Kolumna góra

Słuchy z Krainy
Aktualny rok: 1846

Na ulicach słychać szepty o wielkim wyścigu mającym ciągnąć się przez całą Krainę – za wygraną przewidywana jest gigantyczna suma pieniędzy, amnestia wszystkich przestępstw oraz zapewnienie bezpieczeństwa na okres roku. Co ambitniejsi już poszukują wierzchowców na ten morderczy wysiłek.

W Saint Thomas w niewyjaśnionych okolicznościach zniknął kolejny szeryf. Za każdą przydatną informację przewidziana jest nagroda.

Już niedługo w Jackburg: cyrk! Kobieta-guma, linoskoczkowie i najsilniejsi ludzie w całej Krainie. Przyjedzcie zobaczyć to na własne oczy.

Aktualnie poszukiwani są: Otelia Crippen
Dziękujemy za pomoc w schwytaniu Clide'a 'Smiley' Byersa. Aktualnie oczekuje na wyrok sądu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KP. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KP. Pokaż wszystkie posty

6.11.2021

Little Lost Bird

Captured Bird won’t ever sing priettier than free one.
Nathaniel Awa
Prawdziwe imię: Yuma Awa Marama
Ciche westchnięcie i chmurka oddechu rozpływająca się w powietrzu jednocześnie wydobyły się z jego ust. Ciemny płaszcz, który miał zarzucony na ramiona, ciężko leżał mu na sumieniu, jednak jego serce wyraźnie mówiło : „Idź”. Więc szedł.
Nie obejrzał się ani razu. Jego klacz spokojnie sunęła nogami po ubitej leśnej ścieżce, kiedy tak oddalali się od miasta, którego światła niknęły w mroku. Z ciężkim sercem zerknął jeszcze raz za siebie, aby prawie od razu zmarszczyć nos i z wściekłością pospieszyć swoją jedyną przyjaciółkę. Kara klacz posłusznie przeszła do galopu i po mieście nie było już nawet śladu.
Pospiesznie przebrał się. Jego poprzedni strój rzucał się niepotrzebnie w oczy. Chociaż, czy to miało jakiekolwiek znaczenie? Sama jego uroda wybijała go spośród tłumów tutejszych miast. Niski, blady, o oczach w kolorze pociemniałego nieba, zakrytych firaną gęstych rzęs. Co więcej można dołożyć? Wśród tych opalonych i wysokich mężczyzn był niczym, tylko robakiem zza Krainy. No cóż. Otrzepał się z kurzu, zarzucając ponownie płaszcz i chwilę myśląc w milczeniu, aby potem odjechać, dalej w świat.
Lata minęły. Miesiące przeszły. Doby upłynęły. Minuty uciekły. Sekundy przelały się przez palce. Niewiele się jednak zmieniło. Yuma pozostawał taki sam, jak był. Niski, blady i nieufny. Z dala od rzekomego domu, przemierzający na swojej klaczy nieznane tereny. Aktualnie kroczyli przez las, który zasnuwał ich cieniem, jednocześnie broniąc przed ostrymi promieniami słońca. Chłopak poprawił włosy, zerknął na szlak i zboczył z niego. Nie ufał ludziom, zwierzętom. Trzymał się z dala od zbiegowisk, chociaż jego fachem było pomaganie innym, jedyne co robił to podziwiał wszystko z daleka. Niczym cień czający się w głębinach podejrzanych ulic, błyszcząc zimno swoimi oczyma.
| mężczyzna | człowiek | 24 | 163 cm | Medyk | podróżny |
RUNA XIII

autor grafiki: Ozawa
Notka: Postać można jak najbardziej używać w opowiadaniach, ale przed wcześniejszym poinformowaniem, jeśli można 

 Mistrz gry też jest mile widziany 

31.10.2021

Poślę ich wszystkich w diabły

00Pan Niedźwiedź
Człowiek nie zdąży się obejrzeć, a strzela mu czterdziecha na karku razem z bólem w krzyżu, siostra ląduje z kulką w głowie, facet zostaje sam z jej dwójką pół-elfich bękartów i listem "Stanley, opiekuj się nimi", jakby zostawiła mu w spadku kwiatki, nie dzieci.
Emme

 Stanley poleca się na wąteczki, jesteśmy nastawieni z nim na wolne pisanie, raczej krótsze teksty, w planach jeszcze Billy albo Stella do dodania jako postać, można mieszać Mistrzem Gry, można wykorzystywać w wątkach po omówieniu tego ze mną. Kod od cudownej Emme, a art poglądowy od Minttu Hynninen.

