Kolumna góra

Słuchy z Krainy
Aktualny rok: 1846

Na ulicach słychać szepty o wielkim wyścigu mającym ciągnąć się przez całą Krainę – za wygraną przewidywana jest gigantyczna suma pieniędzy, amnestia wszystkich przestępstw oraz zapewnienie bezpieczeństwa na okres roku. Co ambitniejsi już poszukują wierzchowców na ten morderczy wysiłek.

W Saint Thomas w niewyjaśnionych okolicznościach zniknął kolejny szeryf. Za każdą przydatną informację przewidziana jest nagroda.

Już niedługo w Jackburg: cyrk! Kobieta-guma, linoskoczkowie i najsilniejsi ludzie w całej Krainie. Przyjedzcie zobaczyć to na własne oczy.

Aktualnie poszukiwani są: Otelia Crippen
Dziękujemy za pomoc w schwytaniu Clide'a 'Smiley' Byersa. Aktualnie oczekuje na wyrok sądu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stanley i Nathaniel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stanley i Nathaniel. Pokaż wszystkie posty

5.04.2022

Od Nathaniela CD. Stanleya

Czasami świat stawia cię naprzeciwko wyzwań, które ciężko przekroczyć jednym porządnym krokiem jak ma się często w zwyczaju. Jedno rozwiązanie nie wystarcza i trzeba się nagłowić jak rozegrać całą akcję tak aby nie zabić, siebie, nikogo innego i przy tym tego innego nie zabić samemu. Przed taką właśnie ścianą stanął Nathaniel. Uparty, stary mężczyzna przed nim zachowywał się jakby jego prosty umysł wiedział znacznie więcej o medycynie niż doświadczony od wielu lat lekarz. Hah. Cóż za nieprzyjemne zrządzenie losu, kiedy pacjent który ledwo stoi na nogach i zapewne widzi na oczy z bólu, kłóci się z tobą że z nim wszystko w porządku i jakoś sam dojdzie do domu. Że ma „lekarzyna” się odczepić od pacjenta, bo pacjent wie lepiej, choć pacjent pewnie zdechłby w lesie po spotkaniu z niedźwiedziem.
Jakby się tak zastanowić w sumie to może by i przeżył. Parę dni, aż by go ten niedźwiedź nie znalazł znowu i nie zżarł słabego od zakażeń czy innego gówna. Ale nie. Pacjent wie lepiej. Pacjent będzie się kłócił!
—życie Ci nie miłe? Nie można poleżeć dwa dni! Dwa dni bez ruchu pod drzewem przy ogniu. Człowieku, padniesz po dwóch krokach. — Nathaniel zawył w końcu. Czy do tego zakutego łba tak ciężko było przemówić. Blondyn nie wiedział ile lat był młodszy, ani ilu ludzi spotkał, ale tak upartego osła to jeszcze nie widział. A nawet osły jakie minął były bardziej kooperatywne niż ten facet.
—Nie... — i nie skończył swojego genialnego argumentu gdyż ich uwagę zwróciło szeleszczenie. Oboje skupili swoją uwagę całkowicie na tym fakcie. Zapewne z dwóch różnych powodów. Kara klacz parsknęła gdzieś w tle, posyłając jedynie cały przemarsz ciarek po plecach blond doktorka. Cóż bowiem mogło się kryć w osłoniętych liśćmi gęstwinie? Otóż wszystko, włącznie z nadchodzącą ich, możliwą, śmiercią. Chociaż Nathaniel może zdążyłby dosiąść konia w największym popłochu porzucając nieszczęsnego, aczkolwiek zapewne znacznie bardziej ogarniętego, faceta w tle. Cóż. Byłby to tylko jedna więcej skaza na tle każdej kropli krwi jaka spłynęła mu po rękach. Czy to z winy choroby, czy ta należąca do niego samego, kiedy delikatna jeszcze skóra napotykała się na kamienie. Kto wie. Może niewiele by to znaczyło dla jego dobrego serca, gdyby to nie było takie... dobroduszne. Po co mu było więc w ogóle zatrzymywać się przy tym upartym, głupim... nie ważne. Ważne było jak jego serce powoli przystanęło swojej szarży kiedy spomiędzy liści wyłoniła się ludzka głowa. Mała ludzka głowa pragnę dodać. Za zaraz za nią następna.
Dwójka dzieci, jak gdyby nigdy nic wkroczyła na tą jakże przytulną polankę, skrytą w cieniu drzew i powoli schodzącego ze swojego tronu słońca. Blondyn zamrugał dwa razy i odetchnął może odrobinę za głośno, gdyż zdało mu się że echo odbiło mu ten prosty dźwięk tysiące razy w głowie.
zaraz potem „pacjent” splunął głośno przez własne ramię. Błękitne oczy medyka powoli zaczynały blednąć w poddaniu się. Cóż. Na niektórych nie ma lekarstwa.
Minęła chwila ciszy. Godziła ona może trochę w uszy, ale Nathowi zupełnie nie przeszkadzała. Była wręcz na rękę, gdyż nie za bardzo wiedział skąd te dzieciaki się tu wzięły. Chociaż przyznać trzeba było, że strachu przed tym napakowanym i opatrzonym facetem jakiegoś zbyt mocnego to nie miały. Podobnie jak przed chuderlawym medykiem, bo w końcu jedno z nich podeszło dwa kroki bliżej zaglądając na niego z ciekawością... czy może oceniając jak dobrać się do jego kości? Kto to wie. Ludzie tej Krainy czasem byli nieprzewidywalni.
—Jestem.. — zaczęła. Nieco kultury jakby przemówiło przez to młode serce.
—Zamknij się. — ale nie skończyła. Oczywiście. Kultury za grosz, a uparty jak diabeł.
—Nie spoufalaj się z jegomościem, szturchać go zacznij. — No jakby mu jednego niekulturalnego poobijanego worka treningowego niedźwiedzi brakowało. I dzieci nastawiał przeciw niemu. Czy sens był jeszcze trzymać się tu i czy może już nie zgłupiał w tym lesie? To o to. To było bardzo dobre pytanie dla jego biednej świadomości zgubionej we własnym istnieniu.
—O nic się wujku nie martw! — dziewczynka, wnioskując z głosu, wydobyła prawie jak znikąd nóż. Nóż? Kto wie. Na pewno nie medyk, który najwięcej co umiał to strzelać z łuku, szyć igłą i płynnie władać sarkazmem. Jednak ostrze błysnęło wesoło w świetle promieni tańczących na wietrze.
—Oh jak miło... Rodzina wariatów. — wywnioskował, a że jego słowa w milczeniu poniósł wiatr, nikt ich nie dosłyszał.

