Kolumna góra

Słuchy z Krainy
Aktualny rok: 1846

Na ulicach słychać szepty o wielkim wyścigu mającym ciągnąć się przez całą Krainę – za wygraną przewidywana jest gigantyczna suma pieniędzy, amnestia wszystkich przestępstw oraz zapewnienie bezpieczeństwa na okres roku. Co ambitniejsi już poszukują wierzchowców na ten morderczy wysiłek.

W Saint Thomas w niewyjaśnionych okolicznościach zniknął kolejny szeryf. Za każdą przydatną informację przewidziana jest nagroda.

Już niedługo w Jackburg: cyrk! Kobieta-guma, linoskoczkowie i najsilniejsi ludzie w całej Krainie. Przyjedzcie zobaczyć to na własne oczy.

Aktualnie poszukiwani są: Otelia Crippen
Dziękujemy za pomoc w schwytaniu Clide'a 'Smiley' Byersa. Aktualnie oczekuje na wyrok sądu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Odette i Ruby. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Odette i Ruby. Pokaż wszystkie posty

3.11.2021

Od Ruby cd. Odette

Odette badała truchło krowy, zaś Ruby przyglądała się dziewczynie z uwagą. Jej nowa pogromczyni wendigo in spe zrobiła o niebo lepsze pierwsze wrażenie, a na dodatek nie wykręciło jej na widok truchła tak, jak wykręciło pierwszego ze śmiałków - ledwie zarośnięte kowbojątko. Nie wystrzeliła też z wielce drogim planem obstawienia rancza pierdylionem nikomu nie potrzebnych amuletów z kurzych piór i sznurka. Zamiast tego fachowo sprawdziła, których części krowie brakuje, jak tam wyglądają ślady na zwierzęciu i wokoło, a gdy wyrok już zapadł, przedstawiła całkiem logiczny plan i argumenty. Faktycznie, do trzech razy sztuka.
— Weźmiemy jeszcze chłopaków. Czymkolwiek ten mały kurwipołeć jest, daleko nie pociągnie — powiedziała Ruby. — Chłopcy znają się na rzeczy, ranczo też dobrze znają. Nie wiemy, ile nocy spokoju nas czeka, a obstawianie wszystkich jak jesteśmy tylko we dwie za szybko nas wykończy. Ustalimy warty, niech spojrzę…
Kobieta w myślach przeliczyła dni pomiędzy poszczególnymi ofiarami, wychodziło że latająca menda pożywiała się mniej więcej co drugi-trzeci dzień.
— Tej nocy posiedzi tam Luke i Bill, zmienią ich Simon i Pedro. — Zawyrokowała. To byli najmłodsi z jej kowboi, ale nadal bardzo dobrzy strzelcy i rozgarnięci ludzie. — My zaczaimy się następnej nocy. Są większe szanse, że się gnój pokaże.


Przyszedł ustalony czas. Ruby i Odette siedziały skulone w krzakach w zachodniej części rancza - tam, gdzie spodziewały się ataku… wendigo albo pojeba ze szponami. Jak zwał, tak zwał, obie kobiety miały już nabite strzelby i czekały tylko na najmniejszy ruch w okolicy. Ruby dodatkowo wzięła z sobą jeszcze lasso - posługiwała się nim naprawdę dobrze i nie zamierzała rozstawać się z tą bronią. Za pasem tkwił jeszcze rewolwer, jeśli siła rażenia strzelby okazałaby się niewystarczająca. Parędziesiąt metrów dalej miała jeszcze garść kowbojów - wszyscy uzbrojeni i w pogotowiu, czekający tylko na to, by w końcu coś zaczęło się dziać.
Ruby miała w pamięci słowa swego ojca - ten oczywiście nie chciał się zgodzić, żeby jego córka wyprawiała się nocną porą na łowy na wendigo. I to jeszcze z nieznajomą kobietą, która ledwie co przybyła na ranczu. Ojciec znał się na ludziach, jednak gdy przychodziło do jego własnej rodziny, robił się nieufny, zamknięty w sobie. Ruby odziedziczyła po nim ten specyficzny dar, który pozwalał jej ledwie spojrzeć na daną osobę by dość dobrze określić jej serce - w przypadku Odette intuicja mówiła jej, że dziewczynie można ufać. Tak, dało się też łatwo domyślić, że te odziane w skórzane rękawiczki dłonie nie raz sięgały po coś, czego prawo zabraniało, jednak Ruby wychodziła z założenia, że nie zamierza być szeryfem.
Poza tym - jej dziewczynki nawet polubiły Odette. Nie spędziły razem dużo czasu, ledwie tyle, żeby się przywitać i zamienić ze dwa słowa, jednak to krotkie spotkanie zdecydowanie wypadło na korzyść kobiety. Skoro i jej dzieci się z nią zgadzały, to Ruby nie potrzebowała więcej zapewnień.
Noc im się dłużyła. W powietrzu wisiało przykre napięcie, a co jakiś czas chowający się za chmurami księżyc tylko irytował. Jego blade światło rozpraszało się wśród traw i śpiących krów, cienie chmur błąkały się po okolicy. Ruby odetchnęła głębiej, maskując ziewnięcie i starając się dostrzec, czy któryś z tych bezkształtnych cieni rzucanych przez chmury nie ma podejrzanego kształtu - jak chociażby wychudzona sylwetka wendigo.

