Kolumna góra

Słuchy z Krainy
Aktualny rok: 1846

Na ulicach słychać szepty o wielkim wyścigu mającym ciągnąć się przez całą Krainę – za wygraną przewidywana jest gigantyczna suma pieniędzy, amnestia wszystkich przestępstw oraz zapewnienie bezpieczeństwa na okres roku. Co ambitniejsi już poszukują wierzchowców na ten morderczy wysiłek.

W Saint Thomas w niewyjaśnionych okolicznościach zniknął kolejny szeryf. Za każdą przydatną informację przewidziana jest nagroda.

Już niedługo w Jackburg: cyrk! Kobieta-guma, linoskoczkowie i najsilniejsi ludzie w całej Krainie. Przyjedzcie zobaczyć to na własne oczy.

Aktualnie poszukiwani są: Otelia Crippen
Dziękujemy za pomoc w schwytaniu Clide'a 'Smiley' Byersa. Aktualnie oczekuje na wyrok sądu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stanley Cosbersky. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stanley Cosbersky. Pokaż wszystkie posty

21.02.2022

Od Stanleya, CD. Claire

Wszystko brzmiało zbyt dobrze, żeby mogło być prawdziwe, ale Stanley umiał poznać faceta z jajami. I co prawda stała przed nim kobieta z krwi i kości, tak nie miał praktycznie żadnych wątpliwości, że mogłaby przewodzić niejednej zgrai starych byków. Znacznie ułatwiło to mu podjęcie decyzji w sprawie zarekrutowania się do tej iście samobójczej ekipy, ale niesmak czający się z tyłu głowy pozostał. Bo jednak baba. 

Pracował przecież już w gorszych okolicznościach. Choćby dla takiego jednego debila, któremu wydawało się, że w środku Gęstwiny odnajdzie powołanie osadnicze i utworzy nowy ośrodek handlowy między poszczególnymi miastami. Nie do zaprzeczenia, ciekawa idea, ale pomysł był równie łatwo zjadliwy, co jego właściciel, który skończył w niedźwiedziej paszczy. Stan doskonale pamiętał, ile się wtedy nałupał drewna na stawianie przyszłych chałup, czy jak dzielił się spostrzeżeniami w kwestii dystrybucji żywności. Z zakładaniem mieścin zawsze był całkiem spory ambaras i zbytnio nie rozumiał, po kiego ktokolwiek miałby się na to porywać.

Tak jak w sumie teraz nie mieściło mu się w głowie, po co można ruszyć do Gardzieli poza cyprnaitem. Panienka wydawała się jednak bardziej obeznana w wyższych sferach biznesowych niż sam Stan, a przy tym wyglądała na dosyć porządnie usytuowaną cizię, więc zamknął paszczęki, zacisnął zęby i posłusznie odpowiadał na kolejne pytania. 

Oczy mu się zaświeciły na myśl o wypłacie z góry. Odważnie pogrywała, skoro nie bała się fajtłap, uciekających w połowie drogi, byle zwiać ze swoją częścią. Zapowiadała się nawet jeżeli nie dobrze płatna fucha, to przynajmniej ciekawa przygoda. Co prawda na te Stanley był już stanowczo zbyt stary, ale miał do wykarmienia na ten moment dwoje nierobów, z których przynajmniej jedno planował posłać do szkoły.

I dajcie wszyscy bogowie, w których Stan uparcie nie wierzył, żeby Stella też się dała zaciągnąć do nauki, a nie dalej popykała radośnie i beztrosko wśród końskiego łajna. 

— Jak panienka chce i z góry płaci, to możemy jej tej wiedzy nawet w beczkach nawieźć, jak sobie życzyć będzie. — Wzruszył ramionami, rozglądając się po pomieszczeniu. O ile rozpoznawał część narzędzi, o tyle większość urządzeń wydawała się pokracznym uzupełnieniem jakiejś niezrozumiałej muzealnej kolekcji. 

— A panienka to czym się w zasadzie tutaj zajmuje, hę? — dopytał z zainteresowaniem, ale nie ruszył się ze stołka. Nie od dziś wiadomo, że towar macany należy do macanta i jeszcze by cosik zepsuł, patrząc na liczbę dziwnych przycisków, zębatek i połączeń, które nie wydawały się najbardziej stabilną rzeczą na świecie. 

Szefowa wydawała się zastanawiać przez moment, zanim pokręciła głową i wdała się w monolog na temat światłości sztuki, coś o niezaprzeczalnej potędze wiedzy i jeszcze kilku rzeczach, które wlatywały mu jednym uchem i wylatywały drugim. Z doświadczenia jednak wiedział, że przerwanie jakiejkolwiek kobiecie w grę nie wchodziło, a wygadana kobita, toć szczęśliwa kobita, a wiadomo, że takie najlepiej płacą. 

— To kiedy ruszamy? I jak z zaopatrzeniem, Szefowo? — dopytał w końcu, gdy cienie w pomieszczeniu znacząco przesunęły się w bok. Spędził tu już wystarczająco dużo czasu, a trzeba było jeszcze zebrać własny majdan przed wyprawą, bo zdawał sobie doskonale sprawę, że dobry sprzęt, to własny sprzęt. Wiadomo, pracodawca jeden z drugim różni bywali i nie każdy doposażał ekipę na miarę możliwości takich wypraw. 

A Gardziel należało doceniać. Jak zwierzę, które wiesz, że może się na ciebie rzucić. To, że koegzystujecie w trakcie kilku chwil, nie miało nigdy wielkie znaczenia w starciu z naturą bestii. Stanley w końcu nie był przesądny. Bywał za to zapobiegliwy.

