Kolumna góra

Słuchy z Krainy
Aktualny rok: 1846

Na ulicach słychać szepty o wielkim wyścigu mającym ciągnąć się przez całą Krainę – za wygraną przewidywana jest gigantyczna suma pieniędzy, amnestia wszystkich przestępstw oraz zapewnienie bezpieczeństwa na okres roku. Co ambitniejsi już poszukują wierzchowców na ten morderczy wysiłek.

W Saint Thomas w niewyjaśnionych okolicznościach zniknął kolejny szeryf. Za każdą przydatną informację przewidziana jest nagroda.

Już niedługo w Jackburg: cyrk! Kobieta-guma, linoskoczkowie i najsilniejsi ludzie w całej Krainie. Przyjedzcie zobaczyć to na własne oczy.

Aktualnie poszukiwani są: Otelia Crippen
Dziękujemy za pomoc w schwytaniu Clide'a 'Smiley' Byersa. Aktualnie oczekuje na wyrok sądu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jules Smith. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jules Smith. Pokaż wszystkie posty

30.11.2021

Od Julesa CD. Claire

— No nic mi się nie stało, a wszystko to zasługa tego dzielnego człowieka.
Ilyushka zerknął na nieznajomą, jak już zdążył się przekonać – twórczynię rzekomego samolotu, którą ocalił od podzielenia losów wspomnianej machiny, następnie na nowo przybyłego nieznajomego, jak tym razem domyślał się tylko – towarzysza tej pierwszej. Dalej na trawioną przez ogień kupę metalu i z powrotem na… jak jej tam było, panienkę Carlę? Tyle się działo, że jakoś zapomniał się skupić.
— Dzielnego… — powtórzył z wolna, przez moment oddając się własnym przemyśleniom. Zmarszczył brwi, przetarł dłonią twarz.
Bo czy on by siebie samego od razu takim dzielnym nazywał? No raczej nie niekoniecznie; może szalonym albo niespełna rozumu. Ale dzielnym? Do tego wypadałoby być nieustraszonym, w sensie mieć wyjebane i nie bać się niczego. A Woronov, o ironio, z ryzyka na co dzień się utrzymujący, podczas tej całej bohaterskiej akcji nieustraszony wcale nie był. Ba, powiedzieć, że porty miał ze strachu obsrane, to jakby jeszcze lekko podkoloryzować! Ale skoro Clara sama go tak pewnie i pochlebnie oceniła, to czy był jakiś sens ją z tego błędnego przekonania wyciągać? Koniec końców, wcale nie było co się dziewczęciu dziwić. Ocalała z wypadku? Ocalała. Miała prawo widzieć go bohaterem.
— Nawet płaszcz postradał, żeby mnie ratować, widzisz, Chester? Są jeszcze dobrzy ludzie na świecie, może czasem się trochę uśmiechają.
Chester pokiwał głową, zbyt skupiony na próbie unormowania oddechu, żeby jakikolwiek dźwięk poza ciężkim sapaniem z siebie wydać. Jedyne co, to zdobył się jeszcze na wykonanie gestu niby to pozdrowienia, niby podziękowania (ciężko było stwierdzić jednoznacznie) w kierunku rudowłosego jegomościa z opaską na oku, tym samym skutecznie sprowadzając go z powrotem na ziemię.
— Tak, tak. Dzielny i dobry. To cały ja. — Woronov wyszczerzył ząbki w szerokim uśmiechu i podparł się pod boki, coby na bardziej pewnego wyglądać; pewnością wręcz tryskać, być tak nieustraszonym, jakim go odebrano. Uratował? Uratował. No to zasłużył przez tę krótką chwilę bohaterem być.
Nawet jeśli na co dzień ostatnie co, to by siebie samego dobrym człowiekiem nazwał. Nie te czasy, nie te czasy. Może kiedyś, z dwadzieścia lat do tyłu.
— Jestem Henrietta Ravenswood, ale proszę mówić mi Claire. Dziękuję – gdyby nie pan, byłabym już skwarką.
Czyli jednak Claire. Nie Carla, nie Clara. Claire. No, ale przynajmniej był blisko.
— Jules Smith. — wyciągnął rękę, niespecjalnie przejęty dłonią ubabraną od, jak znów pozwolił sobie w myślach strzelić – niczego innego jak smaru. Co mu tam za różnica, w gorszym stanie po tej całej akcji ratunkowej to już chyba być nie mógł. Płaszcz mu spłonął, koszula do wyrzucenia, buty ździebko jakby przypalone od włażenia między płomienie, jeno gacie względnie do użytku. Chyba. — To ja dziękować powinienem, za to, że udało ci się wymanewrować tym bydlęciem na tyle, żeby nie wlecieć prosto we mnie. — odruchowo i bardzo nieprzychylnie zerknął w kierunku samolotu. — Inaczej z ciebie byłaby skwarka, a ze mnie skwarkowy krowi placek. — ocenił, krzywiąc się na samą myśl. Nie uśmiechało mu się zostawać zmiażdżonym przez ogromne, metalowe ptaszysko, czy jak to tam jeszcze inaczej Carla nazywała. Clara. Claire.
Szlag by to jasny trafił. Tak to już jest, kiedy samemu ma się imion z jakieś dziesięć (oficjalnie), a może to nawet koło piętnastu (nieoficjalnie) – pozostałe imiona jakoś tak same wtedy z głowy uciekają.
— Pana chyba też trochę poturbowało to wszystko… No dużo tak teraz nie mogę zaoferować, ale tam dalej mam swój warsztat, to chociaż by pan sobie usiadł. Mamy coś na ząb, coś na suche gardło i na nadto czyste płuca.
Szara tęczówka podążyła wzrokiem za rączką, która wskazała określony kierunek; ten sam, w którego stronę zmierzać był zmuszony tak czy siak. Czyli nie dość, że się towarzystwa dorobił, to jeszcze będzie miał gdzie odsapnąć chwilę, zanim wydostanie się z tego cholernego miasta. Świetnie, wspaniale. Zajebiście.
— Wiecie panienko, namówiliście mnie już samą obietnicą posadzenia na czymś tyłka, bo błądzę po tej pierdolonej pustyni już z dobre… — zastanowił się na moment, ale nic, czego już do tej pory by już nie wiedział, wywnioskować nie zdołał. — Sam nie wiem, ale sądząc po pozycji słońca to w pizdu i jeszcze dłużej. 
Zmarszczył czoło, założył dłoń za kark (tę drugą, czystą), rozmasował gdzieś w okolicy szyi, ale zaraz syknął cichutko z bólu i wyprostował rękę naprędce. Skóra zapiekła siarczyście, zapomniana rana na ramieniu żywo przypomniała o sobie, Jules przeklął nieładnie pod nosem. Westchnął ciężko, rozerwał materiał już i tak niezdatnej do niczego koszuli u samego końca, coby założyć sobie prowizoryczny opatrunek. Doktór z niego nie był, faktycznie, ale poradzić to on sobie w takich sytuacjach potrafił.