A gdzieś w oddali jedynie słyszeć się dało pomruk, jakby coś wielkiego zirytowane żaliło się bogom.

27.01.2022

Od Stanleya, CD. Nathaniela

Stanley był szorstki, niezależnie od tego, z której strony na niego się patrzyło. Twarz wiecznie nieogolona, ze źle prowadzoną brodą, bo do barbera czasu zaglądać nie miał, a i jemu pod brzytwę cudzą spieszno nie było, to chodził w dużej mierze skudłacony. Kłaki nad uszami też już swoje wycierpiały, gdy obecna pora roku nie wybaczała zimna, a żeby wodę nagrzać, to się przecież narobić nieźle musiał. No i mydliny były od tego, żeby się mydlić, a nie go w oczy szczypać. Jednocześnie i charakter człowieka sprawiał wrażenie nieco spróchniałego, nadgryzionego zębem czasu. Co swoje przeżył, to drugie tyle wycierpiał, o ile samemu twierdził, że charakter twardnieje i tężeje wyłącznie w dobrym kierunku, tak zarówno Billy, jak i Stella, wielokrotnie mieli odmienne zdanie na ten temat. 

Może dlatego interesowność mężczyzny w temacie dziwnego kamyczka od razu wzbudziła jego czepliwość. Jak człowiek zbytnio się w czymś z dupy własnej zaczynał orientować, to nagle zaraz gorączka (niekoniecznie tylko złota...) padała padalcom na te łby zakute. A tak obandażowany, pozszywany i w dodatku nieźle pokiereszowany nie bardzo miał możliwość ewentualnie się przed zapędami doktorka obronić. Prawda to, że z niego chuchro było, nawet jak medyczka, ale przecież do rzucenia w kogoś nożem dużej siły nie było potrzeba, jak kto blisko stał. A bliskość stojącego nieopodal doktorzyny Stanowi, to się już w ogóle nie podobała.

Gęstwina nie była dobrym miejscem dla dobrych ludzi. Na szczęście Stan nie był dobrym człowiekiem, ale zdawał sobie sprawę, że nie wszystkich cechują podobne upodobania, co jego. Doktorek, jeżeli był faktycznie taki porządny, na kiego wyglądał, w co zdecydowanie Stanley uwierzyć zbytnio nie chciał, to tutaj miejsca zbyt długo zagotować nie miał. Zignorował wobec tego chwilowe odejście mężczyzny, żeby zatopić się w myślach. Przepełnionych bólem, od którego musiał zęby zagryzać, powiększającego się wraz ze spadkiem adrenaliny w jego ciele. 

— Czego? — warknął po chwili, bo wzrok doktorynki też nie przypadł mu do gustu. W ogóle cały jegomość wydawał się Stanowi niepotrzebnym utrapieniem, nawet jeżeli teoretycznie chyba życie mu uratował. 

— Nic, nic. Po prostu martwi mnie nadal ten cyprnait. Ile zwierząt musi… — Skrzywił się, słysząc jego słowa przy akompaniamencie odległego skowytu. Widać, że niedźwiedzie musiały już dorwać lepszy cel — cierpieć z jego powodu.

Stan zapatrzył się na młodzinę. No, minę miał nietęgą, z sercem niby na dłoni, ale czuć od niego było zamkniętą w wątłym ciele dobroć. Zastanowił się przez moment, na tyle, żeby nie musieć kłapać niepotrzebnie jęzorem w tak emocjonalnej chwili.

— Planujesz coś z tym… zrobić? 

