Kolumna góra

Słuchy z Krainy
Aktualny rok: 1846

Na ulicach słychać szepty o wielkim wyścigu mającym ciągnąć się przez całą Krainę – za wygraną przewidywana jest gigantyczna suma pieniędzy, amnestia wszystkich przestępstw oraz zapewnienie bezpieczeństwa na okres roku. Co ambitniejsi już poszukują wierzchowców na ten morderczy wysiłek.

W Saint Thomas w niewyjaśnionych okolicznościach zniknął kolejny szeryf. Za każdą przydatną informację przewidziana jest nagroda.

Już niedługo w Jackburg: cyrk! Kobieta-guma, linoskoczkowie i najsilniejsi ludzie w całej Krainie. Przyjedzcie zobaczyć to na własne oczy.

Aktualnie poszukiwani są: Otelia Crippen
Dziękujemy za pomoc w schwytaniu Clide'a 'Smiley' Byersa. Aktualnie oczekuje na wyrok sądu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alian i Ezra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alian i Ezra. Pokaż wszystkie posty

14.01.2022

Od Aliana CD. Ezry

    Brunet postarał się przyjąć postawę, która nie zdradzałaby aż tak jego niepewności, ale mógł się tylko domyślić, że wyglądał, jakby srał pod siebie. Tak czy siak postanowił cicho parsknąć na rozluźnienie sytuacji i obrócił się powoli unosząc ręce ku górze ni to w geście obronnym.
— Pan wyluzuje. Ja sprawdzałem tylko Pana czujność. — Jedną rękę opuścił, żeby wyciągnąć z kieszeni cygara. — Muszę przyznać, że matka wie z jakich usług korzysta. Nic dziwnego, że tak Pana chwaliła. — Uniósł kącik ust podchodząc do lady, żeby odłożyć na niej skradzione przedmioty.
    Kłamstwo nie było czymś dobrym, ale w takim świecie było czymś niezbędnym do przetrwania. Alian rzecz jasna ani słowa nie usłyszał o mężczyźnie znajdującym się naprzeciwko. Nie wiedział nawet jak mu na imię albo ile ma lat, ale wyglądał na kogoś w okolicach matki, więc wspomnienie o paru miłych słówkach z jej ust, mogło zrobić swoje. Ludzie nie są tacy trudni w obsłudze. Wystarczy, że ktoś wyrazi nimi zainteresowanie lub dowiedzą się, że się o nich dobrze prawi to zmiękną im serca. W tym przypadku było to dla Aliana kołem ratunkowym, a ten łapał się w swoim życiu każdego jakie tylko mu rzucono.
— Ja podziękuję jednak Pana propozycji. Nie powinienem palić. — Każdy, kto pali nie powinien tego robić, więc żadna to była wymówka. — Sam odradzam matce, bo przecież w jej zawodzie nie wypada, ale wie Pan jak to jest z kobietami. Tak czy siak zrobią swoje — dodał ze śmiechem i nie odwracając się plecami do mężczyzny, zaczął wycofywać się do drzwi.
    Wciąż czuł na sobie jego obojętny wzrok i choć nie miał już wycelowanej w siebie broni to i tak czuł lekkie zagrożenie. Alian był mało ufnym chłopakiem i bardzo dużo rozmyślał, co przeważnie prowadziło go do zguby. Możliwe też, że jeżeli zostałby dłużej to dodałby coś nieodpowiedniego. W końcu oparł się plecami o drzwi, które lekko zaskrzypiały.