26.11.2021

Od Julesa CD. Odette

― Przestańcie o mnie rozmawiać, jakby mnie tu nie było, do kurwy nędzy.
Zerknął na Odette, na Donara i znów na Odette; ta wzburzeniem czerwonego oczyska również przeskakiwała groźnie z jednej twarzy na drugą i tylko jeden, jedyny Donar spośród całej trójki w tej milczącej zabawie zdawał być się graczem zdecydowanym, bo w taki sposób na Warren patrzył, że ciężko było już to nazwać niepozornym zerkaniem. To znaczy – gapił się po prostu. Błękitne gały szeroko otwarte, szczęka prawie na ziemi, gęba purpurowa, jakby się mu głupio i wstyd zrobiło. Odjęło chłopu mowę, no zamilkł.
Więc Ilyushka stwierdził, że on również sobie pomilczy. I nie pożałował. Parsknął pod nosem, zaśmiał się krótko i nisko, uśmiechnął złośliwie i dziecinnie. Ruda, gęsta brew powędrowała wysoko do góry, oznajmiając przyjęcie wyzwania.
― Wiesz co, Donar... jakoś nie chce mi się wierzyć w profesjonalizm tej twojej godnej kandydatki, przyjacielu. ― wbrew zmiany adresata, szara tęczówka wciąż uparcie, zaczepnie wpatrywała się w twarz Odette. ― I mógłbym się założyć, że jest nierozsądniejsza.
Przyjaciel odburknął coś niewyraźnie i ostatecznie nie odpowiedział, spojrzał na niego spod ukosa, twarz przybrała gburowatego wyrazu. Woronov wywrócił teatralnie oczami. Okiem.
― No co? Do niej z pretensjami, nie do mnie. Sama zaczęła. ― odpyskował nieładnie, wzruszył niewinnie ramionami, tak jakby zupełnie nic do zarzucenia sobie nie miał. Bo nie miał, tak? To nie on ustalił zasady gry, on tylko je przejął. A Warren… och, Warren zagrała bardzo nieczysto. I jak na kogoś, kto na ogół umiejętności nieczystej gry ceni sobie bardzo, wyjątkowo to się Julesowi nie spodobało.
Nieprzypadkowo przypomniawszy sobie o swoim majstersztyku, zajrzał ciekawsko do bulgoczącego gara. Zmarszczył brwi. Coś mu tutaj śmierdziało i nie była to wcale wątpliwej jakości potrawka; do smrodu spalenizny zdążył się już akurat całkiem dobrze przyzwyczaić. A tutaj o coś więcej chodziło. Czyżby dziewczę było dla Donara kimś ważnym, skoro wolał dla niej dalej palić buraka, zamiast pożartować sobie ze starym, dobrym znajomym od gorzały i przekrętów stulecia?, pomyślał w końcu i na samą myśl skrzywił się odruchowo. Jakoś niespecjalnie uśmiechała mu się taka możliwość. Im mniej powiązań, tym lepiej. O przywiązaniach nie wspominając.
Zupie, tymczasowej powierniczce wszystkich jego poufnych przemyśleń, widocznie nie uśmiechnął się z kolei komentarz Igora na jej temat. Wywar zasyczał niebezpiecznie, raz jeden i drugi, wypluł z osmolonego gara kilka wrzących kropel rzekomej zupy. Zadumany Ilyushka ledwo zdążył uchylić się w porę, zanim w wyniku tego nieszczęśliwego wypadku ucierpiała jego twarz i oko. Zaklął głośno, wyprostował się do pionu, odstąpił na całkiem sporawy krok, przetarł dłonią twarz. Jego jedyne, psia jego mać, sprawne oko.
― I jeszcze przedstawiasz się fałszywym imieniem.
― Jak my wszyscy, córeczko.
Och. To by bardzo wiele wyjaśniało.
― Nie jestem twoją córką, Donar.
A to już niekonieczne.
Ilya zaczął się gubić. Więc stwierdził, że najlepszym pomysłem będzie wtrącenie się w środek zmierzającej w ckliwym kierunku rozmowy, żeby odzyskać inicjatywę i gubić się przestać. Miał bardzo mało czasu, potrzebował kogoś do zastępstwa Nadii na teraz i już, a sprawa zaczęła się komplikować. Wypadało działać szybko.
― Atrakcyjnie… śmierdzi.
Uśmiechnął się szeroko, dumny ze swojej roboty. Zaskakująco dumny jak na kogoś, kto właśnie otrzymał tak bardzo wątpliwej jakości komplement. Ale Ilyushce naprawdę więcej do szczęścia nie było trzeba – nim się jeszcze Odette zdążyła zastanowić nad wyrokiem, jaki właśnie na siebie skazała, nim doszła do wniosku, że w ślad za Donarem warto byłoby podziękować i odpuścić sobie ryzykownych przedsięwzięć, już sięgał po miski. Nieprzejęty wcześniejszym zagrożeniem utraty oka, jakby zupełnie o nim zapomniał, zaczął nakładać. Odette, sobie samemu. Nieprzejęty również zapewnieniami, że Donar "jakoś specjalnie głodny nie jest", jemu nałożył także. Nie wierzył staremu bykowi. On zawsze głodny był.
Pierwsza miska wylądowała w dłoniach Odette, dwie kolejne – na skrzynce obok donarowego stołka, gdzie spoczywał również nagrzany od słońca kufel piwa, srebrna papierośnica w towarzystwie paczki zapałek, żółta, gumowa kaczka oraz kilka miedziaków.
Odette zaryzykowała pierwsza. I pożałowała. Miska wylądowała na suchej ziemi, rozbryzgując rozwodnioną ciecz dookoła, kandydatka – chyba zaczęła się krztusić, a na pewno głośno i nieładnie przy tym przeklinać.
O dziwo, albo nie dziwo wcale, Ilyushka wobec tego zatrważającego widoku pozostał jakoś spokojnie, podejrzanie niewzruszony. Przygarnął sobie pierwszą lepszą skrzynię, jaka się pod szarą tęczówkę napatoczyła, klapnął sobie (zasłużenie) i jak gdyby nigdy nic, sięgnął po papierośnicę i zapałki.
― I mówisz mi, że przywiozłeś mi tutaj dziewczynę, którą traktujesz jak własną córkę? ― zapytał wprost, jak to Woronov miał już w zwyczaju, kiedy konkretnych odpowiedzi potrzebował. Skrzywił się nieprzyjemnie, odpalił papierosa. ― Czy ciebie do reszty pojebało? ― dodał zaraz, jakby od niechcenia zerkając na kurduplowatą białowłosą, która widocznie przechodziła właśnie bardzo ciężki okres. ― Może warto przepić? Mamy piwo. Ciepłe, ale lepsze to niż nic! ― zaoferował z humorem.
Zupa w dwóch pozostałych miskach niewzruszenie stała i nagrzewała się na słońcu.

13.11.2021

Od Julesa CD. Abigail

— Ostrzegano?
— Mhm… — potwierdził miękko, zbyt zajęty dopalaniem papierosa, żeby wydać z siebie coś więcej; spojrzenia jednak od przenikliwości kobiecych ocząt nie odwrócił. Zużytego peta na czuja zgasił o dno nie wiadomo kiedy przez barmana mu podstawionej pod nos popielniczki.
— I co takiego o mnie mówili?
— Na twoim miejscu nie przejmowałbym się treścią ostrzeżenia, tylko jego istnieniem samym w sobie. — doradził uprzejmie, niczym starszy (tak pozwolił sobie przypuścić) kolega po fachu, ciepłem cudzego oddechu na poliku nieprzejęty. — Jednak ty, moja droga... — przerwał, zmarszczył brwi i przechylił głowę na bok, tak jakby przez krótką chwilę intensywnie próbując tajemnicę kryjącą się pod czupryną płomienistych fal rozwikłać. A później, wraz z tej chwili upływem, przypomniał sobie, że przecież wcale nie chciał tej tajemnicy tak szybko poznawać. — Nie wydajesz się być wcale zmartwiona. Co z kolei powinno martwić mnie. — uśmiechnął się tajemniczo, tajemniczo wzruszył ramionami. Bo czy naprawdę był zmartwiony? Raczej niekoniecznie – podobały mu się te niebezpiecznie tańczące w zieleni ogniki.. W szarej tęczówce, w ślad za całkiem zabawną w swojej prawdopodobności myślą, że trafił w końcu swój na swego, również błysnęły iskierki groźnego podekscytowania.
Przyjemne było to ciepło bladą skórę rozgrzewające, przyjemnie drobna rączka spoczywała na męskim kolanie i przyjemne były okoliczności, ale o udzielonej mu przestrodze Ilyuskha zapominać nie miał tak prędko zamiaru. Tym bardziej, że ta zdawała się być niepokojąco słuszna.
Ni stąd ni zowąd, całkiem niespodziewanie, Ilya wyprostował się w siadzie niemalże do pionu, między palcami obrócił szklaneczkę z alkoholem i obdarzył Abigail spojrzeniem szarej tęczówki nieco poważniejszym. Tutaj przecież o coś więcej niż przyjemności – bo o biznesy, brudne i ryzykowne, chodziło. Tego przecież spierdolić nie mógł.
Z odmętu jednej nietrzeźwości, prosto w ramiona drugiej, tej znacznie lepiej mu znanej, upił pokaźny łyk.
— Przy mężczyźnie twojego pokroju, nie muszę chyba niczego się obawiać, prawda?
— Nie wiem, Abigail. Poczucie bezpieczeństwa to kwestia dość osobista. — wzruszył nieznacznie ramionami, wlepiając spojrzenie w stukające o ścianki szkła kostki lodu – produkt w miejscach tak skłonnych do bezlitosnych upałów jak cały obszar Krainy, niemal bezcenny. — Czy chcesz czuć się bezpieczna przy mężczyźnie mojego pokroju? — tu przerwał na moment, wymownie uniósł brew. W końcu jednak powrócił spojrzeniem do piegowatej buziuli; uśmiechnął się szelmowsko i wtedy dopiero kontynuował: — Bo jeśli tak, to jako dumny reprezentant, cały jestem do usług. — równie szelmowsko skomentował, choć tym razem już wyraźnie się drocząc.
Kiedy dorobili się tych całych pokrojów i do którego z nich tak właściwie według swojej nowej znajomej należał – tego bardzo był ciekaw. I to właśnie, między innymi, ta wymowność uniesionej brwi komunikowała.
— Więc? Co dalej? Bohatersko ratujesz damę z opresji, stawiasz jej drinka, jak na dżentelmena przystało i… No właśnie, i.
— I zasłużenie z damą drinka wypijam. — ocenił, uśmiech typowej szelmy podtrzymał. Biznesy biznesami, zachowanie może już nie do końca profesjonalne, ale tak zupełnie na trzeźwo to on jednak mógłby nie dać rady.
Sądząc po reakcji Abigail, odpowiedź raczej nietrafna. Sądząc po słowach po reakcji następujących, odpowiedź nietrafna zdecydowanie. Czarna źrenica rozszerzyła się leciutko na wspomnienie o interesach, przywracając spojrzeniu nieco utraconego na rzecz kontynuacji niewypowiedzianej oficjalnie gry słownej, profesjonalizmu.
Jules Smith, paser i przemytnik – nie Ilyushka już i żaden Woronov cyrkowiec, odpowiedział Abigail szerokim uśmiechem. Białe ząbki błysnęły ładnie w tym właśnie uśmiechu, całkiem zresztą dla oka przyjemnym.
— No. Trzeba było od razu tak praktycznie do mnie mówić. — podsumował wesoło. Zbliżone do ust szkło, z którego haustem wypił resztę whisky, także błysnęło elegancko, zanim zostało oddane barmanowi; alkohol, zwłaszcza tak bezcennie schłodzony, nie mógł się przecież zmarnować. 
Rzekomy pan Smith raz jeszcze wybadał wszystkie kieszenie swojego czarnego płaszcza, a doszukawszy się w końcu w którejś z nich kilku pomiętych banknotów, położył na drewnianym blacie.
I nic już ich dłużej w tym wielce renomowanym saloonie na Bezkresach nie trzymało.