Pytanie mężczyzny wyrwało go z transu. Teoretycznie mógłby zająć się całą tą sprawą niepotrzebnego kamyczka w Gęstwinie, ale znowu, za darmo? I na cudzą modłę? Po co to komu, wobec tego wzruszył tylko ramionami. 

— Zobaczymy. Jak mię przeszkadzać będą, to się coś z tym zrobi — powiedział w końcu, ignorując uporczywe spojrzenie rozmówcy. — Nie ma sensu się w takie gówno pakować bez środków. Na to trzeba pomyślunku, dużo śrutu i jeszcze więcej dynamitu. W jednego człowieka, to najwyżej nieszczęście można sobie zmalować. 

Spróbował wstać, opierając się o pobliski korzeń. Prawie upadłby, gdyby nie chwycił się mocniej za wystającą gałąź jakiegoś pobliskiego drzewska. A i tak udało mu się podtrzymać tylko chwilę, zanim licha gałązka złamała się pod ciężarem mężczyzny. Zdołał za to utrzymać równowagę, chociaż zaraz doskoczył do niego niedoszły wybawca, przymuszając Stana do ponownego siadu.

— Panie, ja panu złota dam, tylko weź się już chłopie odpierdol — warknął do nieustępliwego mężczyzny, który jedynie pokręcił głową.

— W takim stanie pacjent leżeć i odpoczywać powinien, a nie się na boki miotać — fuknął w jego stronę. 

I tak stali przez kilka dobrych minut, dywagując w ramach kwestii zdrowotnej, chociaż Stan dużo chętnie określiłby to malkontenckim pierdoleniem, ale w gęstwinie Gęstwiny zaszeleściło. Raz i drugi, aż poły pobliskich traw rozchyliły się na moment, żeby wyszła z nich niesforna czupryna Stelii. 

— Wujek Stan! 

27.11.2021

Od Nathaniela CD. Stanleya

Słuchając tego narzekania, powoli łapał z jaką osobą ma do czynienia. Nieco starawy facet bez żony i miłości, wdzięczny w niewdzięczny sposób. I prawda, obraza o matce nieco ubodła w słabe miejsce młodego chłopaka, jednak ton w jakim słowa uciekły z ust pacjenta mało go nie rozbawił, ba! Parsknął lekko, czując narastający w nim śmiech, którego tak dawno świat nie słyszał. Trzeba było przyznać, że ten dziadyga miał w sobie coś, co sprawiało, że jego narzekanie bawiło Nathaniela niemiłosiernie. A wiele osób już w swoim życiu spotkał.
— Gdzie z tym chudymi nogami w Gęstwinę się pchasz, baranie, chyba na własne niedoczekanie. — Oczywiście medyk spodziewał się kąśliwych uwag na temat swojego wyglądu. Często się z nimi spotykał. 
Niski, z wyglądu słaby fizycznie (bo mentalnie był całkiem stabilny), blady. Nic dziwnego, że pierwszą myślą jest albo łatwy cel, albo słaby człowiek. No cóż. Może na słabego wyglądał, ale bardzo niemrawy nie był. Lata szycia, noszenia pacjentów, jazda konna, to wszystko trenuje mięśnie w zaskakująco niespodziewanym stopniu. Chociaż pewnie tego człowieka, nawet zranionego, by nie pokonał. Bądźmy szczerzy, był lekarzem nie wojownikiem czy traperem. Najszybciej poza swoim zawodem trafiłby najwyżej do cyrku . 
— Niedźwiedzie, jak większość tego gówna tutaj. Jakiś debil musiał podrzucić cyprnait na jego niedoczekanie i jak zwykle gówno rozeszło się po okolicy. Trzy pary oczu to chuj, pewnie gdzieś tam latają bestie z ośmioma łapami. — Nathaniel zatrzymał się w połowie ruchu. Jego palce zanurzone w krótkiej, ale miękkiej sierści swojego wierzchowca zastygły. 
Milion myśli pojawiło się w głowie blondyna, kiedy myślał nad odpowiednią reakcją. Z jednej strony było to doskonałe wytłumaczenie tego przedziwnego lisa, którego na szczęście minęli bez starcia. Z drugiej zaś, co ten zdradziecki materiał robił w gęstwinie i kim mógł być baran, który przytargał coś tak zabójczego w te strony. No i jaki był jego motyw, o ile ten ktoś jeszcze żył. Nat przymknął błękitne oczy na chwilę. Trzecie uczucie. Prócz zrozumienia i przestrachu, nadeszła do jego serca ciekawość. Prawda, słyszał o tym niesamowitym kamieniu, o tym zielonym kolorku, jednak czy kiedykolwiek widział go na własne oczy? No nie. Dlatego w nieco zbytnio energicznym ruchu przysiadł sobie przed mężczyzną.
— Cyprnait? — spytał ciekawsko. Bądźmy szczerzy ze sobą. Był młody i zainteresowany rzuceniem okiem na ten skarb Krainy. Co prawda nigdy nie marzył o żadnej zawieszce z tego kamienia, gdyż zagrożenia z tym związane były nazbyt przerażające, a on nie zamierzał ukrywać, że zwyczajnie się ich boi.
— Znaczy, tak mi się chyba wydaje. — Nieznajomy podrapał się po głowie. — A ty kiego taki interesowny, he?
— Nigdy nie widziałem tego cholerstwa. Może stąd moja ciekawość — mruknął w odpowiedzi, jakby tłumacząc też to samemu sobie. — W dodatku, jeśli to rzeczywiście jest to, Gęstwina szybko stanie się miejscem niebezpiecznym nawet dla doświadczonych traperów, więc myśląc ekonomicznie, wiele osób straci pracę lub życie — mruknął, wstając. — Pozwól, że zostawię cię na chwilę i pójdę po jakiś opał. Młoda, zerkaj na niego. — Nie zwrócił się do pacjenta, a do klaczy, która zatrzęsła grzywą w jakby niemym zrozumieniu. Nat w sumie nie wiedział, jak wiele jego przyjaciółka rozumiała z tego co do niej mówił i na ile była w stanie inteligentnie na to „odpowiedzieć”.
Chwilę go tylko nie było, a kiedy wrócił na szczęście zastał tego człowieka tam, gdzie go zostawił. Nie był pewny czy to z powodu zadanego mu bólu, czy jakiego innego powodu, ale odrobinę mu ulżyło. Nat idioto. Przestań się tak szybko przywiązywać do nieznajomych, których nie znasz nawet z imienia! Powarczał sam na siebie w głowie, sprawnie rozpalając ogień. Potem przysiadł sobie na ziemi obok kamrata.
—… Czego?— ten tylko warknął, widząc jak Nat mierzy go wzrokiem.
— Nic, nic. Po prostu martwi mnie nadal ten cyprnait. Ile zwierząt musi… — zatrzymał się w pół słowa słysząc w dalekim echu głośne zawodzenie, jakby coś zarzynano żywcem — cierpieć z jego powodu.
Głos mało nie ugrzązł mu w gardle, a jego stanowczo za dobre serce ścisnęło się w delikatnym żalu. Kto robi tak potworne rzeczy w takiej głuszy? Kto zgubił coś tak ohydnego pośród lasów? Kto zatruwa zwierzęta? Jaki jest jego motyw? Co dokładnie się stało? Tyle pytań. Żadnej odpowiedzi. Nathaniel w nagłym milczeniu wbił oczy w daleką ciemność lasu.
— Planujesz coś z tym… zrobić? — Zerknął na nieznajomego u swojego boku.

