Kolumna góra

Słuchy z Krainy
Aktualny rok: 1846

Na ulicach słychać szepty o wielkim wyścigu mającym ciągnąć się przez całą Krainę – za wygraną przewidywana jest gigantyczna suma pieniędzy, amnestia wszystkich przestępstw oraz zapewnienie bezpieczeństwa na okres roku. Co ambitniejsi już poszukują wierzchowców na ten morderczy wysiłek.

W Saint Thomas w niewyjaśnionych okolicznościach zniknął kolejny szeryf. Za każdą przydatną informację przewidziana jest nagroda.

Już niedługo w Jackburg: cyrk! Kobieta-guma, linoskoczkowie i najsilniejsi ludzie w całej Krainie. Przyjedzcie zobaczyć to na własne oczy.

Aktualnie poszukiwani są: Otelia Crippen
Dziękujemy za pomoc w schwytaniu Clide'a 'Smiley' Byersa. Aktualnie oczekuje na wyrok sądu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Odette Warren. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Odette Warren. Pokaż wszystkie posty

7.12.2021

Od Odette cd. Horyzonta

Mówił coś, słowa tańczyły na krawędzi świadomości, ale ich sens jej umykał. Przeliczyła się, sądząc, że jest już na dobrej drodze do ogarnięcia się i opuszczenia niewielkiego obozowiska. Nadal potrzebowała pomocy, nadal potrzebowała stróża. Odette, nauczona całe życie radzić sobie sama, w niewielkim stopniu opierając się to na bandzie, czy na Donarze, nie mogła zbytnio pogodzić się z myślą o byciu tak uzależnioną od kogoś, kto był jej kompletnie obcy.
Ciepły, wilgotny język musnął wierzch jej dłoni, wyrwał z otępienia. Zamknęła palce w pięści na krótki moment, nie miała siły na to, by dłużej napiąć mięsień. Uchwyt rozluźnił się, palce musnęły włochaty pyszczek fretki. Musiała bardzo solidnie dostać gdzieś po drodze w głowie, przecież fretki takich rozmiarów nie istnieją. Albo nie istniały. A może jednak?
Słowa mieszały się ze szmerem wody, niknęły na wietrze, nie trafiały do niej. Mimo solidnego wsparcia w postaci dłoni mężczyzny, czuła jak mocno kręci jej się w głowie, dokuczały skutki odwodnienia. Trudno było zebrać myśli, jeszcze trudniej wyłuskać z nich coś sensownego. Wydawało jej się, że słyszy głos, inny niż ten męski, ten całkiem mimo wszystko jej znajomy.
Czysta woda musnęła wargi, chłodem opadła w gardło. Ciałem targnął lekki dreszcz, zniknęło nieprzyjemne uczucie suchości w ustach i tylko tyle było jej potrzeba, by znów osunąć się w miękki niebyt, stracić prawie całkiem kontakt z rzeczywistością.
― Hej, zostań ze mną.
Skrzywiła się, rana odezwała się starym bólem; tępym, pulsującym, na nowo przypominając o minionych wydarzeniach, choć w sposób zdecydowanie pozbawiony sensu, ładu i logiki. Pod powiekami mignął jej obraz znanych twarzy, w uszach huknął strzał, choć wokół było tak cicho i spokojnie. Zmusiła się do tego, by na niego spojrzeć, choć jedyne na co miała w tej chwili ochotę to sen.
Obcy, z niewiadomych przyczyn, uśmiechał się nieznacznie.
― Wiem, że cię męczę i że chcesz odpocząć, ale powinnaś… Czy jesteś głodna? Chcesz coś zjeść? Kurczak, owoce, orzechy?
― Coś… prostego do zjedzenia ― mruknęła sennie, spojrzenie opadło z jego twarzy na płonące nieopodal ognisko, zaszło mgłą. Odette milczała dłuższa chwilę, niezdolna do wypowiedzenia słowa. Dopiero kolejna fala bólu sprawiła, że w miarę oprzytomniała.
― Rana ― wychrypiała, ruszyła nieznacznie ramieniem, chcąc obmacać bolące miejsce, ale nic z tego. Skrzywiła się znów. ― Jak to wygląda? Czuję się… okropnie ― zdołała dodać coś od siebie, poza tym najbardziej palącym pytaniem, od którego w zasadzie zależało jej być albo nie być.
― Chrupek? ― kolejne pytanie, kolejna paląca kwestia. Zarejestrowała już tą absurdalnie wielką fretkę, zaakceptowała jej rzeczywiste istnienie, ale nigdzie nie widziała swojej kobyłki. Przez jedną, bardzo krótką chwilę miała przykre wrażenie, że pora na nowego Chrupka. Nie spodobała jej się ta myśl.