29.10.2021

Od Odette cd. Ruby

Odette zeskoczyła zwinnie z siodła, wylądowała na suchej ziemi. Chrupek parsknął, bardzo niezadowolony widokiem krowy, jakby sam bał się, że zaraz spotka go tu los podobny temu, który dopadł nieszczęsną mućkę. Warren przekazała lejce jakiemuś rosłemu chłopowi, który trzymał już konia należącego do Ruby. Ruszyła jej śladem, skrzywiła się mocno, kiedy w końcu dotarł do niej przeokropny smród rozkładającego się mięsa.
― No ładnie ― podsumowała widok powykręcanej sztuki bydła, podparła się dłonią pod bok. Wbrew powszechnym oczekiwaniom wśród kowbojów – mdleć nie zamierzała. Rzygać także. Wychowana przez bandę, Warren widziała już sporo okropności, w tym ludzkie i nieludzkie flaki na wierzchu w doprawdy przeróżnych kombinacjach. Jedna krowa nie robiła jej już różnicy, choć oczywiście, odczuwała pewien dyskomfort spowodowany obrzydzeniem. Zdjęła kapelusz, powachlowała się nim intensywnie.
Przykucnęła przy truchle, dźgnęła palcem w przetrącony łeb. Ten, zgodnie z oczekiwaniami, odsunął się ciężko na bok i zaraz wrócił do pozycji wyjściowej. Odette założyła z powrotem kapelusz, podwinęła rękawy. Wyprute jelito grube odgarnęła na bok, z całej siły naparła na odsłonięte, choć nieco przyklapnięte żebra i uniosła je ku górze, zajrzała do środka padłego zwierzęcia.
― I tak dobrze, że nie rozjebało kiszek. Wtedy to dopiero byłby smród ― podsumowała, bardziej sama do siebie, niż do Ruby, czy któregokolwiek ze stojących nieopodal mężczyzn. Wsunęła dłoń do środka, odgarnęła sflaczałe płuco na bok. Serce na miejscu, wątroba też. Brakowało jednej nerki, ale równie dobrze mogła leżeć gdzieś samotnie parę metrów dalej.
― Widział ktoś samotną nerkę? ― Zapytała z głową w krowim wnętrzu, głos dziwnie zawibrował w ciasnej przestrzeni. ― Nie? No trudno, nie można mieć wszystkiego. ― Wycofała się, pacnęła na tyłek. Ubabranymi krwią dłońmi zaczęła bawić się piaskiem. Ten przyklejał się do szybkoschnącej cieczy i zaraz odpadał, zabierając ze sobą część brudu. Woda byłaby lepsza, ale kiedy nie miała jej pod ręką, to wolała wytrzeć ręce piachem, niż w ubranie. W końcu swoje kosztowało.
― A te poprzednie lokalizacje ― podjęła znów trop, kiedy wpatrywanie się w rozpruty bebech nie przyniosło odpowiedzi ― Ktoś je naniósł na mapę?
― Nie ― odpowiedziała od razu Ruby ― Ale wykonanie takiej mapy nie będzie problemem. Lokalizacja poprzednich trupów dobrze zapadła wszystkim w pamięć.
― Może to nam coś da. Bo ślady… ― Odette westchnęła i pozbierała się z ziemi ― Ślady nie wyglądają na zadane ręką człowieka, czy zwierzęcia, tak jak mówiłaś. Nadal jednak wątpię w istnienie super-stwora. Już prędzej uwierzę w jakiegoś pojeba z jakimś wynalazkiem klasy wielkie, metalowe szpony do chuj-wie-czego.


Wrócili do głównego budynku rancza, Odette mogła w końcu porządnie wyszorować ręce szczotą, w międzyczasie powstała bardzo prowizoryczna mapa wszystkich miejsc w których znaleziono trupy. Spotkała się z Ruby ponownie w gabinecie, ranczerka analizowała to, co widniało na mapie.
― I co? ― Warren zajrzała jej przez ramię. Czerwone oko zbadało krzyżyki padłych krów ― Pojebane to trochę ― nie poczekała na odpowiedź, stanęła z boku i sama oparła się o blat biurka.
― Najpierw polował bez sensu. A potem… ― Ruby wskazała palcem bliżej nieokreślony, chaotyczny kształt obejmujący pierwsze trupy. Potem obrysowała trójkątem kolejne cztery krowy. Północ, zachód, południe. I znów północ. Schemat powtórzył się, na razie raz, ale dawało to nadzieję na to, że stwór, czy też pojeb ze szponami, wróci w okolice Zachodniej Mućki.
― To jedyny trop jaki mamy. Taki sensowny ― Odette podrapała się po karku. ― Skoro krowa padła dziś, to być może nie zaatakuje od razu… ale powinniśmy się skupić na obserwacji zachodniej połaci rancza. Mogę posiedzieć w krzakach, w dzień, albo w nocy, nie robi mi to różnicy. W zasadzie, może powinnyśmy siedzieć we dwójkę. Tak będzie bezpieczniej. Jak zeżre jedną, to druga odstrzeli mu łeb.

