Kolumna góra

Słuchy z Krainy
Aktualny rok: 1846

Na ulicach słychać szepty o wielkim wyścigu mającym ciągnąć się przez całą Krainę – za wygraną przewidywana jest gigantyczna suma pieniędzy, amnestia wszystkich przestępstw oraz zapewnienie bezpieczeństwa na okres roku. Co ambitniejsi już poszukują wierzchowców na ten morderczy wysiłek.

W Saint Thomas w niewyjaśnionych okolicznościach zniknął kolejny szeryf. Za każdą przydatną informację przewidziana jest nagroda.

Już niedługo w Jackburg: cyrk! Kobieta-guma, linoskoczkowie i najsilniejsi ludzie w całej Krainie. Przyjedzcie zobaczyć to na własne oczy.

Aktualnie poszukiwani są: Otelia Crippen
Dziękujemy za pomoc w schwytaniu Clide'a 'Smiley' Byersa. Aktualnie oczekuje na wyrok sądu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Henrietta i Jules. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Henrietta i Jules. Pokaż wszystkie posty

8.12.2021

Od Claire cd. Julesa

Ubabraną dłonią się nie przejmowała - nie było niemal dnia, by nie musiała wypłukiwać smaru z włosów, albo nie znajdowała ciemnych smug w najgłupszych możliwych miejscach - chociażby za uchem albo w zgięciu kolana. Trochę dodatkowego syfu tu czy tam nie robiło jej już różnicy.
Wybałuszyła nieco oczy widząc, że Jules nie do końca został jedynie wytytłany i zwichrowany przez akcję z samolotem. A przynajmniej tak się jej wydawało, że rana była spowodowana walką z ogniem i maszyną.
— To teraz tak się zrobiło? — spytała średnio składnie, wskazując na ramię.
Jules próbował właśnie jakoś ogarnąć się tym, co miał pod ręką. A że tuż po katastrofie lotniczej nie było tego wiele, to i z ogarniania nie za dużo wychodziło. A przynajmniej nie za dużo wychodziło w oczach Claire. Bo o ile kobieta była przyzwyczajona do lekkiego bajzlu jeśli chodzi o warsztat - do brudnych maszyn, do fruwających wszędzie wiórków drewna albo pirzgniętych na stół śrubek i nakrętek - o tyle jeśli przychodziło do rzeczy związanych z szeroko pojętym zdrowiem i medycyną, to Claire przechodziła w tryb „panienki z dobrego domu". I wtedy raną miał się zająć lekarz, który dyplom dostał na Poważnym Uniwersytecie w Dużym Mieście, nie zaś popylał po świecie ze świstkiem z Krowiej Wólki, albo szył ludzi i przepisywał im ziółka „na gębę". Bandaże miały być bialutkie i puchate, podobnie i gaziki, wszystkie narzędzia - nowe i błyszczące, a leki - certyfikowane i z dobrym terminem ważności.
W warsztacie, jak to w warsztacie - wypadki się zdarzały. Mimo lekkiego nieporządku, który tam panował, Claire dbała o bezpieczeństwo swoich pracowników, także akcji w postaci nogi zmiażdżonej imadłem, albo przerobienia dłoni na krwawy naleśnik za pomocą prasy hydraulicznej nie było. Jednak zdarzały się rzeczy w rodzaju palca, w który ktoś przyskrzynił młotkiem, był też i pomniejsze otarcia, albo oparzenia, jeśli jeden z panów niefrasobliwie oparł się dłonią o rozgrzaną obudowę jakiegoś kolejnego ustrojstwa.
— Nie, to już wcześniej… — próbował odpowiedzieć Jules, jednak Claire średnio słuchała.
Bądź co bądź, była nie tylko panienką przyzwyczajoną do tego, że chodziła wokół niej służba i wszystko było tak, jak sobie tego zażyczyła. Była też szalonym naukowcem, który podążał za swymi pomysłami z siłą schodzącej z gór lawiny, i niewiele było w stanie ją choć spowolnić, nie mówiąc już o tym, by kobietę powstrzymać. Toteż gdy Claire wykoncypowała, że Jules jest ranny i to w jej obowiązkach należy zapewnienie mu z tego tytułu pomocy medycznej, pozostało jej jedynie działanie.
— Chester — zaczęła, kowboj spojrzał na nią z niepokojem. Wiedział, co oznacza ten ton. — Biegnij do warsztatu i powiadom doktora Paxtona, że będzie miał pacjenta.
Biedny Chester nie takie akcje już dla panienki Claire uskuteczniał, także chcąc nie chcąc, przetarł tylko przepocone czoło.
— To ja już pójdę — odparł i poleciał truchtem tam, skąd przyszedł, szybko oddalając się od miejsca katastrofy lotniczej.
— Tam uspokój wszystkich, że przeżyłam — zawołała za nim Claire, a następnie odwróciła się do Julesa. — No, a nam pozostaje chyba pójście na piechotę. Dasz radę przejść, nie będziesz mdlał?
Jules się obruszył.
— Chyba aż tak źle nie wyglądam, prawda?
Claire nieco się rozluźniła, parsknęła lekkim śmiechem.
— No nie, źle nie jest. Ale powiedzmy, że nas oboje przeczołgało.


