Kolumna góra
Na ulicach słychać szepty o wielkim wyścigu mającym ciągnąć się przez całą Krainę – za wygraną przewidywana jest gigantyczna suma pieniędzy, amnestia wszystkich przestępstw oraz zapewnienie bezpieczeństwa na okres roku. Co ambitniejsi już poszukują wierzchowców na ten morderczy wysiłek.
W Saint Thomas w niewyjaśnionych okolicznościach zniknął kolejny szeryf. Za każdą przydatną informację przewidziana jest nagroda.
Już niedługo w Jackburg: cyrk! Kobieta-guma, linoskoczkowie i najsilniejsi ludzie w całej Krainie. Przyjedzcie zobaczyć to na własne oczy.
Aktualnie poszukiwani są: Otelia Crippen
Dziękujemy za pomoc w schwytaniu Clide'a 'Smiley' Byersa. Aktualnie oczekuje na wyrok sądu.
5.04.2022
Od Nathaniela CD. Stanleya
Jakby się tak zastanowić w sumie to może by i przeżył. Parę dni, aż by go ten niedźwiedź nie znalazł znowu i nie zżarł słabego od zakażeń czy innego gówna. Ale nie. Pacjent wie lepiej. Pacjent będzie się kłócił!
—życie Ci nie miłe? Nie można poleżeć dwa dni! Dwa dni bez ruchu pod drzewem przy ogniu. Człowieku, padniesz po dwóch krokach. — Nathaniel zawył w końcu. Czy do tego zakutego łba tak ciężko było przemówić. Blondyn nie wiedział ile lat był młodszy, ani ilu ludzi spotkał, ale tak upartego osła to jeszcze nie widział. A nawet osły jakie minął były bardziej kooperatywne niż ten facet.
—Nie... — i nie skończył swojego genialnego argumentu gdyż ich uwagę zwróciło szeleszczenie. Oboje skupili swoją uwagę całkowicie na tym fakcie. Zapewne z dwóch różnych powodów. Kara klacz parsknęła gdzieś w tle, posyłając jedynie cały przemarsz ciarek po plecach blond doktorka. Cóż bowiem mogło się kryć w osłoniętych liśćmi gęstwinie? Otóż wszystko, włącznie z nadchodzącą ich, możliwą, śmiercią. Chociaż Nathaniel może zdążyłby dosiąść konia w największym popłochu porzucając nieszczęsnego, aczkolwiek zapewne znacznie bardziej ogarniętego, faceta w tle. Cóż. Byłby to tylko jedna więcej skaza na tle każdej kropli krwi jaka spłynęła mu po rękach. Czy to z winy choroby, czy ta należąca do niego samego, kiedy delikatna jeszcze skóra napotykała się na kamienie. Kto wie. Może niewiele by to znaczyło dla jego dobrego serca, gdyby to nie było takie... dobroduszne. Po co mu było więc w ogóle zatrzymywać się przy tym upartym, głupim... nie ważne. Ważne było jak jego serce powoli przystanęło swojej szarży kiedy spomiędzy liści wyłoniła się ludzka głowa. Mała ludzka głowa pragnę dodać. Za zaraz za nią następna.
Dwójka dzieci, jak gdyby nigdy nic wkroczyła na tą jakże przytulną polankę, skrytą w cieniu drzew i powoli schodzącego ze swojego tronu słońca. Blondyn zamrugał dwa razy i odetchnął może odrobinę za głośno, gdyż zdało mu się że echo odbiło mu ten prosty dźwięk tysiące razy w głowie.
zaraz potem „pacjent” splunął głośno przez własne ramię. Błękitne oczy medyka powoli zaczynały blednąć w poddaniu się. Cóż. Na niektórych nie ma lekarstwa.
Minęła chwila ciszy. Godziła ona może trochę w uszy, ale Nathowi zupełnie nie przeszkadzała. Była wręcz na rękę, gdyż nie za bardzo wiedział skąd te dzieciaki się tu wzięły. Chociaż przyznać trzeba było, że strachu przed tym napakowanym i opatrzonym facetem jakiegoś zbyt mocnego to nie miały. Podobnie jak przed chuderlawym medykiem, bo w końcu jedno z nich podeszło dwa kroki bliżej zaglądając na niego z ciekawością... czy może oceniając jak dobrać się do jego kości? Kto to wie. Ludzie tej Krainy czasem byli nieprzewidywalni.
—Jestem.. — zaczęła. Nieco kultury jakby przemówiło przez to młode serce.