10.09.2021

Od Ruby cd. Odette

— Też miałam nadzieję, że cokolwiek napada moje krowy, to jednak jakiś człowiek — powiedziała Ruby, odchylając się na krześle i splatając dłonie. — Nie idzie splunąć w krzaki, żeby nie trafić co najmniej jednego pajaca, któremu nie podobam się ja, ranczo, moi kowboje, albo wszystko na raz. Na szczęście ludzie więcej mielą ozorami w saloonie, wlewając w siebie kolejne kielony taniej whiskey, niż faktycznie próbują cokolwiek zrobić. Ale masz rację, początkowo nastawiłam się na szukanie jakiegoś tchórzliwego chujka.
Ruby wróciła wspomnieniami do początkowych miesięcy, które spędziła na ranczu sama. To znaczy - zaraz po śmierci Richarda. Bo wtedy było najgorzej. Jej teściowie w okamgnieniu postanowili położyć łapę na ranczu, które według prawa i przyzwoitości, należało się Ruby i jej dzieciom. Gdy stało się jasne, że sąd chyli się bardziej ku sprawie ciężarnej wdowy i czwórki (wkrótce piątki) sierot, ranczo stało się nagle ulubionym celem wszystkich rzezimieszków, i to nie tylko tych okolicznych. Ruby miała wrażenie, że bandy wszelkiej maści złodziei i innych typów spod ciemnej gwiazdy, ściągali z najdalszych zakątków krainy, jakie dało się jeszcze znaleźć na mapie. Jej kowboje schwytali ich chyba więcej, niż szeryf dał radę złapać przez cały rok, ale nie schwytali przecież wszystkich. Stada ucierpiały, nie każdą krowę dało się odzyskać. Dziewczynki się bały - przynajmniej te, które były na tyle duże, by rozumieć zagrożenie. Ruby podzielała ich strach. W końcu kto wie, kiedy któraś banda zrobiłaby się na tyle zuchwała, by targnąć się na dom, nie na same stada. Ona sama miała wtedy tylko garść ludzi i z każdym dniem coraz cięższy brzuch, na pewno stanowiła świetną ochronę dla dziewczynek…
Kobieta odetchnęła, odsunęła od siebie te myśli. Skoro wtedy sobie poradziła, poradzi sobie i teraz - miała po stokroć lepszą sytuację, więcej zasobów i możliwości. Nic jej nie złamie, a jeśli coś zagrozi jej ranczu, nie pozostanie bezkarne.
— Problem jest tylko taki, że kimkolwiek jest nasz chujek, którego słońce dopiekło w dekiel, nie zostawia żadnych śladów. Moi chłopcy znają każdy krzak na tym ranczu, wiedzą jak szukać i tropić nieproszonych gości, ciężko jest jednak znaleźć cwaniaczka, który najwyraźniej lata — Ruby zmarszczyła brwi. Widać było, że nie podoba jej się ta konkluzja, ale nie mogła przecież kłócić się z faktami, bez względu na to, jak bardzo ją irytowały. — Również i rany na krowach nie wyglądają na zadane normalną bronią, bardziej pazurami.
Ruby klepnęła otwartą dłonią udo.
— Wiem, że dopiero przyjechałaś, ale nie ma co czekać - chodźmy. Dobrze, żebyś zobaczyła to „miejsce zbrodni". Chociaż najświeższe mamy sprzed trzech dni, więc w kwestii jakichkolwiek śladów…
Głośne, szybkie pukanie przerwało jej wpół zdania.
— Proszę! — zawołała Ruby, przeczuwając już, jakie wieści zaraz usłyszy. Nowe informacje w kwestii krowiego problemu trapiącego od paru tygodni ranczo były jedynymi wieściami, które przyjmowała w trakcie spotkań.
W uchylonych drzwiach pojawił się Pedro - we wciąż zakurzonych portkach, z rozwianym włosem i kapeluszem odrzuconym na plecy.
— Jest następna, señora.
Ruby pokiwała głową.
— Masz szczęście — odezwała się, przenosząc wzrok na Odettę. — Dostaniesz jednak całkiem świeżą.


Krowa była świeża, ale ranczo całkiem duże. Nim znaleziono martwe zwierzę, nim Pedro dotarł do Ruby, nim Ruby i Odette dotarły do krowy - gorąca pogoda sprawiła, że nad truchłem zaczął unosić się duszący smród padliny, a tłuste, czarne muchy pchały się w rozpruty brzuch, w nieruchome oczy i rozwarty pysk.
— Na psa urok, kurwa — prychnął jeden z kowbojów, zapobiegawczo splunął przez ramię.
To nie było tak, że kowboje nigdy nie widzieli padłej krowy. Zwierzętom zdarzało się dokonać żywota - a to skręt kiszek, a to jakiś wypadek i znajdowano biedną mućkę połamaną w jakiejś rozpadlinie. Jednak truchła krów zabitych przez cokolwiek, co postanowiło nękać ranczo, miały w sobie jakąś trudną do wyjaśnienia grozę, która działała na wyobraźnię ludzi. Ten nienaturalnie wygięty, skręcony kark, ten rozpruty brzuch, wywalony, siny język. W ich zastygłym nagłą śmiercią spojrzeniu krył się jakiś pierwotny lęk.
Poza tym do normalnych, padłych krów w okamgnieniu dobierali się padlinożercy. Nawet gdy ludzie byli w pobliżu, kojoty zaraz zaczynały kręcić się w okolicy, chowając w zaroślach i strzelając spojrzeniami żółtych ślepi, czy może uda się podlecieć choć na moment, ukraść choć jeden tęgi kęs. Krew zwabiała też sępy, błękit nieba zaraz wypełniał się ich ciemnymi sylwetkami wykreślającymi hipnotyczne, złowróżbne okręgi. Ale do krów zabitych przez „wendigo" nie przychodzili żadni padlinożercy. Początkowo Ruby kazała palić truchła, nie chcąc zwabiać nieproszonych amatorów wołowiny, szybko jednak okazało się to zbędne. Tylko muchy latały wokół padliny - owady widać były zbyt durne, by czuć niepokój związany z trudną do normalnego wyjaśnienia przyczyną śmierci krów.