Dogadali kwotę, datę wyprawy, a także ogólnie przedstawili zapotrzebowanie na surowce. Mężczyzna od czasu do czasu wtrącał komentarze, tu coś zasugerował, tam wspomniał o jakiejś swojej dawnej robocie, ale wyglądało na to, że panienka znała się na rzeczy i potrafiła dostrzec ryzyko czające się w każdym kroku podróżujących przez Gardziel. 

— Interesy z Szefową to przyjemność — powiedział na pożegnanie, wyciągając dłoń do uścisku. Nie splunął, jak zwykle miał w zwyczaju przy zawiązywaniu umowy, bo jednak jakieś dżentelmeńskie obyczaje nadal go obowiązywały. — To będzie ciekawy szlak.

27.01.2022

Od Stanleya, CD. Nathaniela

Stanley był szorstki, niezależnie od tego, z której strony na niego się patrzyło. Twarz wiecznie nieogolona, ze źle prowadzoną brodą, bo do barbera czasu zaglądać nie miał, a i jemu pod brzytwę cudzą spieszno nie było, to chodził w dużej mierze skudłacony. Kłaki nad uszami też już swoje wycierpiały, gdy obecna pora roku nie wybaczała zimna, a żeby wodę nagrzać, to się przecież narobić nieźle musiał. No i mydliny były od tego, żeby się mydlić, a nie go w oczy szczypać. Jednocześnie i charakter człowieka sprawiał wrażenie nieco spróchniałego, nadgryzionego zębem czasu. Co swoje przeżył, to drugie tyle wycierpiał, o ile samemu twierdził, że charakter twardnieje i tężeje wyłącznie w dobrym kierunku, tak zarówno Billy, jak i Stella, wielokrotnie mieli odmienne zdanie na ten temat. 

Może dlatego interesowność mężczyzny w temacie dziwnego kamyczka od razu wzbudziła jego czepliwość. Jak człowiek zbytnio się w czymś z dupy własnej zaczynał orientować, to nagle zaraz gorączka (niekoniecznie tylko złota...) padała padalcom na te łby zakute. A tak obandażowany, pozszywany i w dodatku nieźle pokiereszowany nie bardzo miał możliwość ewentualnie się przed zapędami doktorka obronić. Prawda to, że z niego chuchro było, nawet jak medyczka, ale przecież do rzucenia w kogoś nożem dużej siły nie było potrzeba, jak kto blisko stał. A bliskość stojącego nieopodal doktorzyny Stanowi, to się już w ogóle nie podobała.

Gęstwina nie była dobrym miejscem dla dobrych ludzi. Na szczęście Stan nie był dobrym człowiekiem, ale zdawał sobie sprawę, że nie wszystkich cechują podobne upodobania, co jego. Doktorek, jeżeli był faktycznie taki porządny, na kiego wyglądał, w co zdecydowanie Stanley uwierzyć zbytnio nie chciał, to tutaj miejsca zbyt długo zagotować nie miał. Zignorował wobec tego chwilowe odejście mężczyzny, żeby zatopić się w myślach. Przepełnionych bólem, od którego musiał zęby zagryzać, powiększającego się wraz ze spadkiem adrenaliny w jego ciele. 

— Czego? — warknął po chwili, bo wzrok doktorynki też nie przypadł mu do gustu. W ogóle cały jegomość wydawał się Stanowi niepotrzebnym utrapieniem, nawet jeżeli teoretycznie chyba życie mu uratował. 

— Nic, nic. Po prostu martwi mnie nadal ten cyprnait. Ile zwierząt musi… — Skrzywił się, słysząc jego słowa przy akompaniamencie odległego skowytu. Widać, że niedźwiedzie musiały już dorwać lepszy cel — cierpieć z jego powodu.

Stan zapatrzył się na młodzinę. No, minę miał nietęgą, z sercem niby na dłoni, ale czuć od niego było zamkniętą w wątłym ciele dobroć. Zastanowił się przez moment, na tyle, żeby nie musieć kłapać niepotrzebnie jęzorem w tak emocjonalnej chwili.

— Planujesz coś z tym… zrobić? 

Pytanie mężczyzny wyrwało go z transu. Teoretycznie mógłby zająć się całą tą sprawą niepotrzebnego kamyczka w Gęstwinie, ale znowu, za darmo? I na cudzą modłę? Po co to komu, wobec tego wzruszył tylko ramionami. 

— Zobaczymy. Jak mię przeszkadzać będą, to się coś z tym zrobi — powiedział w końcu, ignorując uporczywe spojrzenie rozmówcy. — Nie ma sensu się w takie gówno pakować bez środków. Na to trzeba pomyślunku, dużo śrutu i jeszcze więcej dynamitu. W jednego człowieka, to najwyżej nieszczęście można sobie zmalować. 

Spróbował wstać, opierając się o pobliski korzeń. Prawie upadłby, gdyby nie chwycił się mocniej za wystającą gałąź jakiegoś pobliskiego drzewska. A i tak udało mu się podtrzymać tylko chwilę, zanim licha gałązka złamała się pod ciężarem mężczyzny. Zdołał za to utrzymać równowagę, chociaż zaraz doskoczył do niego niedoszły wybawca, przymuszając Stana do ponownego siadu.

— Panie, ja panu złota dam, tylko weź się już chłopie odpierdol — warknął do nieustępliwego mężczyzny, który jedynie pokręcił głową.