1.11.2021

Od Odette cd. Jules'a

Odette Warren miała wiele talentów.
Całkiem dobra była z niej złodziejka – bo przecież to nie tak, że całe życie podsuwali jej żarcie pod nos, albo w ogóle kogokolwiek obchodziło to, czy jadła. Miała (a może ma nadal, kto wie, lepiej nie sprawdzać) całkiem dobre oko i pewną rękę i byle pajaca z liny zestrzelić potrafi. Potrafi również ukraść konia z taką finezją i taką wprawą, jakiej próżno szukać u innych koniokradów. Zwinna i niewielka, dobrze wykorzystywała swoje atuty w walce, niezaznajomionym z taktyką napierdalania się pod barem wsadza chętnie palec w oko w pierwszym, lepszym i bardzo losowym momencie, a potem znika tak szybko, że nawet lokalny szeryf myśli sobie, że to chyba jakieś zwidy. Ale jeśli o wszelką rzecz około-jedzeniową chodzi… cóż. Tu okazuje się, że Odette, w równym stopniu co Jules, nie powinna nawet zbliżać się do kotła z zupą. O ile jedzący chcieli mieć żołądki wciąż całe, kiszki nieuszkodzone, a dupy… no właśnie, zostawmy lepiej te nieszczęsne dupy w spokoju. I na swoim miejscu.
Spojrzenie szarych oczu cyrkowego pajaca zdecydowanie nie przypadło Odette do gustu, bo za takie mierzenie jej spojrzeniem z góry kwalifikowało się już do tego, by dzióbnąć go paluchem w oko, kopnąć w piszczel, a potem uciekać (uprzednio zabierając cały, cyrkowy dobytek, bo przecież ciul wie, ale może będzie coś wart). Warren zadarła zadziornie głowę w górę, zmrużyła czerwone ślepia. Nie będzie jej tu żaden pajac cyrkowy oceniał, tak mówiła babcia. Znaczy, pewnie by tak mówiła, jakby pamiętała swoją babcię. Znaczy, na pewno by tak powiedziała, gdyby istniała.
― Jules. Jules Smith.
― Odette. Warren. ― wycedziła powoli i bardzo uprzejmie, choć przecież wcale nie było potrzeby, Donar chwilę temu przedstawił ją przecież. Ale czego Donar świadom nie był, to fakt, że w przeciągu tych paru minut koniokradka zdążyła już wypowiedzieć otwartą wojnę na spojrzenia temu cholernemu olbrzymowi (półolbrzyma może jeszcze by zniosła, gdyby błysnął szmaragdowym okiem, ale tego tutaj?). Bo tak jak Ilyusha łgać niekulturalnie lubi, tak i Odette – równie niekulturalnie – lubi szukać zaczepki.
― Nie wygląda wcale groźnie ten twój Woronov, Donar... Spodziewałam się czegoś bardziej... ― koniec, cisza, wzruszenie ramion. Pierwsza rękawica ląduje na ziemi.
― A mnie, Donar... Ta twoja Odette wygląda na taką, co ma bardzo lepkie rączki i wiele na sumieniu...
― Nawzajem, kucharzu ― odpowiedziała, od niechcenia zajrzała do kotła w którym rzeczony kucharz gotował coś atrakcyjnie śmierdzącego.
― Pozostaje mi zatem wierzyć, że danego słowa potrafi dotrzymać, bo zakładam rzecz jasna, że gdyby było inaczej, to wolałbyś oszczędzić sobie fatygi. Tak samo jak zakładam, że uświadomiłeś swoją kandydatkę o możliwych konsekwencjach, gdyby jednak wpadła na coś takiego nierozsądnego. Słusznie zakładam?
― Słusznie… ― Donar westchnął ciężko, powachlował się kapeluszem. I już miał kontynuować, kiedy wcale mu na to nie pozwolono.
― Przestańcie o mnie rozmawiać, jakby mnie tu nie było, do kurwy nędzy ― burknęła kandydatka, czując się w tym wszystkim bardzo zlekceważona. Jules kopał sobie dołek, ewidentnie nie chcąc zacząć tej znajomości w dobry sposób, na zaczepki oczywiste i te mniej także zareagować nie raczył. No i co ona miała ze sobą robić? ― Sam jesteś nierozsądny. I sam słowa nie dotrzymujesz ― zarzuciła mu dziecinnie, nie mając absolutnie zielonego pojęcia o tym czego Julian dotrzymuje, a czego już niekoniecznie.
Ilyushka, a ten twój majstersztyk to na pewno powinien takim stęchłym kapciem jebać? Ja bym tego Ogryzkowi nie dał nawet, a przecież on by wszystko zeżarł!
― I jeszcze przedstawiasz się fałszywym imieniem ― skrzyżowała dłonie na piersi, obejrzała się przez ramię na Donara. Oskarżycielsko, jakby cała jej persona fałszerstwem, kłamstwami i tym podobnymi rzeczami nieskalana była.
― Jak my wszyscy, córeczko. ― uciął Donar, używając protekcjonalnego tonu. Odette uniosła nieznacznie brwi do góry, bo za mniejsze przewinienia rozwalała ludziom nos. Albo no, przynajmniej próbowała rozwalać.
― Nie jestem twoją córką, Donar.
― A tam ― blondyn machnął potężną ręką ― czasem jednak jesteś i nie udawaj, że nie.
― Zupy? Zdaje się, że zaraz powinno być gotowe. ― wtrącił się Ilya, Julian, Jules, czy inny Pankracy, gestem zapraszając w kierunku swojego wielkiego garnka. Donar pokręcił głową przecząco – on już z julianowymi wyrobami miał do czynienia i wiedział, by broń boże, nigdy nie ruszać nic, co spod jego ręki wychodzi. Odette nie miała jeszcze tego doświadczenia na swoim koncie, dlatego też kiwnęła głową, tym samym podpisując na siebie wyrok.
― Atrakcyjnie… śmierdzi… ― podsumowała jeszcze, z powątpieniem zerkając na pływającą na wierzchu główkę cebuli. Biała brew nieznacznie uniosła się do góry – bogowie, który to już raz dzisiaj – i podjechała w górę jeszcze wyżej, kiedy w dłonie kobiety wciśnięta została miska z zupą i łyżka. Niepewnie, bardzo nawet, jakby ważył się w tej chwili los całego świata, zanurzyła łyżkę w zupie i wsunęła ją do ust.
A potem pożałowała, że w ogóle przyjechała.

29.10.2021

Od Odette cd. Ruby

Odette zeskoczyła zwinnie z siodła, wylądowała na suchej ziemi. Chrupek parsknął, bardzo niezadowolony widokiem krowy, jakby sam bał się, że zaraz spotka go tu los podobny temu, który dopadł nieszczęsną mućkę. Warren przekazała lejce jakiemuś rosłemu chłopowi, który trzymał już konia należącego do Ruby. Ruszyła jej śladem, skrzywiła się mocno, kiedy w końcu dotarł do niej przeokropny smród rozkładającego się mięsa.
― No ładnie ― podsumowała widok powykręcanej sztuki bydła, podparła się dłonią pod bok. Wbrew powszechnym oczekiwaniom wśród kowbojów – mdleć nie zamierzała. Rzygać także. Wychowana przez bandę, Warren widziała już sporo okropności, w tym ludzkie i nieludzkie flaki na wierzchu w doprawdy przeróżnych kombinacjach. Jedna krowa nie robiła jej już różnicy, choć oczywiście, odczuwała pewien dyskomfort spowodowany obrzydzeniem. Zdjęła kapelusz, powachlowała się nim intensywnie.
Przykucnęła przy truchle, dźgnęła palcem w przetrącony łeb. Ten, zgodnie z oczekiwaniami, odsunął się ciężko na bok i zaraz wrócił do pozycji wyjściowej. Odette założyła z powrotem kapelusz, podwinęła rękawy. Wyprute jelito grube odgarnęła na bok, z całej siły naparła na odsłonięte, choć nieco przyklapnięte żebra i uniosła je ku górze, zajrzała do środka padłego zwierzęcia.
― I tak dobrze, że nie rozjebało kiszek. Wtedy to dopiero byłby smród ― podsumowała, bardziej sama do siebie, niż do Ruby, czy któregokolwiek ze stojących nieopodal mężczyzn. Wsunęła dłoń do środka, odgarnęła sflaczałe płuco na bok. Serce na miejscu, wątroba też. Brakowało jednej nerki, ale równie dobrze mogła leżeć gdzieś samotnie parę metrów dalej.
― Widział ktoś samotną nerkę? ― Zapytała z głową w krowim wnętrzu, głos dziwnie zawibrował w ciasnej przestrzeni. ― Nie? No trudno, nie można mieć wszystkiego. ― Wycofała się, pacnęła na tyłek. Ubabranymi krwią dłońmi zaczęła bawić się piaskiem. Ten przyklejał się do szybkoschnącej cieczy i zaraz odpadał, zabierając ze sobą część brudu. Woda byłaby lepsza, ale kiedy nie miała jej pod ręką, to wolała wytrzeć ręce piachem, niż w ubranie. W końcu swoje kosztowało.
― A te poprzednie lokalizacje ― podjęła znów trop, kiedy wpatrywanie się w rozpruty bebech nie przyniosło odpowiedzi ― Ktoś je naniósł na mapę?
― Nie ― odpowiedziała od razu Ruby ― Ale wykonanie takiej mapy nie będzie problemem. Lokalizacja poprzednich trupów dobrze zapadła wszystkim w pamięć.
― Może to nam coś da. Bo ślady… ― Odette westchnęła i pozbierała się z ziemi ― Ślady nie wyglądają na zadane ręką człowieka, czy zwierzęcia, tak jak mówiłaś. Nadal jednak wątpię w istnienie super-stwora. Już prędzej uwierzę w jakiegoś pojeba z jakimś wynalazkiem klasy wielkie, metalowe szpony do chuj-wie-czego.