27.10.2021

Od Julesa CD. Claire

To nie był dobry dzień. Nie, nie, nie. Niedobry to mało powiedziane! Był okropny, nie do zniesienia i najgorszy, a sam Ilya wpatrując się bezradnie i odrobinę jakby w tej nieporadności głupkowato (a co on, doktór jakiś?) w nieprzytomną twarz nieznajomej, która przed momentem o mało co nie wleciała w niego swoją zabójczą, latającą maszyną z metalu, przyłapał się na takiej przyziemnej myśli, że niczego więcej nie pragnął, niż mieć go już za sobą.
Ale co tam! Mieć taki dzień za sobą to jeszcze pół biedy; tylko żeby go całkiem godnie przeżyć, móc w końcu zapalić, nie zostać przypadkiem oskarżonym o żadne zabójstwo czy inną umyślną próbę wyrządzenia krzywdy i może jeszcze jakiś nocleg znaleźć w całkowicie obcym mu miejscu... to dopiero byłoby coś! I ba, pomyślał dalej Ilya, całkowicie się temu nagłemu marzeniu oddając, że byłby w stanie wszystko oddać, żeby tak się właśnie skończyło. No dobrze, może nie tak szybko – kontynuował wewnętrzną debatę, trzeźwiejąc nieco – bo swojej papierośnicy, z którą nie rozstawał się nigdy, to nawet za wszystkie skarby świata by nie oddał, nawet jeśli już do końca życia miałaby pozostać tak beznadziejnie pusta, jak była w tamtym momencie. Ale tak zupełnie poza tym, to równie dobrze mógłby skończyć tutaj goły i wesoły. Zwłaszcza za porządną dawkę nikotyny. Kiedy się denerwował, to bardzo się mu chciało palić. A kiedy zdenerwowany palić nie mógł, to denerwował się jeszcze bardziej. I tak w kółko, i w kółko.
No i tak się zamyślił, tak się kontemplacji, marzeniom i tlącej się gdzieś z tyłu głowy irytacji dał ponieść, że zdawał się nie od razu zauważyć, kiedy jego niedoszła zabójczyni z przypadku odzyskała przytomność. W wyniku czego z lekko opóźnionym zapłonem zareagował, kiedy ta porwała się nagle do siadu, bez żadnego ostrzeżenia, za to widocznej dezorientacji. W ostatniej chwili uchylił się w bok, sam o mało co nie tracąc równowagi.
— Hej, powo... — zdążył tylko powiedzieć, w międzyczasie zbierając się do stójki, zanim przerwał mu przerażony, zdruzgotany wręcz, krzyk nieznajomej. — Och, uważaj, dopiero co stra... — ...ciłaś przytomność. I znowu.
— To coś... — założył ręce na klatce piersiowej, powędrował wzrokiem w kierunku metalowej maszyny i skrzywił się niesmacznie, kiedy cała konstrukcja zaczęła zapadać się do środka — To metalowe coś, przez co prawie obydwoje zginęliśmy, że jak się niby nazywa? — wrócił spojrzeniem z powrotem na sylwetkę widocznie zrozpaczonej kobiety; w szarej tęczówce zatliła się iskierka zwątpienia.
I wtedy zorientował się, że czegoś mu brakuje. Czegoś bardzo, bardzo ważnego. Płaszcz. Papierośnica.
Rozejrzał się uważnie dookoła; płaszcza brak. Wymruczał coś niezrozumiale pod nosem – coś bardzo niekulturalnego w swoim ojczystym języku, czego Claire najprawdopodobniej nie zrozumiała, ale czego po tonie głosu jak najbardziej mogła się domyślić – i we wszechobecnej panice, która nagle przejęła nad nim całkowitą kontrolę, zaczął przeszukiwać wszystkie (aż cztery!) kieszenie swoich spodni. Dopiero wymacawszy nieduże, prostokątne pudełeczko w jednej z nich, odetchnął z wyraźną ulgą.
Płaszcz? Co z płaszczem!?, pomyślał w następnej kolejności. I raz jeszcze zerknął w kierunku pożeranego płomieniami (rzekomo) samolotu, a raczej tego, co jeszcze po nim pozostało. Musiał nie zauważyć, kiedy wypuścił go z dłoni, zbyt przejęty ratowaniem nieznajomej.
    — Mój płaszcz... mój ulubiony płaszcz. — jęknął cichutko, niezadowolonym spojrzeniem odpowiadając na to zrozpaczone, które już kilka, może kilkanaście sekund temu, padło na jego sylwetę. 
No cóż, każdy miał swoje priorytety.
A Chester wciąż gnał i gnał, w biegu i zmartwieniu ani na chwilę nie zwalniając tempa i ba, wydawałoby się nawet, że nawet nieco przyśpieszył, kiedy z oddali dostrzegł dwie zamazane sylwetki, bo i jego własna coraz szybciej zaczynała się robić wyraźna.
— Panienko Claire, nic się panience nie stało?!

25.10.2021

Od Julesa CD. Abigail

Pijaczyna łupnął agresywnie o niepewny blat baru, odchrząknął głośno, zebrał się do riposty i w końcu wybełkotał coś niewyraźnie pod nosem – Jules nie do końca usłyszał co, ale prawie był pewien, że coś skrajnie niepochlebnego na temat jego matki – ale zanim zdążył otępiałe pod wpływem alkoholu cielsko unieść z krzesła, sprowokowany do bójki wystarczająco, został przez barmana skutecznie uspokojony.
— No masz, łatwo poszło. — zdziwił się nieco Ilyushka, odprowadzając mężczyznę spojrzeniem niby to bezradnym. I wzruszył ramionami. Również niby to bezradnie, może odrobinę niewinnie. Sięgnął do kieszeni płaszcza, wyjął srebrną papierośnicę, a z papierośnicy fajkę, coby od razu wsunąć ją do ust; tych samych, które zaraz mimowolnie wykrzywiły się w czymś pomiędzy rozbawionym uśmiechem a współczującym grymasem, kiedy nieszczęsne pijaczysko potknęło się o niewinne krzesło w drodze do wyjścia. — Rękę dałbym sobie uciąć, że jest tu zadłużony co najmniej na równowartość tego przybytku. Rację mam? — wrócił spojrzeniem do barmana, zahaczyć jednak szarym okiem o porcelanową twarzyczkę nie zapominając, po czym pozwolił rudej brwi swobodnie powędrować do góry. Niby wielce zaciekawiony. Cóż, powiedzmy, że całkiem nawet autentycznie: właśnie się o jego dłoń rozchodziło, a to już wcale żarty nie były, chociaż nie bez powodu wybrał właśnie rękę, zamiast nogi na przykład. Bo jakby bez nogi na linie przeszedł? Byłoby ciężko.
Ale odpowiedzi się nie doczekał. Prędzej czegoś na wzór ostrzeżenia, jeszcze dalekiego temu ostatecznemu, które otrzymał jegomość przed momentem, ale wystarczająco sugestywnie komunikującego, że rezerwa cierpliwości dla niestałych klientów jest bardzo cienka; a dla jednookich obcokrajowców może nawet ledwo widoczna. Pech chciał, że Jules Smith był i jednym, i drugim.
— Ach, tajne przez poufne. Rozumiem. — pokiwał głową porozumiewawczo i uśmiechnął się zawadiacko, bo wedle ilyushkowego rozumowania brak odpowiedzi to prawie jak potwierdzenie, tylko jeszcze bardziej wymowne. Spokojnie mógł się nawet i o nogę zakładać.
Oparł się łokciem o blat i dopiero wtedy raz jeszcze zwrócił twarz w kierunku swojej przepięknej znajomej, tym razem jednak poświęcając jej osóbce całą swoją uwagę, uznawszy, że pora w końcu ku temu najwyższa. Odrobinka obojętności za odrobinkę obojętności, którą na wstępie go poczęstowała – wszystko w granicach odpowiedniego wyczucia. I tyle było z jego zainteresowania bezimiennym barmanem. Tak jakby zupełnie zniknął, rozpłynął się gdzieś i zgubił.
— Przepięknej znajomej? Z tego, co mi wiadomo, to jeszcze się nie znamy. A przynajmniej ja nie za bardzo cię, mój drogi, kojarzę.
Iskierka zainteresowania zatańczyła w szarej tęczówce, blade ustka w reakcji na jakże oryginalne powitanie wygięły się w filuternym uśmiechu, płomienista brewka raz jeszcze powędrowała do góry. Ilya, przypomniawszy sobie niespodziewanie o papierosie wciąż luźno zwisającym pomiędzy wargami, wybadał niepewnie kieszenie – wszystkie po kolei, wzdłuż i wszerz – czarnego, długiego płaszcza w poszukiwaniu zapalniczki albo pudełeczka z zapałkami chociażby. I znalazł, na swoje szczęście zresztą, bo nie po drodze było mu już prosić o ogień barmana; w końcu tego już od przeszło kilku sekund tak jakby w jules'owym rozumowaniu tam wcale nie było.
— Ale tak, zrozumiałam aluzję. Abigail. Mów mi, Abigail.
— Hmm... Dziwne macie tutaj sposoby na wyrażanie wdzięczności. W moich stronach wystarczyłoby króciutkie dziękuję. — mruknął, nieznacznie przechylając głowę na bok. Przerwał na moment, odpalił fajkę i zaciągnął się zaraz coby nie zgasła; zapalniczkę w dłoni zostawił, po czym kilkakrotnie obrócił ją między palcami, niby w głębokim zamyśleniu. W kategoriach własnych reakcji i odpowiedzi, Woronov zdecydowanie najbardziej przepadał za tymi na niby, od siedmiu boleści aktorzyna. — Ale tak, zrozumiałem aluzję. Poradziłabyś sobie sama. W każdym razie... — zgrabnie odbił piłeczkę, zaciągnął się raz jeszcze i wypuścił dym w innym kierunku, bo na damę raczej nie wypadało. — Przyjemność po mojej stronie, Abigail. Dobrze w końcu móc osobiście poznać tę, na której temat tak wiele razy mnie ostrzegano. — w wolną dłoń pochwycił szklankę whisky i zawiesił w powietrzu gwoli bezdźwięcznego na zdrowie — Jules Smith.
Wnikliwe spojrzenie szarej tęczówki raz jeszcze wylądowało na drobnej sylwetce rudowłosej kobiety.