— W takim stanie pacjent leżeć i odpoczywać powinien, a nie się na boki miotać — fuknął w jego stronę. 

I tak stali przez kilka dobrych minut, dywagując w ramach kwestii zdrowotnej, chociaż Stan dużo chętnie określiłby to malkontenckim pierdoleniem, ale w gęstwinie Gęstwiny zaszeleściło. Raz i drugi, aż poły pobliskich traw rozchyliły się na moment, żeby wyszła z nich niesforna czupryna Stelii. 

— Wujek Stan! 

28.11.2021

Od Stanleya, CD. Claire

W ogóle mu się to nie spodobało. Stanley niezbyt się z kobietami lubił, oczywiście, szanując je dogłębnie jako istoty boże, które wymagały szczególnej opieki płci silniejszej od nich. Baby to powinny według niego w kuchni siedzieć, nie zawracać sobie głowy sprawami ważniejszymi niż domowe sprawunki i ewentualnie organizowanie rodzinnego budżetu, ale to mężczyzna powinien przynosić wypłatę na stół. Dbać o prawidłowe stosunki z sąsiadami. Konsultować wszystko i wszystkich, w razie czego sięgając po naprawdę okropne środki zaradcze, byle tylko utrzymać swoją kochaną familię nad powierzchnią wody. W żadnym wypadku nie powinien wyganiać jednak swojej kobity poza domowe gospodarstwo, bo doskonale wiedział, że baba poza płotem, to się najwyżej kurwić zarobkowo może. Ewentualnie jeszcze sprzątać czy gotować komuś, ale te dwie pozostałe rzeczy wiązał z pierwszą z wymienionych, bo co komu po czystej podłodze czy tylko dobrym obiedzie, jak się krząta naprędce i uwija niby taka łania na widoku myśliwego. Były co prawda jeszcze teraz te dziwne nauczycielki, które miały robić to samo, co mężczyźni, ale Stanley doskonale wiedział, że jeżeli robi się tę samą robotę, ale dostaje za nią cztery razy mniejszą wypłatę, to to jest gówno, nie umowa. 

A tu chucherko sobie wzięło i organizuje wyprawę do Gardzieli, w sam środek największego gówna i balastu, jaki matka natura była w stanie z siebie wypluć w dozgonnych obrzydzeniu dla gatunku ludzkiego. No, no. Nie był jakoś pod wrażeniem, ale przed potencjalnym szefem musiał grać, byle tylko dostać fuchę, w końcu uważał siebie samego za profesjonalistę. Uścisnął dłoń kobiety i skinął jej dodatkowo na powitanie głową, zanim klapnął tyłkiem na wskazany przez nią stołek.

— Zajmowałem się w młodości konwojowaniem, trochę robót było tu i tam. Do Gardzieli starałem się zapuszczać, jak była jakaś fucha przy okazji, bo samemu w piekło to pakować się szkoda. — Wzruszył ramionami, ale mówił zgodnie z prawdą. 

— Można uznać, że na tym etapie znam się na tyle, żeby robić i za przewodnika. Wiadomo, że to szlajstwo zmienia się i co pora roku, to inne szaleństwo, ale będąc tam regularnie można zauważyć kilka skłonności. — Tutaj urwał na chwilę, widząc nagłe zainteresowanie w oczach kobiety. 

— Jakich na przykład?

— Ano, jak się wejdzie od strony północy, to zawsze roi się tam od robactwa, bo jakieś gówno paruje w tamtejszych okolicach i je ściąga. Chociaż może to kwestia gazu? Cuchnie niemożebnie, wdychać się nie da, to z chłopami do tej pory zakrywaliśmy twarze chustami i poganialiśmy szkapy, byle szybciej truchtały. Z wozami zawsze problem był. — Zastanowił się przez moment, próbując sobie przypomnieć więcej szczegółów z dawnych misji. — No, chyba tam głównie chodziło o puszczenie ich bokiem? Tunele były, ale paskudne, tak, że szkoda gadać, bo przypadkiem jak się na ten cyprnait wdepło, to mogiła, a koniom podkowy wtedy nawet leciały.

Moment przesiedzieli w ciszy, wyraźnie zastanawiając się i przetrawiając słowa mężczyzny. On próbował przypomnieć sobie kolejne informacje, ale w miarę stonowane, na tyle, żeby jaśnie panienki zbytnio nie przestraszyć i od rozpoczęcia wyprawy nie odstraszyć. Zakładał, że Claire musiała oceniać go w swojej głowie, ale nawet nie próbował wchodzić z butami do kobiecych myśli i logiki, bo pewnie nic sensownego by z tego nie wyciągnął.

— A panienka to konkretnie jakoś w biznesie plany ma? Gardziela trochę leciwa jest, a jak chce się wydobywać cyprnait, to styknie górników posłać. 

Od Stanleya, CD. Oriona

Wjechali do miasta, zatrzymując się w jednym z pobliskim moteli. Nie było to najlepsze miejsce w zestawie, ale pozwalało mieć dach nad głową przez kilka nocy, nie kosztowało fortuny, a przy tym miał pewność, że jak zostawi w nim dzieciaki, to usłużna matrona po jego powrocie radośnie poinformuje go, czy i które z bliźniąt wbrew jego zaleceniom wypełzło w nocy z kryjówki. Od razu rozdzielił zadania, każąc Billy`emu pomóc w rozładunku wozu, a Stellę posłał dogadać wszystko z właścicielką noclegowni, co by dwa pokoje wynajęła. Ostatnimi czasy szczególnie tego już pilnował, co by spali osobno, chociaż pierwszą rozdzieloną nockę przed rokiem spędził pod drzwiami pokoju Stelli z dubeltówką, gdy odkrył, że zakradła się wcześniej do stodoły z miejscowym chłopakiem. Przetrącił mu odrobinę kości, tak żeby pamiętał, że Cosberskie panny się szanują i je szanować zresztą też trzeba.