— Jestem pewien, że matka ucieszy się, jak złoży nam Pan nawet kiedyś niespodziewaną wizytę. Domyślam się, że Leonka ma dużo znajomych, ale rzadko kogo zaprasza — wydukał, kiwając zachęcająco głową i nie czekając na odpowiedź, wyszedł za drzwi.
    Stało się. Alian źle wymierzył czas i powiedział o parę zdań za dużo. Po jakiego grzyba zaprasza do siebie jakiegoś gacha, który może bez problemu sprzedać go matce? Ona nie wiedziała o tym, co wyczynia w Jackburgu i że ku jej przestrogom poszedł w ślady ojca. Sam nie był z tego dumny, ale nie chciał stracić jeszcze w oczach rodzicielki, bo choć ta momentami nim gardziła, to przynajmniej miała go za najbardziej ułożonego członka rodziny, którą opuściła. Alian zawsze miał nadzieję, że to za nim tęskni najbardziej i tak samo jak on, wspomina ich wspólne chwile z łezką w oku. Jeżeli jednak dowie się o tym, że jej ułożony synek jest złodziejem, może równie dobrze więcej nie przyjeżdżać do Blisstown.
    Pech zdecydowanie nie odstępował dzisiaj chłopaka na krok. Po drodze do domu przechodził ciemną uliczką mając nadzieję, że okaże się ona skrótem i szybciej schowa się w zaciszu wielkiego domu matki, jednak los miał inne plany. Widząc trzech mało zadbanych mężczyzn, którzy choć byli wychudzeni, wyglądali na groźniejszych od tego typa sprzed baru, Alian spiął barki i odwrócił wzrok. Chciał jak najszybciej przemknąć obok nich, ale słysząc głośne chrząknięcie tuż obok ucha wiedział, że nic z tego. Zatrzymał się słysząc groźbę zza pleców.
— Ładną masz kurtkę, pięknisiu — zachrypnięty głos coraz bardziej się zbliżał. — Ciekawi nas, co kryje się w jej kieszeniach.
    Alian spodziewał się takiego towarzystwa, ale on przecież nigdy nie uczy się na swoich błędach i nie słucha głosu rozsądku.
— A dziękuję. — Postanowił założyć tą samą, fałszywą maskę, jaką miał na sobie przy konfrontacji z mistrzem cygar. — Niestety kieszenie są dziurawe — zaśmiał się smutno, odwracając się do nich na wypadek, gdyby chcieli zadać mu cios od tyłu.
    Wolał być świadomy i gotowy na unik.
— Niemożliwe. Taki materiał szybko się nie niszczy. — Podszedł do niego prędko i łapiąc za kołnierz, przyciągnął bruneta bliżej siebie. — A ty nie wyglądasz mi na kogoś, kto nie dba o swoje ubrania — Zjechał go wzrokiem i, fakt faktem, Alian był ubrany o wiele lepiej od reszty, a jego kurtka wcale nie była dziurawa, bo była w idealnym stanie.