—Zamknij się. — ale nie skończyła. Oczywiście. Kultury za grosz, a uparty jak diabeł.
—Nie spoufalaj się z jegomościem, szturchać go zacznij. — No jakby mu jednego niekulturalnego poobijanego worka treningowego niedźwiedzi brakowało. I dzieci nastawiał przeciw niemu. Czy sens był jeszcze trzymać się tu i czy może już nie zgłupiał w tym lesie? To o to. To było bardzo dobre pytanie dla jego biednej świadomości zgubionej we własnym istnieniu.
—O nic się wujku nie martw! — dziewczynka, wnioskując z głosu, wydobyła prawie jak znikąd nóż. Nóż? Kto wie. Na pewno nie medyk, który najwięcej co umiał to strzelać z łuku, szyć igłą i płynnie władać sarkazmem. Jednak ostrze błysnęło wesoło w świetle promieni tańczących na wietrze.
—Oh jak miło... Rodzina wariatów. — wywnioskował, a że jego słowa w milczeniu poniósł wiatr, nikt ich nie dosłyszał.
A gdzieś w oddali jedynie słyszeć się dało pomruk, jakby coś wielkiego zirytowane żaliło się bogom.
27.01.2022
Od Stanleya, CD. Nathaniela
Stanley był szorstki, niezależnie od tego, z której strony na niego się patrzyło. Twarz wiecznie nieogolona, ze źle prowadzoną brodą, bo do barbera czasu zaglądać nie miał, a i jemu pod brzytwę cudzą spieszno nie było, to chodził w dużej mierze skudłacony. Kłaki nad uszami też już swoje wycierpiały, gdy obecna pora roku nie wybaczała zimna, a żeby wodę nagrzać, to się przecież narobić nieźle musiał. No i mydliny były od tego, żeby się mydlić, a nie go w oczy szczypać. Jednocześnie i charakter człowieka sprawiał wrażenie nieco spróchniałego, nadgryzionego zębem czasu. Co swoje przeżył, to drugie tyle wycierpiał, o ile samemu twierdził, że charakter twardnieje i tężeje wyłącznie w dobrym kierunku, tak zarówno Billy, jak i Stella, wielokrotnie mieli odmienne zdanie na ten temat.
Może dlatego interesowność mężczyzny w temacie dziwnego kamyczka od razu wzbudziła jego czepliwość. Jak człowiek zbytnio się w czymś z dupy własnej zaczynał orientować, to nagle zaraz gorączka (niekoniecznie tylko złota...) padała padalcom na te łby zakute. A tak obandażowany, pozszywany i w dodatku nieźle pokiereszowany nie bardzo miał możliwość ewentualnie się przed zapędami doktorka obronić. Prawda to, że z niego chuchro było, nawet jak medyczka, ale przecież do rzucenia w kogoś nożem dużej siły nie było potrzeba, jak kto blisko stał. A bliskość stojącego nieopodal doktorzyny Stanowi, to się już w ogóle nie podobała.
Gęstwina nie była dobrym miejscem dla dobrych ludzi. Na szczęście Stan nie był dobrym człowiekiem, ale zdawał sobie sprawę, że nie wszystkich cechują podobne upodobania, co jego. Doktorek, jeżeli był faktycznie taki porządny, na kiego wyglądał, w co zdecydowanie Stanley uwierzyć zbytnio nie chciał, to tutaj miejsca zbyt długo zagotować nie miał. Zignorował wobec tego chwilowe odejście mężczyzny, żeby zatopić się w myślach. Przepełnionych bólem, od którego musiał zęby zagryzać, powiększającego się wraz ze spadkiem adrenaliny w jego ciele.
— Czego? — warknął po chwili, bo wzrok doktorynki też nie przypadł mu do gustu. W ogóle cały jegomość wydawał się Stanowi niepotrzebnym utrapieniem, nawet jeżeli teoretycznie chyba życie mu uratował.
— Nic, nic. Po prostu martwi mnie nadal ten cyprnait. Ile zwierząt musi… — Skrzywił się, słysząc jego słowa przy akompaniamencie odległego skowytu. Widać, że niedźwiedzie musiały już dorwać lepszy cel — cierpieć z jego powodu.
Stan zapatrzył się na młodzinę. No, minę miał nietęgą, z sercem niby na dłoni, ale czuć od niego było zamkniętą w wątłym ciele dobroć. Zastanowił się przez moment, na tyle, żeby nie musieć kłapać niepotrzebnie jęzorem w tak emocjonalnej chwili.