Droga do warsztatu, samolotem pokonana chyba poniżej minuty, na piechotę zajęła o wiele za dużo czasu. W gorącym słońcu, wśród rozgrzanego niczego - pustej prerii otaczającej warsztat bezpiecznym pasem ziemi - każdy krok wydawał się być postawionym w miejscu, nie przybliżać do celu ani o milimetr. A jednak, ciemna plama hangaru pośrodku niczego przybliżała się i przybliżała, wychynęła w końcu zza kolejnego wyschłego na wiór krzaka, aż w końcu ukazała się w całej okazałości.
Wielkie drzwi były wciąż rozwarte, wywalony ozór rampy ledwie chwilę temu wypluł przecież samolot wprost w przestworza. Tu i tam kręcili się jacyś ludzie, do hangaru tuliło się kilka krzywych przybudówek. Z boku całego kompleksu - góra niewiadomego przeznaczenia żelastwa, która wkrótce miała stać się nowym projektem kolejnej maszyny.
— Witam w moim królestwie — Claire objęła gestem teren.

30.11.2021

Od Julesa CD. Claire

— No nic mi się nie stało, a wszystko to zasługa tego dzielnego człowieka.
Ilyushka zerknął na nieznajomą, jak już zdążył się przekonać – twórczynię rzekomego samolotu, którą ocalił od podzielenia losów wspomnianej machiny, następnie na nowo przybyłego nieznajomego, jak tym razem domyślał się tylko – towarzysza tej pierwszej. Dalej na trawioną przez ogień kupę metalu i z powrotem na… jak jej tam było, panienkę Carlę? Tyle się działo, że jakoś zapomniał się skupić.
— Dzielnego… — powtórzył z wolna, przez moment oddając się własnym przemyśleniom. Zmarszczył brwi, przetarł dłonią twarz.
Bo czy on by siebie samego od razu takim dzielnym nazywał? No raczej nie niekoniecznie; może szalonym albo niespełna rozumu. Ale dzielnym? Do tego wypadałoby być nieustraszonym, w sensie mieć wyjebane i nie bać się niczego. A Woronov, o ironio, z ryzyka na co dzień się utrzymujący, podczas tej całej bohaterskiej akcji nieustraszony wcale nie był. Ba, powiedzieć, że porty miał ze strachu obsrane, to jakby jeszcze lekko podkoloryzować! Ale skoro Clara sama go tak pewnie i pochlebnie oceniła, to czy był jakiś sens ją z tego błędnego przekonania wyciągać? Koniec końców, wcale nie było co się dziewczęciu dziwić. Ocalała z wypadku? Ocalała. Miała prawo widzieć go bohaterem.
— Nawet płaszcz postradał, żeby mnie ratować, widzisz, Chester? Są jeszcze dobrzy ludzie na świecie, może czasem się trochę uśmiechają.
Chester pokiwał głową, zbyt skupiony na próbie unormowania oddechu, żeby jakikolwiek dźwięk poza ciężkim sapaniem z siebie wydać. Jedyne co, to zdobył się jeszcze na wykonanie gestu niby to pozdrowienia, niby podziękowania (ciężko było stwierdzić jednoznacznie) w kierunku rudowłosego jegomościa z opaską na oku, tym samym skutecznie sprowadzając go z powrotem na ziemię.
— Tak, tak. Dzielny i dobry. To cały ja. — Woronov wyszczerzył ząbki w szerokim uśmiechu i podparł się pod boki, coby na bardziej pewnego wyglądać; pewnością wręcz tryskać, być tak nieustraszonym, jakim go odebrano. Uratował? Uratował. No to zasłużył przez tę krótką chwilę bohaterem być.
Nawet jeśli na co dzień ostatnie co, to by siebie samego dobrym człowiekiem nazwał. Nie te czasy, nie te czasy. Może kiedyś, z dwadzieścia lat do tyłu.
— Jestem Henrietta Ravenswood, ale proszę mówić mi Claire. Dziękuję – gdyby nie pan, byłabym już skwarką.
Czyli jednak Claire. Nie Carla, nie Clara. Claire. No, ale przynajmniej był blisko.
— Jules Smith. — wyciągnął rękę, niespecjalnie przejęty dłonią ubabraną od, jak znów pozwolił sobie w myślach strzelić – niczego innego jak smaru. Co mu tam za różnica, w gorszym stanie po tej całej akcji ratunkowej to już chyba być nie mógł. Płaszcz mu spłonął, koszula do wyrzucenia, buty ździebko jakby przypalone od włażenia między płomienie, jeno gacie względnie do użytku. Chyba. — To ja dziękować powinienem, za to, że udało ci się wymanewrować tym bydlęciem na tyle, żeby nie wlecieć prosto we mnie. — odruchowo i bardzo nieprzychylnie zerknął w kierunku samolotu. — Inaczej z ciebie byłaby skwarka, a ze mnie skwarkowy krowi placek. — ocenił, krzywiąc się na samą myśl. Nie uśmiechało mu się zostawać zmiażdżonym przez ogromne, metalowe ptaszysko, czy jak to tam jeszcze inaczej Carla nazywała. Clara. Claire.
Szlag by to jasny trafił. Tak to już jest, kiedy samemu ma się imion z jakieś dziesięć (oficjalnie), a może to nawet koło piętnastu (nieoficjalnie) – pozostałe imiona jakoś tak same wtedy z głowy uciekają.
— Pana chyba też trochę poturbowało to wszystko… No dużo tak teraz nie mogę zaoferować, ale tam dalej mam swój warsztat, to chociaż by pan sobie usiadł. Mamy coś na ząb, coś na suche gardło i na nadto czyste płuca.
Szara tęczówka podążyła wzrokiem za rączką, która wskazała określony kierunek; ten sam, w którego stronę zmierzać był zmuszony tak czy siak. Czyli nie dość, że się towarzystwa dorobił, to jeszcze będzie miał gdzie odsapnąć chwilę, zanim wydostanie się z tego cholernego miasta. Świetnie, wspaniale. Zajebiście.
— Wiecie panienko, namówiliście mnie już samą obietnicą posadzenia na czymś tyłka, bo błądzę po tej pierdolonej pustyni już z dobre… — zastanowił się na moment, ale nic, czego już do tej pory by już nie wiedział, wywnioskować nie zdołał. — Sam nie wiem, ale sądząc po pozycji słońca to w pizdu i jeszcze dłużej. 
Zmarszczył czoło, założył dłoń za kark (tę drugą, czystą), rozmasował gdzieś w okolicy szyi, ale zaraz syknął cichutko z bólu i wyprostował rękę naprędce. Skóra zapiekła siarczyście, zapomniana rana na ramieniu żywo przypomniała o sobie, Jules przeklął nieładnie pod nosem. Westchnął ciężko, rozerwał materiał już i tak niezdatnej do niczego koszuli u samego końca, coby założyć sobie prowizoryczny opatrunek. Doktór z niego nie był, faktycznie, ale poradzić to on sobie w takich sytuacjach potrafił.

