Kolumna góra

Słuchy z Krainy
Aktualny rok: 1846

Na ulicach słychać szepty o wielkim wyścigu mającym ciągnąć się przez całą Krainę – za wygraną przewidywana jest gigantyczna suma pieniędzy, amnestia wszystkich przestępstw oraz zapewnienie bezpieczeństwa na okres roku. Co ambitniejsi już poszukują wierzchowców na ten morderczy wysiłek.

W Saint Thomas w niewyjaśnionych okolicznościach zniknął kolejny szeryf. Za każdą przydatną informację przewidziana jest nagroda.

Już niedługo w Jackburg: cyrk! Kobieta-guma, linoskoczkowie i najsilniejsi ludzie w całej Krainie. Przyjedzcie zobaczyć to na własne oczy.

Aktualnie poszukiwani są: Otelia Crippen
Dziękujemy za pomoc w schwytaniu Clide'a 'Smiley' Byersa. Aktualnie oczekuje na wyrok sądu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stanley i Orion. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stanley i Orion. Pokaż wszystkie posty

30.01.2022

Od Oriona cd. Stanleya

Czarne sukno zafalowało nad jednym ze stopni. Popłynęło przez powietrze, wypłynęło w przestworza za stopą, która nagle zapadła się, poszukując ratunku i pomocy w drewnie znajdującym się gdzieś w otchłani. Podeszwa je znalazła, znalazła w końcu i pięta. Ciało elfa uniosło się przez moment, lekko skoczyło w przestrzeń, by zaraz spaść niżej. Suknia, w którą był owinięty, podążyła za ciałem, ale trochę wolniej, nie mogąc nadążyć za gładkim i wyćwiczonym do perfekcji ruchem.
Bo przecież po tych schodach schodził już tysiące razy. Tysiące razy, a może i miliony, a może i miliardy, bo nawet jeżeli za krótko żył i za krótko, choć zarazem wystarczająco długo, tu przebywał, to przecież po tym jednym miały nastąpić i kolejne, następne, dokładnie takie same i identyczne. Sztywne w swej jednolitości i gładkie w przećwiczonym do perfekcji ruchu. Przypominające ten żałoby pochód, bo czerń żałobną była barwą, tak wyróżniającą się wśród jaskrawych barw zamtuzowych sukien i falbanek.
Smukła, za smukła na tak smutną personę dłoń lekko przejechała po drewnianej barierce, na którą narzekali wszyscy, bo nie zabezpieczono jej odpowiednio i wydawała się być jedyną szramą na reputacji cudownego, perfekcyjnego burdelu Loretty Randall, pozostawiając w zbyt ciekawskich dłoniach drzazgi, a za drzazgami brzydkie szramy, które goiły się szybko, ale pozostawiały po sobie ślad, ropę i wspomnienie irytującego bólu. Orion zgrabnie ominął palcami niewyszlifowane dostatecznie miejsce.
Nie raz i nie dwa się na nim zaciął.
Uśmiechnął się zza swego żałobnego welonu ładnie, bo i ładny uśmiech wbito mu już do głowy. Na szczęście, gdy proces wbicia się odbywał, nikt nie pozbawił go zębów. Wtedy nie byłby taki ładny. Bransolety błysnęły w zamtuzowym świetle, zjeżdżając wzdłuż dłoni, gdy te nadal zjeżdżały wzdłuż drewnianej barierki. Łasił się niby rasowy kot, choć w samym Blisstown więcej poturbowanych przez życie, wychudzonych kociąt o jątrzących się w ciele i umyśle ranach, niźli pięknych kotek o błyszczącym futrze i skrzącym się spojrzeniu.
Orion nie zauważył ani jednego szczegółu na twarzy rosłego mężczyzny. Rozmyta plama.
Rozmyte plamy nie krzywdzą tak mocno, wspomnienie bólu zadanego przez rozmytą plamę nie jest tak intensywne. Wydaje się miałkie i nie warte ani jednej łzy. W tym konkretnym momencie obiecuje sobie, że gdy to wszystko się skończy, nie będzie płakać, bo nigdy nie uważał się za osobę nadto emocjonalną, rozczulającą się nad byle kim i byle czym.
Nie odezwał się ani jednym słowem, oczekując polecenia. Wskazania palcem, gdzie ma stanąć i jak ma to zrobić. Nie miał tutaj w końcu nic do gadania, nie za gadanie mu w końcu płacili.
I tylko opuszkiem zastukał w spiczaste ucho, przejechał po nim, jak po tej drewnianej barierce, podkreślając to, czego prawdopodobnie pragnął mężczyzna.