Wrócili do głównego budynku rancza, Odette mogła w końcu porządnie wyszorować ręce szczotą, w międzyczasie powstała bardzo prowizoryczna mapa wszystkich miejsc w których znaleziono trupy. Spotkała się z Ruby ponownie w gabinecie, ranczerka analizowała to, co widniało na mapie.
― I co? ― Warren zajrzała jej przez ramię. Czerwone oko zbadało krzyżyki padłych krów ― Pojebane to trochę ― nie poczekała na odpowiedź, stanęła z boku i sama oparła się o blat biurka.
― Najpierw polował bez sensu. A potem… ― Ruby wskazała palcem bliżej nieokreślony, chaotyczny kształt obejmujący pierwsze trupy. Potem obrysowała trójkątem kolejne cztery krowy. Północ, zachód, południe. I znów północ. Schemat powtórzył się, na razie raz, ale dawało to nadzieję na to, że stwór, czy też pojeb ze szponami, wróci w okolice Zachodniej Mućki.
― To jedyny trop jaki mamy. Taki sensowny ― Odette podrapała się po karku. ― Skoro krowa padła dziś, to być może nie zaatakuje od razu… ale powinniśmy się skupić na obserwacji zachodniej połaci rancza. Mogę posiedzieć w krzakach, w dzień, albo w nocy, nie robi mi to różnicy. W zasadzie, może powinnyśmy siedzieć we dwójkę. Tak będzie bezpieczniej. Jak zeżre jedną, to druga odstrzeli mu łeb.

12.09.2021

Od Odette cd. Horyzonta

Na granicy słyszalności pojawia się czyiś głos; zdecydowanie obcy, zdecydowanie nigdy wcześniej nie zasłyszany. Odette usiłuje dodać jeden do jednego, fakt do faktu, nieudolnie nawet próbuje uchylić powiekę lewego oka, ale jakoś nie za bardzo to się wszystko spina i nie za bardzo działa; powieka się unosi, ale prawa, czerwona tęczówka błądzi gdzieś bez celu, nawet nie odróżniając pochylonego nad nią człowieka od pobliskiego drzewa. Po krótkim pobycie w lodowatej wodzie ciężko jej złapać pełny oddech, mimo to uparcie próbuje i nie ma zamiaru godzić się z ewentualnym końcem własnej przygody. Jest ciężko, owszem, ale nie beznadziejnie. Bez paniki, jakoś z tego wyjdziesz, Warren, powtarza sobie dobrze znane słowa, którymi wiecznie raczył ją Donar – bandzior, dzięki któremu sama została wcielona do bandy i którego to próbowała obrabować z wierzchowca. Dawno, dawno temu mieli nawet jakąś dziwną, nieco pojebaną, relację na zasadzie ojciec-wkurwiająca latorośl, ale później odszedł, zaszył się gdzieś na granicy Krainy w okolicach Jackburga i tyle go widzieli. Niebywale irytującym jest więc dla Warren fakt, że w tak kryzysowym momencie znów słyszy jego głos w głowie, kiedy tak dobrze zdążyła sobie wmówić, że przecież porzucenie wcale nie bolało i wcale jej go nie brakuje.
Mocniejszy ruch ramion wybawcy wydusza z koniokradki jęk, obolałe ramię boli jeszcze bardziej. Kobieta traci kompletnie kontakt z otaczającym ją światem, pogrąża się w całkiem przyjemnej ciemności w której już nic nie boli i nikt nikogo nie wkurwia. Stan ten nie trwa jednak długo, ledwo Horyzont dotyka ramienia, a cały proces trzymania się przy życiu zaczyna się na nowo. Ciałem targa wstrząs, Odette resztką sił usiłuje się przewrócić, lub wyrwać (zależy od interpretacji, bo ona sama nie jest pewna czego w tej chwili oczekuje od swojego ciała), ale próba ta spełza na niczym. Wciąż jest zbyt słaba, wciąż za bardzo kręci jej się w głowie i co chwilę traci rozeznanie wokół siebie. Jest ciepło czy zimno? Jest dzień, czy noc? Została sama, czy jeszcze nie? Stan majaków utrzymuje się jeszcze przez jakiś czas, ostatecznie zaś wycieńczone ciało poddaje się w momencie nakładania koszmarnie śmierdzącej papki, ułatwiając tym samym łaskawemu pielgrzymowi wykonywanie swoich równie łaskawych czynności.
Względny spokój wydaje się trwać i trwać, a niektórzy mądrzy ludzie mogliby się nawet zacząć zastanawiać, czy coś tu czasem nie jest nie tak. Nim jednak równie mądrzy ludzie zechcieliby podejść bliżej i upewnić się co do niektórych (wciąż trwających) czynności życiowych, kobieta sama budzi się na tyle, by uznać, że jest cholernie i absurdalnie wręcz głodna. Nauczona jednak doświadczeniem – nie daje za bardzo znać, że już się obudziła. Ot, leży wciąż jak kłoda i analizuje. Czuje piękną woń pieczonego mięsa (która to woń wydaje jej się absolutnie najlepszym co człowieka może spotkać w takiej chwili), czuje też to pierdolone ramię, które jej prawie odstrzelili, czuje też i specyficzny zapach ziół. Niewielka skóra staje się nie tylko okryciem, ale i kamuflażem; Odette bardzo powoli i ostrożnie sięga dłonią w stronę pasa i kabury by zaraz przekonać się, że dzisiejszy dzień to mieszanina pecha i szczęścia w stosunku 90:10. Wędrująca dłoń ze zrezygnowaniem opada z powrotem na ziemię, trybiki w głowie kręcą się na najwyższych obrotach. Nim jednak na coś wpadnie, równie ostrożnie sprawdza czy ma przy sobie cokolwiek; noże, scyzoryki, widelce, łyżki, ewentualnie podkowę. Proporcje pechowości rosną do 95 punktów, Odette w międzyczasie uznaje, że jest w naprawdę chujowym położeniu i zdana całkowicie na łaskę obcego. A jeśli istnieje coś, czego Warren nie lubi bardziej niż błyszczącej, szeryfowej odznaki, to bycie zdanym na kogoś innego.
Skóra gładkim ruchem zostaje odsunięta nieco w bok, ofiara własnego wierzchowca z trudem podnosi się do siadu i z bardzo ciężkim westchnieniem oficjalnie wita świat bardziej żywych niż martwych. Chwilę jeszcze sobie myśli, chwilę główkuje, nim w końcu przerzuca spojrzenie na swojego wybawcę.
― Długo to trwało? ― pyta nieco schrypniętym głosem, po pytaniu odkaszluje. Ciało znów upomina się o wodę, Warren znów ma spięcie dwóch ocalałych neuronów w mózgu. Prosić, czy nie? Pytać, czy nie? Może ukraść? Nie, może lepiej nie…
― Widziałeś… mojego konia? ― drugie pytanie ulatuje spomiędzy jej warg, choć to wymówione z jeszcze większym trudem niż to poprzednie. Magiczne słowo podziękowania za ratunek więźnie w gardle i bije się z wyuczoną bezczelnością, ostatecznie zaś bandytka mięknie i dostosowuje się do sytuacji, która stawia ją w bardzo nieprzyjemnym miejscu.
― Ja… dziękuję ― pada w końcu, a Warren z tego niesamowitego wysiłku wypowiedzenia ośmiu słów znów opada na plecy. Ramię znów odzywa się bólem, w głowie znów się kręci, choć mogłoby już przecież przestać.