6.09.2021

Od Odette cd. Ruby

Jegomość, którego spotkała przy ogrodzeniu zaprowadził ją dalej, pod główną chałupę. Nie odzywał się przy tym za dużo, choć wcale przecież nie musiał. Odette nie była nowa w tym świecie, nie urodziła się wczoraj, ani nie złapała za rewolwer w zeszłym miesiącu. Mogli milczeć, mogli iść przed siebie, ale pewne osądy zostały już postawione, tego była bardziej niż pewna. Jeszcze parę lat temu zapewne by się jej to nie spodobało; buntowniczo zaczepiłaby tamtego i jeszcze innego, dała komuś w nos i dała nogę. Albo gorzej, postrzeliłaby jednego, drugiemu rozwaliłaby nos i okradła dom ze wszystkiego co tylko okraść można. O tak, kiedyś to były czasy. Teraz Warren zdecydowanie ostrożniej podchodzi do wycieczek gdziekolwiek poza okolice śmierdzącego Blisstown, zdecydowanie ostrożniej podchodzi do możliwych osądów jakie wydają obcy w jej sprawie. Czegóż można się spodziewać w końcu po niskiej, chudej dziewuszce z nietypowymi kudłami i równie nietypowymi ślepiami? Nosi broń przy pasie, ale czy potrafi się nią posługiwać? Strzelbę ma przy koniu, ale czy potrafi jej szybko dobyć? A co z samym koniem, spokojny wałach to, czy może trudna do opanowania bestia? Czy białowłosa jest w ogóle godna tego, by przedstawiać ją pani McConnel? Tego kowboj początkowo nie wie, ale ostatecznie stwierdza, że nie jemu to wszystko oceniać i nie jemu wpierdalać się między wendigo, a jego teoretyczną pogromczynię.
Chrupek beznamiętnym spojrzeniem spogląda na łączący jego ogłowie ze słupkiem sznur, być może nawet zachodzi w głowę na co w ogóle go tu przywiązywać, skoro grzecznym jest koniem i nie ucieka. Cokolwiek jednak czai się w tej końskiej czaszce, cokolwiek sobie sądzi i myśli – przepada to jak kamień w wodę. Warren poklepała jedynie jego bok, jakby w geście pożegnania i tyle ją widział.
Niepozorna dziewucha dodaje do listy spostrzeżeń kolejne, całkiem zresztą miłe, które brzmi: nikt się nie wpierdala w nieswoje sprawy. Jest to o tyle istotne i o tyle miłe, że od razu, samoistnie, poprawia jej humor i zmywa resztki obaw, jakie tliły się w niej od momentu wkroczenia na ranczo, protokół czwartej zasady odpala się na dobre, Odette przekracza próg domostwa i zabawa zaczyna się na serio.
Kolejne puknięcie opuszkami palców o rondo kapelusza w geście pozdrowienia kierowane prosto do mijanej na korytarzu starszej kobiety, kolejne drzwi, kolejne pomieszczenie. Tym razem zdecydowanie docelowe, co poznać można nie tylko po tym, że nie ma stąd za bardzo innego wyjścia niż jakimś oknem, ale przede wszystkim po tym, że w fotelu za biurkiem siedziała już zapewne pani McConnel. Czerwona tęczówka mimowolnie lustruje kobietę wzrokiem; całkiem surowy wyraz twarzy jeśli miałaby ocenić, całkiem zadbane włosy o długości na którą Warren niby sobie pozwolić nie może z czystego pragmatyzmu. Całkiem ładna chałupa, całkiem ładne ranczo, całkiem urocze krowy. Innymi słowy, solidne 7/10 w skali Warren. Kapelusz zdjęty, chudy tyłek usadzony na krześle naprzeciw biurka.
— Więc mówisz, że jesteś w stanie wytropić to, co morduje mi krowy.
― Tak jest, madame. ― głowa leciutko przechyla się na bok, przybrudzone kurzem białe pasmo włosów plącze się po policzku koniokradki, a w czerwonej tęczówce pojawia się jakiś niezdrowy błysk ekscytacji. Odette w życiu nie miała do czynienia z wendigo, ale tym samym w rzeczonym życiu miała do czynienia z wszelkiej maści oszustami, udawaczami, spiskami, kopaniem pod sobą dołków i innymi ciekawymi sprawami. Ba, przecież bardzo często to ona stosowała jakieś pojebane taktyki byleby swój cel osiągnąć. Wendigo więc, czy nie wendigo, Odette zamierza je po prostu znaleźć, odstrzelić łeb, zgarnąć pieniądze i odjechać. Sprawa prosta, plan jeszcze prostszy. Tylko to całe wendigo jednak jakieś skomplikowane i zdecydowanie niewspółpracujące, ale spokojnie proszę pani, pracujemy nad tym ― Wytropić, zabić, wypatroszyć, pełen serwis, pełen zakres usług, do wyboru, do koloru ― Warren nie wykazuje nawet ułamka skromności w tym co mówi, w sumie to wali prosto z mostu. Nie ma co owijać w bawełnę, bo widzi przecież, że przed sobą ma kobietę konkretną i twardo stąpającą po ziemi. Tak jej mówi doświadczenie w analizowaniu ludzkich twarzy, tak mówi jej bliżej nieokreślone przeczucie, tak mówi jej surowe wnętrze gabinetu. Chociaż tym ostatnim to chyba nie ma się co chwalić, żeby nie wyjść na jakąś nawiedzoną.
― Według mnie to nie jest żadne wendigo, tylko ktoś, komu słońce wyjątkowo mocno nagrzało dekiel. ― kobieta wzrusza ramionami – ponownie nie ma co owijać w bawełnę przecież ― Ale dobrze byłoby zobaczyć najpierw miejsce zbrodni, a potem gdybać dalej. ― tak czy inaczej, już na wstępie Odette okazała się być osobą w wendigo nie wierzącą. Podobnie jak w inne wróżki-zębuszki, mikołaje, Jedynych, magię i tym podobne, mało przydatne rzeczy.

