, co się liczyło. Nie była sama, ale teraz u jej boku nie było osób silniejszych czy bardziej doświadczonych, ale ci, których musiała chronić, opiekować się nimi. Odkąd nie było już Richarda, to ona była tą osobą - silniejszą, bardziej doświadczoną, to na jej barkach spoczywała cała odpowiedzialność, to w jej dłoniach tkwiły stery wydarzeń.
Ruby zmierzwiła włosy najstarszej pociechy Tonkina, na jej twarz wypłynął ciepły, przyjazny uśmiech, jaki rezerwowała tylko dla dzieci. Sama miała ich przecież piątkę, nie było więc możliwości, by ich nie lubiła. Nieco mgliście przypominała sobie, kiedy ostatnio widziała dzieci Todda i ponownie opadła ją ta melancholijna myśl, że dzieciaki naprawdę szybko rosną. Człowiek nawet się nie obejrzy, a wyrastają z pieluch, potem z butów po rodzeństwie, aż w końcu idą w świat, samodzielnie ułożyć sobie życie. Co prawda ten ostatni etap jeszcze dla Ruby i jej córek nie nastąpił, ale kobieta wiedziała, że jest nieunikniony.
— Zacznijmy w takim razie od początku — powiedziała Ruby, podpierając dłoń na biodrze. — Kiedy padła pierwsza krowa? I jak to się stało?
Tonkin westchnął ciężko, wsparł się na trzymanych w dłoniach widłach. Ruby widziała wyraźnie, jak trudne brzemię spoczywało teraz na nim - był mężczyzną, głową rodziny, musiał zapewnić byt i utrzymanie wszystkim swoim bliskim. Zaś sytuacja mu tego nie ułatwiała, do tego u Tonkinów nigdy się nie przelewało. Nie było tak, że klepali jakąś wielką biedę, albo nie było co do garnka włożyć, ale ich odłożone pieniądze starczyłyby pewnie tylko na remont dachu obory i nic więcej. Więc jeśli nagle, niemalże z dnia na dzień, los zabierał mu trzy czwarte stada, Todd najpewniej wychodził z siebie, byle tylko robić dobrą minę do złej gry i nie niepokoić żony i dzieciaków. W myślach zaś najpewniej obracał pomysły, kogo ewentualnie mógł poprosić o pomoc, jeśli sytuacja jeszcze by się pogorszyła, a fundusze, które odłożył na czarną godzinę, zbyt szybko stopniały.
— To było niecałe dwa tygodnie temu — mruknął, zacisnął usta, a między ściągniętymi brwiami pojawiła się bruzda. — Zaczęło się od Betti. Ona była najstarsza, zdarzało się jej już wcześniej chorować i niedomagać, no ale przecież nie było z nią jeszcze tak źle. Przynajmniej - nie aż tak źle. — Znów ciężko westchnął. — Już na wieczór była jakaś osowiała, nie chciała wracać z pastwiska. Ale nie tak, jak czasem młode krowy się stawiają, że chcą po prostu jeszcze trochę zostać. Betty tylko stała i nie chciała iść, nie dawała się zaciągnąć. Patrzyła tak jakoś… takim dziwnym wzrokiem.
Dennis przygryzła wargi, obie kobiety popatrzyły po sobie. To już brzmiało naprawdę podejrzanie.
— W nocy krowy trochę muczały, to poszedłem sprawdzić, czy ktoś się nie kręci, ale nikogo nie było. Teraz sobie pluję w brodę, że nic nie zauważyłem - śpiący byłem, to nie przyszło mi do głowy, żeby bardziej zerknąć na Betty. Widziałem, że tam stoi w oborze, ale nie podszedłem. — Znów zrobił pauzę, znów ciężko westchnął. — Nad ranem już było po niej. Leżała zimna, z wywalonym, fioletowym ozorem.
— A pozostałe krowy?
— Potem to już było lawinowo. Następnego dnia to samo było z Balbinką i Kalinką. Też nie chciały wracać z pastwiska, były jakieś osowiałe. I nad ranem - martwe, też z tymi fioletowymi jęzorami. Wezwałem weterynarza, żeby cokolwiek chociaż powiedział, ale nim przybył, to trafiło i kolejne krowy!
— A próbował pan je rozdzielić? Żeby nie przenosiły między sobą tej zarazy?
— A pewnie. Ale to już chyba wcześniej przeszło z jednej na drugą, nic nie dało. — Pokręcił głową. — Padły od choroby, to nie mogę przecież ludziom sprzedać ich mięsa. Ostatnie mleko od nich wylałem, bo to nie wiadomo, co to za cholerstwo było.
Mężczyzna splunął na ziemię, roztarł plwocinę butem. Ruby zacisnęła dłoń w pięść. Ta historia naprawdę nie napawała optymizmem…