hello there

6.09.2021

Od Odette cd. Ruby

Jegomość, którego spotkała przy ogrodzeniu zaprowadził ją dalej, pod główną chałupę. Nie odzywał się przy tym za dużo, choć wcale przecież nie musiał. Odette nie była nowa w tym świecie, nie urodziła się wczoraj, ani nie złapała za rewolwer w zeszłym miesiącu. Mogli milczeć, mogli iść przed siebie, ale pewne osądy zostały już postawione, tego była bardziej niż pewna. Jeszcze parę lat temu zapewne by się jej to nie spodobało; buntowniczo zaczepiłaby tamtego i jeszcze innego, dała komuś w nos i dała nogę. Albo gorzej, postrzeliłaby jednego, drugiemu rozwaliłaby nos i okradła dom ze wszystkiego co tylko okraść można. O tak, kiedyś to były czasy. Teraz Warren zdecydowanie ostrożniej podchodzi do wycieczek gdziekolwiek poza okolice śmierdzącego Blisstown, zdecydowanie ostrożniej podchodzi do możliwych osądów jakie wydają obcy w jej sprawie. Czegóż można się spodziewać w końcu po niskiej, chudej dziewuszce z nietypowymi kudłami i równie nietypowymi ślepiami? Nosi broń przy pasie, ale czy potrafi się nią posługiwać? Strzelbę ma przy koniu, ale czy potrafi jej szybko dobyć? A co z samym koniem, spokojny wałach to, czy może trudna do opanowania bestia? Czy białowłosa jest w ogóle godna tego, by przedstawiać ją pani McConnel? Tego kowboj początkowo nie wie, ale ostatecznie stwierdza, że nie jemu to wszystko oceniać i nie jemu wpierdalać się między wendigo, a jego teoretyczną pogromczynię.
Chrupek beznamiętnym spojrzeniem spogląda na łączący jego ogłowie ze słupkiem sznur, być może nawet zachodzi w głowę na co w ogóle go tu przywiązywać, skoro grzecznym jest koniem i nie ucieka. Cokolwiek jednak czai się w tej końskiej czaszce, cokolwiek sobie sądzi i myśli – przepada to jak kamień w wodę. Warren poklepała jedynie jego bok, jakby w geście pożegnania i tyle ją widział.
Niepozorna dziewucha dodaje do listy spostrzeżeń kolejne, całkiem zresztą miłe, które brzmi: nikt się nie wpierdala w nieswoje sprawy. Jest to o tyle istotne i o tyle miłe, że od razu, samoistnie, poprawia jej humor i zmywa resztki obaw, jakie tliły się w niej od momentu wkroczenia na ranczo, protokół czwartej zasady odpala się na dobre, Odette przekracza próg domostwa i zabawa zaczyna się na serio.
Kolejne puknięcie opuszkami palców o rondo kapelusza w geście pozdrowienia kierowane prosto do mijanej na korytarzu starszej kobiety, kolejne drzwi, kolejne pomieszczenie. Tym razem zdecydowanie docelowe, co poznać można nie tylko po tym, że nie ma stąd za bardzo innego wyjścia niż jakimś oknem, ale przede wszystkim po tym, że w fotelu za biurkiem siedziała już zapewne pani McConnel. Czerwona tęczówka mimowolnie lustruje kobietę wzrokiem; całkiem surowy wyraz twarzy jeśli miałaby ocenić, całkiem zadbane włosy o długości na którą Warren niby sobie pozwolić nie może z czystego pragmatyzmu. Całkiem ładna chałupa, całkiem ładne ranczo, całkiem urocze krowy. Innymi słowy, solidne 7/10 w skali Warren. Kapelusz zdjęty, chudy tyłek usadzony na krześle naprzeciw biurka.
— Więc mówisz, że jesteś w stanie wytropić to, co morduje mi krowy.
― Tak jest, madame. ― głowa leciutko przechyla się na bok, przybrudzone kurzem białe pasmo włosów plącze się po policzku koniokradki, a w czerwonej tęczówce pojawia się jakiś niezdrowy błysk ekscytacji. Odette w życiu nie miała do czynienia z wendigo, ale tym samym w rzeczonym życiu miała do czynienia z wszelkiej maści oszustami, udawaczami, spiskami, kopaniem pod sobą dołków i innymi ciekawymi sprawami. Ba, przecież bardzo często to ona stosowała jakieś pojebane taktyki byleby swój cel osiągnąć. Wendigo więc, czy nie wendigo, Odette zamierza je po prostu znaleźć, odstrzelić łeb, zgarnąć pieniądze i odjechać. Sprawa prosta, plan jeszcze prostszy. Tylko to całe wendigo jednak jakieś skomplikowane i zdecydowanie niewspółpracujące, ale spokojnie proszę pani, pracujemy nad tym ― Wytropić, zabić, wypatroszyć, pełen serwis, pełen zakres usług, do wyboru, do koloru ― Warren nie wykazuje nawet ułamka skromności w tym co mówi, w sumie to wali prosto z mostu. Nie ma co owijać w bawełnę, bo widzi przecież, że przed sobą ma kobietę konkretną i twardo stąpającą po ziemi. Tak jej mówi doświadczenie w analizowaniu ludzkich twarzy, tak mówi jej bliżej nieokreślone przeczucie, tak mówi jej surowe wnętrze gabinetu. Chociaż tym ostatnim to chyba nie ma się co chwalić, żeby nie wyjść na jakąś nawiedzoną.
― Według mnie to nie jest żadne wendigo, tylko ktoś, komu słońce wyjątkowo mocno nagrzało dekiel. ― kobieta wzrusza ramionami – ponownie nie ma co owijać w bawełnę przecież ― Ale dobrze byłoby zobaczyć najpierw miejsce zbrodni, a potem gdybać dalej. ― tak czy inaczej, już na wstępie Odette okazała się być osobą w wendigo nie wierzącą. Podobnie jak w inne wróżki-zębuszki, mikołaje, Jedynych, magię i tym podobne, mało przydatne rzeczy.