<Stanley?>

22.11.2021

Od Stanleya, CD. Nathaniela

Cholerne, paskudne niedźwiedzie, które teraz Stanley najchętniej ukatrupiłby własnymi łapami. Zacisnąć jedną, zacisnąć drugą i zmusić zasrańce, żeby też przeszły przez etap absolutnego przerażenia. Tej pojedynczej chwili, która rzuca światło na wszystkie popełnione do tej pory dobre i złe uczynki. Na życie z perspektywy pewnego dystansu człowieka, który właśnie spotkał się ze śmiercią. I w zasadzie Stan z tym większych kłopotów nie miał, bo romansowali wspólnie dość długi czas, będąc na niejednej randce, gdy znalazł się po złej stronie lufy czy zwyczajnie zakręcił się nie przy tej robocie, co trzeba. Popełniał przecież błędy i za młodu jako wielki chojrak tykał się sprawunków niemożliwych do wykonania. Bawił się zadaniami, miejscami nawet na granicy prawa, ale za każdym razem czerpał z tego maksymalną satysfakcję. Ustatkował się z czasem, gdy pieniądze przestały już tak ładnie brzęczeć, a za ciekawymi wspomnieniami podążyły blizny, którymi jego ciało było w dużej mierze pokryte. 

I może właśnie te doświadczenia nauczyły go, żeby zbytnio z obcymi się nie spoufalać. Nawet z takimi, którzy rzekomo oferują przyjemną, darmową pomoc, jak na zbawienie prosto z nieba. Mało to przejezdnych, którym przy pomocy w ponownym założeniu koła na obręcz powozu zaproponowano ekstra kulkę w łeb? Tu nikt się z nikim nie cackał, a partacze długo nie przeżywali, zbytnio styrani problematyczną rzeczywistością. Jeden zły ruch, niewłaściwie ulokowane zaufanie i nie byłoby nikogo, kto by rozpoznał ciało. Zwłaszcza w Gęstwinie, gdzie można było potencjalne mordy i podboje zwalić na zwierzęta, tak usłużne człowiekowi w ramach wymówki. 

A przybysz na lekarza nie wyglądał, chociaż Stan ostatni raz widział człowieka w ładnym fraczku i lekarskim kitlu, gdy Stella mało mu nie zeszła na rękach. Sam zęby rwał u kowala i ochoczo twierdził, że nie ma żadnej przywary, której nie da się wyleczyć odrobiną tranu, terpentyną, ewentualnie czosnkiem i ziółkami. Chuj w zasadzie wiedział, czy kurdupel nie trzyma zza pazuchą płaszcza własnego pistoletu, przygotowanego do szybkiego wystrzału, jak tylko Stanley spuściłby z rezonu. 