12.12.2021

Od Dennis cd. Ruby

— J-ja? — zająknęła się, a jej oczy otworzyły się jeszcze nieco szerzej. — Ale, Ruby, nie jestem pewna, czy to w ogóle dobry pomysł, żeby się w to mieszać… Przecież…
Dennis chciała powiedzieć coś jeszcze. Zarzucić swoją rozmówczynię całą litanią na temat tego, że mieszanie się w takie sprawy nie może skończyć się dobrze, a mogą jedynie narobić sobie więcej problemów. Sytuacja dla wielu była już wystarczająco trudna i dla nich też mogła się zaraz taka stać, o ile już się nie stała – ostatecznie przecież podczas ich nieobecności wiele mogło się wydarzyć.
Wystarczyło jednak jedno spojrzenie Ruby McConnell, żeby Hoover zamknęła usta i nie powiedziała już ani słowa jakiegokolwiek sprzeciwu. Tym bardziej, że ona naprawdę chciała pomóc – po prostu nie wiedziała, jak mogłaby to zrobić, a ranczerka podała dokładne instrukcje. W związku z tym Dennis nie zostało już wtedy nic innego, jak uważnie się ich trzymać, nawet jeśli nadal ani trochę nie wierzyła w jakąkolwiek moc sprawczą jej własnych dłoni.
Ruby miała w sobie coś takiego, co sprawiało, że wiele osób jej słuchało, nawet jeśli nie chciało. Niezależnie od tego, czy ktoś ją lubił czy nie, czy ktoś nią gardził czy szanował, wiele osób z Jackburga i okolic ulegało surowości spojrzenia Ruby McConnell, jej apodyktycznemu tonowi głosu oraz pewnej siebie postawie.
Było to coś, co Dennis bezsprzecznie podziwiała.
W związku z tym umówiły się, że jeszcze tego samego dnia, późnym popołudniem, spotkają się z Toddem Tonkinem. Tym samym, który siedział obok młodej Hoover na obradach z szeryfem i zdecydowanie zbyt głośno poinformował zgromadzonych, że na jego farmie padło aż sześć krów, co w oczach dziewczyny stanowiło niewyobrażalną stratę.
Pierwszym co zrobiła, kiedy już wróciła do domu, było zajrzenie do Klotyldy i Róży, czy oby na pewno wszystko u nich w porządku, ale obie krasule były w świetnych humorach. Nie wyglądały, jakby miały zaraz paść, co chwilowo uspokoiło Dennis. Niestety – tylko chwilowo, bo regularnie, co godzinę, rzucała na nie okiem, mając ten strach z tyłu głowy. Wizyty u krów jedynie utwierdzały ją to w tym, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, ale ostrożności nigdy nie za wiele. Zrobiła to nawet wtedy, gdy już miała wyjeżdżać. Nie chciała się spóźnić na spotkanie z Ruby, ale przecież zajmowało jej to tylko chwilkę, a mogło przecież wiele zmienić…
Oczywiście – nie zmieniło, więc ruszyła w drogę z niewielką ulgą, za którą nadal krył się niepokój związany z tym wszystkim. Miała jeszcze mnóstwo pracy na farmie, ale zakasała rękawy, mając na uwadze, że ojciec wróci pewnie późno i do tej pory ze wszystkim zdąży się uporać.
Todd Tonkin był wysokim i opalonym nałogowym palaczem, a Dennis naprawdę rzadko widywała go bez papierosa w ustach. Powierzchowność miał dość nieprzyjemną, ale z jakiegoś powodu miał wokół siebie grono wieloletnich przyjaciół, młodą żonę o wdzięcznym imieniu Mary oraz gromadkę dzieci. Najstarsze z nich, na oko może dziesięcioletnie, było pierwszą osobą, która przywitała Dennis i Ruby na ziemi Tonkinów. Dziewczynka uśmiechnęła się szeroko, ukazując brak prawej jedynki, po czym pognała po ojca, który kręcił się gdzieś obok niemalże całkowicie opróżnionej obory.
Nietrudno było zauważyć, że Todd nie był zbyt zadowolony z ich wizyty, jednak starał się być miły, nawet jeśli przychodziło mu to z trudem. Myślami nadal był gdzieś koło rachunków, jak wiele strat przyniesie mu ta cholerna zaraza i ile czasu zajmie mu odbudowa dawnego stanu rzeczy.
— O co chodzi? — mruknął.
— Nie chcemy panu przeszkadzać, panie Tonkin — zaczęła Dennis, chcąc wytłumaczyć powód tej niespodziewanej wizyty. — Dałby pan radę poświęcić nam małą chwilkę na rozmowę? Bo ja i Ruby bardzo przejęłyśmy się tym, co się ostatnio dzieje, to znaczy, tym, o czym mówił dzisiaj szeryf, i wspomniał pan, że to już się u pana wydarzyło, więc byłybyśmy wdzięczne, jakby pan nam rzekł nieco o tym, co się dokładnie stało. Pana pomoc by była nieoceniona, panie Tonkin.
Mężczyzna milczał przez krótką chwilę.
— Pani McConnell, panno Hoover — westchnął, nadal marszcząc brwi. — Jeno dwie sztuki mi zostały, a miałem aż osiem. Nie mam czasu na pogaduchy. Jak macie pytanie, odpowiem, ale nic innego, bo mam mnóstwo roboty.
— Jeju… Aż nie wiem, od czego zacząć.