1.09.2021

Od Odette cd. Jules'a

Jakieś cyrkowe pajace krążą po okolicy. Tak mi ptaszki ćwierkały.
Słowa echem odbijają się raz po raz w głowie Odette, choć czasem robią szybkie wziuum i wspomnienie mija, choć czasem robią długie wololo i zostają z nią na solidnych parę minut, to tak naprawdę nie opuszczają jej na dobre. Całą drogę, od jebanego Blisstown ― a może bardziej jego okolic ― aż po (równie jebany) Jackburg i jego okolice. Cały czas, ciągle, non stop, raz po raz, na chwilę, na sekundy, na długie godziny. Trupa cyrkowa ― choć żyje jeszcze w błogiej nieświadomości ― nie daje Warren spać, jeść i normalnie funkcjonować.
Siwy koń leniwie kroczy pustkowiem, jeździec kołysze się w siodle, pojedyncze chmury leniwie płyną po błękicie nieba; sielanka jak okiem sięgnąć, spokój cisza. Cisza sprzyja rozmyślaniom i bujaniu w bliżej nieokreślonych obłokach i o ile Odette w rozmowach i interesach stawia na szeroko pojęte konkrety, tak podczas chwil samotności stawia na brak jakichkolwiek konkretów i po prostu sobie odpływa (no, chyba, że akurat ktoś aktywnie depcze jej po piętach, to wtedy ma ekstremalny kij w dupie i nie ma mowy o odpływaniu, śnie, czy jakimkolwiek, normalnym funkcjonowaniu). W tej chwili raczej nikt nie powinien się nią za bardzo interesować; była daleko od głównego obszaru wiązanego z jej bandą, była daleko od kryjówki. W zasadzie, okolice Jakcburga to była dla niej nowość i powiew świeżości i aż miło było popatrzeć sobie z oddali na pasące się krówki, czy inne owce (zwłaszcza, jeśli się rzeczone krówki lubi i to nie tylko dlatego, że są całkiem smaczne).
Sielanka, krągłe obłoczki, leniwy krok Chrupka. Chwilo trwaj, myśli sobie Warren i tak szybko jak sobie tak pomyśli, tak równie szybko orientuje się, że rzeczonej sielanki właśnie nadszedł koniec. Na horyzoncie bowiem, jeszcze w oddali, jeszcze nie do końca widoczny, majaczy jej jakiś rosły jeździec na koniu. Jegomość w szybkim tempie się przybliża, na jej widok nawet konia pogania, a to już wywołuje trzeci stopień zaalarmowania szeroko pojętego, to już jest powód do taktycznego sprawdzenia, czy rewolwer wciąż kołysze się przy pasku i czy dubeltówka jest w zasięgu ręki, wciąż przypięta do siodła. Może to być koniec świata jej znanego, może to być Jackburg i okolice, ale najwidoczniej nie jest to wystarczająco daleko by móc delektować się chwilą świętego spokoju. Nie ważne zresztą, teraz trzeba się skupić. Chrupek idzie jakoś żwawiej, Odette mruży oczy, dłoń spoczywa na udzie, całkiem blisko kabury, spojrzenie przyklejone do obcego jegomościa.
― Warren! ― drze się jegomość, unosi ręce do góry i macha nimi jakby był co najmniej niespełna rozumu. Kobieta marszczy brwi, minę ma jakąś dziwną, jakby zmieszaną, zszokowaną i totalnie zbitą z tropu jednocześnie. No bo tak, fajnie, miło. Miło bardzo, że gość ją kojarzy i chwilowo nie przejawia chęci by ją odstrzelić, ale kto to kurwa jest tak właściwie?
― H-howdy ― wielki, czarny koń, a na koniu równie wielki, jasnowłosy gość ― Donar? ― Odie w końcu dodaje dwa do trzech, rozpoznaje gościa, którego nie widziała już tak długo, że szczerze zwątpiła w to, że jeszcze żyje. Rozpoznanie niesie za sobą ulgę, rozpoznanie niesie za sobą przyjemne uczucie otulające jej serduszko bliżej nienazwaną emocją. To właśnie Donara dawno, dawno temu próbowała okraść z portek, konia i łupu będąc jeszcze młodą dziewuszką i to właśnie Donar przerzucił ją przez siodło i zawiódł do bandy, dając tym samym namiastkę rodziny i domu. Sam parę lat później odszedł, zniknął i zarzekał się, że jego stopa nigdy więcej w Krainie nie postanie. Cóż, na jego miejscu (i z taką ilością pieniędzy jakie zabrał wtedy ze skoku na pociąg) też nie planowałaby powrotu. Za duże ryzyko.
― Na Jedynego, jak cię ostatni raz widziałem, to wcale dużo niższa nie byłaś. ― pierwszym co komentuje stary (obraziłby się gdyby powiedzieć to głośno), jasnowłosy dziad jest oczywiście wzrost Odette, który jednych dziwi, jednych bawi, a u innych wzbudza jakieś instynkty pseudo―macierzyńskie. Białe brwi, dla odmiany od ciągłego marszczenia, tym razem szybują ku górze w zdziwionej minie, usta zaciskają się w wąską kreskę. Warren tak naprawdę niczego tak szczerze nie nienawidzi. Zazwyczaj rzeczy są jej raczej obojętne, podobnie jak wydarzenia w których uczestniczy. Jedyny wyjątek w tym świecie pozbawionym nienawiści stanowi nawiązywanie w jakikolwiek sposób do jej kurduplowatego wzrostu. To jedno jest w stanie wyprowadzić ją z równowagi, doprowadzić do białej gorączki, przekonać do szybkiego zabójstwa za obelgę i wszystkich innych mniej lub bardziej przewidywalnych rzeczy. Broń zostaje dobyta automatycznie, bez udziału głowy, nie wiadomo nawet kiedy. Zgrabny rewolwer kalibru 36 siedzi pewnie w dłoni białowłosej; potężna dubeltówka leży równie pewnie w masywnych dłoniach Donara. Następuje moment niezręcznej ciszy, kiedy jedno celuje do drugiego i naprawdę trudno określić czy zaraz na pustkowiu nie zostanie jakieś dodatkowe ciało. Lub dwa. Nigdy nic nie wiadomo.
― Czy ty właśnie nazwałeś mnie nieodrośniętym od ziemi karłem? ― pyta pretensjonalnie kobieta, która dla Donara tak w zasadzie stanowić może przyszywaną córkę. Taką, co ma nieco nierówno pod sufitem na punkcie wzrostu i w jakiś magiczny sposób, w tej kwestii, zawsze słyszy co innego niż się powiedziało. Blondyn parska, broni jednak nie opuszcza. Kolejna chwila ciszy mija, zniecierpliwiony Chrupek przestępuje z nogi na nogę i opędza się ogonem od much. Znudzona klacz Donara skupie skąpą trawę porastającą ziemię.
― Żebym to ja jeden! ― olbrzym śmieje się głośno, Odette po raz kolejny dostaje jakiegoś zamroczenia i tylko głęboko skrywane przywiązanie do Donara ratuje jego dupę przed pociągnięciem za spust. Obraza zostaje zakodowana głęboko w głowie, w pamięci, w istocie duszy. Warren wszystko puścić płazem może (i zazwyczaj to robi, albowiem wyjebane), ale dopierdalania się do wzrostu nie odpuści. Nigdy i za żadne skarby. Stary bandyta dobrze wie jak sobie z byłą podopieczną radzić; zamiast się kajać i przepraszać, zamiast się tłumaczyć i wychodzić na prostą ― brnie dalej. Taka taktyka sprawdza się najlepiej, tak najszybciej dochodzi się do konkretów. A czemu tak właściwie poruszył tą jakże wrażliwą kwestię? Bo tak. Tak po prostu. ― Przestaniesz już do mnie celować, ptaszyno, czy trzeba ci znowu skórę przetrzepać jak za starych dobrych czasów?