3.11.2021

Od Claire cd. Julesa

I tak oto długie miesiące pracy w pocie czoła, nieprzespane noce, odciski na palcach, podrapane dłonie, spodnie podarte o wystającego gwoździa i tony materiałów - płonęły. Bezpowrotnie i nieodwracalnie, samolot zmieniał się w pył i stopiony metal, zaś Claire, jedyne co mogła zrobić, to bezsilnie patrzeć. Nigdzie nie było żadnej studni, by chociaż chlusnąć we wrak wiadrem wody - może i byłoby to bezcelowe, ale Claire mogłaby chociaż powiedzieć żarłocznemu żywiołowi „nie, nie zgadzam się!". Piasku wokół też nie było wystarczająco dużo, by nim próbować cokolwiek zasypywać, zaś sam żar płonącej konstrukcji był tak wielki, że nie dało się podejść chociaż na pół kroku.
I chociaż Claire w tej jednej chwili tak wiele straciła, to jednak wiele też zyskała. Bo samolot jednak wzniósł się w przestworza, jednak przeleciał dobry kawałek. I choć nie wszystko było idealnie, choć nie udało jej się normalnie wylądować, to jednak start był dobry, a i zasięg maszyny - robiący wrażenie. Na dodatek obyło się bez ofiar śmiertelnych, więc nie było tak, że ktoś przyjdzie i zakaże Claire dalszych prac nad jej maszyną. Z resztą - czy gdyby faktycznie ktoś zginął, to czy szeryf by się pofatygował? W tym brutalnym świecie wypadki przecież się zdarzały.
Kobieta ochłonęła w końcu, przytomniejszym i bardziej rzeczowym okiem popatrzyła na mężczyznę, który stał obok niej.
Przyjrzała mu się nieco uważniej, wcześniej tylko przepłynęła wzrokiem po jego twarzy, nie rejestrując niemal niczego. Co wpadło do głowy, to od razu wypadło i Claire patrzyła na niego - w sumie - pierwszy raz.
Nie no, dobrze - pamiętała jego twarz tuż przed wypadkiem - te rozszerzone przerażeniem oczy, wyraz kompletnego szoku na twarzy. Czyli to była niedoszła ofiara pierwszej w historii świata katastrofy lotniczej. I o ile Claire lubiła być tą, która robi coś pierwszy raz na świecie, o tyle katastrof lotniczych z ofiarami nie chciała jednak mieć na swoim koncie.
Umysł Claire szybko połączył wątki. Skoro prawie wylądowała samolotem na tym człowieku, i skoro jakimś cudem po owym „lądowaniu" nie była w trawionym płomieniami kokpicie, mężczyzna widać musiał ją z tego kokpitu wyciągnąć. No innej opcji nie było, nikogo innego w okolicy Claire nie widziała.
Chester przygalopował, sapiąc niczym miech kowalski, z twarzą czerwoną jak dorodny pomidor - czerwieńszą nawet, niż ta jego niedołączna chustka. Kapelusz gdzieś dawno zgubił, jednak mężczyzna zdawał się tym nie przejmować, będąc całkowicie skupionym na tym, jak to się Claire teraz czuje. Zdołał wykrztusić z siebie tylko jedno zdanie, nim stanął w rozkroku i oparł dłonie na udach, dysząc ciężko.
— No nic mi się nie stało, a wszystko to zasługa tego dzielnego człowieka — powiedziała, wskazując na stojącego obok mężczyznę. — Nawet płaszcz postradał, żeby mnie ratować, widzisz, Chester? Są jeszcze dobrzy ludzie na świecie, może czasem się trochę ukrywają.
Claire wsparła dłonie na biodrach i zwróciła się do nieznajomego.
— Jestem Henrietta Ravenswood, ale proszę mówić mi Claire — Ściągnęła rękawiczkę, otarła jeszcze dłoń o portki (nie, żeby to wiele pomogło), a następnie wyciągnęła ją do mężczyzny w geście powitania. — Dziękuję - gdyby nie pan, byłabym już skwarką.
Zerknęła w stronę wciąż płonącego samolotu.
— No, i tyle z mojego podboju niebios — westchnęła ciężko, splunęła w pobliskie krzaki. — Następne podejście w przyszłym miesiącu, do tego czasu powinnam zdążyć zbudować nowy model. O ile dostawy nie nawalą i przywiozą mi wystarczająco dużo blachy.
Znów zwróciła się do mężczyzny.
— Pana chyba też trochę poturbowało to wszystko… No dużo tak teraz nie mogę zaoferować, ale tam dalej mam swój warsztat, to chociaż by pan sobie usiadł — Wskazała gestem stronę, z której tak dzielnie przybiegł Chester. — Mamy coś na ząb, coś na suche gardło i na nadto czyste płuca.