27.11.2021

Od Ruby cd. Dennis

Ruby poczuła ulgę słysząc, że z krowami Dennis jest w porządku. A przynajmniej na razie jest w porządku, bo wiadomo - jeśli sytuacja była w miarę dobra i stabilna, stanowiło to świetny moment, by już po chwili zrobiła się zła i niestabilna. Życie tyle razy już wycięło Ruby podobny numer, że ranczerka w momentach, kiedy szło za dobrze, skupiała się raczej na tym, by wyciągnąć z nich jak najwięcej i - być gotową, gdy nadejdzie gorszy czas.
Niestety - nie pamiętała imion krów, które sprzedawała ludziom, szczególnie gdy od transakcji minęło już nieco czasu, jednak skinęła głową na słowa Dennis, nie chcąc czynić dziewczynie przykrości. Takie były uroki prowadzenia rancza z pastwiskami za horyzont, że choć człowiek cenił swoje krowy, stada, to jednak nie był w stanie pamiętać dokładnie wszystkiego. Krów było już po prostu zbyt wiele. Ruby postanowiła jednak zapamiętać imię Różyczki, chociażby na teraz.
Uśmiechnęła się lekko na następne słowa Dennis. Zaskoczenie dziewczyny tym, że nie każdy był dobry i czasem zdarzali się i tacy, którzy nie tylko chcieli czyjejś krzywdy ale i aktywnie starali się ją wyrządzić, nie tylko wyglądało autentycznie. Ono po prostu takie było. Szczere i wypływające z głębi serca. Ranczerka pomyślała, że świat byłby o wiele piękniejszym miejscem, gdyby więcej osób było takich, jak Dennis. O zawsze czystych intencjach i szczerej duszy - takich, którzy nie widzieli zawsze w drugiej osobie wroga lub potencjalnej ofiary. Ruby doszła do wniosku, że właściwie to jej samej brakuje takiego podejścia, które przecież kiedyś miała, a które chyba już bezpowrotnie utraciła.
— Masz rację, nie zamierzam siedzieć i tylko bezproduktywnie czekać — powiedziała, w jej spojrzeniu pojawiła się jakaś twardość, stanowczość. — Coś mi mówi, że szeryf sobie z tym nie poradzi. I nie jest to tylko kobieca intuicja. Wcześniej zdarzały się różne problemy, teoretycznie to wymiar sprawiedliwości wraz z naszymi stróżami porządku miał sobie z nim poradzić, jednak jak wyszło, tak wyszło. — Urwała, westchnęła.
Nie chciała opowiadać Dennis, że w tamtym roku, dawno temu, kiedy po okolicy grasował podpalacz, szeryf też zwołał podobną naradę. Na nią akurat poszedł wtedy Richard, ale jego wnioski były podobne - że szeryf sobie nie poradzi. I miał rację - z dymem poszło jeszcze parę budynków, ludzie coraz bardziej się burzyli. Nie chodziło tylko o straty, pożary przyniosły ofiary, a w twardym, pozbawionym krzty miłosierdzia świecie, utrata całego majątku czasem wyznaczała los gorszy od śmierci.
Ale w pewnym momencie podpalenia cudownie ustały, nastroje w mieście z niewyjaśnionej przyczyny się poprawiły. Szeryf nadal szukał podpalacza, nadal rozsyłał listy gończe, jednak temat przycichł, nikt go nie poruszał. Aż w końcu szeryf znalazł podpalacza - a raczej to, co z niego zostało, po tych miesiącach, które jego zwłoki spędziły wciśnięte w jakiś załom skalny na prerii. Niby miało to wyglądać na wypadek, ale te parę ran postrzałowych temu przeczyło. Szeryf coś tam niby dalej szukał - tym razem mordercy podpalacza - ale jakoś świadków nie było, nikt nic nie widział, znalezione kule nie miały w sobie nic charakterystycznego, i cała sprawa rozeszła się po kościach.
— Na pewno zaczęłabym od sprawdzenia, u kogo dokładnie padło ile krów. Potem sprawdziłabym, czy te farmy są blisko siebie, czy raczej daleko. I czy coś łączy ich właścicieli. Może komuś się narazili, może stoi za tym coś innego — zaczęła myśleć na głos. — Wiesz, to nie jest tak, że ty nie jesteś w stanie nic zrobić, że nie nadajesz się do takich spraw. Nie każdy konflikt i problem rozwiązuje się z bronią w ręku. Albo zaciśniętą pięścią — Ruby posłała jej uśmiech. — Myślę, że dobrze byłoby sprawdzić, gdzie konkretnie mamy źródła owej „zarazy" o której mówił szeryf. Ty jesteś pogodną osobą, z każdym znajdujesz wspólny język. Mogłabyś popytać i sprawdzić, komu faktycznie padły krowy, a kto tylko narzeka.