1.10.2021

Od Julesa CD. Claire

Było bardzo gorąco.
Promienie słoneczne rzucały palące światło na twarz podróżującego po obrzeżach Armadillo Springs mężczyzny – tak uporczywie i nachalnie wręcz, że w pełnej swojej okazałości rozgrzewały jego blade poliki do czerwoności i oślepiały go na tyle skutecznie, że zmuszony był co jakiś czas przykładać dłoń do czoła; czy to w ramach odgarnięcia przyklejonych do niego rudych kosmyków włosów, czy żeby rzucić szarej tęczówce nieco cienia, coby ta znów naiwnie próbowała doszukać się końca drogi. Drogi – przysiągłby się na Jedynego – przeklętej, której śladem podążał już kilka dobrych godzin, a która mimo to wciąż uparcie nie chciała się skończyć, zupełnie jakby wcale rzeczonego końca nie miała. 
Do Armadillo Springs? Prosta sprawa, panie akrobato..., odpowiedzieli w gospodzie, kiedy o drogę zapytał. Jeno tą ścieżunią z kilometr przed siebie, prosto, bez żadnych zawirowań jakichś czy innych komplikacji. No, może trochę ponad kilometr, ale co to za różnica kilkaset metrów w tą czy w tamtą, święcie zapewniali. I on im głupi uwierzył, posłuchał się zaleceń i ruszył pieszo. Bo co mu tam niby szkodziło? Przecież było jeszcze wcześnie rano, spacer nie powinien zaszkodzić. No i na co mu to, psiakość, wyszło; wierzyć jakimś dwóm przygłupom, którzy ledwo prawego buta od lewego? Było już jakoś po południu, a jemu kończyła się woda w bukłaku i fajki w papierośnicy. Nie był pewien, które było gorsze od drugiego.
Wolna dłoń – ta, która nie wlokła za sobą czarnego, długiego płaszcza (na cholerę on go ze sobą wziął?) odpięła kilka guzików białej koszuli, po czym znów kontrolnie powędrowała do czoła. Tylko po to, żeby szarej tęczówce w bardzo niewyraźnym zarysie ukazał się jakiś pagórek, skarpa czy inne wzniesienie. Tyle tylko zdołał dostrzec i tyle starczyło mu, żeby zakląć brzydko pod nosem. Albo w Krainie posługiwali się ludzie jakimiś innymi jednostkami odległości niż u niego w ojczyźnie albo właśnie zgubił się na prostej ścieżuni. Albo – co też było wielce prawdopodobne – ktoś postanowił go paskudnie zrobić w bambuko. Na samą myśl o takiej możliwości pokręcił głową w niedowierzaniu, po czym pełen nadziei, że może jednak uda mu się nie umrzeć tego dnia z odwodnienia albo braku tytoniu (prędzej) ewentualnie, przyśpieszył kroku.
Im dalej jego zmęczone podróżą stopy kroczyły, tym dziwniejsze widoki się mu ukazywały. Zauważył coś, czego pierwotnie na wzniesieniu dojrzeć nie zdołał. Z początku jakby zamazany, czarny przedmiot o bliżej nieokreślonym kształcie z każdą chwilą stawał się coraz wyraźniejszy, wydawał coraz głośniejszy hałas. Coś warczało, coś gruchotało, coś nieprzyjemnie metalicznym dźwiękiem obijało się o uszy Ilyushki, który – nie dowierzając – zatrzymał się w końcu i przykleił nieszczęsną dłoń do nieszczęsnego czoła na dłużej, w zdziwieniu zadzierając podbródek do góry.
— Niemożliwe... — stwierdził cichutko, doszedłszy w końcu do wniosku, że to coś – ten ptak wielki mechaniczny – z rozłożonymi skrzydłami, niczym on sam ramiona rozkładał podczas spaceru na linie, frunął po niebie prosto w jego kierunku. Wiele w życiu widział, ale z czymś takim nie spotkał się jeszcze przenigdy. Czyżby możliwe było, że dostał już od tego słońca zwidów jakichś?
Chwila, stop, moment. To coś, to wielkie coś. Frunęło prosto w jego kierunku. I tak się zdawało, że – o ile go jedno, sprawne oko nie myliło – w locie zaczęło tracić swoje elementy.   
— O kurwa. — mruknął lekko spanikowany już Jules, pierwszy element kadłuba z hukiem wylądował na ziemi – na tej samej ścieżuni, która miała go rzekomo do Armadillo Springs zaprowadzić. A później wcale nie było lepiej; wszystko już do reszty zaczęło się rozsypywać, znosząc do upadku całą, jakże fascynującą konstrukcję.
— Uwagaaaa! — na kilka sekund przed katastrofą, otwartą przestrzeń wypełnił kobiecy krzyk, którego właścicielki Woronov nie zdążył jednak wewnątrz latającej maszyny dopatrzeć. Bo uważał – żeby nie zginąć, ma się rozumieć. I ledwo co mu się udało. Ba, gdyby nie jego sprawność i refleks do perfekcji przez lata wyćwiczone, to mogłoby się nawet nie udać. Odskoczył zwinnie, raz pierwszy i drugi, ukrył się za nieopodal znajdującym się krzaczorem, tuż nad uchem usłyszał świst przelatującego obok głowy odłamka; kolejnym unikiem do tyłu szczęśliwie uniknął konfrontacji. Drugi, ostry odłamek – ten, którego zauważyć nie zdążył – drasnął go nieprzyjaźnie o ramię. Jules w bezwarunkowym odruchu przyłożył dłoń do podartego materiału koszuli i napotkawszy się na przeciętą skórę, syknął z bólu.
Wychylił rudą czuprynę zza krzaka,  rozejrzał się kontrolnie dookoła i oceniwszy sytuację, wstał niemalże natychmiast, po czym pobiegł w kierunku rozbitej maszyny. Płonącej maszyny. Może był poharatany, może krew zdążyła już intensywnie wsiąknąć w materiał jego koszuli i skóra piekła niemiłosiernie, ale przynajmniej bezpieczny. W odróżnieniu wraz z samolotem się rozbiła i wewnątrz niego pozostała. Musiał jej pomóc.
Nie było czasu. Wspiął się po niestabilnych schodkach, zajrzał do środka. Młoda dziewczyna w goglach siedziała w skórzanym fotelu; bezwiednie, nieprzytomnie. W pośpiechu rozpiął opinające ją pasy, kobiece ciało objął ramionami i uniósł na wysokość swojej klatki piersiowej. Coś ponownie gruchnęło, coś ugięło się pod jego stopami grożąc kolejnym zawaleniem, ale zanim do tego doszło, zdążył w miarę bezpiecznie zejść na stabilny grunt. Oddalił się na bezpieczną odległość, co kilka sekund jakby w obawie przed kolejnymi niebezpieczeństwami zerkając w stronę pochłoniętej płomieniami maszyny. Dopiero wtedy, kiedy nie groziło im już żadne niebezpieczeństwo czy inne spadające, ostre odłamki, ostrożnie położył wciąż nieprzytomne, kobiece ciało na twardej ziemi. Warunki zdecydowanie nie były sprzyjające. Pochylił się nad ciemnowłosą, pozwolił sobie zdjąć czarne, masywne gogle z jej głowy, przyjrzał się uważnie opalonej twarzyczce.
— Panienko, żyjecie jeszcze? — zapytał, pstrykając kilkakrotnie palcami tuż nad jej twarzą, jakby w jakiejś naiwnej nadziei, że miałoby to jakkolwiek pomóc w jej ocknięciu. Nie pomogło, rzecz jasna. Westchnął cicho, nieco głośniej przeklął pod nosem. Wzrokiem poszukującym zbawienia z niebios spojrzał na wprost przed siebie. I wtedy szara tęczówka dojrzała kilka niewyraźnych, męskich sylwetek, pośpiesznie podążających w ich kierunku. Krzyczeli coś niewyraźnie, nie do końca był pewien co. — Pomocy! — odkrzyknął, ba!, wydarł się, machając w ich kierunku rękoma — Straciła przytomność!