Zameldowali się w pokojach, co mieli do zostawienia, to zostawili i poszli na łowy. Stan lubił najważniejsze sprawunki skończyć już pierwszego dnia, żeby w dowolnym momencie móc iść w diabły, gdyby zaszła taka potrzeba. Instynkt zachowania sobie szansy ucieczki działał cuda, gdy nagle pokłócił się z kimś w barze i potrzebował zawinąć się w te pędy. Sprzedali za to skóry, zrobili nieco zapasów, zamówili trochę materiałów i podowiadywał się o tym, co w trawie piszczy. Dzieciarnię zostawił samej sobie, dając im nieco grosza na spożytkowanie, byle tylko nie zachlali się w dwie dupy. 

Zdążył pożartować ze sklepikarzem o tym, że prędzej obaj wygrają nadchodzący wyścig, niż znajdzie się w Saint Thomas szeryf, który przetrwa dłużej niż kilka miesięcy. Niby nie była to póki co, aż tak wielka sprawa, ale znikający znikąd stróżowie prawa stawali się powoli potęgującym śmieszność sytuacji żartem. W oczach Stana coraz mniej ludzi przejmowało się losem pojedynczego, zagubionego człowieka, a bardziej upodobało sobie historie o duchu oryginalnego szeryfa, który po śmierci w strzelaninie nie był w stanie znieść faktu, że ktoś mógłby go na jego stanowisku zastąpić. Bajdy i banialuki dla dzieci, ale brak postępów w śledztwach skłaniał do mnożenia scenariuszy nie z tej ziemi. 

No i w końcu wylądował w miejscu, w którym liczył, że się znajdzie od początku tej wędrówki, w zamtuzie Loretty Randall. Burdel jak burdel, niezbyt obchodził go wystrój, alkohole czy twardość materaca, a raczej jakość samego asortymentu. A to, trzeba było kobicie przyznać, akurat pani Randall zawsze miała oko do łapania odpowiednich sztuk kurew, które nadawały się do tej roboty. Zagadnął wobec tego do osoby, która wydawała się na ten moment zarządzać całym przedsiębiorstwem, dopytując się o potencjalne sztuki.

— Macie może elfa albo innego nie ludzia, byle nie krasnoluda, he? — zagadnął.

22.11.2021

Od Stanleya, CD. Nathaniela

Cholerne, paskudne niedźwiedzie, które teraz Stanley najchętniej ukatrupiłby własnymi łapami. Zacisnąć jedną, zacisnąć drugą i zmusić zasrańce, żeby też przeszły przez etap absolutnego przerażenia. Tej pojedynczej chwili, która rzuca światło na wszystkie popełnione do tej pory dobre i złe uczynki. Na życie z perspektywy pewnego dystansu człowieka, który właśnie spotkał się ze śmiercią. I w zasadzie Stan z tym większych kłopotów nie miał, bo romansowali wspólnie dość długi czas, będąc na niejednej randce, gdy znalazł się po złej stronie lufy czy zwyczajnie zakręcił się nie przy tej robocie, co trzeba. Popełniał przecież błędy i za młodu jako wielki chojrak tykał się sprawunków niemożliwych do wykonania. Bawił się zadaniami, miejscami nawet na granicy prawa, ale za każdym razem czerpał z tego maksymalną satysfakcję. Ustatkował się z czasem, gdy pieniądze przestały już tak ładnie brzęczeć, a za ciekawymi wspomnieniami podążyły blizny, którymi jego ciało było w dużej mierze pokryte. 

I może właśnie te doświadczenia nauczyły go, żeby zbytnio z obcymi się nie spoufalać. Nawet z takimi, którzy rzekomo oferują przyjemną, darmową pomoc, jak na zbawienie prosto z nieba. Mało to przejezdnych, którym przy pomocy w ponownym założeniu koła na obręcz powozu zaproponowano ekstra kulkę w łeb? Tu nikt się z nikim nie cackał, a partacze długo nie przeżywali, zbytnio styrani problematyczną rzeczywistością. Jeden zły ruch, niewłaściwie ulokowane zaufanie i nie byłoby nikogo, kto by rozpoznał ciało. Zwłaszcza w Gęstwinie, gdzie można było potencjalne mordy i podboje zwalić na zwierzęta, tak usłużne człowiekowi w ramach wymówki. 

A przybysz na lekarza nie wyglądał, chociaż Stan ostatni raz widział człowieka w ładnym fraczku i lekarskim kitlu, gdy Stella mało mu nie zeszła na rękach. Sam zęby rwał u kowala i ochoczo twierdził, że nie ma żadnej przywary, której nie da się wyleczyć odrobiną tranu, terpentyną, ewentualnie czosnkiem i ziółkami. Chuj w zasadzie wiedział, czy kurdupel nie trzyma zza pazuchą płaszcza własnego pistoletu, przygotowanego do szybkiego wystrzału, jak tylko Stanley spuściłby z rezonu. 

I miał już go zestrzelić, gdy tak zaskoczył żwawo ze swojego konia i oglądał go jak zwierzę w cyrku, chyba wyłącznie ku własnej, barbarzyńskiej przyjemności, ale w głowie mężczyzny rozgorzała jedna myśl.