I miał już go zestrzelić, gdy tak zaskoczył żwawo ze swojego konia i oglądał go jak zwierzę w cyrku, chyba wyłącznie ku własnej, barbarzyńskiej przyjemności, ale w głowie mężczyzny rozgorzała jedna myśl.

Kurna, dzieciarnia pewnie w popłochu zwiała siną w dal. Lepiej człowieka przy sobie przetrzymać, nawet na własne zgonowanie, byle nie natrafił na bliźniaki w głuszy, dużo bardziej od Stana podatne na manipulację, ładne uśmieszki i źle wykonane uściski dłoni. Chyba tylko dlatego puścił w końcu pistolet, kierując jego lufę ku ziemi.

Pozwolił sobie pomóc i tylko w ciszy przeplecionej pomrukiwaniami bólu, dogorywał sobie w świętym spokoju. Tu jakieś igły, tam jakieś specyfiki, a postępujący po nich ból trzymał się na cienkiej linii powiązania ze świadomością Stana, która pojawiała się i znikała w rytm przejawiających się mu przed oczami mroczków. Przy szczególnie nadwrażliwym nerwie myślał, że zaraz zejdzie z tego ziemskiego padołu i najwyżej zawinie się w grobie obok świętej pamięci mateczki, jeżeli będzie miał szansę, przyjemność, a Jedyny się nad nim zlituje. Dopiero po dłuższej chwili otrząsnął się z resztek problematycznych drgnięć ciała, długo po tym, jak Nathaniel zakończył już swoją pracę. 

— Skończone… Nie zemdlałeś? 

— A żeby cię matka przez łeb kołyską pierdolnęła — odmruknął jękliwie, jednak w jego słowach nie było ani grama jadu. Bardziej pokraczne dziadowanie, gdy zagryzione zęby bolały już choćby od nienaturalnego nacisku. 

W odpowiedzi usłyszał ciche parsknięcie śmiechem, zanim zorientował się, że poprzedziło je kolejne pytanie, które nie dosłyszał przez swoje własne mamrotanie pod nosem.

— Czego? — burknął napuszony.

— Co tak właściwie się stało? — spytał łagodnie lekarzyna, oporządzając swoją kobyłę na boku.

— A chuj ci to w zasadzie wiedzieć — obruszył się, pokrzepiony jednak myślą, że wypadałoby okazać jakąkolwiek łaskę osobie, która uratowała mu dupę. Tylko dlatego się sięgnął od razu po pistolet, a jedynie obejrzał wybawiciela od stóp do głów. I nie spodobało mu się to, co zobaczył.

— Gdzie z takimi chudymi nogami w Gęstwinę się pchasz, baranie, chyba na własne niedoczekanie — podsumował zgryźliwie. — Niedźwiedzie, jak większość tego gówna tutaj. Jakiś debil musiał podrzucić cyprnait na jego niedoczekanie i jak zwykle gówno rozeszło się po okolicy. Trzy pary oczu to chuj, pewnie gdzieś tam latają bestie z ośmioma łapami. — Wzdrygnął się, bo wzdrygnął, chociaż w razie jakiegokolwiek podejrzenia na ten temat, zaprzeczyłby solennie. 

— Cyprnait? — Medyk doskoczył do mężczyzny, z zainteresowaniem wymalowanym na twarzy.

— Znaczy, tak mi się chyba wydaje. — Podrapał się po głowie zdrową ręką, czując się niekomfortowo po tak bacznym spojrzeniu. — A ty kiego taki interesowny, he?