14.10.2021

Głupcy ruszają tam, gdzie aniołom strach nogi wiąże.

Zakała rodziny. Śmieć bez przyszłości. Wstyd.
Ale Alian zatykał szczelnie uszy, nie dając ojcu jeszcze bardziej splamić jego słabej psychiki.

Twoja siostra potrafi więcej. Zostaw to grające pudło. Zawiodłeś mnie.
Ale Alian zasiadał przed pianinem i grał tak głośno i tak długo, dopóki z głowy nie pozbył się paskudnego głosu jego jedynego opiekuna.

To przez ciebie matka nas zostawiła. Nie pomagasz ojcu. Przydaj się na coś.
Ale słowa Estry docierały do niego głębiej, niż słowa ojca, bo była jego młodszą siostrą i powinien przecież dawać jej dobry przykład.

Więc Alian wstawał każdego dnia przed świtem, wsiadał na konia, który go nienawidził i przy każdej okazji przypadkiem zrzucał go ze swego grzbietu i pędził bydło, które swoją drogą też jak na złość nie chciało go słuchać. Robił to wszystko tylko po to, żeby nie wyrzucili go z domu, bo choć był wystarczająco dorosły, żeby opuścić Jackburg i zacząć lepsze życie, tak jego ojciec praktycznie kasłał krwią, a siostra i tak miała zbyt wiele na głowie. Nie znaczy to rzecz jasna, że kiedykolwiek był mile widziany pod własnym dachem.

Problem leżał w tym, że Alian wcale nie chciał zajmować się śmierdzącym bydłem czy wiecznie niezadowolonymi końmi. On marzył o przyszłości pianisty w wielkim mieście jak Blisstown. Chciał być w końcu komuś potrzebny, chciał widzieć w oczach ludzi zachwyt, gdy go słuchają lub chociażby widzą, chciał dać od siebie więcej, mimo iż za dobre uczynki nigdy nie dostawał nic w zamian. Gdyby nie trzymały go sidła rodziny, wsiadłby na pierwszy lepszy grzbiet i zniknął na zawsze.

Ale Alian miał jeszcze matkę. Matkę, która nienawidziła ojca i gardziła jego sposobem wychowywania córki. Dlatego zniknęła i poświęciła się karierze śpiewaczki. Jej stęskniony syn nigdy nie zapomniał o czasach, gdy przygrywał jej pięknemu głosowi i często się mylił, bo słysząc jej wokal zapominał, gdzie mają wędrować jego palce i który przyciskać klawisz. Przy każdej możliwej okazji odwiedzał ją w Blisstown, ale z tyłu głowy zawsze miał obawę, że się jej narzuca. W końcu ich miłość nie była na tyle silna, żeby zatrzymać ją w domu.

Były jeszcze brudne interesy ojca, który prowadził stadninę tylko jako przykrywkę. Handlował cholera wie czym, Alian nigdy o to nie pytał i nawet nie chciał się dowiedzieć, ale chcąc nie chcąc był w to zamieszany. Ojciec był rozchorowany i bardzo słaby, więc na brudną robotę wysyłał kochanego syna. Alian co prawda nigdy nikogo nie zabił, ale wielokrotnie poturbował co wystarczyło, żeby poczucie winy zżerało mu wnętrzności, a przecież nie mógł skazać na to Estry. Nie wytrzymałaby tego, skoro sam Alian wymiotował każdego ranka po przebudzeniu i każdej nocy przed snem.

Jesteś żałosny. Ucieka ci życie. Umierasz.
Powtarzał sobie Alian na krawędzi skalnej półki za każdym razem, gdy chciał wszystko, a nie mógł nic.



16.09.2021

Piękny dzień, prawda?

 Dennis Jessie Hoover

♀ ♪ ur. 12 maja 1823 (23 lata) ♪ najzwyklejszy człowiek ♪
♪ niewielka farma na Prerii Arnto, kilkadziesiąt kilometrów od Jackburga ♪
♪ oficjalnie farmer, choć tak naprawdę kura domowa ♪