    Syn Leony miał dosyć tej rozmowy, która ciągle trzymała go w niepewności. Odważył się więc w końcu szarpnąć w tył, aby uciec od uścisku chudego mężczyzny, ale nie zauważył kiedy jego wspólnik stanął tuż za nim tym samym uniemożliwiając mu ucieczkę. Nieco niższy opryszek odepchnął jego plecy, a brunet wylądował na facecie, od którego chciał się odsunąć. Ogarnij się Alian, to nie pierwszy i nie ostatni raz, pomyślał. Musi dostarczyć matce jej zamówienie. Musi mieć jakikolwiek powód do dumy. Muzyk wstrzymał oddech i szybkim ruchem odwrócił się, jednocześnie pochylił i wyminął mężczyznę, który blokował mu drogę ucieczki. Później już tylko wziął nogi za pas i ruszył jak piorun przed siebie. Po prawie sekundzie usłyszał gwizdanie i ziemia zaczęła się trząść, gdy cała trójka zaczęła go gonić. Biegnąc jeszcze szybciej niż rano, spojrzał przez ramię, aby ocenić szanse zbirów na dogonienie go, ale widząc, że jeden z nich zniknął, zabiło mu mocniej serce. Musiał skręcić w jakąś uliczkę, żeby zablokować go z innej strony. Uciekinier w końcu dobiegł do rozwidlenia uliczek i z racji, że nie miał zbyt dużo czasu na przemyślenia, skręcił w lewo. Biegł dalej, a jego płuca powoli nadążały z pompowaniem tlenu. Jedynym plusem było to, że rabusie byli całkiem sporo w tyle i Alian miał coraz większe szanse na zgubienie ich. Niestety jak się spodziewał, przed nim znikąd pojawił się ich zaginiony kolega. Dopiero teraz zorientował się jak szybko biegł, bo nie zdołał wyhamować i tym samym wpadł na mężczyznę. Oboje polecieli na bruk, Alian dodatkowo przejechał po nim twarzą. Przez chwilę trwał w szoku, ale udało mu się pozbierać szybciej od jego przeszkody i ruszył dalej przed siebie. Przynajmniej opóźni tym całą trójkę, a jego zadrapaniami zajęła się już adrenalina. Nie odwracając się już ani razu, wybiegł w końcu na główną ulicę, skąd już bez problemów dotarł do domu matki. Wpadł do środka jakby na ganku leżała tykająca bomba, zatrzasnął za sobą drzwi i opadł na schody. Dobre paręnaście minut starał się wyrównać oddech i przyrzekł sobie, że kończy z bieganiem. Gdy już nieco się uspokoił, sięgnął do kieszeni po pudełeczko cygar i poczuł ukłucie w brzuchu.
— Nie no kurwa, błagam was — zaklął głośno wyciągając pogniecione pudełko z przynajmniej dwoma połamanymi cygarami w środku.
    Głowa opadła mu na stopień i głośno jęknął. Czy on naprawdę niczego nie potrafi dobrze zrobić? Nie dość, że nie wpuścili go na występ, to matka nie wzięła go na próbę, potem podpadł jeszcze sprzedawcy, następnie zbirom, a teraz to już w ogóle matka odeśle go z powrotem do ojca. Żeby tego było mało, zaprosił jeszcze gościa bez wiedzy Leony. Może niech po prostu spakuje się sam i wyjedzie zanim zrobi się gorzej?