28.09.2021

Od Julesa do Abigail

Wypatruj w tłumie burzy płomienistych loków. Tych ocząt intensywnie oliwkowych, które zaintrygowane twoją osobą rzucają ci spod długich rzęs niby to niewinne spojrzenie, nie da się nie zauważyć. O tym uśmiechu, co tak magnetycznie przyciąga twoją uwagę, ciężko ci będzie zapomnieć. To ciało tak idealne, tak kształtne i kobiece, nocami będzie ci sen z powiek spędzało, a głosik słodki wracał do ciebie będzie ciągle i wciąż, dopóki nie ulegniesz i nie zatracisz się w zapomnieniu. Ale nie pozwól się jej zwieść, Ilya; nie ulegnij jej urokom, jeśli ci życie miłe. Już ona dobrze będzie wiedziała, co z tobą robi. A za nią niebezpieczni ludzie stoją, którzy – czekając tylko na twoją pomyłkę – wystawiają kły, gotowi na żer.

✦✦✦

Wysoki, rudowłosy mężczyzna przekroczył ruchome drzwiczki powieszone na przyrdzewiałych zawiasach i wszedł do zaludnionego saloonu, gdzie na samym wstępie powitało go kilka zaciekawionych spojrzeń, których właściciele zastanawiali się, cóż to za jednooki pirat w ich szeregach zawitał; głodni rozróby i rozrywki, głodni zbawienia od ich jakże nudnego życia, którego Ilyushka zaoferować im nie miał zamiaru. W uszy uderzyły radosne dźwięki pianoli, w klawisze której z całym oddaniem uderzał siwy, pozbawiony kompletnego uzębienia staruszek, a szara tęczówka uważnie objęła całe pomieszczenie w poszukiwaniu między tłumem kobiety, na temat której słyszał tak wiele i niewiele zarazem.
I nie musiał szukać długo. Siedziała przy barze, plecami do wejścia; zmuszona rozmawiać z kimś kto – tak Woronov podejrzewał – ani wtajemniczony ani nawet zaproszony nie był. Burza płomienistych loków uderzyła w niego tak mocno, że rozszerzyła się źrenica w szarej tęczówce. Oto ujrzał tą, na temat której słowa tak bardzo zapisały się w jego pamięci, że powtarzane w głowie wciąż i wciąż niemalże wypaliły w niej dziurę; tą, przed którą ostrzegano go zawzięcie. Tą, z którą w ciągu następnych kilku dni miał odbyć podróż w nieznane. Nie wiedział o niej nic, poza tym, co powiedział mu Connor, nawet jak miała na imię i nie mógł mieć pewności, że ona cokolwiek wie o nim. Ale nawet taka ilość niewiadomych była dla niego stanowczo niewystarczająca, żeby zacząć się czegokolwiek obawiać. Zadowolony – bo to on pierwszy ujrzał ją, nie na odwrót – ruszył przed siebie.
Podążył w kierunku baru krokiem płynnym i niegroźnym, a jednak w swojej miękkości pewnym i odważnym, zupełnie jakby bywał w tym miejscu wcześniej co najmniej razy kilkanaście, a galonów chłodnego piwa wychlał już setki, co przecież nie do końca było prawdą i każdy stały bywalec tego przybytku potrafił dostrzec to na pierwszy rzut oka – ci właśnie nie przyglądali się jawnie zaciekawieni jak niektórzy, a obserwowali ukradkiem z nutką podejrzliwości w spojrzeniach. Obcy to, nie jeden z nas. Trzeba go mieć na oku, coby problemów nie narobił – myśleli. I słusznie myśleli. Bowiem Ilyushka faktycznie pochodzi z terenów Krainie odległych, a w ślad za nim, ciągnąc się przez pola zielone i stepy podłużne, przez pustynie i miasta, kłopoty podążają.
Przysiadł się obok, bez pytania i jakichkolwiek grzeczności chociażby, z góry zakładając, że wolne krzesło było zarezerwowane tylko i wyłącznie dla niego. I wtedy zobaczył ją w pełnej swojej okazałości, a ciarki przyjemnie przeszły przez całe jego ciało. Duże oczęta, tak intensywnie oliwkowe, spotkały się z tymi szarymi. No, jednym okiem szarym, bo drugie zakryte było skórzaną opaską.
— Whisky z lodem. — zlecił barmanowi, skinąwszy najpierw głową w ramach powitania. — A mojej przepięknej znajomej, która widocznie nie życzy sobie, żeby jakieś natrętne oblechy wokół niej się swobodnie kręciły... — tu unosząc sceptycznie jedną brew spojrzał najpierw na niechcianego towarzysza rudowłosej, później zaś z powrotem na barmana — Proszę o uzupełnienie trunku, skoro tylko poprzednia zawartość zostanie wypita. Na mój koszt. — dokończył.
Bo jakże lepiej poznać drugiego człowieka, jeśli nie przy szklaneczce dobrego alkoholu właśnie?