29.08.2021

Od Ruby cd. Odetty

Szesnastoletnia Cynthia rozumiała, dlaczego matka nie pozwala im wszystkim opuszczać domu po zmroku. Była już prawie dorosła, świetnie jeździła konno, dobrze radziła sobie z lassem, strzelbą i rewolwerem. Odpowiedzialna i rozważna, była pomocą na ranczu. Ale wiedziała też, że tym razem to nie przelewki i że nie ma dla niej miejsca w grupach pilnujących stad nocą. Dlatego wieczorami przesiadywała w domu, wynajdywała sobie coraz to nowe zajęcia i niemal można było odnieść wrażenie, że to wszystko było zaplanowane. Że Cynthia w końcu znalazła czas na szydełkowanie, którym od tak dawna chciała się zająć.
Czternastoletnie Mary i Elisabeth też rozumiały konieczność pozostania w domu. Ale one były młodsze, bardziej roztrzepane i nudziły je te ciche i spokojne wieczory. Ruby widziała wyraźnie w ich oczach, gdy chciały gdzieś pojeździć albo postrzelać sobie z wiatrówki. Mówiły „Tak, mamo", siedziały w pokojach, ale częściej kłóciły się między sobą i grymasiły o drobnostki.
Jedenastoletnia Katherine stanowiła największe utrapienie. Dojrzała ponad swój wiek, mogłaby być oparciem i przykładem, ona jednak obrała inną taktykę. Tylko własne dziecko jest w stanie w kilku słowach zranić do żywego i sprawić, że to jedno zdanie będzie śnić się po nocach.
— To by tak nie wyglądało, gdyby tata żył — powiedziała wtedy do Ruby, patrząc na nią oczami Richarda.
Mary i Liz naskoczyły na siostrę, Cynthia w milczeniu skończyła jedzenie i zniknęła. Ruby próbowała przywołać córki do porządku, ale najmłodsza, Sarah, i tak się rozpłakała.
Sześcioletnia Sarah była przerażona sytuacją na ranczu. Nie wychodziła nigdzie, pozwalała się wyprowadzić tylko po obejściu i przydomowym ogródku. Nie podchodziła do krów, bo jeszcze wendigo pomyli ją z krową i pożre. Nie podchodziła do kowbojów, bo jeszcze wendigo się na nią obrazi i ją pożre. Matka Ruby naopowiadała jej widać za dużo bajek na dobranoc (i to takich strasznych), te jednak zamiast uczynić ją odważniejszą, jak to było w przypadku Ruby, odniosły skutek odwrotny do zamierzonego.
Kobieta martwiła się też o swojego ojca. Starszy mężczyzna z uporem odmawiał zmiany stanowiska, gdy Ruby wyszła za Richarda i pozostał po prostu zwykłym kowbojem. Co prawda starszym i bardziej doświadczonym, szanowanym przez resztę pracowników, ale nigdy nie chciał nawet słyszeć o żadnych przywilejach z tytułu bycia ojcem właścicielki rancza.
— Nie jestem taki stary, żebym już kości przy kominku tylko grzał. A i mam swój honor, dzieciaku — mówił zawsze, gdy Ruby usiłowała wymóc na nim zmianę decyzji.
Dobro rancza stało u ojca Ruby na pierwszym miejscu i starszy mężczyzna zawsze rwał się pierwszy, by tropić przeklęte bydle mordujące krowy. Ofiar w ludziach jeszcze nie było, odpukać, jednak Ruby wolała dmuchać na zimne i gdy tylko mogła, wolała wysyłać ojca w inne miejsce rancza, wynajdywać mu inne zadania. Stary kowboj przejrzał ją oczywiście od razu.
Parę osób odpowiedziało na ogłoszenie. Pierwszy był jakiś młody gość z dwudniowym zarostem, wyglądający jak typowy bohater tych wszystkich opowieści o dzielnych kowbojach, które nijak się mają do rzeczywistości. Ruby od razu wiedziała, że nie ma co pokładać w nim jakichś większych nadziei, ale nie mogła odesłać go z kwitkiem na wstępie. Ludzie przestaliby się zgłaszać, ktoś pewnie podniósłby głos, że McConnell woda sodowa uderzyła do głowy i kręci nosem nad każdym, kto chce jej pomóc. Cóż, już dawno przywykła do tego, że ludzie plotą co im ślina na język przyniesie, a każdy jej ruch i każde jej działanie jest interpretowane w najprzedziwniejszy sposób.
Kowboj z opowieści zmył się pierwszej nocy. Zeżarł obiad za trzech (bądź co bądź, Ruby była dobrą gospodynią i nie zamierzała pędzić człowieka do roboty o pustym żołądku), a następnie zwrócił wszystko jak tylko zobaczył truchło krowy. Nie, właściwie to zmył się tego samego wieczora - wziął tylko gorącą kąpiel w balii, z mokrymi włosami poszedł zobaczyć jak się ma jego koń, i tyle go widzieli. Ruby machnęła tylko na niego ręką. Zapobiegliwie przykazała swoim ludziom, by mieli oko na „kowbojątko”, gdyby miało się okazać, że ma zbyt lepkie rączki, ale nawet do tego samozwańczy macho nie miał wystarczająco dużo cojones. Kobieta zastanawiała się, czy jedzenie i kąpiel były naprawdę warte tułania się tak daleko na jej ranczo.
Drugi był jakiś szaman - źle mu z oczu patrzyło, Ruby skinęła tylko swoim ludziom głową, a Pedro z ekipą pilnowali każdego kroku mężczyzny.
Szaman nie wzdrygnął się nawet na pobojowisko zostawione przez rzekome wendigo. Obejrzał je dokładnie, polizał jakiś kamień i medytował chwilę, przykładając czoło do głowy martwej krowy. Kiwał się na boki, patrzył długo w kierunku horyzontu i splunął trzy razy przez ramię. A następnie nakreślił pełen kosztorys całej operacji, który to kosztorys uwzględniał absolutnie horrendalną liczbę amuletów rozstawionych na całym obszarze rancza. I to on, wielki szaman z niewiadomokąd, będzie je ręcznie robił i zaklinał, więc należy mu się za robociznę równowartość jego wagi w złocie. Na pytania, czy amulety na pewno przepędzą wendigo, mężczyzna zmieszał się mocno - nie znał tego słowa, nie wiedział, o co chodzi. Ale zaręczał, że jego amulety podziałają na żrącego krowy stwora, czymkolwiek by on nie był.
Na swe nieszczęście nie miał tyle oleju w głowie, co jego poprzednik i zamiast zebrać się po cichu gdy tylko jasnym stało się, że z całej operacji nici, szaman dotąd stawiał się i gardłował, aż Ruby pogoniła go z rancza. I to z fajerwerkami. Mężczyzna przezabawnie skakał, gdy śrut gwizdał mu pod stopami, sypiąc się z wiatrówek chłopców Ruby. Sama Ruby może i też by się z tego śmiała, gdyby nie to, że sprawa krów wciąż była nierozwiązana.
— Do trzech razy sztuka — mruknęła pod nosem, gdy pewnego dnia jeden z jej chłopaków powiedział, że zgłosiła się nowa osoba. — I jak ci się widzi? Ma cojones?
Ovarios, señora.
Ruby pokiwała głową.
— To przynajmniej jest jakaś nadzieja.