Kurna, dzieciarnia pewnie w popłochu zwiała siną w dal. Lepiej człowieka przy sobie przetrzymać, nawet na własne zgonowanie, byle nie natrafił na bliźniaki w głuszy, dużo bardziej od Stana podatne na manipulację, ładne uśmieszki i źle wykonane uściski dłoni. Chyba tylko dlatego puścił w końcu pistolet, kierując jego lufę ku ziemi.

Pozwolił sobie pomóc i tylko w ciszy przeplecionej pomrukiwaniami bólu, dogorywał sobie w świętym spokoju. Tu jakieś igły, tam jakieś specyfiki, a postępujący po nich ból trzymał się na cienkiej linii powiązania ze świadomością Stana, która pojawiała się i znikała w rytm przejawiających się mu przed oczami mroczków. Przy szczególnie nadwrażliwym nerwie myślał, że zaraz zejdzie z tego ziemskiego padołu i najwyżej zawinie się w grobie obok świętej pamięci mateczki, jeżeli będzie miał szansę, przyjemność, a Jedyny się nad nim zlituje. Dopiero po dłuższej chwili otrząsnął się z resztek problematycznych drgnięć ciała, długo po tym, jak Nathaniel zakończył już swoją pracę. 

— Skończone… Nie zemdlałeś? 

— A żeby cię matka przez łeb kołyską pierdolnęła — odmruknął jękliwie, jednak w jego słowach nie było ani grama jadu. Bardziej pokraczne dziadowanie, gdy zagryzione zęby bolały już choćby od nienaturalnego nacisku. 

W odpowiedzi usłyszał ciche parsknięcie śmiechem, zanim zorientował się, że poprzedziło je kolejne pytanie, które nie dosłyszał przez swoje własne mamrotanie pod nosem.

— Czego? — burknął napuszony.

— Co tak właściwie się stało? — spytał łagodnie lekarzyna, oporządzając swoją kobyłę na boku.

— A chuj ci to w zasadzie wiedzieć — obruszył się, pokrzepiony jednak myślą, że wypadałoby okazać jakąkolwiek łaskę osobie, która uratowała mu dupę. Tylko dlatego się sięgnął od razu po pistolet, a jedynie obejrzał wybawiciela od stóp do głów. I nie spodobało mu się to, co zobaczył.

— Gdzie z takimi chudymi nogami w Gęstwinę się pchasz, baranie, chyba na własne niedoczekanie — podsumował zgryźliwie. — Niedźwiedzie, jak większość tego gówna tutaj. Jakiś debil musiał podrzucić cyprnait na jego niedoczekanie i jak zwykle gówno rozeszło się po okolicy. Trzy pary oczu to chuj, pewnie gdzieś tam latają bestie z ośmioma łapami. — Wzdrygnął się, bo wzdrygnął, chociaż w razie jakiegokolwiek podejrzenia na ten temat, zaprzeczyłby solennie. 

— Cyprnait? — Medyk doskoczył do mężczyzny, z zainteresowaniem wymalowanym na twarzy.

— Znaczy, tak mi się chyba wydaje. — Podrapał się po głowie zdrową ręką, czując się niekomfortowo po tak bacznym spojrzeniu. — A ty kiego taki interesowny, he?

15.11.2021

Od Stanleya do Claire

Stanley od zawsze miał smykałkę do interesów.

Już za dzieciaka pomagał w gospodarstwie, żeby wieczorami przerzucać się na działki sąsiadów, robiąc wszystko, byle odłożyć kilka groszy na czarną godzinę. Jedyny w końcu świadkiem, że w tamtych czasach byle grosz bywał na wagę pełnoprawnego złota czy nawet cyprnaitu. Nawyku chomikowania pieniędzy i chorobliwego wręcz oszczędzania nie pozbył się nawet w czasie swojej samotnej wędrówki. Prawdopodobnie wyłącznie dlatego jeszcze nie zwariował, próbując wiązać koniec z końcem przy dwójce nicponiów u boku. Wcześniej nie zdawał sobie sprawy, ile pieniędzy pochłaniało jedno dziecko, co dopiero dwoje. Wcale nie polował w końcu więcej, nie przynosił więcej zwierzyny, najwyżej więcej zbierał kruszcu z wyludnionych, opuszczonych szybów, ale to też nie ratowało domowego budżetu. Oszczędności topniały w oczach, gdy z jednego wierzchowca zrobiło się ich troje, a w planach miał zakup kolejnego. Sprzedawał mniej mięsa i skór, zostawiając je na użytek własny. Robił większe zapasy, częściej schodził z góry, dłużej bywał w miastach, żeby stęsknione cywilizacji bachory mogły nieco oswoić się z kulturą. 

Stella wracała do domu chętnie. Wybawiona, z obietnicą kolejnych znajomości prowadzonych przez listy do następnego spotkania, gdy ponownie zjadą obładowanym skórami wozem. Z satysfakcją dobierała skóry na nowe płaszcze, z wprawą skórowała najbardziej tłuste dziki i za miastem tęskniła tylko wtedy, gdy wymarzyła sobie, że następnym razem Stan pozwoli jej dołączyć do rundki pokera w barze. 