15.11.2021

Od Nathaniela cd. Stanleya

Okolice zdawały się żyć własnym harmonijnym życiem, kiedy tak przyglądał się im zupełnie nieprzypadkowo. Zdarzało mu się niegdyś podróżować przez lasy, wielkie czy nie, ale ten wyglądał zaskakująco pięknie i… leśnie o ile można to tak ująć. Ale czy są lasy, które nimi nie są? No właśnie. Nat skrzywił się nieco w zaskoczeniu na własne idiotyczne pytanie i spostrzeżenie. Zrezygnowany skupił się ponownie na drodze, obserwując runo leśne i okolice w poszukiwaniu pułapek. Tutejsze okolice podobno słynęły z traperów, którzy rozstawiali z zadowoleniem swoje pułapki, gdzie tylko mogli. Zwłaszcza, że młody medyk dawno porzucił już standardową i uklepaną dróżkę między wysokimi drzewami. Zbyt wielkie było prawdopodobieństwo spotkania ludzi, których poza miastami wolał jednak unikać. No właśnie. Tak od skrajności do skrajności, to była cała jego osobowość. Uwielbiał patrzeć na wyleczonych pacjentów i słuchać z dala głosów z pełnych barów, jednak tłumów nigdy nie lubił, a przebywanie z kimś sam na sam wpawało go w zbytnią ostrożność i często niepotrzebne spięcie. Jednak taki już był, pełen niedoskonałości i głupich nawyków, których nie miał kto z niego wyplenić na przestrzeni lat.
Chodzenie poza uklepanymi drogami miało swoje zalety, jednak pozostawał jeszcze fakt, że lasy są naturalnym domem dla dzikich zwierząt. To także stanowiło swoiste zmartwienie dla blondyna. Uspokajało go jedynie to, że jego klacz zapewne będzie o niebezpieczeństwie wiedziała pierwsza i z pewnością zrobi się bardzo niespokojna. Zatem tak długo, jak jej krok był płynny i powolny, nie było się czego bać. Chyba. Ze złym przeczuciem przeczesał splątaną grzywę zwierzęcia palcami. Coś podpowiadało mu, że nie będzie to piękny i monotonny dzień, jak każdy inny spędzony w podróży.
Dzień nie był taki młody, ale jeszcze się nie starzał, kiedy w oddali coś zawyło i zahuczało. Nat szarpnął za wodze, wsłuchując się w milczący przez chwilę las. Liście szumiały w spokojnym rytmie, ptaki jeszcze chwilę szczebiotały wesoło, kiedy powietrze przeszył kolejny ryk, dużo bardziej żałosny i bolesny, aż Nathanielowi ciary przeszły po plecach na samą myśl. Coś wpadło w pułapkę. Przyszło mu do głowy, a sądząc po dźwięku, obstawiał coś dużego, włochatego, czego nazwa zaczyna się na „N” i kończy na „dźwiedź”. Dobrze, że on, nie ja. I bez większego namysłu ruszył swoją drogą, przed siebie. Jednak coś przekroczyło drogę jego drogiej klaczy, która żwawym ruchem zmieniła kierunek ich jazdy, prychając przestraszona. Nat jedynie kątem oka dojrzał błyszczące się rude futro i … trzy pary oczu? Ile? Jednak nie miał czasu na zastanawianie się nad tą sytuacją. Zresztą, pewnie mu się przewidziało w biegu i stresie. Swoją przyjaciółkę opanował w miarę szybko, jednak nie było to proste. Z wrażenia aż wyszedł z siodła.
Jechał powoli i spokojnie, bo nie miał ochoty na wpadnięcie w pułapki co powtarza się już kolejny raz, a świadczy o fakcie, że jednak jest mu to tak nie na rękę, że trzeba powiedzieć to więcej niż raz. Teraz jednak miał się na baczności jeszcze bardziej, bo kompletnie zagubił się po nagłej panice swojej klaczy. Nie wiedział, w którą stronę dokładnie idą i jak daleko do brzegu lasu. Spodziewał się wielu dni wędrówki, deszczu, słońca, niedźwiedzi, a nawet spania pod gołym niebem, a nie w siodle, jednak wiecie czego Nathaniel się nie spodziewał? Otóż, że kiedy wyjdzie z kolejnych krzaków pod drzewem spotka człowieka. Ale to nie byle jakiego człowieka, ba! Dorosłego, postawnego mężczyznę, z którego boków… i właściwie zewsząd lała się krew. Celował w niego rewolwerem. 
— Ktoś ty? — gardłowy głos nie zdołał wyrwać go z szoku. Milczał więc jeszcze przez chwilę, zastanawiając się co poczynić. No, bo ok… był lekarzem, ale jasna cholera, celują w niego bronią palną. Życie jeszcze jest mu miłe. Mógłby odjechać, tak bez słowa, ale coś mu podpowiadało, że jego sumienie upierdzieliłoby go następnego dnia na śniadanie. Dlatego niepewnie potarł czoło i wziął głęboki wdech. To będzie ciekawe…. Doświadczenie.
— Zgubionym w lesie lekarzem. — Ile ten człowiek musiał mieć szczęścia, aby trafić na medyka w środku głuszy. Aż Nat zastanowił się, czy aby przypadkiem Jedyny jednak gdzieś tam nad nimi nie czuwa. Nat zszedł z klaczy i otworzył torbę wiszącą u jej boku. Ta tylko schyliła łeb, podgryzając odrobinę trawki. Igła, nić, bo bez tego się nie obejdzie, no i oczywiście odrobina nieco poszarzałych bandaży. Nowe miał w innej torbie, jako że niedawno uzupełniał zapasy w wielkim mieście. Obejrzał się jeszcze raz na tego człowieka i sięgnął też po wodę i jakiś lek z ziół na rzekome zakażenia. Zapewne niewiele on dawał, jednak był lepszy niż pozostawianie ran bez zabezpieczenia.
— Byłbym wdzięczny jakbyś jednak nie próbował we mnie strzelać — powiedział i zbliżył się bez zawahania, rzucając wszystko na trawę obok nieszczęśnika i żwawo pozbawiając go resztek koszuli, aby spojrzeć na jego rany. Zmarszczył nos, nawet nie słuchając co ten facet ma do powiedzenia. Masz za dobre serce Nat. Za dobre, kiedyś za to oberwiesz. Zawinął kawałek ściereczki i przyłożył do ust gościa, który rzucił mu tylko groźne spojrzenie.
— Zagryź, bo będzie bolało — zamilkł na sekundę — bardziej niż teraz. — I powolnymi płynnymi ruchami zaczął zmywać nadmiar krwi z jego ciała. Potem w ruch poszła igła i nić, a sprawne ruchy szybko załatały rany pozostawione przez ewidentnie zwierzęce pazury. Wszystko przy akompaniamencie pomrukiwań bólu rozmytych gdzieś w tle poza umysłem Nathaniela. A kiedy cała ta „operacja”, która pochłonęła całą jego uwagę, skończyła się, posmarował szwy maścią i obwiązał bandażem. Źle nie było. Zawsze mogło skończyć się na amputacji lub połamanych kończynach, na co, na szczęście, nic nie wskazywało, gdyż żebra ładnie utrzymywały swój kształt pod naciskiem jego palców.
— Skończone… Nie zemdlałeś? — rzucił w powietrze, zbierając swoje rzeczy i kierując się do torby uwieszonej u końskiego boku. Niebo powoli zasnuwało się pomarańczami i żółciami nadchodzącego zmierzchu, a cienie drzew przykrywały wszystko wokoło. — Co tak właściwie się stało?