Mogła przyjąć kobietę w salonie, ale doszła do wniosku, że nie ma co się patyczkować. Przyjęła ją w gabinecie. Biurko, głębszy fotel, krzesło, niewidoczne za murem szaf ściany. Wyglądało profesjonalnie, choć może trochę surowo, ale na pewno przekazywało intencje Ruby. A intencją Ruby było, by problem został rozwiązany raz na zawsze.
Przypatrzyła się siedzącej po drugiej stronie biurka kobiecie. Zlustrowała jej białe włosy, raczej dziewczęce rysy twarzy. Na pierwszy rzut oka nie wyglądała jej groźnie, ale przybyła tu jednak w pojedynkę, a przy pasie nosiła broń. Nie była bezbronną dziewczynką, nie zgubiła się na prerii. Ruby miała przeczucie, jaki typ człowieka ma przed sobą, ale jej to nie obchodziło - nie była szeryfem, nie zajmowała się tym, co działo się poza granicami rancza.
— Więc mówisz, że jesteś w stanie wytropić to, co morduje mi krowy — zaczęła, splatając dłonie.

23.08.2021

Od Odette CD. Ruby

― Kirk powiedział, że Tagg mu przekazał, że podczas wieczorku w saloonie Fabian rozmawiał z kobietą, która powiedziała mu, że na stacji kolejowej słyszała jak jacyś kowboje rozmawiali o innych kowbojach i ci kowboje widzieli wengido. ― jeszcze raz powtórzyła Odette, jakby chcąc się upewnić, czy cały ten szalony ciąg wydarzeń mniej lub bardziej przypadkowych jest choć odrobinę zgodny z prawdą. Nigdy nie wierzyła w łańcuszki informacyjne, a jeśli już miała brać pod uwagę ewentualną prawdziwość informacji w nich zawartych to wolała się zawsze upewnić czy aby na pewno dobrze usłyszała. Jack Glock z zapałem godnym lepszej sprawy energicznie pokiwał głową, a w szarych, nieco ślepawych już oczach zagościła odrobina nadmiernej ekscytacji. Warren z westchnieniem skrzyżowała ramiona na piersi i jeszcze raz spojrzała na Glock’a. Mówił co wiedział i nawet nie ośmieliła się powątpiewać w jego prawdomówność ― w końcu za dużo mu płaciła za te wszystkie informacje z miejsc do których sama dostępu nie miała z racji swojej obecnej sytuacji, która zaczynała sprawiać jej lekki dyskomfort. Owszem, banda to rodzina i rodzina to banda, ale do cholery jasnej, czy mogliby się przyczaić na chwilę, zamiast wciąż aktywnie terroryzować każdą możliwą drogę prowadzącą od Blisstown do Armadillo? To się prosiło o kłopoty, takie kurewsko poważne kłopoty. I o ile Warren naprawdę uważała bandę za rodzinę, to nie miała zamiaru iść za rzeczoną rodzinę do piachu. Zwłaszcza, że na ostatnich napadach jej wcale nie było, bowiem włóczyła się gdzieś po Bezkresach w poszukiwaniu… jeszcze nie do końca wiedziała w sumie czego. Może magicznego artefaktu? Może zakopanych gdzieś w dziczy kawałków smoczej skóry? Mapa skarbów nie precyzowała co znajdzie na miejscu, ale na wszystkich nieistniejących bogów, Odette miała szczerą nadzieję, że ów skarb kryje coś cennego. Inaczej wróci się do kolekcjonera pierdół, który jej ją opchnął i zobaczymy jak będzie mógł jej zrekompensować tą straszną pomyłkę. Bo Warren nie miała ani krzty wątpliwości, że kiedy błyśnie się odpowiednimi argumentami, to propozycja rekompensaty padnie wyjątkowo szybko.
― Nie, nie ― Glock pokręcił głową z niedowierzaniem wymalowanym na pokiereszowanej i pomarszczonej twarzy, po czym nerwowo pogłaskał przydługawą brodę ― Kirk powiedział, że Tagg mu przekazał, że podczas wieczorku w saloonie Fabian grał w karty z Louis’em, który rozmawiał z kobietą, która powiedziała mu…
― Dobra, nieważne ― nieelegancko weszła mu słowo, machając przy okazji dłonią. Odie nigdy nie słynęła z cierpliwości, a przynajmniej nie słynęła z cierpliwości do rozmawiania z kimkolwiek. Dla niej liczyły się konkrety. Kto, gdzie, za ile. I jakie jest ryzyko, że ktoś przy okazji ją rozpozna, albo czy w ogóle kogokolwiek obchodzi to, kto pomaga w wykonaniu problematycznego zlecenia. W tej chwili ― jak nigdy dotąd ― potrzebowała takowego zlecenia, możliwie jak najdalej od Blisstown, możliwie jak najdalej od pierdolonej bandy. Przeczekać aż wszystko ucichnie, zarobić gdzieś na boku nieco grosza (możliwie najuczciwiej jak się da) żeby nie umrzeć z głodu. Prosto wymyśleć, trudniej zrobić. ― Konkrety, Jack. Podaj mi konkrety, nie będę tu sterczeć cały dzień i słuchać kto z kim i za ile. K o n k r e t y.
― To wendigo wpierdala komuś krowy pod Jackburgiem ― w końcu konkret na jaki czekała ― Dobrze płacą za pomoc w usunięciu problemu, ale wiesz, to niebezpieczny biznes.