henlo

26.09.2021

Od Julesa CD. Odette

Iyushka ma wiele talentów.
Całkiem dobry z niego aktorzyna – niejedną pasję się w życiu miało, to i teatr gdzieś się po drodze przewinął – zamysł artystyczny ma niczego sobie, gibki jest (no, rzecz jasna!), a i zaśpiewać potrafi tak, że miło przysiąść się z boku na chwilkę, coby posłuchać. Przyznać jednak trzeba, że to ostatnie to jednak rzadko robi, bo niespecjalnie przepada; a jeśli już, to w barach najczęściej. I po pięciu kuflach piwa mniej-więcej. Ale gotować... och, gotować to on za cholerę jasną nie potrafi.
― Dodać trzy cebule, drobno posiekane...  ― szara tęczówka z widocznym zakłopotaniem, zupełnie jakby nie wiadomo z czym właściwie jej właściciel miał do czynienia, (a przecież to tylko wciąż trzy, pierdolone cebule) spogląda na kolejny składnik, który do przyrządzenia zupy serdecznie przez Donara mu poleconej, będzie Jules'owi niezbędny. Cebula. Drobno posiekana. A on ledwo co obrać ją zdążył jakoś nieporadnie i nie wie co dalej robić powinien. ― I gdzie ja to mam niby pokroić? Na kamieniu może? ― pyta sam siebie nieporadnie, po czym – przez kolejne pięć sekund samemu sobie nie odpowiadając – niewyraźnie klnie pod nosem coś na wzór "Donar, ty skurwysynie", wzrusza ciężko ramionami i dorzuca do już i tak niewyraźnej zawartości postawionego na leniwym ogniu garnka trzy całe główki cebuli. Nieposiekane.
― Woronov, ty stary chuju! ― uwagę rudowłosego przyciąga dobrze znajomy głos Igora, grupowego opiekuna zwierząt. Szara tęczówka podąża za źródłem głosu i dopiero zatrzymawszy się na cyrkowym wozie, dostrzega swojego kolegę po fachu. Rosły mężczyzna z przydługawym, podkręconym wąsem siedzi na przyczepie. Zajęty czyszczeniem rękojeści bata przeznaczonego do tresury, co chwila kontrolnie zerka w kierunku Ilyushki; na twarzy wymalowane ma jakby zniesmaczenie, którego nawet nie stara się ukryć. Linoskoczek przykłada dłoń do czoła, coby rzucić oczom nieco cienia i móc chociaż dokładnie się swojemu rozmówcy przyjrzeć, skoro ten widocznie podejść sam nie ma zamiaru.  ― Nie gadaj tylko, że znowu nas potruć chcesz wszystkich!
― A co ja, do kurwy wędrowniczki, perfekcyjna pani domu? ― rozkłada pretensjonalnie ramiona, a w głosie czai się nutka jawnego wyrzutu, zupełnie jakby nie dochodziło do niego, że ktoś miał mu czelność takie niedorzeczności zarzucać. Bo i nie dochodzi. ― Człowiek się uczy dopiero, zrozumienia może trochę!
― Dobre sobie! ― donośny, niemiły dla ucha śmiech rozlega się po najbliższym otoczeniu, swoją nieprzyjemnością nie zwracając na siebie niczyjej – poza tą Julianową – uwagi. ― Uczyłeś to ty się dwadzieścia lat temu i z równie marnym skutkiem co dzisiaj, teraz to już najzwyklejsze tortury są. Gdyby w pudłach podawano twoje żarcie, to byłaby kara gorsza od śmierci. ― zauważa z przekąsem. Słowa Igora całkiem sporo prawdy w sobie zawierają, bowiem on jedyny w całej trupie z Ilyushką zna się praktycznie od dzieciństwa i niejedno już razem przeszli. Całkiem sporo, bo nie tak do końca, oczywiście. Devorak nikogo nie torturuje. I wciąż uczy się zawzięcie. ― A ty nas tym próbujesz faszerować. Pamiętasz, jak po twoim wspaniałym gulaszu biedny Jakob wystąpić nie dał rady, bo się nie mógł z wychodkiem przez cały dzień pożegnać?
― Spierdalaj, Igor. Nikt wam wpierdalać nie każe. ― podsumowuje krótko i na temat, po czym do rozmówcy odwraca się plecami, a dalsze docinki najzwyczajniej w świecie ignoruje. Dyskusję pora zakończyć.
    No i psiajucha, zdenerwował się. Zapalić musi. Sięga do kieszeni spodni po srebrną papierośnicę, z której następnie wyciąga papierosa i wkłada go pomiędzy usta. Przerwa na fajkę nikomu jeszcze nigdy nie zaszkodziła.
Zupa z wolna bulgoce na leniwym ogniu, Woronov w odległości względnie bezpiecznej – to znaczy takiej, żeby strzepywany palcem popiół nie stał się kolejnym składnikiem potrawki, bo już na własnej skórze przekonać się kiedyś zdążył, że nic to przyjemnego – dopala swoją fajkę i dopiero wtedy, skończywszy na spokojnie, wraca do gotowania.
― Co ja to jeszcze? Soli i pieprzu odrobinę, do smaku. Już się ro... ― zanim cokolwiek się zrobi, a dłoń zdąży skierować się w stronę pojemników z dwoma, tymi jakże cennymi przyprawami (z których ilością i tak by zapewne przesadził), w męskie, szerokie plecy z dużą łupie coś ciężkiego, pod wpływem czego nieprzygotowany akrobata musi się aż lekko zgiąć do przodu. ― Co jest, do chu...
― Charlie! Mam co chciałeś! Mam tu godną reprezentantkę na ten twój występ cały.
― Och, Donar. Stary to ty może i jesteś, ale siła w łapie nadal taka sama, jak te kilkanaście lat temu. ― ciężko opierając się jedną dłonią o udo, zwraca twarz w kierunku starego, dobrego przyjaciela, którego powrotu oczekiwał ze zniecierpliwieniem jeszcze zanim ten na dobre zdążył pozbierać wszystkie swoje manatki z cyrkowego obozu. Na widok nowej, nieznajomej twarzy – godnej reprezentantki, jak śmie się domyślać – prostuje się znacznie szybciej niż zrobiłby to w towarzystwie samego Donara, a nawet nieco poprawia na ciele białą, rozpiętą do połowy torsu koszulę. ― No... już myślałem, że nigdy się was nie doczekam. ― przyznaje szczerze; spojrzenie szarych tęczówek uważnie lustruje kobiecą sylwetkę, w sekundę jakby zapominając o obecności Donara. I stwierdza spojrzenia właściciel całkiem fachowo – sugerując się głównie tym, że musi spoglądać w dół wyjątkowo intensywniej niż zwykle musi zadzierać głowę w dół – że coś niska ta cała godna reprezentantka. Dorzucić nóż na wysokość głowy zdoła?, zastanawia się. 
W całkowitym oddaniu analizie zapomina, że przecież miał jeszcze zupę do końca doprawić.
― No... to ten, przedstawcie się ładnie. ― Donar, nieco zmieszany tymi wszystkimi oceniającymi spojrzeniami, bez zwłoki przechodzi do rzeczy. ― Charlie, poznaj Odette. Odette, przed tobą Woronov, ten, no... jak ty się tam nazywasz, jednooki?
― Jules. Jules Smith. ― przedstawia się krótko, skinąwszy głową w kierunku nieznajomej i wcale sobie nic z Donarowej wpadki nie zrobiwszy; on się wcale nie dziwi, że starzec zdążył się w tych wszystkich jego pseudonimach pogubić, a ostatecznym rozrachunku to nawet dla niego samego lepiej. Zełgał okropnie i bardzo niekulturalnie rzecz jasna, ale Ilyuskha niekulturalnie łgać lubi. To jego specjalność.
― Nie wygląda wcale groźnie ten twój Woronov, Donar... Spodziewałam się czegoś bardziej... ― ...no i nie dokończyła. A szkoda wielka, bo on by chętnie się dowiedział, czegóż też się białowłosa pannica spodziewała!
― A mnie, Donar... ― odpowiada neutralnym tonem, nie obdarzając spojrzeniem swojego adresata, bowiem ciekawsze wydaje się mu dalsze lustrowanie wzrokiem kobiecej – całkiem przyjemnej i uroczej, zresztą – twarzyczki. Zanim jednak do rzeczy przejdzie, musi się jeszcze porządnie fajką zaciągnąć. ― Ta twoja Odette wygląda na taką, co ma bardzo lepkie rączki i wiele na sumieniu... ― najpierw stwierdza, później wypuszcza dym z ust. No co? Swój swego wszędzie pozna, a tak się składa, że zgoła nie po drodze Jules'owi się ze swoimi w takim ciężkim okresie użerać. Co innego sprawa, że prawdopodobnie wyboru miał nie będzie. Więc woli chociaż z góry pewne kwestie zaznaczyć. ― Pozostaje mi zatem wierzyć, że danego słowa potrafi dotrzymać, bo zakładam rzecz jasna, że gdyby było inaczej, to wolałbyś oszczędzić sobie fatygi. Tak samo jak zakładam, że uświadomiłeś swoją kandydatkę o możliwych konsekwencjach, gdyby jednak wpadła na coś takiego nierozsądnego. Słusznie zakładam? ― ruda brew nieznacznie szybuje do góry. Upewnić się trzeba, zanim  przejdą do biznesów. 
Ilyushka, a ten twój majstersztyk to na pewno powinien takim stęchłym kapciem jebać? Ja bym tego Ogryzkowi nie dał nawet, a przecież on by wszystko zeżarł! ― w środek dyskusji ponownie włącza się Igor, tym razem również nie fatygując się na tyle, żeby podejść i się przywitać. To stary chuj... – myśli sobie Woronov, przyjmując kolejną dawkę dymu do płuc – teraz się mu robić na złość zachciało?
― Albo Ilya. Nieważne, jak tam sobie wolisz. ―dodaje małą aktualizację do jakże obszernej listy imion, jakimi życzyłby sobie zwracać się do własnej osoby. Igora ignoruje, bo nikt mu przecież wmawiał nie będzie, że jego zupa śmierdzi stęchłym kapciem. On nic nie czuje. To znaczy, bo czuć nie chce, ale to inna sprawa. ― Zupy? Zdaje się, że zaraz powinno być gotowe. ― proponuje, ciekawsko zerkając do garnka. Wszelkimi niedogodnościami losu, jak to Ilya, pozostaje wielce niewzruszony.

julian, który poza robieniem fikołków ma również dosyć potężnie wymasterowanego skilla przeklinania 

22.08.2021

Od Julesa do Odette

Give 'em the old Razzle Dazzle, Razzle Dazzle 'em
Give 'em an act with lots of flash in it, and the reaction will be passionate
Give 'em the old hocus pocus, bead and feather 'em
How can they see with sequins in their eyes?