27.10.2021

Od Julesa CD. Claire

To nie był dobry dzień. Nie, nie, nie. Niedobry to mało powiedziane! Był okropny, nie do zniesienia i najgorszy, a sam Ilya wpatrując się bezradnie i odrobinę jakby w tej nieporadności głupkowato (a co on, doktór jakiś?) w nieprzytomną twarz nieznajomej, która przed momentem o mało co nie wleciała w niego swoją zabójczą, latającą maszyną z metalu, przyłapał się na takiej przyziemnej myśli, że niczego więcej nie pragnął, niż mieć go już za sobą.
Ale co tam! Mieć taki dzień za sobą to jeszcze pół biedy; tylko żeby go całkiem godnie przeżyć, móc w końcu zapalić, nie zostać przypadkiem oskarżonym o żadne zabójstwo czy inną umyślną próbę wyrządzenia krzywdy i może jeszcze jakiś nocleg znaleźć w całkowicie obcym mu miejscu... to dopiero byłoby coś! I ba, pomyślał dalej Ilya, całkowicie się temu nagłemu marzeniu oddając, że byłby w stanie wszystko oddać, żeby tak się właśnie skończyło. No dobrze, może nie tak szybko – kontynuował wewnętrzną debatę, trzeźwiejąc nieco – bo swojej papierośnicy, z którą nie rozstawał się nigdy, to nawet za wszystkie skarby świata by nie oddał, nawet jeśli już do końca życia miałaby pozostać tak beznadziejnie pusta, jak była w tamtym momencie. Ale tak zupełnie poza tym, to równie dobrze mógłby skończyć tutaj goły i wesoły. Zwłaszcza za porządną dawkę nikotyny. Kiedy się denerwował, to bardzo się mu chciało palić. A kiedy zdenerwowany palić nie mógł, to denerwował się jeszcze bardziej. I tak w kółko, i w kółko.
No i tak się zamyślił, tak się kontemplacji, marzeniom i tlącej się gdzieś z tyłu głowy irytacji dał ponieść, że zdawał się nie od razu zauważyć, kiedy jego niedoszła zabójczyni z przypadku odzyskała przytomność. W wyniku czego z lekko opóźnionym zapłonem zareagował, kiedy ta porwała się nagle do siadu, bez żadnego ostrzeżenia, za to widocznej dezorientacji. W ostatniej chwili uchylił się w bok, sam o mało co nie tracąc równowagi.
— Hej, powo... — zdążył tylko powiedzieć, w międzyczasie zbierając się do stójki, zanim przerwał mu przerażony, zdruzgotany wręcz, krzyk nieznajomej. — Och, uważaj, dopiero co stra... — ...ciłaś przytomność. I znowu.
— To coś... — założył ręce na klatce piersiowej, powędrował wzrokiem w kierunku metalowej maszyny i skrzywił się niesmacznie, kiedy cała konstrukcja zaczęła zapadać się do środka — To metalowe coś, przez co prawie obydwoje zginęliśmy, że jak się niby nazywa? — wrócił spojrzeniem z powrotem na sylwetkę widocznie zrozpaczonej kobiety; w szarej tęczówce zatliła się iskierka zwątpienia.
I wtedy zorientował się, że czegoś mu brakuje. Czegoś bardzo, bardzo ważnego. Płaszcz. Papierośnica.
Rozejrzał się uważnie dookoła; płaszcza brak. Wymruczał coś niezrozumiale pod nosem – coś bardzo niekulturalnego w swoim ojczystym języku, czego Claire najprawdopodobniej nie zrozumiała, ale czego po tonie głosu jak najbardziej mogła się domyślić – i we wszechobecnej panice, która nagle przejęła nad nim całkowitą kontrolę, zaczął przeszukiwać wszystkie (aż cztery!) kieszenie swoich spodni. Dopiero wymacawszy nieduże, prostokątne pudełeczko w jednej z nich, odetchnął z wyraźną ulgą.
Płaszcz? Co z płaszczem!?, pomyślał w następnej kolejności. I raz jeszcze zerknął w kierunku pożeranego płomieniami (rzekomo) samolotu, a raczej tego, co jeszcze po nim pozostało. Musiał nie zauważyć, kiedy wypuścił go z dłoni, zbyt przejęty ratowaniem nieznajomej.
    — Mój płaszcz... mój ulubiony płaszcz. — jęknął cichutko, niezadowolonym spojrzeniem odpowiadając na to zrozpaczone, które już kilka, może kilkanaście sekund temu, padło na jego sylwetę. 
No cóż, każdy miał swoje priorytety.
A Chester wciąż gnał i gnał, w biegu i zmartwieniu ani na chwilę nie zwalniając tempa i ba, wydawałoby się nawet, że nawet nieco przyśpieszył, kiedy z oddali dostrzegł dwie zamazane sylwetki, bo i jego własna coraz szybciej zaczynała się robić wyraźna.
— Panienko Claire, nic się panience nie stało?!