<Ezra?>

1.12.2021

Od Ezry cd. Aliana

Dwie pary szorstkich palców ujęły dwa końce sponiewieranego, trzymającego w ryzach paczkę sznurka i, zanim adresat włożył w to jakikolwiek wysiłek, węzeł z niejaką łatwością został rozplątany. Ezra Walroth pozbawił przesyłkę zbędnego papieru (co by nie mówić — najtańszego, ponieważ dostawca lubował się chodzenia po linii najmniejszego oporu i nie narażał na zbyteczne koszta), który prędko znalazł swoje miejsce w śmietniku i z dumą zaprezentował światu — trzem kotkom z kurzu i potworowi z sypialnianej szafy — pudełko pełne pozłacanych cygar. W rzeczywistości tytoń nie miał w sobie nic ze złota — ba, „pozłacany” samo w sobie zdawało się znacznym przesadzeniem — ponieważ jedyne, co w oczach biednego sprzedawcy podnosiło jego wartość, był fakt, iż towar ten był towarem eksportowanym znacznie bardziej, niżeli wszystkie dotąd — jeśli tylko dało się być eksportowanym bardziej lub mniej. W każdym razie cygara pochodziły zza morza, toteż Ezra przyglądał im się, niby matka zabrudzonemu we krwi i mazi noworodkowi. Z pokrzepiającym uśmiechem przedziurawił wieczko i rozerwał je wystarczająco, żeby umożliwić potencjalnym klientom sięganie po pożądany w Blisstown towar. Saikhatevl — jak za oceanem nań wołano — były sprzedawane w paczkach liczących dziesięć sztuk, toteż Walroth, coby nie zapłacić wielokrotności kwoty zamówienia, zmuszony był ściągnąć ich dwadzieścia, nie skazując się tym samym na straty o równowartości ceny jego prawej, zdrowszej nerki. Pozostałe dziewiętnaście przesyłek schował skrzętnie pod strzechą, przykrywszy stertę starą, zabrudzoną szmatą i pękniętą doniczką. Tym sposobem chciał zmusić potencjalnego złodzieja do dwukrotnego przemyślenia tego, czy aby na pewno zamierza ryzykować stłuczeniem doniczki z pomocą jednego chwytu.
— Nie dotykaj, Hosea — zbeształ okolicznego powsinogę, gdy ten zajrzał do niego, jak zwykł robić w każde wtorkowe, czwartkowe i piątkowe popołudnie. I środowe zresztą też. Tamten dzień był poniedziałkiem, więc odwiedzał go także poniedziałkami. Hosea był wierny jak stary pies i cuchniał równie mocno.
— Przepraszam, przepraszam. — Uniósł chude ramiona w obronnym geście, odwracając zawadiacki wzrok. — Zapomniałem o tej chorobie przenoszoną przez dotyk. Sam wiesz, tą, którą mnie zaraziłeś.
Walroth przewrócił oczami i skierował pełne troski spojrzenie ku beżowemu pudełku z kwiecistymi zdobieniami po bokach. Hosea i jego zabrudzone od błota dłonie zamierzał trzymać od cygar jak najdalej.
— Myślałeś kiedyś nad tym, jak te głupie cygara niszczą ludzi, Ezra? Ezro? Pani Walroth? — Wykrzywił zniekształconą od licznych zmarszczek twarz. Hosea był jednym z przyjaciół Ezry, którzy dowcipy o kobietach uważali za szczyt komedii, stąd też skłonność do zwracania się do Walrotha niby do pani. — Wszyscy, których znam, i którzy palą te szatańskie skręty, prędzej czy później tracą rozum, pracę, ludzkie… ludzkie wnętrze, ludzkie piękno, głębię, Ezra, głębię! Jestem przerażony tym, dokąd zmierza świat. Och, Aberam, Aberam, i na co ci to było, no na co, mój najprzystojniejszy i najserdeczniejszy przyjacielu?
— Mam gdzie mieszkać, Horsea.
— Co to za osiągnięcie, głupku?
— Najwyraźniej spore, bo ty śpisz pod kartonami.
— Materialiści! Jedyny, patrzysz i nie grzmisz! — Wyrzucił ręce w powietrze. — Wiesz, co ci powiem, moja zachęto do pobudek i suszenia kartonów po każdej ulewie? Pierdol się, tyle ci powiem! Tak, Ezra, rucham ci starą.