Problemem był Billy, który do życia w głuszy najzwyczajniej w świecie się nie nadawał. Jego pierwszym wspaniałym pomysłem, w którym zresztą sam Stan odmówił jakiegokolwiek współuczestnictwa, był kurnik. W górach. Nie byle jaki, bo h u m a n i t a r n y. Z wybiegiem. W cholernie niskich temperaturach, z pogodą zmienną jak chorągiewka, przy braku nadmiarowych resztek do wykarmienia i niskim zapotrzebowaniem na coś tak trywialnego jak świeże jajka. Bękart udomowił jedną, biedną dziką kurkę, która chyba tylko przez własną głupotę zapętała się do środka Gęstwiny, skąd wytrzasnął ją całą ubabraną w błocie, krwi i z poharatanym skrzydełkiem. Kura została dzielnie ochrzczona Dajką, ku sprzeczności, bo do tej pory nie wydała z siebie ani jednego jajka, za to Stan musiał regularnie znosić całodzienne skrzeczenie jej durnego dzioba.

A żeby się na tym skończyło! Później pojawiły się jeszcze durniejsze pomysły. Mapy jeszcze Stan rozumiał, dobrze było orientować się we świecie, ale książki? Za  nimi poszła nauka, jakieś bzdurne plany o potencjalnej szkole średniej, gdy cała wiedza potrzebna człowiekowi powinna kończyć się na tym, o czym dowiedzieć można się w domu! Do Stanleya średnio docierało, po co komu z tej całej nauki więcej niż czytanie i pisanie. Podstawy były, to won do roboty, darmozjadów nikt utrzymywał nie będzie, w jego oczach należało trzymać fach w ręku. 

Rodzina to jednak rodzina, dlatego przy pierwszym znalezionym ogłoszeniu z obiecaną dosyć sensowną stawką poleciał w te pędy się zgłosić. A ogłoszenie wisiało sobie ładne, na słupie między barem a sklepem, w idealnym miejscu, żeby człowiek miał ochotę spojrzeć na tekst, na siebie i zorientować się, jak bardzo w dupie stoi z opłatami na nadchodzący sezon. 

Wszedł do salonu, zdjął i otrzepał z kurzu kapelusz, odchrząknął i ruszył do barmana, stojącego za ladą. 

— Wiadomo gdzie znajdę tu jakąś Claire?

Po krótkiej rozmowie zamówił szklaneczkę czegoś mocniejszego na otuchę, zanim pognał na spotkanie z ogłoszeniodawcą. Nie do końca pasowało mu pasować dla byle laleczki, która pewnie bazując na zawłaszczonej zawczasu za ładne oczy ojcowiźnie, zachciała sobie ruszyć na wielką wyprawę. Płaciła za to wystarczająco dobrze, żeby komentarze i opinie zostawił wyłącznie za siebie, gdy stukał zaciśniętą dłonią w lekko już odrapane z farby drewniane drzwi do dziwnego warsztatu. Mrugnął raz i drugi, wchodząc do środka po usłyszeniu kilku dziwnych zgrzytów. Ni tu huk wystrzału, ni tu dzikiego zwierzęcia, ale jakby następujące po sobie chrząknięcia, charknięcia i prychnięcia, niby na wzór tych od tej dziwnej kolei, którą pociągnęli przez prerię.

— To panienka wystawiła ogłoszenie? — spytał się grzecznie, gapiąc się ciekawostko na zagracony częściami i nieznanymi mu urządzeniami warsztat.


12.11.2021

Od Stanleya do Nathaniela

— To mi się bardzo mocno nie podoba — powiedziała Stella.

— To mi się bardzo mocno też nie podoba — powiedział Billy. 

— To mi się bardzo mocno nie podoba, że wam się nie podoba — powiedział Stanley i, jak zawsze zresztą, w prosty sposób zakończył całościową dyskusję. 

Miewał momenty, gdy faktycznie przejmował się zdaniem pół-elfich bękartów, ale nie słynął z otwartego serca, gotowego pojąć prawdy oświecone dyktowane przez dwoje chutliwych, leciwych nastolatków. Gadatliwą, marudliwą dwójkę zwiać mógł pierwszy lepszy zefirek, zwłaszcza pośród gęstwiny, gdzie mimo dużej roślinności i sporego zgęstnienia, zgodnie z nadaną tymże terenom nazwą, wiał denny, silny wiatr, kołysząc agresywnie koronami drzew. Jeżeli już Stan miałby słuchać kogokolwiek, wypadałoby, żeby był to ktoś postury porządnej, zbudowany jak dąb, mający swoje lata na karku, blizny na plecach, odciski na palcach i stopach. Ktoś doświadczony, a nie brygada smarkaterii, której zawsze wydawało się, że wiedzą lepiej. I to wszystko z powodu jednej, drobne kwestii. 

Bliźniaki miały zły sen. Ten w stylu najgorszy z najgorszych, gdy człowiek budzi się jeszcze w środku nocy, spocony, zaplątany we własną pościel i otumaniony swoimi cichymi jękami, które docierają wyłącznie do uszu pozostałych domowników, a nie tych dwóch własnych. Przewracali się z jedną na drugą stronę, zanim jeden przeciągnął się na kawałek pryczy drugiego, za co już dawno Stan przestał łoić im dupska pasem i rózgą. 