11.10.2021

Od Claire cd. Julesa

Chester przebierał nogami z taką prędkością, że wydawało mu się, że zdoła prześcignąć parowóz. Gnał ile tchu starczyło, ziemia umykała mu spod stóp, kapelusz już dawno gdzieś odleciał i tylko ta czerwona chustka pod szyją powiewała dziko, niczym szarpana wiatrem flaga.
Chester gnał i gnał. Może i przegoniłby parowóz, ale w starciu z samolotem - nie miał szans. Mężczyzna wiedział, że pomysł panienki Claire to samobójstwo - po prostu czuł w kościach, że coś pójdzie nie tak, że coś się posypie, i jeśli ktoś będzie poszkodowany, to właśnie Claire. I teraz, kiedy jego przeczucia stały się rzeczywistością, nie mógł darować sobie, że nie naciskał bardziej, że nie opierał się mocniej i że nie doprowadził do tego, by za sterami tej wrażej maszyny siedział ktokolwiek inny.
Chester pędził, podążając wytrzeszczonymi oczami za tą koszmarnie czarną smugą dymu wyłaniającą się z maszyny. Zakreślającą łuk na nieboskłonie, ostry i kanciasty, niczym niewprawnie pociągnięta węglem kreska. Łuk kończył się niemożliwie daleko, dla Chestera niemalże za horyzontem. Nie zdąży!
Tymczasem Claire zarejestrowała tylko przerażone spojrzenie jakiegoś człowieka na drodze, a potem - gwałtowny wstrząs i kompletna ciemność.
Nie poczuła swądu palącego się paliwa, nie poczuła też z każdą chwilą coraz bardziej rozgrzewającego się metalu kadłuba samolotu. Nie poczuła, jak jakiś nieznajomy wyciąga ją z kabiny pilota, jak niesie te parę długich kroków od samolotu, byle dalej od coraz mocniej rozpalającego się ogniem inferno.
Wisiała, zanurzona w kompletnej ciemności i bezruchu, gdzie nie dochodziły żadne dźwięki ani wrażenia. Było to kompletne i absolutne nic. Idealna, kosmiczna pustka nieistnienia.
I wtedy bystry umysł Claire przypomniał sobie, że coś miała zrobić. Coś ważnego, na co czekała tyle czasu. Iskra świadomości błysnęła w owej ciemności, zgasła, a potem błysnęła znowu - nie wiedząc nawet, że ów migoczący rytm dopasowuje się do biegnących z zewnątrz odgłosów pstryknięcia.
To był pierwszy krok. Przez nieosłonięte goglami powieki przeświecało słońce - padało Claire prosto na twarz, rozganiało ciemność. I był jeszcze głos, dochodzący z oddali, jakby zza grubej szyby, wykrzykiwał jakieś słowa, jednak Claire nie wiedziała, jakie.
Z głębi swojej nieświadomości, zaczęła powoli, powoli, pełznąć ku przytomności. Jej umysł nie znosił próżni, nie znosił ciemności i marazmu, sam podążał za tym, co obie te rzeczy przeganiało.
Samolot.
Coś kliknęło i zaskoczyło, niczym rozpalający się silnik. Claire gwałtownie otworzyła oczy.
Pierwszym, co zobaczyła, był bezkres błękitu nieba - jasny, oślepiający, nieskalany ani jedną chmurką. Na jego tle - czyjaś twarz. Blada, przecięta czarną opaską, okolona lekko wzburzonymi włosami o zapadającej w pamięć barwie. Mężczyzna popatrzył na nią, chwilę chyba mu zajęło by zarejestrować, że Claire już oprzytomniała. Dłuższą chwilę zajęło Claire połączenie wszystkich kropek - choć nie było ich wiele, zadanie niemal ją przerosło. Niemal.
— Panien…
Claire zerwała się do siadu, niemal przyskrzyniła mężczyźnie w nos. Z przerażeniem popatrzyła w bok, jej oczy rozszerzyły się na widok stojącej w ogniu maszyny.
— Mój samolot! — krzyknęła rozpaczliwie, gramoląc się na nogi. Niewiele to dało, te ugięły się pod nią i Claire wylądowała na klęczkach. — Nieee!!!
Wokół nie było niczego, żeby wziąć się za gaszenie, płonące paliwo dokonało reszty dzieła zniszczenia. Od skrzydła oderwała się kolejna część poszycia, a następnie cała konstrukcja zapadła się do wewnątrz w fontannie iskier.
Claire odwróciła się do nieznajomego mężczyzny. Usta wygięte miała w podkówkę, ciemne oczy pełne łez.
— Mój samolocik…