— Planujesz coś z tym… zrobić?
Pytanie mężczyzny wyrwało go z transu. Teoretycznie mógłby zająć się całą tą sprawą niepotrzebnego kamyczka w Gęstwinie, ale znowu, za darmo? I na cudzą modłę? Po co to komu, wobec tego wzruszył tylko ramionami.
— Zobaczymy. Jak mię przeszkadzać będą, to się coś z tym zrobi — powiedział w końcu, ignorując uporczywe spojrzenie rozmówcy. — Nie ma sensu się w takie gówno pakować bez środków. Na to trzeba pomyślunku, dużo śrutu i jeszcze więcej dynamitu. W jednego człowieka, to najwyżej nieszczęście można sobie zmalować.
Spróbował wstać, opierając się o pobliski korzeń. Prawie upadłby, gdyby nie chwycił się mocniej za wystającą gałąź jakiegoś pobliskiego drzewska. A i tak udało mu się podtrzymać tylko chwilę, zanim licha gałązka złamała się pod ciężarem mężczyzny. Zdołał za to utrzymać równowagę, chociaż zaraz doskoczył do niego niedoszły wybawca, przymuszając Stana do ponownego siadu.
— Panie, ja panu złota dam, tylko weź się już chłopie odpierdol — warknął do nieustępliwego mężczyzny, który jedynie pokręcił głową.
— W takim stanie pacjent leżeć i odpoczywać powinien, a nie się na boki miotać — fuknął w jego stronę.
I tak stali przez kilka dobrych minut, dywagując w ramach kwestii zdrowotnej, chociaż Stan dużo chętnie określiłby to malkontenckim pierdoleniem, ale w gęstwinie Gęstwiny zaszeleściło. Raz i drugi, aż poły pobliskich traw rozchyliły się na moment, żeby wyszła z nich niesforna czupryna Stelii.
— Wujek Stan!
27.11.2021
Od Nathaniela CD. Stanleya
22.11.2021
Od Stanleya, CD. Nathaniela
Cholerne, paskudne niedźwiedzie, które teraz Stanley najchętniej ukatrupiłby własnymi łapami. Zacisnąć jedną, zacisnąć drugą i zmusić zasrańce, żeby też przeszły przez etap absolutnego przerażenia. Tej pojedynczej chwili, która rzuca światło na wszystkie popełnione do tej pory dobre i złe uczynki. Na życie z perspektywy pewnego dystansu człowieka, który właśnie spotkał się ze śmiercią. I w zasadzie Stan z tym większych kłopotów nie miał, bo romansowali wspólnie dość długi czas, będąc na niejednej randce, gdy znalazł się po złej stronie lufy czy zwyczajnie zakręcił się nie przy tej robocie, co trzeba. Popełniał przecież błędy i za młodu jako wielki chojrak tykał się sprawunków niemożliwych do wykonania. Bawił się zadaniami, miejscami nawet na granicy prawa, ale za każdym razem czerpał z tego maksymalną satysfakcję. Ustatkował się z czasem, gdy pieniądze przestały już tak ładnie brzęczeć, a za ciekawymi wspomnieniami podążyły blizny, którymi jego ciało było w dużej mierze pokryte.
I może właśnie te doświadczenia nauczyły go, żeby zbytnio z obcymi się nie spoufalać. Nawet z takimi, którzy rzekomo oferują przyjemną, darmową pomoc, jak na zbawienie prosto z nieba. Mało to przejezdnych, którym przy pomocy w ponownym założeniu koła na obręcz powozu zaproponowano ekstra kulkę w łeb? Tu nikt się z nikim nie cackał, a partacze długo nie przeżywali, zbytnio styrani problematyczną rzeczywistością. Jeden zły ruch, niewłaściwie ulokowane zaufanie i nie byłoby nikogo, kto by rozpoznał ciało. Zwłaszcza w Gęstwinie, gdzie można było potencjalne mordy i podboje zwalić na zwierzęta, tak usłużne człowiekowi w ramach wymówki.
A przybysz na lekarza nie wyglądał, chociaż Stan ostatni raz widział człowieka w ładnym fraczku i lekarskim kitlu, gdy Stella mało mu nie zeszła na rękach. Sam zęby rwał u kowala i ochoczo twierdził, że nie ma żadnej przywary, której nie da się wyleczyć odrobiną tranu, terpentyną, ewentualnie czosnkiem i ziółkami. Chuj w zasadzie wiedział, czy kurdupel nie trzyma zza pazuchą płaszcza własnego pistoletu, przygotowanego do szybkiego wystrzału, jak tylko Stanley spuściłby z rezonu.