28.11.2021

Od Stanleya, CD. Oriona

Wjechali do miasta, zatrzymując się w jednym z pobliskim moteli. Nie było to najlepsze miejsce w zestawie, ale pozwalało mieć dach nad głową przez kilka nocy, nie kosztowało fortuny, a przy tym miał pewność, że jak zostawi w nim dzieciaki, to usłużna matrona po jego powrocie radośnie poinformuje go, czy i które z bliźniąt wbrew jego zaleceniom wypełzło w nocy z kryjówki. Od razu rozdzielił zadania, każąc Billy`emu pomóc w rozładunku wozu, a Stellę posłał dogadać wszystko z właścicielką noclegowni, co by dwa pokoje wynajęła. Ostatnimi czasy szczególnie tego już pilnował, co by spali osobno, chociaż pierwszą rozdzieloną nockę przed rokiem spędził pod drzwiami pokoju Stelli z dubeltówką, gdy odkrył, że zakradła się wcześniej do stodoły z miejscowym chłopakiem. Przetrącił mu odrobinę kości, tak żeby pamiętał, że Cosberskie panny się szanują i je szanować zresztą też trzeba.

Zameldowali się w pokojach, co mieli do zostawienia, to zostawili i poszli na łowy. Stan lubił najważniejsze sprawunki skończyć już pierwszego dnia, żeby w dowolnym momencie móc iść w diabły, gdyby zaszła taka potrzeba. Instynkt zachowania sobie szansy ucieczki działał cuda, gdy nagle pokłócił się z kimś w barze i potrzebował zawinąć się w te pędy. Sprzedali za to skóry, zrobili nieco zapasów, zamówili trochę materiałów i podowiadywał się o tym, co w trawie piszczy. Dzieciarnię zostawił samej sobie, dając im nieco grosza na spożytkowanie, byle tylko nie zachlali się w dwie dupy. 

Zdążył pożartować ze sklepikarzem o tym, że prędzej obaj wygrają nadchodzący wyścig, niż znajdzie się w Saint Thomas szeryf, który przetrwa dłużej niż kilka miesięcy. Niby nie była to póki co, aż tak wielka sprawa, ale znikający znikąd stróżowie prawa stawali się powoli potęgującym śmieszność sytuacji żartem. W oczach Stana coraz mniej ludzi przejmowało się losem pojedynczego, zagubionego człowieka, a bardziej upodobało sobie historie o duchu oryginalnego szeryfa, który po śmierci w strzelaninie nie był w stanie znieść faktu, że ktoś mógłby go na jego stanowisku zastąpić. Bajdy i banialuki dla dzieci, ale brak postępów w śledztwach skłaniał do mnożenia scenariuszy nie z tej ziemi. 

No i w końcu wylądował w miejscu, w którym liczył, że się znajdzie od początku tej wędrówki, w zamtuzie Loretty Randall. Burdel jak burdel, niezbyt obchodził go wystrój, alkohole czy twardość materaca, a raczej jakość samego asortymentu. A to, trzeba było kobicie przyznać, akurat pani Randall zawsze miała oko do łapania odpowiednich sztuk kurew, które nadawały się do tej roboty. Zagadnął wobec tego do osoby, która wydawała się na ten moment zarządzać całym przedsiębiorstwem, dopytując się o potencjalne sztuki.

— Macie może elfa albo innego nie ludzia, byle nie krasnoluda, he? — zagadnął.

20.11.2021

Od Oriona cd. Stanleya

Blisstown, jak zawsze, bowiem nic w tej kwestii nigdy miało się nie zmienić, śmierdziało. I choć ktoś prawdopodobnie zaraz rzuciłby, że przecież i do każdego smrodu, najgorszego sztynku idzie się przyzwyczaić, tak elf po prostu zaśmiałby się prosto w cudzą twarz – do tego bowiem po prostu nie szło nawyknąć, tym bardziej, gdy dzień gorący i upalny, a powietrze uwięzione było w ciasnych uliczkach miasta, usilnie i bezskutecznie próbując się z nich wydostać.
Tak jak i uwięziony był Orion. Przykuty niewidzialnymi łańcuchami do tego przebrzydłego miejsca, które znienawidził, odkąd po raz pierwszy postawił tu swoją stopę. Odkąd przetarta podeszwa – czy w ogóle miał wtedy na sobie jakiekolwiek buty – poślizgnęła się na obślizgłej kostce, odkąd zahaczył jego czubkiem – a może po prostu palcami – o jakąś dziurę, by następnie polecieć prosto na swoją twarz i o mało co nie złamać sobie nosa. Buźkę obił na pewno. A może obił mu ją ktoś.
Nie pamiętał, bo dzień za dniem rozmywał się w jednorodną masę, w której nie sposób było wyłapać jakichkolwiek różnic, zmian. Wszystko wydawało się nieszczęsną rutyną, poznawane twarze wcale nie wyróżniały się na tle tych pozostałych. I jedynie w monotonności błysków gwiazd ta stałość wydawała mu się ciepłą. Przyjemną. Dobrą. Ale jakże dostrzec gwiazdy, gdy te przysłania łuna wstrętnego Blisstown, do którego miał być już przykutym do końca swojego, miał nadzieję, że krótkiego, życia.
Czasami kaszlnął. Czasami pociemniało mu przed oczami. Zabrakło dechu w piersi.
Ale oni to lubili. Bestie będące w gotowości, by pożreć go w całości – mięsień po mięśniu, ścięgno po ścięgnie. Wyssać szpik z kości. Wyssać duszę, tak, by nawet pośmiertna niematerialność nie była mu pisana. W końcu na nią i tak nie zasługiwał.
Materac łóżka skrzypnął znajomo, a elf westchnął ciężko. Odkaszlnął przy okazji, w chusteczkę, na której, dzięki – a może jednak nie – Jedynemu, krwi nie odnalazł. Ściągnął brwi, prędko upychając ją pod materac. Przez głowę przebiegła myśl o tych wszystkich chusteczkach, które mógłby tam odnaleźć.
Przyozdobione srebrem uszy zastrzygły, drzwi skrzypnęły.
— Orion, chcą ciebie na dole — oświadczyła stojąca w progu dziewczyna. Młoda, piękna. Jeszcze nie przeżuta, ale przecież to kwestia czasu, jak ze wszystkimi. 
 — Mnie? — Podniósł brew, podnosząc się z łóżka. Prawie że przejrzysta suknia, którą dzisiaj sobie wybrał, zafalowała wraz z ruchem ciała – przypominała raczej mgłę, niźli jakikolwiek materiał. Była droga, jeżeli dobrze pamiętał, ktoś mu ją podarował. Ktoś bardzo bogaty. — Nowy? 
— Prawdopodobnie. — Dziewczę wzruszyło ramionami. 
Elf pokręcił głową, zerknął przez ramię na niedomknięte okno. Przeklnął pod nosem, stwierdzając, że w tym wstrętnym miejscu nie idzie nawet porządnie pokoju wywietrzyć. 
Drzwi trzasnęły za nim krótką chwilę później.