Niezależnie jak bardzo ich rozdzielał, na końcu i tak lądowali na jednej pościeli, gdy jedno miało szczególnie zły humor albo drugie było okropnie chore. W chwilach dni lepszych i neutralnych sami pilnowali zasady bycia już osobno, chociaż obu sprawiało to niesamowitą trudność. Przyzwyczajeni do robienia wszystkiego razem, nieustannie szukali najpierw kontaktu, z czasu już tylko tej drugiej strony w zasięgu własnego wzroku, aż w końcu i to powoli Stan wyplewiał z nich cierpliwie, twardą ręką, nie bojąc się sięgać po środki zaradcze najwyżej klasy. Bądź co bądź, jemu ojcu, Staremu Tomowi, jedno wyszło na zdrowie, porządne dzieciaki wychował. Temu Stan ochoczo korzystając z bogatego przekazu wpajanego własnym obiciem, też chętnie po takie metody zaradcze sięgał. Ciosał lżej, nigdy do krwi czy mocnego bólu, bardziej w wyniku przypomnienia i ostrzeżenia, choć Billy odkąd zaczął uczyć i czytać te dziwne książki z bibliotek w Saint Thomas i Blisstown. Jakby komukolwiek wkładanie więcej głupot do głowy było potrzebne. 

Spali co prawda tej nocy w chacie na skraju Gęstwiny, a tu zawsze było im gorzej niż w tej w Górach Hanower, skrzętnie wybudowanej na dosyć płaskim kawałku góry, gdzie niegdyś miało chyba stanąć kolejne, poślednie miasteczko górnicze. Do wykonania planów nie doszło, ostała się przygotowana ziemia, skrzętnie latami przez Stana, a ostatecznie przez Stana i dzieciarnię sprzątana. Mieli swoje miejsce na ziemi, bezpieczne ze wszystkich stron, nawet kilka z nich, bo przecież pieniędzy nie brakowało, wszyscy tutaj byli zaradni, no, Stan otwarcie mówił chełpliwie, że była to w całości jego zasługa, a też nikogo zbytnio nie obchodziły ani stare szyby kopalniane, ani norki i kopne, brudne borsuki, kryjące się w roślinnym gąszczu. 

Tym bardziej nie rozumiał, dlaczego dzieciaki upatrzyły sobie akurat ten dzień na panikę. Przecież od rana wszystko szło dobrze! Skorym świtem przygotowali standardowe pułapki, założyli przynęty, najedli się, bo człowiekowi najedzonemu zawsze było lepiej na duszy, Stan miejscami nawet twierdził, że musiała być ona niewątpliwie z żołądkiem połączona, dlatego bez zjedzonego rosołu nawet nie planował wypadu do kościoła. Idąc dalej tym tropem, może to rozluźnienie po sytym posiłku doprowadził do tragedii. 

Nie wiedział, jak wyrwał się niedźwiedź. Musiał ominąć wszystkie okoliczne zapadki, rozstawione trutki, skrzętnie produkowane z okropieństw, które zbierał (w rękawiczkach i maseczce, oczywiście!) w opuszczonych kopalniach, a nawet i awaryjne bronie, przygotowane do wystrzału w momencie naderwania liny. No i kilka mniejszych pułapek opartych na przewieszonych kłodach. 

Nigdy nie wyobrażał sobie, że jakikolwiek niedźwiedź przedarłby się przez jego żelazną obronę. A jednak musiał nastać ten dzień. Najpierw rozległ się charakterystyczny dźwięk brodzących wśród listowia i leśnej ściółki łap, kilka połamanych gałązek, a nim dobiegł go przejmujący, dudniący w uszach odgłos bardzo, bardzo zdenerwowanej matki z zagrożonymi młodymi, od razu kazał dzieciakom uciekać. Sam chwycił za strzelbę, w ramach ostatniego ratunku, odskakując przed wyłąniającą się z pobliskiego krzaka łapą.

I za nią poszła kolejna, i jeszcze jedna, gdy na teren pośredniego obozowiska, oddalonego od bezpiecznej chaty o dobre kilometry pieszej wędrówki, wkroczyło troje niedźwiedzi. Nie ukrywając, zdębiał na moment, bo niedźwiedzie raczej nie przebywały radośnie w stadzie. Nie bywały też takiej pokaźnej postury, a już na pewno, na pewno nie miały trzech par oczu. Przełknął głośno ślinę, strzelając celnie, ładując pierwszą kulę w środek czaszki pierwszego niedźwiedzia, który spadł na ziemię z rozdzierającym sercem wyciem. W oddali widział młode, kłębiące się zza starszymi osobnikami, równie zdeformowane. Gdyby miał więcej czasu mógłby się zastanowić, jaki skurwysyn najwyraźniej sprowadził cyprnait w sam środek Gęstwiny, a, co gorsza, pozwolił się do niego dobrać okolicznym zwierzętom. 

— No, kurwa, jebany debil — wydyszał do siebie, biegnąc na oślep i zostawiając cały sprzęt za sobą. Nie było warte, a poszedł bokiem trasą dosyć nietypową, mając nadzieje, że widoczny w zasięgu wzroku zmutowanych niedźwiedzi cel zachęci bestie do pójścia jego śladem. Broń Wszechmocny, tropem dzieciaków, bo wtedy wszystkie futrzaste łajzy karmiłby mięsem własnych młodych i oddał je na rżnięcie do cyrku.

Przeliczył się. Jeden krok nie w tą stronę, gdy upadł, czując jak pod naporem jego ciała łamie się jedna z większych, leżących na ziemi drewnianych kłód, na której miał nadzieję podskoczyć. Zdążył się tylko przechylić przed smagnięciem ciężkiej paszczęki, zanim poczuł, jak w jego klatce piersiowej zanurzają się ostre pazury. Łapa rozorała mu skórę od strony barku do niskiego boku, zanim trafiła otumanionego trapera raz kolejny. I kolejny. Dopiero po chwili odzyskał przytomność na chwilę, żeby wycelować i wystrzelić. Nie przyniosło to oczekiwanych rezultatów, gdy niedźwiedź lekko zakołysał się od kuli zatrzymanej w zranionej kończynie. W  tym samym czasie Stanowi udało się wyszarpać uwięzioną w kłodzie nodze i bez oglądania się za siebie ruszył do przodu. 