I miał już go zestrzelić, gdy tak zaskoczył żwawo ze swojego konia i oglądał go jak zwierzę w cyrku, chyba wyłącznie ku własnej, barbarzyńskiej przyjemności, ale w głowie mężczyzny rozgorzała jedna myśl.
Kurna, dzieciarnia pewnie w popłochu zwiała siną w dal. Lepiej człowieka przy sobie przetrzymać, nawet na własne zgonowanie, byle nie natrafił na bliźniaki w głuszy, dużo bardziej od Stana podatne na manipulację, ładne uśmieszki i źle wykonane uściski dłoni. Chyba tylko dlatego puścił w końcu pistolet, kierując jego lufę ku ziemi.
Pozwolił sobie pomóc i tylko w ciszy przeplecionej pomrukiwaniami bólu, dogorywał sobie w świętym spokoju. Tu jakieś igły, tam jakieś specyfiki, a postępujący po nich ból trzymał się na cienkiej linii powiązania ze świadomością Stana, która pojawiała się i znikała w rytm przejawiających się mu przed oczami mroczków. Przy szczególnie nadwrażliwym nerwie myślał, że zaraz zejdzie z tego ziemskiego padołu i najwyżej zawinie się w grobie obok świętej pamięci mateczki, jeżeli będzie miał szansę, przyjemność, a Jedyny się nad nim zlituje. Dopiero po dłuższej chwili otrząsnął się z resztek problematycznych drgnięć ciała, długo po tym, jak Nathaniel zakończył już swoją pracę.
— Skończone… Nie zemdlałeś?
— A żeby cię matka przez łeb kołyską pierdolnęła — odmruknął jękliwie, jednak w jego słowach nie było ani grama jadu. Bardziej pokraczne dziadowanie, gdy zagryzione zęby bolały już choćby od nienaturalnego nacisku.
W odpowiedzi usłyszał ciche parsknięcie śmiechem, zanim zorientował się, że poprzedziło je kolejne pytanie, które nie dosłyszał przez swoje własne mamrotanie pod nosem.
— Czego? — burknął napuszony.
— Co tak właściwie się stało? — spytał łagodnie lekarzyna, oporządzając swoją kobyłę na boku.
— A chuj ci to w zasadzie wiedzieć — obruszył się, pokrzepiony jednak myślą, że wypadałoby okazać jakąkolwiek łaskę osobie, która uratowała mu dupę. Tylko dlatego się sięgnął od razu po pistolet, a jedynie obejrzał wybawiciela od stóp do głów. I nie spodobało mu się to, co zobaczył.
— Gdzie z takimi chudymi nogami w Gęstwinę się pchasz, baranie, chyba na własne niedoczekanie — podsumował zgryźliwie. — Niedźwiedzie, jak większość tego gówna tutaj. Jakiś debil musiał podrzucić cyprnait na jego niedoczekanie i jak zwykle gówno rozeszło się po okolicy. Trzy pary oczu to chuj, pewnie gdzieś tam latają bestie z ośmioma łapami. — Wzdrygnął się, bo wzdrygnął, chociaż w razie jakiegokolwiek podejrzenia na ten temat, zaprzeczyłby solennie.
— Cyprnait? — Medyk doskoczył do mężczyzny, z zainteresowaniem wymalowanym na twarzy.
— Znaczy, tak mi się chyba wydaje. — Podrapał się po głowie zdrową ręką, czując się niekomfortowo po tak bacznym spojrzeniu. — A ty kiego taki interesowny, he?
15.11.2021
Od Nathaniela cd. Stanleya
12.11.2021
Od Stanleya do Nathaniela
— To mi się bardzo mocno nie podoba — powiedziała Stella.
— To mi się bardzo mocno też nie podoba — powiedział Billy.
— To mi się bardzo mocno nie podoba, że wam się nie podoba — powiedział Stanley i, jak zawsze zresztą, w prosty sposób zakończył całościową dyskusję.