22.11.2021

Od Dennis cd. Ruby

    Dennis, chociaż nadal słodko uśmiechnięta, próbowała przypomnieć sobie jakieś niepokojące sytuacje związane z bydłem na ich farmie, ale niewiele potrafiła wyłuskać. Nie zauważyła, żeby działo się coś szczególnie niepokojącego. Krowy zachowywały się tak jak zawsze, zdrowo jadły i nie sprawiały problemów. Zresztą – pewnie by zauważyła, gdyby działo się coś nie tak jak powinno.
    Tak jej się przynajmniej wydawało.
    — Tak, jest w porządku — odparła dziewczyna spokojnie, odruchowo kierując dłonie w stronę warkocza.
    Absolutnie nie kontrolowała tego odruchu. Zazwyczaj zdawała sobie sprawę z tego, że znowu plącze sobie włosy, kiedy musiała zająć się czymś innym, a dłonie były potrzebne. Trudno też stwierdzić, kiedy to nabyła, ale chyba bardzo dawno temu.
    — Nie zauważyłam niczego złego, a zaglądam do obory przecież regularnie — dodała. — Chłopcy też by raczej powiedzieli, gdyby coś zauważyli, tak myślę. Ale jeśli to naprawdę jakaś choroba, to biedna Klotka pewnie szybko zachoruje. Jest jeszcze bardzo sprawna jak na swój wiek, ale jest dużo starsza od Różyczki, bo przecież Różyczkę kupiliśmy dopiero dwa lata temu. I to od ciebie, nie wiem, czy pamiętasz. Tak, ojciec koniecznie powinien o tym wiedzieć…
    Dennis westchnęła cicho.
    Obawiała się, że ta sytuacja ją przerośnie. Na każdym polu starała się jak mogła, ale w przecież były sprawy i sytuacje, na które nie miała wpływu. Według niej ten cały problem z bydłem był właśnie jednym z tych do obserwowania, a nie działania.
    I chociaż kochała ojca, bez wahania oddałaby za niego życie oraz wierzyła w to, że robi wszystko, by zapewnić im jakkolwiek stabilny byt, chociaż było to niewątpliwie trudne, była niemalże w pełni przekonana, że raczej nie będzie tym zainteresowany bardziej niż chłopcami, których nie widywał, płotem, którego nie naprawiał, i domem, którego nie sprzątał.
    — Podejrzana? — powtórzyła za Ruby nieco ciszej. — Co masz na myśli? Sądzisz, że ktoś to robi, no nie wiem, specjalnie? Dlaczego ktoś by chciał robić krzywdę innym specjalnie? Przecież to straszne!
    Dennis ledwo zdążyła wypowiedzieć te słowa, a już dotarło do niej, szczególnie dzięki spojrzeniu Ruby, że to wcale nie jest tak, że ludzie zawsze są wobec siebie dobrzy i życzliwi. Wielokrotnie już o tym zapomniała.
    Za każdym razem nie chciało jej się wierzyć w to, że ktoś mógł komuś zrobić coś złego z pełną świadomością krzywdy, którą wyrządza.
    — No, ale… co teraz w takim razie? — mruknęła, podczas gdy jej palce coraz bardziej wplątywały się we włosy. — Masz zamiar coś zrobić? Bo ja… Ja chyba nie nadaję się do takich spraw. No wiesz. Ty jesteś taka odważna i samodzielna, z tak wieloma trudnościami potrafisz sobie poradzić. Ja chyba niekoniecznie.
    To nie tak, że Dennis jakoś szczególnie zastanawiała się nad tym, co mówiła, ale nie chciała zabrzmieć jak mała zagubiona dziewczynka, chociaż faktycznie trochę ją przypominała. Faktem jednak było, że bardzo wątpiła w swoją przydatność w tej sprawie.
    Stała z Ruby gdzieś na stosownym uboczu, ale mijało je mnóstwo osób, które rozmawiały ze sobą na temat najświeższego problemu okolicy. Niektórzy głośno rozprawiali, inni szeptali między sobą, ale niemalże wszyscy odczuwali ten sam niepokój.
    I gdyby tak przyjąć narrację pani McConnell – wszyscy wydawali się równie podejrzani. Co do jednego.
    Tego Dennis już nie widziała. Dlaczego miałaby?