― Niebezpieczny biznes to moje drugie imię, Jack ― parsknęła, absolutnie niezrażona możliwością kopnięcia w kalendarz. Czwarta zasada oszustki: jeśli istnieją jakiekolwiek konsekwencje czegokolwiek, to nie należy się nimi przejmować. Absolutnie, w żadnym wypadku. Przejmowanie się konsekwencjami prowadzi do nadmiernego analizowania, nadmierne analizowanie zaburza ocenę sytuacji. Poza tym, tak jest ciekawiej. ― Coś jeszcze masz?
― Jakieś cyrkowe pajace są też w okolicy, a przynajmniej tak mi ptaszki ćwierkały.
― Aha? I na co mi ta wiedza? Tam też ktoś potrzebuje pomocy z wendigo czy innym stworem?
― Kto wie. Nie są stąd, więc zajrzenie tam może okazać się całkiem owocne. A przynajmniej tak bym zrobił będąc na twoim miejscu. Wiesz, wśród pajaców nikt raczej bandytki szukać nie będzie, a tym bardziej specjalistki od kradzieży koni. ― Jack mrugnął do niej porozumiewawczo, Odette w odpowiedzi uśmiechnęła się całkiem miłym dla oka uśmiechem. Nie ma to jak swój własny, całkiem dobry informator i ― być może, ale nie rozpędzajmy się ― przyjaciel. Ale tego to już mu na głos nie przyzna, zgodnie z trzecią zasadą. Jeśli być szczerą, to tylko przed samą sobą, nikim innym.
*
Droga z Bezkresów była koszmarnie długa. Tak długa, że Warren po części zwątpiła w sens wybierania się tak daleko, bo pewnikiem ktoś już ją ubiegł i kicha, po zleceniu. Im dalej jednak w trasę, im bliżej nieosiągalnego dla niej Saint Thomas, tym częściej można było wpaść na trasie na kogoś, kto z zapałem gadał o sprawie z krowami, która zdążyła już urosnąć do rangi jakiejś lokalnej legendy. Jedni mówili, że to już nie jedno wendigo, a cały tuzin, inni, że to wcale nie wendigo, a monstrum z Gardzieli, które jakimś sposobem przedostało się aż do Jackburga. Jeszcze inni mówili coś o karze boskiej i tym podobnych rzeczach, ale Odette zazwyczaj traciła wtedy zainteresowanie i po prostu kierowała się dalej; zgodnie z założeniem i zgodnie z planem, ostatecznie uznając, że jeśli zlecenie na krowy zostało już zamknięte (na co się nie zanosiło) to po prostu zajrzy do tej trupy o której mówił Glock. Dwie pieczenie na jednym ogniu, jak to mówią.
Minąwszy Rio Gambę odbiła już całkiem na południe, w stronę Jackburga. Glock wspominał o tym, że na owczym ranczu pani Sadlers znajdzie przyjazną duszę skłonną pokierować ją w odpowiednie miejsce i ewentualnie przekimać na sianie w stodole jeśli zajdzie taka potrzeba, co niebywale Warren odpowiadało. Po tak długiej podróży i tak długim okresie wiecznego oglądania się przez ramię i pilnowania wszystkiego dookoła dobrze byłoby po prostu zamknąć oczy i odpocząć wiedząc, że w razie czego ktoś ją obudzi i podpowie gdzie najlepiej spierdolić. Tak, to bardzo dobra wizja, która ostatecznie ulega spełnieniu, a prócz stogu siana Odette dostaje także nieco podejrzanej potrawki w ramach późnej kolacji. Stara Sadlersowa okazała się być nie tylko właścicielką owczego rancza, ale i osobą znaną na czarnym rynku pod pseudonimem Wróżki, która pośredniczyła w sprzedażach cennych błyskotek z napadów. Z Wróżką nie miała co prawda jak dotąd do czynienia, ale słyszała, że kobita zna się na rzeczy i ― jak się okazało zresztą ― plotki nie były dalekie od prawdy. Sadlers, jako koleżanka niemalże z podobnej branży, podzieliła się nie tylko sianem, podejrzaną potrawką z nie wiadomo czego, ale także i szczegółami zlecenia na ― być może ― wengido.
Uzbrojona we wszystko co możliwie potrzebne, Warren opuściła owcze ranczo niedługo po wschodzie słońca. Chrupek wyjątkowo posłusznie szedł tam, gdzie akurat chciała by szedł, słońce nie prażyło jeszcze aż tak mocno, a po całych dwóch godzinach jazdy udało jej się dotrzeć w miejsce, gdzie było dużo krów. Bardzo dużo krów. Morze krów. Ocean krów, którego widok sprawił, że Odette zaczęła automatycznie liczyć ile można byłoby zarobić, gdyby skumać się z takim wendigo ― a skumaliby się na pewno, w to Warren nie śmiała nawet wątpić. W końcu nie ma sytuacji do której nie można się dostosować, zgodnie z pierwszą zasadą. Szybko jednak oprzytomniała i tymczasowo odrzuciła ten pomysł na zarobek. W końcu miało być jak najbardziej legalnie, tak? No tak. A kradzież krów nie brzmiała najlegalniej na świecie.
― Aye ― odezwała się do jakiegoś mężczyzny opartego niedbale o ogrodzenie. W ustach trzymał źdźbło trawy, na głowie kapelusz, pod brodą kolorem mamiła zrolowana chusta ― Szukam pani McConnel. Chodzi o jej… ― tu Odette bardzo sugestywnie i jakby z nutą konspiracji spojrzała na stojącą za mężczyzną łaciatą krówkę ― …krowi problem.