Ezra uniósł brew znad czytanej gazety, nie odrywając od niej wzroku. Prasa okazała się niezwykle interesująca gdzieś w połowie monologu Hosei.
— No dobrze, dobrze, w porządku, przesadziłem, nie pieprzę się z truchłem, za zimne, jak na moje. Tak czy inaczej, masz się pierdolić, ty i twoje luksusy. I cygara zza wody. Walroth! — wymamrotał Hosea w desperackiej próbie zwrócenia na siebie uwagi, tylko po to, żeby Walroth zamruczał w odpowiedzi. — Powiem ci… powiem ci tak — nie wierzę w wodę! Nie wierzę w te twoje morza, bo nigdy ich nie widziałem. Tak naprawdę sprowadzasz te cygara z… z… niech cię szlag trafi, Ezra. Opuszczam to domostwo.
W czterech ścianach sklepu z cygarami zapanowała zwyczajowa cisza, ledwo Hosea zdążył zacząć i zakończyć kolejny wywód, wystarczająco nieistotny, żeby Ezra słuchał go ledwie jednym uchem. Drzwi zamknęły się z hukiem i nie musiało minąć pięć minut, żeby otworzyły się na powrót.
— Wyjmę drzwi z nawiasów. Otwieranie ich i zamykanie pięć razy dziennie musi być męczące, Ho-... — Uniósł głowę, spodziewając się, że spojrzeniem napotka rozjuszony wzrok posiwiałego brodacza. Widząc czającego się w progu młodziaka, na dodatek wcale nie tak siwego, złożył wpół gazetę i wstał z krzesła, prostując zastałe stawy. Zacisnął usta i popatrzył na niego z niemą prośbą pośpiechu.
Chłopak nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia pięć lat, a mimo to zdawał się równie speszony, co dziecko posłane do szkoły po raz pierwszy. Niepewność ustąpiła wraz z momentem zbliżenia się do lady i odtąd chłoptaś, wydawało się, że tak mocno, co sam Ezra, pragnął załatwić swoje sprawy i czym prędzej zniknąć, nie marnując czasu na uprzejmości.
Przyszedł odebrać zamówienie Leony Bellett. Syn, być może siostrzeniec albo bratanek, przeszło przez myśl Walrotha. Wspomnienie śpiewaczki rozlało się ciepłem w sercu Ezry — mimowolnie, ponieważ jedynie w jego głębi przyznawał, że Leona była jedną z nielicznych kobiet, której ośmielał się poświęcać więcej uwagi niżeli jakiejkolwiek innej, z odpowiednią dozą rezerwy, co jasne. Obrócił się więc, po omacku odszukał odłożoną specjalnie paczuszkę zawiniętą w ozdobny papier upstrzony kropkami — najładniejszy, jaki Abraham był w stanie znaleźć przy okazji przygotowywania przesyłki adresowanej do swojej siostry — i postawił na ladzie, podsuwając ją blisko do klienta. Chłopak napiął się jak struna, ale zdołał wydusić słowa podziękowania. Pospiesznie obrócił się, coby, jak Ezra się spodziewał, z niejaką ulgą wypaść na zewnątrz.
Poniedziałkowe popołudnia były naprawdę nużące, a Hosea zostawił u Walrotha swój rewolwer. Ezra nie był specjalistą od broni i nie wiedział do końca, jak ją obsługiwać, ale poradził sobie z przeładowaniem jej i wymierzeniem w przeciwległą ścianę, na metr od chłopięcej głowy. Leona Junior zatrzymał się z trwogą.
— Chłopcze, jesteś niemal równie wysoki, co ja, znalazłbyś w sobie trochę odwagi. Ten rewolwer jest starszy od ciebie i prawdopodobnie kula zmieniłaby trajektorię, ostatecznie trafiając gdzieś… — przesunął rękę o parę metrów — ...tam. Zostaw te cygara, są specjalne i nie widzi mi się, żeby ktoś poza twoją matką, ciotką, babką, kuzynką, czy kimkolwiek Bellett dla ciebie jest, rżnął mnie na kasę tak, jak robi to ona. Podejdź tu, proszę, opróżnij swoje kieszenie i wybierz sobie cokolwiek innego, co nie kosztuje mnie ani czasu, ani nerwów. Jeśli nie będziesz oponował, nie powiem twojej matce.