1.10.2021

Od Julesa CD. Claire

Było bardzo gorąco.
Promienie słoneczne rzucały palące światło na twarz podróżującego po obrzeżach Armadillo Springs mężczyzny – tak uporczywie i nachalnie wręcz, że w pełnej swojej okazałości rozgrzewały jego blade poliki do czerwoności i oślepiały go na tyle skutecznie, że zmuszony był co jakiś czas przykładać dłoń do czoła; czy to w ramach odgarnięcia przyklejonych do niego rudych kosmyków włosów, czy żeby rzucić szarej tęczówce nieco cienia, coby ta znów naiwnie próbowała doszukać się końca drogi. Drogi – przysiągłby się na Jedynego – przeklętej, której śladem podążał już kilka dobrych godzin, a która mimo to wciąż uparcie nie chciała się skończyć, zupełnie jakby wcale rzeczonego końca nie miała. 
Do Armadillo Springs? Prosta sprawa, panie akrobato..., odpowiedzieli w gospodzie, kiedy o drogę zapytał. Jeno tą ścieżunią z kilometr przed siebie, prosto, bez żadnych zawirowań jakichś czy innych komplikacji. No, może trochę ponad kilometr, ale co to za różnica kilkaset metrów w tą czy w tamtą, święcie zapewniali. I on im głupi uwierzył, posłuchał się zaleceń i ruszył pieszo. Bo co mu tam niby szkodziło? Przecież było jeszcze wcześnie rano, spacer nie powinien zaszkodzić. No i na co mu to, psiakość, wyszło; wierzyć jakimś dwóm przygłupom, którzy ledwo prawego buta od lewego? Było już jakoś po południu, a jemu kończyła się woda w bukłaku i fajki w papierośnicy. Nie był pewien, które było gorsze od drugiego.
Wolna dłoń – ta, która nie wlokła za sobą czarnego, długiego płaszcza (na cholerę on go ze sobą wziął?) odpięła kilka guzików białej koszuli, po czym znów kontrolnie powędrowała do czoła. Tylko po to, żeby szarej tęczówce w bardzo niewyraźnym zarysie ukazał się jakiś pagórek, skarpa czy inne wzniesienie. Tyle tylko zdołał dostrzec i tyle starczyło mu, żeby zakląć brzydko pod nosem. Albo w Krainie posługiwali się ludzie jakimiś innymi jednostkami odległości niż u niego w ojczyźnie albo właśnie zgubił się na prostej ścieżuni. Albo – co też było wielce prawdopodobne – ktoś postanowił go paskudnie zrobić w bambuko. Na samą myśl o takiej możliwości pokręcił głową w niedowierzaniu, po czym pełen nadziei, że może jednak uda mu się nie umrzeć tego dnia z odwodnienia albo braku tytoniu (prędzej) ewentualnie, przyśpieszył kroku.
Im dalej jego zmęczone podróżą stopy kroczyły, tym dziwniejsze widoki się mu ukazywały. Zauważył coś, czego pierwotnie na wzniesieniu dojrzeć nie zdołał. Z początku jakby zamazany, czarny przedmiot o bliżej nieokreślonym kształcie z każdą chwilą stawał się coraz wyraźniejszy, wydawał coraz głośniejszy hałas. Coś warczało, coś gruchotało, coś nieprzyjemnie metalicznym dźwiękiem obijało się o uszy Ilyushki, który – nie dowierzając – zatrzymał się w końcu i przykleił nieszczęsną dłoń do nieszczęsnego czoła na dłużej, w zdziwieniu zadzierając podbródek do góry.
— Niemożliwe... — stwierdził cichutko, doszedłszy w końcu do wniosku, że to coś – ten ptak wielki mechaniczny – z rozłożonymi skrzydłami, niczym on sam ramiona rozkładał podczas spaceru na linie, frunął po niebie prosto w jego kierunku. Wiele w życiu widział, ale z czymś takim nie spotkał się jeszcze przenigdy. Czyżby możliwe było, że dostał już od tego słońca zwidów jakichś?