Tu, na całkowitym odludziu, gdzie słońce w pełnej swej okazałości rzuca palące promienie światła na rozłożyste obszary przyschniętej ziemi, gdzieniegdzie wystającej suchej trawy czy samotnego kaktusa, a jedynie z oddali – jeśli tylko dokładnie się przyjrzeć – można dostrzec pierwsze oznaki życia lokalnego czy cywilizacji w ogóle, niedaleko granicy Krainy swój pierwszy od dawna przystanek urządziła sobie się przybyła z bardzo, bardzo odległych terenów trupa cyrkowa. Zatrzymają się tylko na krótką chwilę, ulotnych parę dni; nim zdążą odsapnąć po długiej podróży, wziąć głębszy oddech na zapas, zregenerować nieco energii, znów pognają dalej.
Tu, na całkowitym odludziu, gdzie przed oficjalnym wkroczeniem do miasteczka Jackburg trwają próby generalne oraz przygotowania ostateczne przed maratonem występów, a cyrkowcom nawet uparcie spływający z czół pot nie przeszkadza w działaniach, rozlega się wesoły dźwięk lutni, a życie wydaje się mieć jakieś takie wolniejsze i spokojniejsze tempo niż hen tam, daleko w mieście. Balansujący na monocyklu żongler przerzuca na przemian płonącymi pałkami, mężczyzna na szczudłach przechadza się dookoła, z każdym krokiem wykonując coraz to bardziej ryzykowne pozycje, gdzieś dalej kobieta-guma wykonuje swój rutynowy zestaw ćwiczeń, a niedaleko niej cyrkowy siłacz kończy kolejną serię pompek wykonywanych na jednej ręce. I wiele, wiele więcej można by tak jeszcze wymieniać, że aż z dobre kilkanaście minut by przeszło. Obrazek to zaiste przeciekawy, kiedy na co dzień spójny oraz jednolity spektakl, przez czas trwania przygotowań przeistacza się w kilkanaście osobistych, trwających jednocześnie show, podczas których żaden artysta nie musi zastanawiać się co, kiedy, kto po kim i jak, bowiem skupia się tylko i wyłącznie na samym sobie. I tylko jakby w ramach odmiany od tego radosnego widoku, gdzie wszędzie roi się od ruchu, życia oraz gwaru, kilka metrów dalej, na uboczu, w niewielkim namiocie rozłożonym nieopodal, przed palącym słońcem ukrywa się dwóch, rozmawiających ze sobą mężczyzn.
— Chwila, chwila, chwila. Stop. Co to kurwa znaczy, że nie żyje? — pyta pierwszy z nich – rosły chłop, blondyn, na oko ponad dwa metry – kątem oka zerkając niepewnie na swojego rozmówcę, po czym klnie niewyraźnie pod nosem. Do tej pory lufą wykonanej na specjalne zamówienie dubeltówki uważnie podążał za czającą się gdzieś pomiędzy kamieniami jaszczurką, ale tak prędko jak wzrok odwrócił, po gadzie niespodziewanie ślad zaginął. Niech to szlag. Strzeliłby, a i trafił zapewne nawet, gdyby nie ten durny moment zawahania.
— Bo umarła, Donar. Przestała oddychać, serce się jej zatrzymało, krew przestała dochodzić do mózgu. Przeliterować ci to? Bo bardziej łopatologicznie nawet jak na ten twój mały móżdżek się już chyba nie da. — odpowiada drugi, rudowłosy, kręcąc głową w niedowierzaniu. Błękitna tęczówka wyraża zawód pomieszany z małą iskierką rozbawienia, z ust wydobywa się białoszary obłoczek dymu. Ilya uzależniony jest od fajek już od bliżej nieokreślonego zawsze, zupełnie, jak gdyby wypił to uzależnienie wraz z mlekiem kobiety, którą winien zwać matką, ale ostatnimi czasy to nawet sam swoje osobiście ustanowione rekordy pobija. Jak to się mówi? Co go nie zabije teraz, to przynajmniej szybciej do piachu pośle. Czy jakoś tak.
— A bo ja wiem do czego jeszcze wy dwaj zdolni jesteście, Woronov? Wolałem się upewnić, no wiesz. — odwraca wzrok w poszukiwaniu następnego celu, który godzien byłby zastąpić nieszczęsną, zagubioną w akcji jaszczurkę. — I co teraz? Z waszą cyrkową rodzinką, w sensie? No i ten... jak się w ogóle trzymasz, chłopie? — kontynuuje po chwili ciszy. Tak, chyba właśnie dotarło do niego oficjalnie, myśli sobie Woronov, odnotowując na twarzy rozmówcy niepokój zmieszany z jakąś wielce nieporadną nutką troski czy innego zmartwienia. Z Donarem poznali się już dobre kilka lat wstecz, zawodowy z niego zabijaka i nie byle jaki zawodnik, dlatego tym bardziej zawsze Devoraka dziwiło jak to możliwe, że za tak wielką kupą mięcha, mięśni oraz chęci do mordowania wszystkiego co się rusza, kryją się jednocześnie tak niezliczone pokłady empatii. Skąd one się biorą i jak to możliwe, że jeszcze nie zostały stracone gdzieś pomiędzy pierwszą a setną z rzędu ofiarą śmiertelną?

What if your hinges all are rusting, what if, in fact, you're just disgusting?
Razzle dazzle 'em, and they'll never catch wise!

— Dobrze. — ocenia krótko, zwięźle i zdecydowanie bardzo praktycznie. Ramiona unoszą się obojętnie, po czym równie obojętnie opadają; na twarzy ani śladu po zawahaniu, w błękitnej tęczówce nie rodzi się samotna łza, usta nie wykrzywiają się w słabo przekonującym uśmiechu pod wdzięcznym tytułem: niczym się nie przejmuj, przecież nic mi nie jest. Nic z tych rzeczy, nie. Jednooki nie odwraca nawet wzroku w stronę jakiegoś bliżej nieokreślonego, wygodniejszego punktu. Człowiek skała, serce z kamienia, mężczyzna bez uczuć. Jak zwał tak zwał – a jedno jest pewne, zwał będzie każdy inaczej, w zależności od tego, jak dobrze Woronova zna. Ci najbardziej doświadczeni stwierdziliby, że z pierdolony aktorzyna z niego i tyle, tak po prostu. No i mieliby rację, zresztą. Oczywiście, że Ilya tak naprawdę nie do końca trzyma się dobrze. A gdyby się tak zastanowić, to nie trzyma się dobrze wcale. Ale grono najbardziej doświadczonych jest bardzo wąskie, należą do niego jedynie członkowie trupy oraz nieliczni znajomi z poza niej i tak się składa, że – stety, niestety – Donar mimo wieloletniej znajomości, do żadnej z kategorii nie należy.
— To dobrze. Bardzo dobrze. — powtarza powoli, w adekwatnym tempie kiwając porozumiewawczo głową. Trochę jakby się waha, niepewnie kręci wąsem, dłuższą chwilę analizuje i trawi wagę sprzeczności zawartych w tej jednej, krótkiej odpowiedzi, ale ostatecznie dochodzi do wniosku, że nie ma się do czego doczepić. Cholera, nie takiej odpowiedzi się spodziewał. Zarówno pierwszej, tak i drugiej, jak i trzeciej. Że też przyszło mu na myśl wypytywać, gdzie się Nadia podziała. I po co mu to było? — Czyli... z jakiego powodu my się tutaj tak właściwie widzimy? Bo coś mi tak teraz z tyłu głowy podpowiada, że wcale nie na herbatkę i plotki. — wraca do bardziej neutralnego tonu, przybliża twarz do dubeltówki, przymyka jedno oko, wstrzymuje wdech... chyba w końcu znalazł kolejny cel. Naciska na spust, strzela. Bingo. Ułożony kilka metrów dalej trójkąt z kręgli rozpada się w wyniku impetu, zaraz w ślad za tym pierwszym, który strzał otrzymał.

Give 'em the old flim flam flummox, fool and fracture 'em
How can they hear the truth above the roar?