― Pff ― rewolwer ląduje w kaburze, Odette prycha z irytacją ― Za stary już jesteś, Donar. Nie nadążyłbyś. Albo kręgosłup by ci się złamał przy pochylaniu. ― padają słowa w które nikt tak za bardzo nie wierzy. Ani wypowiadająca je Odie, ani tym bardziej Donar, który mimo nie tak młodego już wieku, wciąż jest jegomościem bardzo sprawnym fizycznie. Ale mniejsza, czepiał się nie będzie. Zwłaszcza, że przecież Warren mu w tym momencie z nieba prawie spada, stanowi wybawienie, jest szansą na szybki powrót do domu. I gdyby tylko Donar wierzył w Jedynego (lub jakiegokolwiek innego boga) uznałby, że to spotkanie to właśnie dar, lub interwencja boska. Nie wierzy jednak, zatem żadne religijne podziękowania nie padają, a ex―bandyta przechodzi do konkretów, które miłuje równie mocno, co jego przyszywane dziecko.
― Słuchaj… Mam do ciebie interes. W zasadzie nie ja, a bardziej taki pajac z cyrku.
― Glock wspominał o pajacu ― dzieli się informacją Odie, powodując tym samym lekkie zmieszanie u gościa, który okazjonalnie poczuwał się do roli jej ojca ― I o jakimś cyrku. I że warto się tam może rozejrzeć.
― Tyle szczęścia ile mam teraz, to nie miałem chyba kurwa nigdy ― pokaźnym rozmiarów dubeltówka ląduje tam, gdzie jej miejsce, Donar zawraca swoją klacz i ruchem głowy wskazuje Warren kierunek drogi ― Pojedziemy razem. A tak poza tym… jak sobie radzisz z nożami?
✦✦✦
Na całkowitym odludziu ― dokładnie w tym jednym, konkretnym miejscu, a nie żadnym innym ― gdzie słońce w pełnej swej okazałości rzuca palące promienie światła na rozłożyste obszary przyschniętej ziemi, gdzie drzewa uświadczyć nie sposób, a deszcz jest lokalną legendą mniej, lub bardziej żywą (w końcu to nie tak, że nie pada wcale, ale mogłoby nieco częściej), przystanek urządziła sobie przybyła z bardzo daleka trupa cyrkowa. Rutyna dnia dokładnie taka sama jak wtedy, kiedy Donar był tu poprzednim razem na spotkaniu z Woronovem, nic się za bardzo nie zmieniło, szału nie ma, dupy nie urywa. Siłacz przygląda się im podejrzliwie, kiedy przywiązują konie do krzywo wbitego słupka, kobieta―guma łakomym spojrzeniem obrzuca dwumetrowego Donara, ciemnoskóry jegomość grający na fujarce obrzuca zainteresowanym spojrzeniem towarzyszącą olbrzymowi białowłosą, białowłosa pstryka palcami w rondo kapelusza w geście pozdrowienia, Donar ma koncertowo wyjebane. Czyli w zasadzie wszystko w normie także i u nowoprzybyłej dwójki.
― Tylko rzucanie nożami? Wydaje się… nudne ― burczy pod nosem Odette, która wciąż nie jest do końca przekonana co do planu Donara i całej tej przysługi. Jak jakiś jednooki pajac z cyrku potrzebował ziomka od noży, to mógł jechać pod Jackburg z paroma świecidełkami i bardzo szybko znalazłby kogoś od noży. No, ewentualnie nie znalazłby nic prócz kulki w łbie, ale to przecież ryzyko zawodowe, nie? Poza tym, skoro jednooki lubił jak się w niego nożami rzuca, to i ryzyko lubić powinien. Podsumowując: powinien jednak biznesy swoje załatwiać solo, a nie angażować w to wszystko bogom ducha winnego Donara, który zażywał spokojnego życia emeryta gdzieś na pograniczu, z dala od łowców głów, szeryfów i tym podobnych, nieprzyjemnych historii.
― Nudne, nie nudne. Ważne, że przysługa odbębniona. No i Glock ma w tym wszystkim ziarenko racji; im dłużej nie będzie cię w pobliżu Blisstown, tym lepiej dla ciebie. Co prawda Jackburg też nie brzmi jak ostoja spokoju i bezpieczeństwa, ale…
― Wyjebane ― wcina mu się w słowo Warren i wzrusza ramionami. Jak zacznie robić się gorąco, to najwyżej spierdoli tuż przed występem i zaszyje się na owczym ranczu Wróżki. Kobita przecież była z ich kręgów, znała się na rzeczy i swojego człowieka nie wyda przecież, nie? Plan awaryjny ― jest. Plan nieawaryjny jest również, więc można działać ― Poradzę sobie, jak zawsze. Tak jak mnie uczyłeś ― nutka sentymentu wkrada się między dwójkę nowoprzybyłych. Błękitna tęczówka Donara błyska czymś na kształt dumy, bo to w końcu tak jakby jego krew nie? I dumny jest ze swojej córeczki, że na taką porządną babę wyrosła; że i chłopowi nogę odstrzeli i w razie czego nerkę na ostrze noża nadzieje. Zuch dziewczynka.
― Tego jednookiego skurwysyna gdzie znajdę? ― zwraca się kierownic wycieczki do starej babulki ślęczącej nad okrągłą kulą z której niechybnie przyszłość czyta. Babuleńka podnosi na niego spojrzenie, błądzi nim trochę po jego twarzy (albo gdzieś w najbliższej okolicy, bo pewnie na wpół ślepa już) i po chwili unosi zasuszoną, drżącą dłoń wskazując kierunek ― Dalej w ten burdel znaczy się? Jasna sprawa. ― ex―bandyta rusza dalej, rusza i Warren. Idą tak w ciszy, przeciskają się pomiędzy kolejnymi reperowanymi dekoracjami, mijają dwa wozy i trzy namioty, aż w końcu docierają do miejsca w którym pali się ognisko. Nikła woń potrawki z nie―do―końca―wiadomo―czego i bulgotanie w zawieszonym nad paleniskiem garnku sprawia, że Odette jakoś od razu milej się robi i to nawet nie dlatego, że chętnie przygarnęłaby taką potrawkę, ale takie obrazki przywołują miłe wspomnienia związane z obozowaniem z bandą. W tej chwili jednak miłe obrazki idą na bok, Donar rozpoznaje lokalnego kucharza i pierwsze co robi, to z całym impetem uderza go w plecy w ramach super miłego dzień dobry.
― Charlie! Mam co chciałeś! ― wita się, bez pytania siada na jakiś samotnym stołku i podejrzliwie patrzy w stronę bulgoczącego garnka ― Mam tu godną reprezentantkę na ten twój występ cały. ― ręką kiwa w stronę Odette by zachęcić ją do podejścia bliżej, Warren ma obiekcje. Lustruje plecy nieznajomego gościa, przygryza wewnętrzną stronę policzka, spojrzenie jakieś takie nachmurzone. Kolejna, pierdolona góra, stwierdza po krótkiej, profesjonalnej analizie i ostatecznie staje tuż za Donarem. Ręce krzyżuje na piersi, czerwona tęczówka błyska wojowniczo.
― Nie wygląda wcale groźnie ten twój Woronov, Donar… ― głowa przechyla się lekko na bok, zaraz potem przechyla się z powrotem ― Spodziewałam się czegoś bardziej... ― Warren myśli jednak nie kończy (wyjątkowo przy tym nie pierdoli konsekwencji i zważa na słowa), wzrusza jedynie ramionami; Donar wzdycha z dezaprobatą i ściąga kapelusz wiedząc, że nadchodzą ciężkie czasy, a potrawka trąci spalenizną.