Chwila, stop, moment. To coś, to wielkie coś. Frunęło prosto w jego kierunku. I tak się zdawało, że – o ile go jedno, sprawne oko nie myliło – w locie zaczęło tracić swoje elementy.   
— O kurwa. — mruknął lekko spanikowany już Jules, pierwszy element kadłuba z hukiem wylądował na ziemi – na tej samej ścieżuni, która miała go rzekomo do Armadillo Springs zaprowadzić. A później wcale nie było lepiej; wszystko już do reszty zaczęło się rozsypywać, znosząc do upadku całą, jakże fascynującą konstrukcję.
— Uwagaaaa! — na kilka sekund przed katastrofą, otwartą przestrzeń wypełnił kobiecy krzyk, którego właścicielki Woronov nie zdążył jednak wewnątrz latającej maszyny dopatrzeć. Bo uważał – żeby nie zginąć, ma się rozumieć. I ledwo co mu się udało. Ba, gdyby nie jego sprawność i refleks do perfekcji przez lata wyćwiczone, to mogłoby się nawet nie udać. Odskoczył zwinnie, raz pierwszy i drugi, ukrył się za nieopodal znajdującym się krzaczorem, tuż nad uchem usłyszał świst przelatującego obok głowy odłamka; kolejnym unikiem do tyłu szczęśliwie uniknął konfrontacji. Drugi, ostry odłamek – ten, którego zauważyć nie zdążył – drasnął go nieprzyjaźnie o ramię. Jules w bezwarunkowym odruchu przyłożył dłoń do podartego materiału koszuli i napotkawszy się na przeciętą skórę, syknął z bólu.
Wychylił rudą czuprynę zza krzaka,  rozejrzał się kontrolnie dookoła i oceniwszy sytuację, wstał niemalże natychmiast, po czym pobiegł w kierunku rozbitej maszyny. Płonącej maszyny. Może był poharatany, może krew zdążyła już intensywnie wsiąknąć w materiał jego koszuli i skóra piekła niemiłosiernie, ale przynajmniej bezpieczny. W odróżnieniu wraz z samolotem się rozbiła i wewnątrz niego pozostała. Musiał jej pomóc.
Nie było czasu. Wspiął się po niestabilnych schodkach, zajrzał do środka. Młoda dziewczyna w goglach siedziała w skórzanym fotelu; bezwiednie, nieprzytomnie. W pośpiechu rozpiął opinające ją pasy, kobiece ciało objął ramionami i uniósł na wysokość swojej klatki piersiowej. Coś ponownie gruchnęło, coś ugięło się pod jego stopami grożąc kolejnym zawaleniem, ale zanim do tego doszło, zdążył w miarę bezpiecznie zejść na stabilny grunt. Oddalił się na bezpieczną odległość, co kilka sekund jakby w obawie przed kolejnymi niebezpieczeństwami zerkając w stronę pochłoniętej płomieniami maszyny. Dopiero wtedy, kiedy nie groziło im już żadne niebezpieczeństwo czy inne spadające, ostre odłamki, ostrożnie położył wciąż nieprzytomne, kobiece ciało na twardej ziemi. Warunki zdecydowanie nie były sprzyjające. Pochylił się nad ciemnowłosą, pozwolił sobie zdjąć czarne, masywne gogle z jej głowy, przyjrzał się uważnie opalonej twarzyczce.
— Panienko, żyjecie jeszcze? — zapytał, pstrykając kilkakrotnie palcami tuż nad jej twarzą, jakby w jakiejś naiwnej nadziei, że miałoby to jakkolwiek pomóc w jej ocknięciu. Nie pomogło, rzecz jasna. Westchnął cicho, nieco głośniej przeklął pod nosem. Wzrokiem poszukującym zbawienia z niebios spojrzał na wprost przed siebie. I wtedy szara tęczówka dojrzała kilka niewyraźnych, męskich sylwetek, pośpiesznie podążających w ich kierunku. Krzyczeli coś niewyraźnie, nie do końca był pewien co. — Pomocy! — odkrzyknął, ba!, wydarł się, machając w ich kierunku rękoma — Straciła przytomność!