19.11.2021

Od Ruby cd. Dennis

Kowboje Ruby czekali na nią niemal zaraz obok wyjścia. Jeden opierał się barkiem o ścianę budynku, drugi niezobowiązująco wsparł dłonie o barierkę krótkiej wiaty. Kolejny żuł źdźbło trawy, które zaraz wypluł, gdy tylko z wnętrza budynku wyłoniła się Ruby. Pedro wypatrywał ranczerki najuważniej, wyjął ręce z kieszeni, gdy zaczęła się zbliżać.
— Jakie wieści, señora? — spytał, zerkając na nią z lekkim niepokojem. Po Ruby było widać, że narada u szeryfa, czy cokolwiek to było, nie przebiegło najlepiej, a i wieści były niewesołe.
— Szeryf nie chce siać paniki, dlatego zaprosił tylko właścicieli stad, farmerów — zaczęła kobieta, skrzywiła się nieco.
— Coś z bydłem — domyślił się od razu Pedro.
— Ano z bydłem — westchnęła, nie chciała jednak sama siać paniki wśród swoich ludzi, choć przecież była im winna jakieś wyjaśnienia. — Ale poradzimy sobie. Nie tak, to inaczej. Zawsze sobie przecież radzimy.
W tym momencie Ruby usłyszała pogodne „Dzień dobry" za plecami. Odwróciła się, spojrzała na Dennis.
Musiała przyznać, że szkoda jej było dziewczyny. Była młoda, wesoła, powinna cieszyć się życiem i myśleć o totalnie innych rzeczach, nie zaś przychodzić na spotkania dotyczące zdychającego bydła. To zdecydowanie była rola jej ojca, Ruby jednak, choć potrafiła zachowywać się gruboskórnie, jeśli wymagała tego sytuacja, miała w sobie wystarczająco dużo taktu i empatii, by nie poruszać tej kwestii na głos.
— Na razie u nas wszystko dobrze, odpukać — odpowiedziała jej Ruby z uśmiechem - jej marsowa mina, którą miała jeszcze chwilę temu, gdzieś zniknęła.
Martwiła ją cała sytuacja, ale nie chciała dorzucać Dennis dodatkowych zmartwień. Ruby zdawała sobie sprawę, że jako właścicielka dużego rancza, do tego jego głównodowodząca (jedno z drugim nie zawsze przecież się pokrywało, wielu ranczerów miało swych zarządców i to oni zajmowali się wszystkimi ważnymi sprawami), oraz nieco starsza i bardziej doświadczona przez los kobieta, tak właściwie to powinna w pewien sposób wyznaczać jakiś trend i podejście do całej sprawy.
— Ale masz rację, sytuacja jest poważna, nie wolno jej lekceważyć. Koniecznie powinnaś wszystko opowiedzieć ojcu.
Ruby w końcu znów się uśmiechnęła. Nie umknęło jej, że Dennis udało się powiedzieć do niej normalnie, na ty, i cieszyło to kobietę. W jej odczuciu Dennis była nieśmiałą i wrażliwą dziewczyną, a choć obie te cechy w normalnych przypadkach byłyby zupełnie w porządku, o tyle tutaj, na Dzikim Zachodzie, każdy nieśmiały wrażliwiec musiał umieć też po prostu wdziać portki i być twardym, przełamać się. Życie potrafiło być brutalne. Ruby zaś cieszyła się, że Dennis możliwie poczyniła jakieś kroki w stronę tej umiejętności bycia twardszą i odważniejszą - nawet jeśli było to wbrew jej naturze, było to potrzebne.
— Chodź kawałek, pogadamy jak kobieta z kobietą — powiedziała do Dennis, skinęła swoim kowbojom i obie oddaliły się kawałek. — U mnie na razie cisza — podjęła Ruby, gdy znalazły się poza zasięgiem słuchu pozostałych. — Ale obawiam się, że nie potrwa to długo, a jeśli to faktycznie jest jakaś choroba, to będzie bardzo ciężko.
Ruby nie musiała wiele dodawać. Jej stada były liczne, sztuki bydła liczyła w setkach, więc jeśli dopadłoby je coś zaraźliwego, zaraza rozprzestrzeniłaby się w okamgnieniu. Ranczerka westchnęła - tylko tego brakowało. Co prawda na ranczu miała weterynarza, ale cóż mógł poradzić tylko jeden człowiek? Zresztą, stary doktor Malcolm ograniczał się głównie do pomocy przy „codziennych" sprawach związanych z bydłem, Ruby jakoś ciężko było sobie wyobrazić, by walczył z jakąś nieznaną chorobą.
— A u ciebie? Na razie cisza? — spytała z troską. — Cała ta sprawa wydaje mi się mocno podejrzana… — przyznała w końcu.