20.10.2021

Od Aliana do Ezry

    Kurczowo ściskając własne kolana Alian starał się pozbyć sprzed oczu czarnych plam. W tamtym momencie doszło do niego, że ostatni raz tak szybko biegał dobre parę lat temu, a i wtedy jego kondycja nie była najlepsza. Przedtem może jedynie łatwiej mu było dojść do siebie, a teraz wydawało mu się, jakby miał zaraz stracić zupełnie przytomność. Dopiero głośne chrząknięcie nad głową przywróciło mu nieco sił, a raczej poczuł się zmuszony w końcu podnieść łeb. Ostatni raz zaczerpnął ogrom powietrza i wyprostował się jak gdyby minutę wcześniej wcale nie dławił się i prawie co nie zszedł.
— Spóźniłeś się — odparł wysoki i przesadnie dobrze zbudowany mężczyzna, z którym Alian chciał zmierzyć się wzrokiem, ale chcąc nie chcąc musiał unieść przy tym brodę — Już przyjęliśmy kogoś innego.
— Czy ty masz pojęcie kim jest moja matka? — uniósł w oburzeniu jedną brew krzyżując przy tym ramiona na piersi, ale sam nie wie kogo chciał oszukać tą swoją "pewną siebie" postawą — Moja matka występowała u was zanim przyjęli ją do głównego teatru. Możecie mówić ludziom, że to u was wychowywała się gwiazda — dodał szczerze dumny.
    Mężczyzna zmierzył go wzrokiem i trwał w ciszy na tyle długo, że Alian myślał już, iż przystanie na ten argument i wpuści go do środka. Obserwował jego mimikę twarzy w skupieniu, gdy ten się do niego nachylił, ale jego wyraz nie zdradzał zupełnie nic. Brunet poczuł się niekomfortowo z brodatą gębą parę centymetrów przed własnym nosem, ale gdy miał się odsuwać, gigant wyszczerzył zęby w podłym uśmiechu.
— Nigdzie nie wejdziesz sieroto — parsknął głośnym śmiechem niższemu chłopakowi w twarz, a że jego oddech nie pachniał najlepiej, ten skrzywił się lekko i cofnął.
    Nie zdążył nawet nic odpowiedzieć, bo brodaty mężczyzna wszedł do środka i przesadnie głośno zatrzasnął za sobą drzwi.
— Cholerni hipokryci w tym mieście — burknął pod nosem i odwrócił się na pięcie.
    Nie miał pojęcia, co ma teraz robić ani gdzie iść. Chciał dostać się do tej knajpy i zagrać na ich fortepianie, na tym samym, na którym kiedyś grała słynna Leona Bellett. Jego matka. Mógłby wtedy przypomnieć sobie stare dobre lata i wyobrazić, o ile zafascynowanych uśmiechów jego rodzicielka musiała przyprawiać tutaj jej słuchaczy. Alian pamiętał, jak jemu zapierało dech w piersi, gdy jej palce zwinnie i delikatnie poruszały się po klawiszach, a wyglądało to, jakby w ogóle się nie starała. Nic dziwnego, że teraz gra i śpiewa w najbardziej znanym teatrze w Blisstown. Alian wiedział, że on nie ma takiego talentu jak ona i nawet gdyby mógł zajść gdzieś wyżej dzięki matce, byłoby mu głupio w ogóle o to pytać. Tak więc pozostało mu wrócić do posiadłości matki i przyznać się do kolejnej porażki w jego marnej karierze pianisty. Miał nadzieję, że jak przyjedzie do Blisstown, będzie mógł poczuć się jak ktoś ważny, że będzie miał tutaj większe szanse niż w Jackburgu, ale prawda była taka, że Alian nigdzie nie miał swojego miejsca. Gdziekolwiek by nie poszedł i nie ważne jak bardzo by się starał, i tak by mu się nie powiodło. Jego nadzieje na lepszą przyszłość były coraz mniejsze, a marzenia lada moment okażą się głupimi dziecięcymi mrzonkami. Brunet całą drogę przez miasto wgapiał się w nierówny chodnik i kopał kamienie, które z niego powychodziły. Wyglądał tak żałośnie, że nawet żebracy na ulicach podążali za nim spojrzeniem pełnym współczucia. Szybko okazało się, że w miejscu gdzie Alian niegdyś chciał spełniać swe największe cele, czuje się gorzej niż w swoim małym miasteczku. W połowie drogi przyspieszając kroku, w końcu dostał się do trzypiętrowej kamiennicy niedaleko salonu krawieckiego. Wszedł do środka jak najciszej potrafił, ale jego matka poza wspaniałym głosem miała również bardzo wyostrzony słuch.