Miewał momenty, gdy faktycznie przejmował się zdaniem pół-elfich bękartów, ale nie słynął z otwartego serca, gotowego pojąć prawdy oświecone dyktowane przez dwoje chutliwych, leciwych nastolatków. Gadatliwą, marudliwą dwójkę zwiać mógł pierwszy lepszy zefirek, zwłaszcza pośród gęstwiny, gdzie mimo dużej roślinności i sporego zgęstnienia, zgodnie z nadaną tymże terenom nazwą, wiał denny, silny wiatr, kołysząc agresywnie koronami drzew. Jeżeli już Stan miałby słuchać kogokolwiek, wypadałoby, żeby był to ktoś postury porządnej, zbudowany jak dąb, mający swoje lata na karku, blizny na plecach, odciski na palcach i stopach. Ktoś doświadczony, a nie brygada smarkaterii, której zawsze wydawało się, że wiedzą lepiej. I to wszystko z powodu jednej, drobne kwestii.
Bliźniaki miały zły sen. Ten w stylu najgorszy z najgorszych, gdy człowiek budzi się jeszcze w środku nocy, spocony, zaplątany we własną pościel i otumaniony swoimi cichymi jękami, które docierają wyłącznie do uszu pozostałych domowników, a nie tych dwóch własnych. Przewracali się z jedną na drugą stronę, zanim jeden przeciągnął się na kawałek pryczy drugiego, za co już dawno Stan przestał łoić im dupska pasem i rózgą.
Niezależnie jak bardzo ich rozdzielał, na końcu i tak lądowali na jednej pościeli, gdy jedno miało szczególnie zły humor albo drugie było okropnie chore. W chwilach dni lepszych i neutralnych sami pilnowali zasady bycia już osobno, chociaż obu sprawiało to niesamowitą trudność. Przyzwyczajeni do robienia wszystkiego razem, nieustannie szukali najpierw kontaktu, z czasu już tylko tej drugiej strony w zasięgu własnego wzroku, aż w końcu i to powoli Stan wyplewiał z nich cierpliwie, twardą ręką, nie bojąc się sięgać po środki zaradcze najwyżej klasy. Bądź co bądź, jemu ojcu, Staremu Tomowi, jedno wyszło na zdrowie, porządne dzieciaki wychował. Temu Stan ochoczo korzystając z bogatego przekazu wpajanego własnym obiciem, też chętnie po takie metody zaradcze sięgał. Ciosał lżej, nigdy do krwi czy mocnego bólu, bardziej w wyniku przypomnienia i ostrzeżenia, choć Billy odkąd zaczął uczyć i czytać te dziwne książki z bibliotek w Saint Thomas i Blisstown. Jakby komukolwiek wkładanie więcej głupot do głowy było potrzebne.
Spali co prawda tej nocy w chacie na skraju Gęstwiny, a tu zawsze było im gorzej niż w tej w Górach Hanower, skrzętnie wybudowanej na dosyć płaskim kawałku góry, gdzie niegdyś miało chyba stanąć kolejne, poślednie miasteczko górnicze. Do wykonania planów nie doszło, ostała się przygotowana ziemia, skrzętnie latami przez Stana, a ostatecznie przez Stana i dzieciarnię sprzątana. Mieli swoje miejsce na ziemi, bezpieczne ze wszystkich stron, nawet kilka z nich, bo przecież pieniędzy nie brakowało, wszyscy tutaj byli zaradni, no, Stan otwarcie mówił chełpliwie, że była to w całości jego zasługa, a też nikogo zbytnio nie obchodziły ani stare szyby kopalniane, ani norki i kopne, brudne borsuki, kryjące się w roślinnym gąszczu.
Tym bardziej nie rozumiał, dlaczego dzieciaki upatrzyły sobie akurat ten dzień na panikę. Przecież od rana wszystko szło dobrze! Skorym świtem przygotowali standardowe pułapki, założyli przynęty, najedli się, bo człowiekowi najedzonemu zawsze było lepiej na duszy, Stan miejscami nawet twierdził, że musiała być ona niewątpliwie z żołądkiem połączona, dlatego bez zjedzonego rosołu nawet nie planował wypadu do kościoła. Idąc dalej tym tropem, może to rozluźnienie po sytym posiłku doprowadził do tragedii.
Nie wiedział, jak wyrwał się niedźwiedź. Musiał ominąć wszystkie okoliczne zapadki, rozstawione trutki, skrzętnie produkowane z okropieństw, które zbierał (w rękawiczkach i maseczce, oczywiście!) w opuszczonych kopalniach, a nawet i awaryjne bronie, przygotowane do wystrzału w momencie naderwania liny. No i kilka mniejszych pułapek opartych na przewieszonych kłodach.