14.11.2021

Od Dennis cd. Ruby

    Kiedy spośród pełnych żalu i rozwścieczonych głosów męskich wybrzmiał chłodny głos Ruby McConnell, Dennis podniosła głowę, żeby móc zerknąć na jej surową twarz. Chociaż odważna, zaradna i bez litości, kiedy ktoś nadepnął jej na odcisk, Hoover zawsze widziała w niej coś sympatycznego, a może nawet w jakiś sposób łagodnego. Trudno jednoznacznie stwierdzić, z czym konkretnie się wiązała akurat taka opinia, ale na pewno nie bez znaczenia pozostawały natura samej Dennis i to, że chyba w każdym widziała coś dobrego, oraz dawna znajomość pani McConnell z niejaką Helen Hoover (przez przyjaciół nazywaną po prostu Birdie, choć chyba nikt nie wiedział, skąd się to drobne przezwisko wzięło), która znowu tak nagle zniknęła kilka lat temu, niemalże z dnia na dzień, o czym, swoją drogą, Ruby została powiadomiona jako jedna z pierwszych osób, bo należała do grona jej najbliższych koleżanek.
    Kobiety wymieniły spojrzenia, a Dennis obdarzyła ranczerkę delikatnym, słonecznym uśmiechem.
    Odkąd kobieta wtrąciła się w serię żali i skarg, reszta spotkania, "obrad", odbyła się jakoś o wiele sprawniej.
    Konkluzja była taka, że nie wiadomo, o co chodzi, bydło umiera, a temu, kto rozwiąże sprawę, wpadnie do kieszeni kilka orłów. Dennis miała nadzieję, że ta dobra dusza, która się tym zajmie, zrobi to szybko, bo sama myśl, że z jej niewielkiej farmy mogłyby zniknąć jedyne krowy, napawało ją niemałym lękiem. Jej samej nawet do głowy nie przyszło, żeby cokolwiek próbować, chociaż bardzo chciałaby pomóc. Miała wrażenie, że nie miała takiej siły przebicia, żeby móc cokolwiek zdziałać w tej materii.
    — Nagrodę należy odebrać w moim biurze, ale będzie przyznawana tylko na podstawie solidnych dowodów, tfu! Żegnam!
    Po pomieszczeniu znowu rozeszła się wrzawa, a przejęci tą sprawą mieszkańcy zaczęli tłumnie wychodzić na zewnątrz. Dennis trzymała się gdzieś z tyłu, nie chcąc nikomu przeszkadzać. Przy okazji nie musiała słuchać tych wszystkich bluzg i przekleństw w tak ogromnym natężeniu, jak to się działo na przodzie grupy.
    Trudno jej było o tym nie myśleć, ale sama czuła się raczej bezsilna. W ciągu jednego dnia nabawiła się kolejnego dużego zmartwienia, a ilość trosk i problemów zaczynała przekraczać granicę wytrzymałości, ale wystarczyło, żeby Dennis wyszła na zewnątrz i odetchnęła świeżym powietrzem, a od razu zrobiło się jej nieco lepiej, nawet jeśli już całe miasto zaczynało mówić o tej sprawie z bydłem.
    Kiedy się rozejrzała, ujrzała Ruby w towarzystwie swoich kowboi. Zawsze, kiedy ich spotykała, kusiła się na małą pogawędkę, a ten dzień nie był żadnym wyjątkiem pod tym względem.
    — Dzień dobry! — przywitała się, zbliżając się do nich.
    Twarz Dennis pojaśniała kolejnym uśmiechem, tym razem nieco szerszym niż ten, który posłała Ruby podczas spotkania z szeryfem.
    — Jak wam mija dzień? Jak się czujecie? A ty, Ruby? Wszystko dobrze? No, może oprócz… tego. Będę musiała powiedzieć dzisiaj ojcu o tym wszystkim. Jest bardzo zapracowany, nie chcę mu dokładać trosk, ale chyba powinien wiedzieć o czymś takim. To poważna sprawa, prawda?
    Była też z siebie całkiem dumna, bo chyba pierwszy raz zdarzyło jej się po prostu powiedzieć do niej na "ty", a nie, tak jak to miała w zwyczaju, mieszać w swoje słowa żadnej "pani" czy czegoś w tym rodzaju, tak jak niejednokrotnie ją prosiła – praktycznie podczas ich każdego spotkania.
    — U ciebie też już się to dzieje? — zapytała, patrząc spojrzeniem na McConnell; w oczach dziewczyny błysnęło coś na kształt troski.
    Nie chciała nazywać tej sytuacji po imieniu, żeby nie kusić losu. Może i była religijna, ale też równie przesądna, jak to prosta osoba – miała swoje sztuczki i magiczne rytuały, które "odprawiała" często niechcący i nieświadomie. Był to stały element jej życia. Nic więc dziwnego, że nie chciała zrzucić niedobrego losu ani na siebie, ani na Ruby.

12.11.2021

Od Ruby cd. Dennis

Ruby miała ustalony plan dnia i starannie się go trzymała. Wiedziała bardzo dobrze, że zrywami i napadami nagłej weny nigdzie nie zajedzie. Może artyści byli w stanie tak żyć - tworzyć i pracować tylko wtedy, gdy tak mówiła im ich wewnętrzna muza. Ale normalni, pracujący ludzie nie mogli liczyć i polegać na czymś takim. Musieli do życia i wszystkich jego wywrotek podchodzić spokojnie, logicznie i systematycznie. Dlatego też pani McConnell opracowała już swoją rutynę i intensywnie się jej trzymała. Zaś wszelkie odstępstwa od tej rutyny traktowała chłodem i poirytowaniem.
Przedpołudnie zazwyczaj poświęcała na wszystkie sprawy związane z ranczem - od przejrzenia raportów dotyczących stanu zdrowia krów, czy któraś nie zachorowała, czy się czymś nie zatruła, czy któraś się nie zraniła. W zależności od pory roku zdarzały się i sprawy związane z liczbą cielaków, ze sprzedażą krów, z dojrzewającymi serami albo wędzonkami. Duże ranczo z pastwiskami ciągnącymi się daleko poza horyzont generowało wielkie zyski, ale generowało też mnóstwo pracy, zaś wszystkie najważniejsze decyzje spoczywały na barkach Ruby.
Kobieta ucisnęła palcami kąciki oczu. Zastanawiała się, czy nieco marzące się jej przed oczami litery to kwestia przemęczenia, czy też może potrzebowała już jakichś okularów.
— Taka stara to nie jestem — mruknęła do siebie, przetarła twarz dłonią, jeszcze raz wróciła wzrokiem do liter. — Nie osiwiałam od tego wszystkiego, to i okularów nie potrzebuję.
Te rozważania przerwało jej dość natarczywe pukanie do drzwi. Ruby oderwała się od czytania, zmarszczyła brwi. Miała swoją ustaloną rutynę i wolała się jej trzymać. Wolała też, gdy pracujący na ranczu kowboje również się jej trzymali. Zaś poranna rutyna dla kowbojów wyglądała tak, że nikt jej rano nie przeszkadzał, nie pukał do gabinetu i nie zawracał głowy, jeśli sytuacja nie była naprawdę groźna. Ranczerka westchnęła ciężko.
— Proszę! — zawołała.
W drzwiach stanął Pedro.
Señora, bo szeryf przysłał zastępcę… — zaczął mężczyzna, mimowolnie sięgając dłonią do zawiązanej pod szyją chustki.
— I jakie wiadomości przysłał zastępca? — zapytała Ruby, odkładając kartki na bok. Cóż, przybycie zastępcy szeryfa nie zwiastowało niczego dobrego, mężczyzna nie odwiedzał rancza Ruby, jeśli nie działo się coś naprawdę poważnego.
— Ach, señora, no nie powiedział nic sensownego tak do nas wszystkich. — Pedro postąpił krok, zamknął za sobą drzwi. — Ale przyniósł jakąś kartkę i mówił, że to ważne.
Ruby wyciągnęła rękę, kartka wylądowała w dłoni. Kobieta przebiegła wzrokiem litery.
— No ładnie — mruknęła.