— Nie miałeś występować u Barneyów? — usłyszał głos dochodzący z pierwszego piętra, w którym dało się wyczuć nutkę kpiny.
— Spóźniłem się — odparł głośno, lecz tak naprawdę chciał, żeby matka w ogóle tego nie usłyszała — Wzięli kogoś innego, ale powiedzieli, że następnym razem zaproszą mnie — skłamał korzystając z tego, że kobieta go nie widzi, bo wtedy zauważyłaby, że kłamie w ułamku sekundy.
— Mogę pójść i załatwić ci tam występ, wiesz o tym kochanie? — zapytała pobłażliwie, aż w końcu wyłoniła się z pokoju i pojawiła się na schodach. — Byłabym dumna, gdybyś zagrał tam, gdzie sama zaczynałam — uśmiechnęła się do syna.
    Leona była kobietą o wyjątkowej urodzie i Alian miał szczęście, że odziedziczył po niej łagodne rysy twarzy. Wyglądała na przynajmniej o 10 lat młodszą i umiała to dobrze wykorzystać na własną korzyść. Mężczyzna nigdy nie mógł oderwać od niej wzroku zwłaszcza, gdy ładnie stroiła się na kolejny występ. Starał się zapamiętać każdy jej nawet najmniejszy szczegół, żeby mieć co wspominać, gdy wróci do siebie.
— Pięknie wyglądasz, mamo — uśmiechnął się niekontrolowanie — Nie musisz się niczym przejmować. Poradzę sobie sam, zupełnie jak ty — dodał w odniesieniu do jej wcześniejszej sugestii.
— Jestem z ciebie dumna — Alian wiedział, że nie była. — Muszę uciekać na próbę generalną i jeżeli nie masz co robić, mam dla ciebie zadanie — podeszła i położyła mu delikatną dłoń na policzku.
Brunet miał nadzieję, że zabierze go ze sobą.
— Zamówiłam sobie paczkę cygar. Mógłbyś je dla mnie odebrać? — podała mu karteczkę z adresem.
Nie zabierze go ze sobą, przecież to wstyd.
    Alian pokiwał tylko posłusznie głową i żegnając się z matką wyszedł z budynku. Gdyby został tam chwilę dłużej znów zacząłby się nad sobą użalać, a dosyć miał dzisiaj porażek. Nie znał zbyt dobrze Blisstown, ale z pomocą paru przechodniów w końcu dotarł pod podany adres. Przez chwilę stał pod drzwiami i obserwował swoje odbicie w szybie, ale widząc zniesmaczony wzrok mężczyzny w środku w końcu wstąpił. Matka nie powinna palić, przecież musi mieć nieskazitelny głos, a tym sposobem tylko go psuje, pomyślał podchodząc do lady.
— Przyszedłem odebrać zamówienie — odparł Alian beznamiętnie podsuwając brodatemu mężczyźnie kartkę z nazwiskiem.
    Wyższy i starszy facet zerknął na kawałek papieru, po czym pokiwał głową i odwrócił się tyłem do blatu, po czym nachylił się ku wysokiej półce. W tym właśnie momencie Alian zerknął na rozłożone po jego prawej stronie przeróżnej wielkości i rodzaju cygara i przyszedł mu do głowy najgłupszy pomysł tego dnia. Ostatni raz upewnił się, że sprzedawca go nie widzi i szybkim ruchem zgarnął dla siebie dwa przypadkowe cygara. Nie było go stać na chociaż jedno, a chciał sprawić sobie jakąkolwiek przyjemność. Skoro z jego usług korzysta ktoś taki jak jego matka, oznacza to też, że dochodów mu nie brakuje. Dwa cygara mniej nie powinny zrobić mu żadnej różnicy. Upchnął tytoń w kieszeni akurat w momencie, gdy wyższy mężczyzna odwrócił się i przekazał mu ładną paczkę kilku cygar.
— Dziękuję — zmusił się na uprzejmy, choć sztuczny uśmiech i odwrócił się, aby czym prędzej wyjść na zewnątrz.
W momencie, gdy miał otwierać ciężkie drzwi, usłyszał za plecami głośny dźwięk przeładowania broni. Odgłos ten był mu aż zbyt dobrze znany, a jeszcze lepiej wiedział, że zwiastuje kłopoty. Zastygł w miejscu jak kamienny posąg i głośno przełknął ślinę.

Ezra?