[Odie being offensive just like her papa vol 6723457694569845]

23.08.2021

Od Odette CD. Ruby

― Kirk powiedział, że Tagg mu przekazał, że podczas wieczorku w saloonie Fabian rozmawiał z kobietą, która powiedziała mu, że na stacji kolejowej słyszała jak jacyś kowboje rozmawiali o innych kowbojach i ci kowboje widzieli wengido. ― jeszcze raz powtórzyła Odette, jakby chcąc się upewnić, czy cały ten szalony ciąg wydarzeń mniej lub bardziej przypadkowych jest choć odrobinę zgodny z prawdą. Nigdy nie wierzyła w łańcuszki informacyjne, a jeśli już miała brać pod uwagę ewentualną prawdziwość informacji w nich zawartych to wolała się zawsze upewnić czy aby na pewno dobrze usłyszała. Jack Glock z zapałem godnym lepszej sprawy energicznie pokiwał głową, a w szarych, nieco ślepawych już oczach zagościła odrobina nadmiernej ekscytacji. Warren z westchnieniem skrzyżowała ramiona na piersi i jeszcze raz spojrzała na Glock’a. Mówił co wiedział i nawet nie ośmieliła się powątpiewać w jego prawdomówność ― w końcu za dużo mu płaciła za te wszystkie informacje z miejsc do których sama dostępu nie miała z racji swojej obecnej sytuacji, która zaczynała sprawiać jej lekki dyskomfort. Owszem, banda to rodzina i rodzina to banda, ale do cholery jasnej, czy mogliby się przyczaić na chwilę, zamiast wciąż aktywnie terroryzować każdą możliwą drogę prowadzącą od Blisstown do Armadillo? To się prosiło o kłopoty, takie kurewsko poważne kłopoty. I o ile Warren naprawdę uważała bandę za rodzinę, to nie miała zamiaru iść za rzeczoną rodzinę do piachu. Zwłaszcza, że na ostatnich napadach jej wcale nie było, bowiem włóczyła się gdzieś po Bezkresach w poszukiwaniu… jeszcze nie do końca wiedziała w sumie czego. Może magicznego artefaktu? Może zakopanych gdzieś w dziczy kawałków smoczej skóry? Mapa skarbów nie precyzowała co znajdzie na miejscu, ale na wszystkich nieistniejących bogów, Odette miała szczerą nadzieję, że ów skarb kryje coś cennego. Inaczej wróci się do kolekcjonera pierdół, który jej ją opchnął i zobaczymy jak będzie mógł jej zrekompensować tą straszną pomyłkę. Bo Warren nie miała ani krzty wątpliwości, że kiedy błyśnie się odpowiednimi argumentami, to propozycja rekompensaty padnie wyjątkowo szybko.
― Nie, nie ― Glock pokręcił głową z niedowierzaniem wymalowanym na pokiereszowanej i pomarszczonej twarzy, po czym nerwowo pogłaskał przydługawą brodę ― Kirk powiedział, że Tagg mu przekazał, że podczas wieczorku w saloonie Fabian grał w karty z Louis’em, który rozmawiał z kobietą, która powiedziała mu…
― Dobra, nieważne ― nieelegancko weszła mu słowo, machając przy okazji dłonią. Odie nigdy nie słynęła z cierpliwości, a przynajmniej nie słynęła z cierpliwości do rozmawiania z kimkolwiek. Dla niej liczyły się konkrety. Kto, gdzie, za ile. I jakie jest ryzyko, że ktoś przy okazji ją rozpozna, albo czy w ogóle kogokolwiek obchodzi to, kto pomaga w wykonaniu problematycznego zlecenia. W tej chwili ― jak nigdy dotąd ― potrzebowała takowego zlecenia, możliwie jak najdalej od Blisstown, możliwie jak najdalej od pierdolonej bandy. Przeczekać aż wszystko ucichnie, zarobić gdzieś na boku nieco grosza (możliwie najuczciwiej jak się da) żeby nie umrzeć z głodu. Prosto wymyśleć, trudniej zrobić. ― Konkrety, Jack. Podaj mi konkrety, nie będę tu sterczeć cały dzień i słuchać kto z kim i za ile. K o n k r e t y.
― To wendigo wpierdala komuś krowy pod Jackburgiem ― w końcu konkret na jaki czekała ― Dobrze płacą za pomoc w usunięciu problemu, ale wiesz, to niebezpieczny biznes.
― Niebezpieczny biznes to moje drugie imię, Jack ― parsknęła, absolutnie niezrażona możliwością kopnięcia w kalendarz. Czwarta zasada oszustki: jeśli istnieją jakiekolwiek konsekwencje czegokolwiek, to nie należy się nimi przejmować. Absolutnie, w żadnym wypadku. Przejmowanie się konsekwencjami prowadzi do nadmiernego analizowania, nadmierne analizowanie zaburza ocenę sytuacji. Poza tym, tak jest ciekawiej. ― Coś jeszcze masz?
― Jakieś cyrkowe pajace są też w okolicy, a przynajmniej tak mi ptaszki ćwierkały.
― Aha? I na co mi ta wiedza? Tam też ktoś potrzebuje pomocy z wendigo czy innym stworem?
― Kto wie. Nie są stąd, więc zajrzenie tam może okazać się całkiem owocne. A przynajmniej tak bym zrobił będąc na twoim miejscu. Wiesz, wśród pajaców nikt raczej bandytki szukać nie będzie, a tym bardziej specjalistki od kradzieży koni. ― Jack mrugnął do niej porozumiewawczo, Odette w odpowiedzi uśmiechnęła się całkiem miłym dla oka uśmiechem. Nie ma to jak swój własny, całkiem dobry informator i ― być może, ale nie rozpędzajmy się ― przyjaciel. Ale tego to już mu na głos nie przyzna, zgodnie z trzecią zasadą. Jeśli być szczerą, to tylko przed samą sobą, nikim innym.
*
Droga z Bezkresów była koszmarnie długa. Tak długa, że Warren po części zwątpiła w sens wybierania się tak daleko, bo pewnikiem ktoś już ją ubiegł i kicha, po zleceniu. Im dalej jednak w trasę, im bliżej nieosiągalnego dla niej Saint Thomas, tym częściej można było wpaść na trasie na kogoś, kto z zapałem gadał o sprawie z krowami, która zdążyła już urosnąć do rangi jakiejś lokalnej legendy. Jedni mówili, że to już nie jedno wendigo, a cały tuzin, inni, że to wcale nie wendigo, a monstrum z Gardzieli, które jakimś sposobem przedostało się aż do Jackburga. Jeszcze inni mówili coś o karze boskiej i tym podobnych rzeczach, ale Odette zazwyczaj traciła wtedy zainteresowanie i po prostu kierowała się dalej; zgodnie z założeniem i zgodnie z planem, ostatecznie uznając, że jeśli zlecenie na krowy zostało już zamknięte (na co się nie zanosiło) to po prostu zajrzy do tej trupy o której mówił Glock. Dwie pieczenie na jednym ogniu, jak to mówią.
Minąwszy Rio Gambę odbiła już całkiem na południe, w stronę Jackburga. Glock wspominał o tym, że na owczym ranczu pani Sadlers znajdzie przyjazną duszę skłonną pokierować ją w odpowiednie miejsce i ewentualnie przekimać na sianie w stodole jeśli zajdzie taka potrzeba, co niebywale Warren odpowiadało. Po tak długiej podróży i tak długim okresie wiecznego oglądania się przez ramię i pilnowania wszystkiego dookoła dobrze byłoby po prostu zamknąć oczy i odpocząć wiedząc, że w razie czego ktoś ją obudzi i podpowie gdzie najlepiej spierdolić. Tak, to bardzo dobra wizja, która ostatecznie ulega spełnieniu, a prócz stogu siana Odette dostaje także nieco podejrzanej potrawki w ramach późnej kolacji. Stara Sadlersowa okazała się być nie tylko właścicielką owczego rancza, ale i osobą znaną na czarnym rynku pod pseudonimem Wróżki, która pośredniczyła w sprzedażach cennych błyskotek z napadów. Z Wróżką nie miała co prawda jak dotąd do czynienia, ale słyszała, że kobita zna się na rzeczy i ― jak się okazało zresztą ― plotki nie były dalekie od prawdy. Sadlers, jako koleżanka niemalże z podobnej branży, podzieliła się nie tylko sianem, podejrzaną potrawką z nie wiadomo czego, ale także i szczegółami zlecenia na ― być może ― wengido.
Uzbrojona we wszystko co możliwie potrzebne, Warren opuściła owcze ranczo niedługo po wschodzie słońca. Chrupek wyjątkowo posłusznie szedł tam, gdzie akurat chciała by szedł, słońce nie prażyło jeszcze aż tak mocno, a po całych dwóch godzinach jazdy udało jej się dotrzeć w miejsce, gdzie było dużo krów. Bardzo dużo krów. Morze krów. Ocean krów, którego widok sprawił, że Odette zaczęła automatycznie liczyć ile można byłoby zarobić, gdyby skumać się z takim wendigo ― a skumaliby się na pewno, w to Warren nie śmiała nawet wątpić. W końcu nie ma sytuacji do której nie można się dostosować, zgodnie z pierwszą zasadą. Szybko jednak oprzytomniała i tymczasowo odrzuciła ten pomysł na zarobek. W końcu miało być jak najbardziej legalnie, tak? No tak. A kradzież krów nie brzmiała najlegalniej na świecie.
― Aye ― odezwała się do jakiegoś mężczyzny opartego niedbale o ogrodzenie. W ustach trzymał źdźbło trawy, na głowie kapelusz, pod brodą kolorem mamiła zrolowana chusta ― Szukam pani McConnel. Chodzi o jej… ― tu Odette bardzo sugestywnie i jakby z nutą konspiracji spojrzała na stojącą za mężczyzną łaciatą krówkę ― …krowi problem.