Sala była duszna, zatłoczona. Ruby przyszła razem z Pedro i grupą swych kowbojów - mężczyźni zostali na zewnątrz, czekając aż ich pracodawczyni skończy brać udział w naradzie. Spotkaniu. Czy czymkolwiek miało to być. Tak jak Ruby się spodziewała, nie szło dobrze. Ledwie szeryf nakreślił sprawę, zaraz inni mieli coś do powiedzenia, zaraz wszystko zmieniło się w licytację. Tak, na pewno każdy tutaj wiele stracił, dla wielu farmerów kilka krów stanowiło majątek życia. Ruby nie odmawiała im prawa do tego, by się tym martwić, potrafiła myśleć w innej skali. Ale szlag ją trafiał, gdy zamiast konstruktywnej rozmowy wszystko sprowadzało się do żałosnego jojczenia o durnoty i przekrzykiwania się, komu tym razem los zasadził większego kopa w dupę.
Jasne, że los miał tendencje do zasadzania kopów i wbrew powszechnej opinii wcale nikogo nie omijał. Przydziałowy wpierdol dostawali zarówno ci biedniejsi, jak i ci bogatsi, zaś Ruby była tego boleśnie świadoma. Problem był tylko taki, że bogatszym łatwiej było się potem pozbierać i kop nie rzucał na kolana. A przynajmniej nie na długo.
Fakt tego, że bydło padało z niewyjaśnionej przyczyny był dla Ruby naprawdę kiepską informacją. Kobieta instynktownie stawiała na jakąś zarazę, ale z drugiej strony - czy stada tych wszystkich krzyczących ludzi się ze sobą kontaktowały? Pewnie nie. A jeśli nie, to mogła nie być to zaraza. Mogło to być czyjeś celowe działanie… Ruby, zbyt wiele razy kopnięta w tyłek przez życie, w wielu miejscach wietrzyła czyjąś złą wolę, w całej tej kabale widziała raczej przygotowanie do napaści na jej własne stada, niż cokolwiek innego.
Harmider się przedłużał, szeryf nie był w stanie opanować ludzi. Ruby zmarszczyła brwi i wstała.
— Do kurwy nędzy! — krzyknęła gniewnie. — Przewinąć was wszystkich trzeba, że tyle płaczecie? To jedyne, co potraficie - siadać i pierdolić jak banda stetryczałych dziadków? Dajcie szeryfowi mówić, nie mamy całego dnia na te walone smęty!
I tak pani McConnell przysporzyła sobie kolejnych wrogów. Kolejnych ludzi, którzy uważali, że babie woda sodowa uderzyła do głowy, że zasadziła się na cudzym ranczu i chodziła z nosem zadartym pod nieboskłon. Ruby to nie obchodziło, nie przejmowała się już od dawna tym, co inni o niej myśleli. Usiadła. Niech szczekają.
— Tak, wracając… — szeryf podjął wątek, zaczął przedstawiać nieco więcej szczegółów, ale nadal nie składało się to w bardzo koherentną historię.
Ruby ułowiła wzrokiem gruby, kasztanowy warkocz i charakterystyczną sylwetkę Dennis. Dziewczyna pasowała do zaprawionych życiem farmerów jak kwiatek do kożucha, Ruby od razu zrobiło się jej szkoda. Jakby przyciągana jej wzrokiem, Dennis obróciła się, Ruby wykorzystała krótki moment by skinąć dziewczynie głową. Tak trochę na pocieszenie. To „spotkanie" mogłoby się już skończyć.