Nigdy nie wyobrażał sobie, że jakikolwiek niedźwiedź przedarłby się przez jego żelazną obronę. A jednak musiał nastać ten dzień. Najpierw rozległ się charakterystyczny dźwięk brodzących wśród listowia i leśnej ściółki łap, kilka połamanych gałązek, a nim dobiegł go przejmujący, dudniący w uszach odgłos bardzo, bardzo zdenerwowanej matki z zagrożonymi młodymi, od razu kazał dzieciakom uciekać. Sam chwycił za strzelbę, w ramach ostatniego ratunku, odskakując przed wyłąniającą się z pobliskiego krzaka łapą.
I za nią poszła kolejna, i jeszcze jedna, gdy na teren pośredniego obozowiska, oddalonego od bezpiecznej chaty o dobre kilometry pieszej wędrówki, wkroczyło troje niedźwiedzi. Nie ukrywając, zdębiał na moment, bo niedźwiedzie raczej nie przebywały radośnie w stadzie. Nie bywały też takiej pokaźnej postury, a już na pewno, na pewno nie miały trzech par oczu. Przełknął głośno ślinę, strzelając celnie, ładując pierwszą kulę w środek czaszki pierwszego niedźwiedzia, który spadł na ziemię z rozdzierającym sercem wyciem. W oddali widział młode, kłębiące się zza starszymi osobnikami, równie zdeformowane. Gdyby miał więcej czasu mógłby się zastanowić, jaki skurwysyn najwyraźniej sprowadził cyprnait w sam środek Gęstwiny, a, co gorsza, pozwolił się do niego dobrać okolicznym zwierzętom.
— No, kurwa, jebany debil — wydyszał do siebie, biegnąc na oślep i zostawiając cały sprzęt za sobą. Nie było warte, a poszedł bokiem trasą dosyć nietypową, mając nadzieje, że widoczny w zasięgu wzroku zmutowanych niedźwiedzi cel zachęci bestie do pójścia jego śladem. Broń Wszechmocny, tropem dzieciaków, bo wtedy wszystkie futrzaste łajzy karmiłby mięsem własnych młodych i oddał je na rżnięcie do cyrku.
Przeliczył się. Jeden krok nie w tą stronę, gdy upadł, czując jak pod naporem jego ciała łamie się jedna z większych, leżących na ziemi drewnianych kłód, na której miał nadzieję podskoczyć. Zdążył się tylko przechylić przed smagnięciem ciężkiej paszczęki, zanim poczuł, jak w jego klatce piersiowej zanurzają się ostre pazury. Łapa rozorała mu skórę od strony barku do niskiego boku, zanim trafiła otumanionego trapera raz kolejny. I kolejny. Dopiero po chwili odzyskał przytomność na chwilę, żeby wycelować i wystrzelić. Nie przyniosło to oczekiwanych rezultatów, gdy niedźwiedź lekko zakołysał się od kuli zatrzymanej w zranionej kończynie. W tym samym czasie Stanowi udało się wyszarpać uwięzioną w kłodzie nodze i bez oglądania się za siebie ruszył do przodu.
Biegł ile sił w nogach, ile powietrza w płucach, czując potęgujący od tyłu ryk zranionego zwierzęcia. Zmierzwił się mocno rozpaczą, że ściągnął swoim tropem tylko jednego stwora, mając ogromne nadzieje, że pozostałe bydle nie podążyło za Stellą i Billy`m.
Zanim udało mu się uciec minęła dobra godzina, tak to przynajmniej sobie wyobrażał w spękanej bólem głowie, a on nie przestał biec, dopóki nie miał pewności, że zaraz co najwyżej padnie trupem z wyczerpania. Osiadł pod jednym z drzew, wyraźnie czując, że jego ostatni wyczyn pochodził wyłącznie od kończącej się powoli adrenaliny. Jak teraz, gdy przypomniał sobie o bólu, krwi lejącej się obficie z otwartych ran, a zagryzanie zębów przestało zdawać rezultaty. I wtedy nadarzył się cud. Z okolicznej gęstwiny wypełzł ktoś, o typowo ludzkim wyglądzie, na tyle, że Stan na wszelki wypadek od razu wycelował w niego z ukrytego poprzednio za sprzączką pasa rewolweru. Chuj wie, co jegomościa mogło przywiać w Gęstwinę, a ranny człowiek, to łatwy cel dla potencjalnego łupieżcy.
— Ktoś ty? — wybełkotał gardłowo, krztusząc się śliną.