pani McConnel?

16.08.2021

Od Odette

Pustkowie.
Pustkowie wszerz i wzdłuż, przecinane od czasu do czasu pędzonym przez wiatr wyschniętym krzaczorem, lub klimatycznym kaktusem. Przeschnięta ziemia, sucha trawa, niemiłosiernie palące grzbiet słońce i marna wizja końca jeśli szybko nie znajdzie się czegoś do picia; problem to spory, problem niebywale palący, ale nie znajdujący stosownego przełożenia na rzeczywistość. Kołyszący się w siodle jeździec jest przygarbiony, kapelusz już dawno temu zwiał wiatr, który – równie często jak krzaczorami – porusza wyblakłymi, zafarbowanymi włosami, tak samo jak porusza także przewiązaną na ramieniu teoretycznie czystą szmatą, której zadaniem jest zatamować krwawienie po ranie. Jeździec - którym w tym wypadku jest niejaka Odette Warren - jest w magicznym stanie pomiędzy życiem, a śmiercią, w którym to jest się boleśnie świadomym nadchodzącego końca, ale jednocześnie ma się zbyt wyjebane w to by jakkolwiek temu zapobiec. Odette nie zapobiega więc, lejce luźno zwisają dając kropkowanemu siwkowi pełne pole manewru. I z tego pola manewru Chrupek rzecz jasna korzysta; wybiera sobie drogę, czasem podjedzie do obiecująco wyglądającego krzaczka, czasem się spłoszy i przyśpieszy kroku, czasem stanie pośrodku niczego i nazbyt inteligentnie rozejrzy się po okolicy w poszukiwaniu… nie wiadomo za bardzo czego. Może wody? Może magicznego wyjścia z sytuacji? Kto wie, kto wie.
Góry.
W tle majaczą góry wyższe i niższe, górują nad okolicą i jednocześnie stanowią obietnicę czegoś więcej niż cholernych, wysuszonych krzaków, krążących nad głową sępów i wszystkich omenów śmierci jakie tylko można napotkać. Góry to jakaś tam ichniejsza górska roślinność, góry to strumienie, góry to życie, góry to trawa. Taką kalkulację rozumie nawet Chrupek – a może zwłaszcza Chrupek, będący obecnie kierownikiem całej tej wycieczki – i tam właśnie się kieruje. Stukot kopyt o podłoże jest miarowy, sucha ziemia wzbija się w obłoczki pyłu z każdym kolejnym końskim krokiem. Warren w tym czasie odnajduje pocieszenie opierając się na końskiej szyi, jedna stopa bezwiednie wymyka się ze strzemienia, druga zaś wjeżdża weń za głęboko i blokuje się w jakiejś dziwnej pozycji grożącej skręceniem kostki, no ale kto by się tam przejmował, bo na pewno nie Odette, która w tej chwili prócz upragnionego wytchnienia, odnajduje także parę całkiem solidnych halucynacji i urojeń, a spierzchnięte wargi mamroczą:
— Na wszystkich nieistniejących bogów, zostawcie tytoń i ciastka owsiane…
Chrupek ignoruje pozbawione sensu mamrotanie, słyszy już cel swojej podróży, a niedługo potem łagodny brzeg rzeki ukazuje mu się już w całej okazałości. Ostrożnie podchodzi bliżej, kopyta zanurza w wodzie i pochyla łeb by zaspokoić pragnienie. Gdzieś obok przelatują masywne ptaki, ale to by było na tyle jeśli chodzi o potencjalne niebezpieczeństwa. Żadnych kojotów, żadnych wilków od strony rzeki. Sielanka, można byłoby powiedzieć. I wtedy też, w całej sielankowatości tego obrazu, od strony gór rozlega się potężny huk – jakby od dynamitu, jakby od jakiejś bomby, czy legendarnej i nigdy niewidzianej magii. Siwek płoszy się gwałtownie, wierzga, ostatecznie staje dęba, a Warren – której do tej pory było wszystko obojętne – ląduje w wodzie po samoistnym, wyjątkowo bolesnym, uwolnieniu stopy ze strzemienia. Zimna, górska woda cuci ją na tyle by z krzykiem otrzeźwieć i nie ześlizgnąć się z bezpiecznej płycizny prosto w rwącą wodę. Zgrzytając zębami i przeklinając w myślach absolutnie wszystko co tylko przekląć można, gramoli się dalej na brzeg i bez sił obserwuje niknącego w oddali Chrupka. W czerwonych tęczówkach tli się irytacja i obietnica zamordowania absolutnie wszystkiego – nawet jeśli gołymi rękami… albo ręką, bo opuchnięte i zdecydowanie niesprawne ramię nie sprzyja posługiwaniu się obiema kończynami. — Kurwa mać — kończy się ostatecznie na burknięciu i przekręceniu z brzucha na plecy by rozważyć dalsze możliwe akcje. I kiedy tak Odetee przekręca się w tej płytkiej wodzie, tak dostrzega, że po drugiej stronie pojawił się intruz. Kto dokładnie – tego nie wie, bo wciąż czuje na sobie skutki przegrzania, rany, głodu i złego układu planet, przez który obraz skutecznie się rozmazuje i wiruje.

halko, ktosiu, proszę nas nie zabijać

15.08.2021

I'm going to heaven in a wheelbarrow

Odette "Odie" Warren
looking for trouble; and if I cannot find it
I will create it
Illusion & Doubt
Sugar & Joy
wolololo