11.11.2021

Od Dennis do Ruby

    Dennis miała złe przeczucia, odkąd tylko ktoś zapukał do ich drzwi z samego rana. Ojciec nie wyszedł jeszcze wtedy z domu, dopiero się ubierał, co oznaczało tyle, że było naprawdę wcześnie. Sama dziewczyna kręciła się po kuchni zaspana, próbując w myślach ułożyć sobie jakiś plan dnia, który, prawdę powiedziawszy, nie różnił się za bardzo od tego, którym kierowała się wczoraj.
    Niewiele zrozumiała z rozmowy, która odbywała się w progu. Dolatywały do niej tylko jakieś pojedyncze słowa, dosłownie urywki zdań wypowiadanych przez ich niespodziewanego gościa. Trudno stwierdzić, czy Jackson Hoover w ogóle jakkolwiek odpowiedział na to, co ten miał do powiedzenia. Dennis wydawało się, że jedynie zamknął za nim drzwi.
    Zanim ojciec wrócił z przedsionka, dziewczyna zdążyła jedynie wyjrzeć przez okno w kuchni. Jej brwi nieznacznie się zmarszczyły, a w sercu ukłuła odrobina niepokoju, gdy dojrzała zastępcę szeryfa. Co jak co, ale wiedziała, że to nie zwiastuje absolutnie niczego dobrego. Szczególnie, że już chwilę później, dosłownie minutę przed tym, jak Hoover wyszedł, żeby rozpocząć kolejny długi, pracowity dzień, wsunął w dłonie córki niewielką kartkę podarowaną mu przez przedstawiciela władzy o dość surowej twarzy.
    Dennis miała niewielkie problemy nie tylko z liczeniem, ale również z czytaniem – czytała dość wolno, nieco opornie, czasami mieszały jej się litery i przekręcała słowa. W ogólnym rozrachunku jakoś sobie radziła, ale praktyki miała niewiele. W jej domu nie było ani jednej książki (oprócz jakiegoś tam spisu nauk Jedynego utkniętego w starej skrzynce gdzieś w głębi szafy), gazet nikt u nich nie kupował, a jedyne, co tak naprawdę czytała, to były jakieś krótkie notki i zawiadomienia porozwieszane na słupach w mieście lub, tak jak tego dnia, doręczone do rąk własnych.
    Kiedy w końcu udało jej się uporać z informacją przywiezioną przez zastępcę szeryfa, dziewczyna wsunęła ją do kieszeni spodni i rozpoczęła dzień, mając na uwadze, że ojciec obarczył ją odpowiedzialnością za tę sprawę i powinna się tym zająć. Nie dowiedziała się z niej zbyt wiele, bo podobno “szczegóły zostaną przedstawione osobiście na zebraniu”, ale skoro była podpisana przez samego szeryfa, dla Dennis oczywistym było, że chodzi o coś niezwykle ważnego.
    I faktycznie – kiedy zegar wybił odpowiednią godzinę, Hoover udała się do Jackburga, żeby wziąć udział w zebraniu w niewielkiej sali, gdzie przysiadła na niewielkiej, skrzypiącej ławeczce między Andym Fermanem a Toddem Tonkinem, bo nigdzie indziej nie znalazła już miejsca, a nie chciała się za bardzo rzucać w oczy.
    Wybiła pełna godzina, a na niewielkim podwyższeniu na przodzie pomieszczenia pojawił się szeryf Jackburga, a obok niego jego zastępca, który tego samego ranka obskakiwał całą okolicę. Bujny wąs, wysoki kapelusz i lśniąca gwiazda przyczepiona do jego skórzanej kamizelki sprawiały, że nie dało się go pomylić z kimkolwiek innym. Odchrząknął, skupił na sobie uwagę wszystkich, a potem rozejrzał się uważnie po prowizorycznej sali narad, samym spojrzeniem przygotowując przybyłych na najgorsze.
    Przynajmniej takie wrażenie miała Dennis, która cholernie przejęła się tą całą sytuacją. Nerwowo plątała kosmyki ze swojego luźno splecionego warkocza opadającego na jej smukłe ramię. Nie mogła doczekać się pierwszych słów szeryfa.
    — W ostatnim czasie — zaczął tonem tak surowym i poważnym, że dziewczynę aż zmroziło. — trafiło do mnie wiele niepokojących zgłoszeń.
    Atmosfera w ogóle nie była zbyt przyjazna. Wszyscy zgromadzeni wydawali się być dość nerwowi i lekko zdezorientowani. Nie było to nic zaskakującego, biorąc pod uwagę fakt, że wszyscy znaleźli się tutaj z powodu, o którym nie mieli pojęcia. Szeryf zaczął dopiero po jakimś czasie, nadal bardzo spokojnym, niewzruszonym tonem, wyjaśniać po co to wszystko, najpierw zapewniając o swoich jak najlepszych intencjach i o tym, że czegokolwiek i kogokolwiek ta sprawa dotyczy, zrobi wszystko, żeby problem rozwiązać, chociaż nadal słowem nie wspomniał, o co chodzi. Tylko wśród zgromadzonych mężczyzn i nielicznych kobiet wybrzmiewały ciche podejrzenia o powód.
    Samych konkretów wyjawił niewiele: w okolicy Jackburga na wielu ranczach, farmach i gospodarstwach umierało bydło.
    — Trzeba coś z tym zrobić! — rozbrzmiał jakiś głos, a w tłumie zawrzało. — Bo zaraz zostaniemy z niczym!
    — Proszę mi nie przerywać… — odparł szeryf, ale w tamtym momencie to już absolutnie nikogo nie obchodziło.
    — Ta zaraza zaraz mi wszystkie zabierze!
    — Ty to akurat gówno miałeś, Francis, dwie stare, ja to miałem kilka młodziutkich i mi zabrało połowę!
    — Dziś rano znalazłem kolejne dwie martwe!
    — Kto mi zabija bydło, przyznać się!
    — Wy ścierwa, padły mi trzy krowy!
    Ostatecznie zgromadzenie zaczęło zamieniło się w licytację, kto więcej stracił.
    — U mnie padło aż sześć! — donośny głos Todda Tonkina rozbrzmiał tuż obok dziewczyny, przez co aż podskoczyła na ławce.
    Dennis przysłoniła delikatnie uszy dłońmi. W tamtym momencie z pełną mocą uderzyła w nią świadomość, że zupełnie nie nadaje się do tego typu “obrad” i to ojciec powinien się tym zajmować – nie ona.