22.08.2021

Od Claire

Claire usiadła na siedzisku, pewnie postawiła stopy na pedałach. Naciągnęła mocniej rękawiczki, następnie założyła gogle i ścisnęła mocniej pasek, by na pewno jej nie spadły. Była gotowa. Długie tygodnie spędzone nad projektem, mozolne obliczenia, doświadczenia, aż w końcu budowa prototypu i - pierwszy test. Co prawda jej ludzie usilnie próbowali ją namówić, by za sterami usiadł ktoś inny, żeby ona sama się nie narażała, że maszyna nie jest przecież bezpieczna i tym podobne. Ale Claire wiedziała lepiej. Poza tym - nigdy by sobie nie darowała, gdyby ktoś inny, nie zaś ona, pierwszy w świecie naprawdę wzniósł się w przestworza! Co tam balony i sterowce - jej projekt był inny, lepszy, bardziej innowacyjny! Jeśli zadziała, zrewolucjonizuje cały transport!
Maszyna była gotowa - obite starannie nawoskowanym materiałem skrzydła lśniły w popołudniowym słońcu, złote refleksy tańczyły w metalowych śmigłach. Claire skinęła głową, a jej główny mechanik, Chester, zakręcił korbą w silniku. Zębatki zawirowały, powietrze rozdarł napad kaszlu i rzężenia, czarny dym wylał się z rury wydechowej. Przez fotel przebiegła ta charakterystyczna fala wibracji, gdy silnik zaskoczył. Śmigła ruszyły. Samolot zaczął powoli toczyć się po rampie.
Chester odskoczył, zamachał ręką. Trochę po to, by reszta ekipy odsunęła się na bezpieczną odległość, a trochę do Claire. Kobieta nie zwróciła na niego najmniejszej uwagi - liczyło się teraz tylko to, co przed nią. A przed nią była sława i uznanie, było zapisanie jej imienia na kartach historii!
Ale najpierw - trzeba było pokonać rampę.
Claire szarpnęła dźwignią, silnik znów kaszlnął, a maszyna przyspieszyła tak, że kobietę wgniotło w fotel. Ale to nie był koniec, to było za mało! Claire przesunęła kolejną dźwignię, i jeszcze następną. Za każdym razem ryk silnika stawał się coraz głośniejszy, pęd powietrza bezlitośnie smagał twarz. Samolot mknął w dół po rampie, nabierając prędkości w zastraszającym tempie, mknął szybciej, niż najszybszy koń czy nawet pociąg.
— Rozbije się, no nie ma opcji! — Chester złapał się za głowę.
Samolot śmignął po wywiniętym końcu rampy, a Claire poczuła, jak poranny posiłek wywija w jej żołądku karkołomne salto. Poczuła jednak jeszcze coś innego.
Nie było już podłoża.
Maszyna mknęła przez przestworza. Odważnie, niczym fantastyczny okręt, zwracała dziób ku bezkresowi błękitu. Chmury zdawały się nagle bliskie, niemal na wyciągnięcie ręki, a spieczona słońcem ziemia uciekała hen daleko.
— To działa! Działa! — krzyknęła Claire, jej głos kompletnie utonął w wyciu wiatru i silnika. Leciała. Tylko to się liczyło.
Ciężka maszyna dygotała, silnik sapał, dyszał, pokasływał. Dygotały też skrzydła, gdy wiatr szarpał materiałem, a śmigła z wysiłkiem cięły powietrze.
— A cóż to takiego? — zapytała samą siebie Claire wyciągając z fałdów skórzanej kurtki jakiś metalowy przedmiot.
Małą śrubkę.
Taką akurat od poszycia samolotu.
Podniosła wzrok, zlokalizowała pusty nawiert i w tym momencie, jakby to wszystko było zaplanowane, od kadłuba oderwał się płat metalu. Zgrzytnęło, gwizdnęło, kawał blachy wyciął fikołka i wpadł w ramiona najbliższego śmigła. Claire bezsilnie obserwowała, jak oba elementy lecą w dół, ku spalonej słońcem ziemi i ostrym trawom.
Ona zaraz miała do nich dołączyć.
Pozbawiony jednego śmigła samolot tracił wysokość, a chmury, które jeszcze przed chwilą wydawały się tak bliskie, oddalały się gwałtownie. Maszyna spuściła nos na kwintę i obrała kurs prosto w dół, ciągnąc za sobą czarną chmurę dymu i spalin.
— Uwagaaaa! — krzyknęła tylko Claire widząc to, czego nie powinno tam być.
Podróżnego.
Na środku pustej drogi.
Patrzącego na nią okrągłymi oczyma.
„No to kaplica” zdążyła tylko pomyśleć.