12.11.2021

Od Stanleya do Nathaniela

— To mi się bardzo mocno nie podoba — powiedziała Stella.

— To mi się bardzo mocno też nie podoba — powiedział Billy. 

— To mi się bardzo mocno nie podoba, że wam się nie podoba — powiedział Stanley i, jak zawsze zresztą, w prosty sposób zakończył całościową dyskusję. 

Miewał momenty, gdy faktycznie przejmował się zdaniem pół-elfich bękartów, ale nie słynął z otwartego serca, gotowego pojąć prawdy oświecone dyktowane przez dwoje chutliwych, leciwych nastolatków. Gadatliwą, marudliwą dwójkę zwiać mógł pierwszy lepszy zefirek, zwłaszcza pośród gęstwiny, gdzie mimo dużej roślinności i sporego zgęstnienia, zgodnie z nadaną tymże terenom nazwą, wiał denny, silny wiatr, kołysząc agresywnie koronami drzew. Jeżeli już Stan miałby słuchać kogokolwiek, wypadałoby, żeby był to ktoś postury porządnej, zbudowany jak dąb, mający swoje lata na karku, blizny na plecach, odciski na palcach i stopach. Ktoś doświadczony, a nie brygada smarkaterii, której zawsze wydawało się, że wiedzą lepiej. I to wszystko z powodu jednej, drobne kwestii. 

Bliźniaki miały zły sen. Ten w stylu najgorszy z najgorszych, gdy człowiek budzi się jeszcze w środku nocy, spocony, zaplątany we własną pościel i otumaniony swoimi cichymi jękami, które docierają wyłącznie do uszu pozostałych domowników, a nie tych dwóch własnych. Przewracali się z jedną na drugą stronę, zanim jeden przeciągnął się na kawałek pryczy drugiego, za co już dawno Stan przestał łoić im dupska pasem i rózgą. 

Niezależnie jak bardzo ich rozdzielał, na końcu i tak lądowali na jednej pościeli, gdy jedno miało szczególnie zły humor albo drugie było okropnie chore. W chwilach dni lepszych i neutralnych sami pilnowali zasady bycia już osobno, chociaż obu sprawiało to niesamowitą trudność. Przyzwyczajeni do robienia wszystkiego razem, nieustannie szukali najpierw kontaktu, z czasu już tylko tej drugiej strony w zasięgu własnego wzroku, aż w końcu i to powoli Stan wyplewiał z nich cierpliwie, twardą ręką, nie bojąc się sięgać po środki zaradcze najwyżej klasy. Bądź co bądź, jemu ojcu, Staremu Tomowi, jedno wyszło na zdrowie, porządne dzieciaki wychował. Temu Stan ochoczo korzystając z bogatego przekazu wpajanego własnym obiciem, też chętnie po takie metody zaradcze sięgał. Ciosał lżej, nigdy do krwi czy mocnego bólu, bardziej w wyniku przypomnienia i ostrzeżenia, choć Billy odkąd zaczął uczyć i czytać te dziwne książki z bibliotek w Saint Thomas i Blisstown. Jakby komukolwiek wkładanie więcej głupot do głowy było potrzebne. 

Spali co prawda tej nocy w chacie na skraju Gęstwiny, a tu zawsze było im gorzej niż w tej w Górach Hanower, skrzętnie wybudowanej na dosyć płaskim kawałku góry, gdzie niegdyś miało chyba stanąć kolejne, poślednie miasteczko górnicze. Do wykonania planów nie doszło, ostała się przygotowana ziemia, skrzętnie latami przez Stana, a ostatecznie przez Stana i dzieciarnię sprzątana. Mieli swoje miejsce na ziemi, bezpieczne ze wszystkich stron, nawet kilka z nich, bo przecież pieniędzy nie brakowało, wszyscy tutaj byli zaradni, no, Stan otwarcie mówił chełpliwie, że była to w całości jego zasługa, a też nikogo zbytnio nie obchodziły ani stare szyby kopalniane, ani norki i kopne, brudne borsuki, kryjące się w roślinnym gąszczu. 

Tym bardziej nie rozumiał, dlaczego dzieciaki upatrzyły sobie akurat ten dzień na panikę. Przecież od rana wszystko szło dobrze! Skorym świtem przygotowali standardowe pułapki, założyli przynęty, najedli się, bo człowiekowi najedzonemu zawsze było lepiej na duszy, Stan miejscami nawet twierdził, że musiała być ona niewątpliwie z żołądkiem połączona, dlatego bez zjedzonego rosołu nawet nie planował wypadu do kościoła. Idąc dalej tym tropem, może to rozluźnienie po sytym posiłku doprowadził do tragedii. 