— I bardzo słusznie ci podpowiada. — jednooki odpowiada skinieniem głowy, wykrzywiając usta w porozumiewawczym uśmiechu. Może i być jego rozmówca mało kumaty czasem, ale jeśli o kwestię biznesów, przysług i spłacania długów chodzi, to Woronov jeszcze nigdy nie miał powodu, żeby w niego zwątpić. A to oczywiste przecież, że jeżeli na pilne spotkanie od przeszło miesiąca nalegał, to właśnie o biznesy chodzić musiało. — Bo w związku z taką a nie inną sytuacją potrzebuję osoby, która będzie w stanie zastąpić Nadię tymczasowo, zanim uda mi się znaleźć kogoś na stałe. I ty, mój drogi przyjacielu – ponieważ Krainę znasz lepiej niż własną kieszeń i na pewno wciąż masz tam odpowiednie kontakty – musisz pomóc mi taką osobę znaleźć. — głowa jakby odruchowo odwraca się w kierunku rzeczonej Krainy, zostaje tak przez kilka sekund, po czym wraca z powrotem na swoje miejsce, co by właściciel błękitnej tęczówki z jakimś bardziej pochmurnym wyrazem twarzy mógł spojrzeć w oczy właścicielowi tej drugiej — I to jak najszybciej się da. Wyobraź sobie, że przyszłość mojej kariery właśnie spoczywa na twoich barkach. — oto właśnie poprzez nieco błagalne, wielce przekonujące spojrzenie oraz teatralne strzepnięcie popiołu z końcówki papierosa, ujawnia Ilya prawdziwy powód spotkania po latach ze swoim starym znajomym. No tak – skwituje jedynie w myślach znajomy, kiwa głową w górę i w dół, po czym w zamyśleniu miętosi końcówkę swojej koziej bródki pomiędzy palcami – oczywiście, że bez powodu mu na to zadupie przyjechać nie kazał, przecież to nie byłoby w stylu Woronova. — Profesjonalistka lub nie, nie ma dla mnie znaczenia, byleby dobrego cela miała i nie pozbawiła mnie drugiego oka. — kontynuuje, tak swobodnie, jakby wciąż rozmawiał jedynie o przyszłości swojej kariery, zamiast przyszłości w ogóle. Ten to jednak wybredny nie jest. No ale! Show musi trwać, niezależnie od wszelkich okoliczności.
— Hum... — mruczy pod nosem niedoszły zabójca jaszczurki, wciąż miętosząc pomiędzy nieszczęsną bródkę, a z czasem i nawet wąsa kręcić na palcu zaczyna, jakoby właśnie zadano mu jedną z największych zagwozdek życia. I nie można zresztą ukryć, że w rzeczywistości tak jest. Nie dlatego wcale, że żadna z takich profesjonalistek mu na myśl nie przychodzi – ba, wręcz przeciwnie, już mu się twarzyczka kandydatki idealnej przed oczyma przypomina; nie dlatego, że cyrkowcowi nie ma ochoty pomagać, bo co go tam jego kariera interesuje, kiedy dla niego to i nawet lepiej by było, gdyby ją w końcu rzucił w cholerę, (bo i tak wisi mu przysługę, więc wybrzydzać nie może) a dlatego, że już z dobre kilkanaście lat temu poprzysiągł samemu sobie, że noga jego w Krainie nigdy więcej nie powstanie. Kręcił się gdzieś nieopodal, węszył, podpatrywał czasem, oczywiście, tak jak dnia dzisiejszego zresztą, ale przekroczyć granicy jeszcze nie przekroczył. Aż tu nagle pojawia się pieprzony Woronov z swoim pieprzonym, bezwarunkowym prawem do przysługi i życzy sobie akurat właśnie tego? Psiajucha, słowny człowiek jest z Donara. Tylko wedle kogo słowny powinien być teraz bardziej? Siebie samego czy chłopa, który mu kiedyś tyłek od śmierci uratował?
Jules milczy, jak grób. Raz po raz jedynie rozgląda się dookoła, bierze łyka wciąż schłodzonego (czyli cennego!) piwa czy posyła porozumiewawcze spojrzenie pozostałym cyrkowcom. Doskonale świadom jest wagi swojej prośby, doskonale świadomie ją zadał i na domiar złego, zadając ją doskonale wiedział, że nie musi nic więcej dodawać, aby prawidłowo została odebrana. Niektóre komunikaty nie potrzebują być wypowiedziane, żeby przekazywać się same. Między wierszami. Ilya bardzo lubi komunikować się między wierszami. Dlatego właśnie milczy. Pozwala przemyśleć na spokojnie, a może prędzej – na spokojnie się pogodzić, bo przecież doskonale wie również, że Donar danej obietnicy nie złamie. Czy to aby na pewno nie podłe z jego strony? No, może troszeczkę. Ale cóż zrobić, kiedy jest się postawionym pod ścianą? Postawić pod tą samą ścianą jeszcze kogoś innego, otóż to!
— Jest taka jedna dziewucha – sierota, ale jaka sprytna! To znaczy, była dziewuchą jeszcze wtedy, jak opuszczałem Krainę. Stare dzieje. Dawno jej nie widziałem, ale jeśli nadal trzyma się z tą samą bandą, mogę spróbować jej dla ciebie poszukać. — zaczyna wolno, nadal jakby w zamyśleniu, próbując sobie lepiej przypomnieć wspomnianą dziewczynkę. Białe włosy, nieco kurduplowata, zdecydowanie za bardzo pyskata niż być powinna; tyle pamięta. — O ile jeszcze nie wylądowała za kratami albo, co gorsza, gdzieś w piachu. Ciężki nasz żywot, zresztą sam wiesz, nigdy nic nie wiadomo. Ale spróbować mogę. Jeśli nie ona, to jakaś inna też się znajdzie, tylko wtedy więcej czasu mi zejdzie.
— A ta sierota, zakładając, że jednak jeszcze żyje i nigdzie za kratami nie siedzi. — podłapuje Woronov, widocznie zainteresowany. Mylił się? No oczywiście, że się nie mylił. Donar może i mało kumaty jest, ale polegać na nim można. — Jak szybko będziesz w stanie ją tutaj zwerbować?
— Kilka dni. Tydzień, maksymalnie, jeśli gdzieś się ukrywa. O ile wyruszę jeszcze dzisiaj. — odpowiada niechętnie, po czym odruchowo sięga po spoczywający na stole kapelusz. A niech to... nieważne. Liczył chociaż na jakiś nocleg, zanim ruszy dalej.
— No więc... — Ilya z entuzjazmem klaszcze w dłonie, przechyla głowę na bok; usta układają się w krzywym, wcale-nic-nie-sugerującym uśmiechu. Na pewno nie sugerującym, że miło było, ale pora najwyższa się żegnać.
— No już, już. Wiem, chwila! — blondyn podnosi się z krzesła, w pośpiechu chwyta za ucho kufla z piwem i jednym haustem wypija całą jego pozostałą zawartość, sięga po skórzany płaszcz i dubeltówkę, po czym raz jeszcze, uważnie zerka na swojego rozmówcę. — A niech cię szlag, Jednooki. Lepiej dla ciebie, żebym tego nie pożałował. — dodaje, odwraca się na pięcie, za pomocą gwizdnięcia przywołuje do siebie swoją karą klacz. I tyle go było na dzisiaj...

Give 'em the old three ring circus, stun and stagger 'em
And they'll make you a star!

I tak oto, właśnie tu, na całkowitym odludziu, gdzie jedni w pocie czoła trenują, a inni przeklinają w myślach swoją honorowość, do wesołego obrazka życia trupy cyrkowej, z nieco lżejszym niż jeszcze kilka godzin temu sercem oraz kolejną fajką w ustach (a weź mu je ktoś wreszcie!) dołącza również linoskoczek Ilya Devorak, oficjalnie rozpocząwszy swój kilkudniowy cykl oczekiwania. Pora zacząć nowy rozdział w życiu.


Razzle Dazzle?

17.08.2021

I've got no roots, but my home was never on the ground

I
II
III
IV
JULES SMITH
35 LAT - OBCOKRAJOWIEC - NOWA TOŻSAMOŚĆ Z KAŻDĄ NOWĄ MIEJSCOWOŚCIĄ - DO NIEDAWNA ŻONATY - CZŁONEK TRUPY CYRKOWEJ - LINOSKOCZEK - PASER
W gazetach znów od rana wrzask, przez jedną z tych tak zwanych gwiazd. Co ten Woronov kosztuje nas? Wygadajmy się. Głośno, jak najgłośniej, na cały regulator. Charles Mathieu, Maksim Antonow, Leon O'Gorman – czy któreś z tych nazwisk jest Wam znajome? Macie więc pełne prawo wiedzieć, że wszystkie one oraz wiele, wiele innych (długo trzeba by było wymieniać)... no cóż, należą tak naprawdę do jednej osoby, którą wszyscy znamy pod wcześniej wspomnianym pseudonimem. Zanim jednak przejdę do konkretów – pozwólcie, że tym z Was, którzy nigdy na oczy tego człowieka nie widzieli, ku przestrodze przybliżę nieco jego sylwetkę, bowiem ciężko jest na Woronova nie zwrócić uwagi nawet w najgęstszym tłumie ludzi: wysoki rudowłosy mężczyzna, dosyć specyficzny ubiór, błękitna tęczówka oraz opaska zasłaniająca prawe oko. Wizualnie chyba nic więcej już dodawać nie trzeba. Cyrkowiec, utalentowany akrobata, miłujący ryzyko linoskoczek – prawdziwy artysta, jak malowany. Przyciągająca osobowość, niebywała charyzma, niespotykana determinacja w obranej ścieżce zawodowej. Oraz pełne zaplecze tajemnic, których ścisłości skrzętnie pilnuje. Jeden mężczyzna, wiele tożsamości i – zgodnie z moim najnowszym odkryciem – żadna z wcześniej wymienionych autentyczna. Kim więc jest tak naprawdę? W imię słusznej sprawy oraz za otrzymaniem zgody na publikację, poniżej zamieszczam wypowiedzi trzech osób, które chętnie opowiedziały mi o swoich dawnych doświadczeniach z Woronovem. W wypowiedziach wielokrotnie używane są zwroty wulgarne; na prośbę pytanych, wszystkie tożsamości pozostają anonimowe.
art: Debesmala - tytuł: Alice Merton - No roots - dwa pierwsze zdania (z małymi przeróbkami na potrzebę treści): Smash – Nie mówcie Tak - w razie potrzeby posłużenia się Julkiem proszę pięknie o konsultację, Mistrza Gry serdecznie zapraszamy!