Biegł ile sił w nogach, ile powietrza w płucach, czując potęgujący od tyłu ryk zranionego zwierzęcia. Zmierzwił się mocno rozpaczą, że ściągnął swoim tropem tylko jednego stwora, mając ogromne nadzieje, że pozostałe bydle nie podążyło za Stellą i Billy`m. 

Zanim udało mu się uciec minęła dobra godzina, tak to przynajmniej sobie wyobrażał w spękanej bólem głowie, a on nie przestał biec, dopóki nie miał pewności, że zaraz co najwyżej padnie trupem z wyczerpania. Osiadł pod jednym z drzew, wyraźnie czując, że jego ostatni wyczyn pochodził wyłącznie od kończącej się powoli adrenaliny. Jak teraz, gdy przypomniał sobie o bólu, krwi lejącej się obficie z otwartych ran, a zagryzanie zębów przestało zdawać rezultaty. I wtedy nadarzył się cud. Z okolicznej gęstwiny wypełzł ktoś, o typowo ludzkim wyglądzie, na tyle, że Stan na wszelki wypadek od razu wycelował w niego z ukrytego poprzednio za sprzączką pasa rewolweru. Chuj wie, co jegomościa mogło przywiać w Gęstwinę, a ranny człowiek, to łatwy cel dla potencjalnego łupieżcy. 

— Ktoś ty? — wybełkotał gardłowo, krztusząc się śliną. 


1.11.2021

Od Stanleya do Oriona

Wóz podskoczył na nierówności, zakołysał się, ale dzielnie pruł dalej. Wypełniony tobołkami, wyprawionymi skórami, fragmentami ładniejszych kości, a nawet kilkoma porcjami suszonego mięsa z niedźwiedzia, przysłowionego rarytasu, którego niewielu miało przyjemność spróbować. Oczywiście, przed zjedzeniem potencjalny zajadacz i tak będzie musiał samodzielnie je w pełni przygotować, żeby nie zemrzeć od własnej głupoty, ale to już nie należało do zmartwień trapera. On swoje upolował, przygotował do transportu i zamierzał sprzedać, koniec problemu, co najwyżej mógł polecić przepis na bardzo dobry gulasz. Zatrzymali się wcześniej w Huronfield, żeby odebrać pocztę, ogłosić, że wracają za tydzień, może dwa, bo muszą odebrać większy rachunek i obiecać pozałatwiać po drodze kilka najpotrzebniejszych rzeczy dla znajomych. Niby mogli sprzedać wszystko po drodze, ale doskonale wiedział, że im większe miasto, tym większe ceny, a stali klienci zawsze płacili na czas, okrągłą sumkę i nie bali się chętnie dawkować napiwków za wysoką jakość produktu. Solidnego dostawcę należało w końcu cenić, mawiali, a Stan prężył się przy tym dumnie, jak kot z połechtanym głaskaniem ego. 

Na horyzoncie widniał za to już krajobraz majaczącego się w oddali Blisstown, do którego zaglądali wyłącznie w sprawie ważnych i ważniejszych sprawunków, jak to określał Stanley. Dzieciarnia zrozumiała dokładnie, co miał na myśli, bo ręka mężczyzny już od kilku tygodni świerzbiła na myśl o kolejnej rundce kart, do której żadnego z bliźniąt nie był w stanie do tej pory przekonać. Billy niezbyt radził sobie z zasadami, preferując umysłowe łamigłówki, a Stella miała tak tragiczną pokerową twarz, że ani razu nie udało jej się zblefować na poważnie. Oboje wyskoczyli nieco przodem na koniach, ścigając się w przyjacielskiej zabawie, zostawiając Stana samego ze swoimi myślami na cholernie niewygodnym koźle. 

Obecnie posiadali tylko trzy konie, z czego jeden zawsze musiał ciągnąc wóz. Mieszkając samemu życie z jednym rumakiem nie sprawiało mu kłopotu, gdy mógł swobodnie przenieść wszystkie potrzebne sobie rzeczy w kilku rundkach z podgórskiego miasteczka, ale transport majdanu dla trzech osób stawał się już lekkim wyzwaniem. Trzeba było uzupełnić zapasy prochu, linek, past, kupić nowe buty, bo te trzyletnie zdążyły się już Billy`emu rozwalić, a przy tym zwyczajnie zaciągnąć odpowiednie zapasy ziarna i mąki wzdłuż górskich szlaków. 

Zaczął gwizdać, bo wszystko było lepiej z gwizdaniem, dlatego w nieco lepszym humorze wjechał do Blisstown. 

31.10.2021

Poślę ich wszystkich w diabły

00Pan Niedźwiedź
Człowiek nie zdąży się obejrzeć, a strzela mu czterdziecha na karku razem z bólem w krzyżu, siostra ląduje z kulką w głowie, facet zostaje sam z jej dwójką pół-elfich bękartów i listem "Stanley, opiekuj się nimi", jakby zostawiła mu w spadku kwiatki, nie dzieci.
Emme

 Stanley poleca się na wąteczki, jesteśmy nastawieni z nim na wolne pisanie, raczej krótsze teksty, w planach jeszcze Billy albo Stella do dodania jako postać, można mieszać Mistrzem Gry, można wykorzystywać w wątkach po omówieniu tego ze mną. Kod od cudownej Emme, a art poglądowy od Minttu Hynninen.