Nie wiedział, jak wyrwał się niedźwiedź. Musiał ominąć wszystkie okoliczne zapadki, rozstawione trutki, skrzętnie produkowane z okropieństw, które zbierał (w rękawiczkach i maseczce, oczywiście!) w opuszczonych kopalniach, a nawet i awaryjne bronie, przygotowane do wystrzału w momencie naderwania liny. No i kilka mniejszych pułapek opartych na przewieszonych kłodach. 

Nigdy nie wyobrażał sobie, że jakikolwiek niedźwiedź przedarłby się przez jego żelazną obronę. A jednak musiał nastać ten dzień. Najpierw rozległ się charakterystyczny dźwięk brodzących wśród listowia i leśnej ściółki łap, kilka połamanych gałązek, a nim dobiegł go przejmujący, dudniący w uszach odgłos bardzo, bardzo zdenerwowanej matki z zagrożonymi młodymi, od razu kazał dzieciakom uciekać. Sam chwycił za strzelbę, w ramach ostatniego ratunku, odskakując przed wyłąniającą się z pobliskiego krzaka łapą.

I za nią poszła kolejna, i jeszcze jedna, gdy na teren pośredniego obozowiska, oddalonego od bezpiecznej chaty o dobre kilometry pieszej wędrówki, wkroczyło troje niedźwiedzi. Nie ukrywając, zdębiał na moment, bo niedźwiedzie raczej nie przebywały radośnie w stadzie. Nie bywały też takiej pokaźnej postury, a już na pewno, na pewno nie miały trzech par oczu. Przełknął głośno ślinę, strzelając celnie, ładując pierwszą kulę w środek czaszki pierwszego niedźwiedzia, który spadł na ziemię z rozdzierającym sercem wyciem. W oddali widział młode, kłębiące się zza starszymi osobnikami, równie zdeformowane. Gdyby miał więcej czasu mógłby się zastanowić, jaki skurwysyn najwyraźniej sprowadził cyprnait w sam środek Gęstwiny, a, co gorsza, pozwolił się do niego dobrać okolicznym zwierzętom. 

— No, kurwa, jebany debil — wydyszał do siebie, biegnąc na oślep i zostawiając cały sprzęt za sobą. Nie było warte, a poszedł bokiem trasą dosyć nietypową, mając nadzieje, że widoczny w zasięgu wzroku zmutowanych niedźwiedzi cel zachęci bestie do pójścia jego śladem. Broń Wszechmocny, tropem dzieciaków, bo wtedy wszystkie futrzaste łajzy karmiłby mięsem własnych młodych i oddał je na rżnięcie do cyrku.

Przeliczył się. Jeden krok nie w tą stronę, gdy upadł, czując jak pod naporem jego ciała łamie się jedna z większych, leżących na ziemi drewnianych kłód, na której miał nadzieję podskoczyć. Zdążył się tylko przechylić przed smagnięciem ciężkiej paszczęki, zanim poczuł, jak w jego klatce piersiowej zanurzają się ostre pazury. Łapa rozorała mu skórę od strony barku do niskiego boku, zanim trafiła otumanionego trapera raz kolejny. I kolejny. Dopiero po chwili odzyskał przytomność na chwilę, żeby wycelować i wystrzelić. Nie przyniosło to oczekiwanych rezultatów, gdy niedźwiedź lekko zakołysał się od kuli zatrzymanej w zranionej kończynie. W  tym samym czasie Stanowi udało się wyszarpać uwięzioną w kłodzie nodze i bez oglądania się za siebie ruszył do przodu. 

Biegł ile sił w nogach, ile powietrza w płucach, czując potęgujący od tyłu ryk zranionego zwierzęcia. Zmierzwił się mocno rozpaczą, że ściągnął swoim tropem tylko jednego stwora, mając ogromne nadzieje, że pozostałe bydle nie podążyło za Stellą i Billy`m. 

Zanim udało mu się uciec minęła dobra godzina, tak to przynajmniej sobie wyobrażał w spękanej bólem głowie, a on nie przestał biec, dopóki nie miał pewności, że zaraz co najwyżej padnie trupem z wyczerpania. Osiadł pod jednym z drzew, wyraźnie czując, że jego ostatni wyczyn pochodził wyłącznie od kończącej się powoli adrenaliny. Jak teraz, gdy przypomniał sobie o bólu, krwi lejącej się obficie z otwartych ran, a zagryzanie zębów przestało zdawać rezultaty. I wtedy nadarzył się cud. Z okolicznej gęstwiny wypełzł ktoś, o typowo ludzkim wyglądzie, na tyle, że Stan na wszelki wypadek od razu wycelował w niego z ukrytego poprzednio za sprzączką pasa rewolweru. Chuj wie, co jegomościa mogło przywiać w Gęstwinę, a ranny człowiek, to łatwy cel dla potencjalnego łupieżcy. 

— Ktoś ty? — wybełkotał gardłowo, krztusząc się śliną.