pani McConnel?

17.08.2021

Od Ruby

Ruby spojrzała na truchło krowy. Ogarnęła wzrokiem skręcony łeb, rozpruty brzuch, girlandy wnętrzności wylewające się na przesuszoną ziemię. Krew już zastygła, brunatne skrzepy zlepiały sztywne pasma ostrej trawy. Powietrze wypełniało ustawiczne brzęczenie muszych skrzydeł.
Kobieta podniosła kij, wraziła go w rozdęty rozkładem brzuch. Przesunęła zwał skóry, uwalniając chmurę mdlącego fetoru. Stojący obok kowboj cofnął się, kaszlnął z głębi brzucha. Twarz Ruby pozostawała niewzruszona.
— Wyżarło wątrobę — zawyrokowała, opuszczając z powrotem płat skóry i odrzucając zalepiony zepsutą krwią kij. — Wątrobę i nic więcej. Cokolwiek to było, zostawiło kilogramy zupełnie dobrego mięsa i wnętrzności. Który drapieżnik robi coś takiego?
Odpowiedziała jej cisza. Stojący obok kowboj - Pedro - ten, który znalazł martwą krowę, splunął w krzaki i wcisnął ręce do kieszeni.
— Trzecia w tym tygodniu — mruknął. — Źle to wygląda, señora.
— Ano źle — westchnęła i odwróciła się do reszty grupy. — Spalcie to. Truchło zwabi kojoty, jeszcze tego nam tu potrzeba.
To był kolejny tydzień, gdy pojedyncze krowy znikały ze stada tylko po to, by odnaleźć się po kilku dniach martwe. Wypatroszone, ze skręconymi karkami, pozbawione wątroby. Wokół nie było żadnych śladów, jakby cokolwiek to robiło, spadało na biedne zwierzęta wprost z przestworzy. Ruby początkowo zagoniła więcej kowbojów do wypasu, wysłała tropicieli by zbadali wszystkie ślady, ale niewiele to dało. Ci pierwsi nie ochronili stada, ci drudzy nie znaleźli niczego ciekawego.
Ruby regularnie łapała cwaniaczków, którym wydawało się, że są wielce sprytni i bez problemu uciekną z częścią jej stada. Na ich nieszczęście, Ruby spędziła całe życie na ranczu, wszelkie sztuczki znała od podszewki, a dla złodziejaszków nie miała żadnej litości. Nie mogła sobie na nią pozwolić. Samotna kobieta z całym ranczem nie mogła ustąpić nawet na pół kroku, nie mogła okazać żadnej słabości. A litość była właśnie słabością.
Tym razem sytuacja była jednak inna. Początkowo kobieta sądziła, że to jakaś nowa taktyka, która miała na celu odwrócenie jej uwagi. Że gdy ona będzie się zajmować rozwłóczonymi krowimi wnętrznościami, ktoś akurat będzie pędził jej stada w góry. Tak się jednak nie stało, a gdy sytuacja nie przyniosła rozwiązania, Ruby zaczęła powoli godzić się z myślą, że cokolwiek znowu wzięło ją sobie na cel, nie miało ludzkiej proweniencji.
— To wendigo. Teraz żre krowy, potem będzie żarł ludzi — mówił jeden z kowbojów. Ten starszy mu przerwał.
— Wendigo chodzą po ziemi, a ten nie zostawił żadnych śladów. To wechuge! Albo skin-walker!
Ruby nie obchodziła terminologia. Obchodziło ją tylko to, jak coś takiego zabić.


Jej ludzie byli zbyt przerażeni perspektywą potyczki z potworem, toteż Ruby postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. U szeryfa Jackburga pojawiło się ogłoszenie o tym, że ranczo pani McConnell szuka osoby z żelaznymi cojones lub ovarios, by rozprawić się z czymś, co nęka ranczo i jego krowy. Pociąg zabrał telegram do Saint Thomas, obiecując sowitą nagrodę temu, kto się zgłosi. Zaś Ruby przykazała niańce, by zabierała jej dziewczynki do domu przed zapadnięciem zmroku, sama zaś co wieczór wskakiwała na grzbiet Rosynanta, by wraz ze swoimi kowbojami pilnować stad.
Gdy nadciągał wieczór z nadzieją patrzyła w kierunku drogi zastanawiając się, kiedy czerwony blask zachodzącego słońca opromieni tę samotną sylwetkę człowieka, który nie będzie się bał patroszącego krowy potwora.