1.11.2021

Od Stanleya do Oriona

Wóz podskoczył na nierówności, zakołysał się, ale dzielnie pruł dalej. Wypełniony tobołkami, wyprawionymi skórami, fragmentami ładniejszych kości, a nawet kilkoma porcjami suszonego mięsa z niedźwiedzia, przysłowionego rarytasu, którego niewielu miało przyjemność spróbować. Oczywiście, przed zjedzeniem potencjalny zajadacz i tak będzie musiał samodzielnie je w pełni przygotować, żeby nie zemrzeć od własnej głupoty, ale to już nie należało do zmartwień trapera. On swoje upolował, przygotował do transportu i zamierzał sprzedać, koniec problemu, co najwyżej mógł polecić przepis na bardzo dobry gulasz. Zatrzymali się wcześniej w Huronfield, żeby odebrać pocztę, ogłosić, że wracają za tydzień, może dwa, bo muszą odebrać większy rachunek i obiecać pozałatwiać po drodze kilka najpotrzebniejszych rzeczy dla znajomych. Niby mogli sprzedać wszystko po drodze, ale doskonale wiedział, że im większe miasto, tym większe ceny, a stali klienci zawsze płacili na czas, okrągłą sumkę i nie bali się chętnie dawkować napiwków za wysoką jakość produktu. Solidnego dostawcę należało w końcu cenić, mawiali, a Stan prężył się przy tym dumnie, jak kot z połechtanym głaskaniem ego. 

Na horyzoncie widniał za to już krajobraz majaczącego się w oddali Blisstown, do którego zaglądali wyłącznie w sprawie ważnych i ważniejszych sprawunków, jak to określał Stanley. Dzieciarnia zrozumiała dokładnie, co miał na myśli, bo ręka mężczyzny już od kilku tygodni świerzbiła na myśl o kolejnej rundce kart, do której żadnego z bliźniąt nie był w stanie do tej pory przekonać. Billy niezbyt radził sobie z zasadami, preferując umysłowe łamigłówki, a Stella miała tak tragiczną pokerową twarz, że ani razu nie udało jej się zblefować na poważnie. Oboje wyskoczyli nieco przodem na koniach, ścigając się w przyjacielskiej zabawie, zostawiając Stana samego ze swoimi myślami na cholernie niewygodnym koźle. 

Obecnie posiadali tylko trzy konie, z czego jeden zawsze musiał ciągnąc wóz. Mieszkając samemu życie z jednym rumakiem nie sprawiało mu kłopotu, gdy mógł swobodnie przenieść wszystkie potrzebne sobie rzeczy w kilku rundkach z podgórskiego miasteczka, ale transport majdanu dla trzech osób stawał się już lekkim wyzwaniem. Trzeba było uzupełnić zapasy prochu, linek, past, kupić nowe buty, bo te trzyletnie zdążyły się już Billy`emu rozwalić, a przy tym zwyczajnie zaciągnąć odpowiednie zapasy ziarna i mąki wzdłuż górskich szlaków. 

Zaczął gwizdać, bo wszystko było lepiej z gwizdaniem, dlatego w nieco lepszym humorze wjechał do Blisstown.