    Jeśli kiedykolwiek spotkasz młodą dziewczynę z długim warkoczem, która przygrywa na harmonijce, a potem życzliwie się do ciebie uśmiecha – to prawdopodobnie będzie to Dennis. Chętnie ci pomoże, podaruje orła, jeśli będziesz w potrzebie, a potem pogawędzi niezobowiązująco, przy okazji dając ci przepis na placek z jabłkami. Kiedy nastanie wieczór, pożegna się z tobą, życząc ci wszystkiego dobrego, a potem wróci do domu – rozsypującej się chałupki pośrodku niczego, wokół której będzie spacerowało kilka kur, krowa, stary koń, świnia oraz gromada chłopców w różnym wieku bawiących się w marniejących polach i niewielkim sadzie. Ogarnie wszystko, co będzie trzeba, zagna zwierzęta, a potem dzieci, żeby przygotować im niewielką kolację. Zjedzą wspólnie w wielkim chaosie, wśród gwaru kłótni i śmiechów. Potem Dennis wygna pięciu swoich braci do kąpieli i ułoży ich w skrzypiących, starych łóżkach.
    I dopiero kiedy zasną, a dziewczyna w ciszy będzie mogła posprzątać po skromnym posiłku, do domu wróci ojciec.
    Wysoki, postawny mężczyzna z długą brodą, opaloną skórą, brudnymi, ogromnymi dłońmi, w połatanej koszuli. Styrany życiem, z tak smutnym spojrzeniem, że serce Dennis ściśnie się z żalu. Usiądzie przy pustym stole i poczeka aż córka podstawi mu posiłek pod nos. Skinie głową w ramach podziękowania. Zje w ciszy.
    Jackson Hoover rzadko się odzywa. A już szczególnie do swoich dzieci. Niektórzy synowie zdążyli już zapomnieć, jak brzmi jego głos, a jeszcze inni – jak w ogóle wygląda, bo równie często wychodzi z rana i wraca późną nocą. Z Dennis, swoją pierworodną, kontaktuje się najwięcej, chociaż niewiele. Jednak mimo tego, że jest trudny w obyciu, bez wahania odda życie za każde ze swoich dzieci.
    Czasami tylko, kiedy dziewczyna siedzi na starym fotelu, zajmując się zszywaniem zniszczonych ubrań braci, a sam skończył już jeść, spogląda na nią z żalem. Wypatruje jej zielonych oczu i mówi po chwili:
    — Dennis… Ino weź ty…
    Nigdy nie kończy, macha dłonią ze zrezygnowaniem, a potem idzie spać. Już po chwili Dennis słyszy, jak chrapie na swoim niewielkim posłaniu rozłożonym w kuchni, bo nigdzie indziej nie ma już miejsca.
    Dziewczyna wzdycha ciężko. Doskonale wie, co ojciec chce jej powiedzieć.
    “Dennis… Ino weź ty nie bądź jak matka i wróć ty zawsze do domu”.
    Nie bądź jak matka z tymi pięknymi zielonymi oczami, która cztery lata temu wyszła i nie wróciła. Nie bądź taka jak ona, która po tym, jak skończyłaś rok, zniknęła na siedem lat, wróciła, wytrzymała w domu kolejnych jedenaście i znowu zrobiła to samo. Nie bądź taka jak ona i nie zostawiaj swojej rodziny. Dlatego właśnie nie wyszłaś za mąż, chociaż niemalże stałaś na ślubnym kobiercu – bo nie wolno ci zostawić rodziny.
    Dennis nie będzie chciała zawieść ani ojca, ani braci, więc dokończy cerowanie ubrań chłopców, pogrzebie chwilę w znalezionym na śmietniku zegarku, a potem pójdzie spać, żeby następnego dnia znów zajmować się domem. Może po kilku dniach znowu będzie miała okazję wyjechać do miasta na jeden poranek lub jedno popołudnie, żeby załatwić kilka spraw, i zostanie do wieczora, próbując wmówić sobie, że przecież nie jest wcale tak późno, a chłopcy na pewno chętnie wykorzystają ten czas.
    Wtedy może znów ją spotkasz. Będzie miała na sobie koszulę po ojcu, zniszczone buty, a włosy splecione w warkocz. Zagra ci na harmonijce, wyciągnie pomocną dłoń, obdaruje miłym słowem i słonecznym uśmiechem. Tak jak zawsze.

Oficjalnie oświadczam, że zezwalam na kierowanie Dennis w nieznacznych ilościach po konsultacji (także jeśli byłaby komuś potrzebna, proszę dać znać - dogadamy się!). Mistrza Gry również chętnie przyjmę!

6.09.2021

It’s just not right that people like you exists

Coś go ścigało.

Mężczyzna oddychał szybko i nierówno, drżącymi dłońmi trzymając nędzny rewolwer jaki udało mu się odzyskać ze swojego tobołka, który został przygnieciony przez martwą kobyłę. Nie miał pojęcia, gdzie jest, a ciemność na pewno nie pomagała podchmielonemu umysłowi. Ino usłyszał jakiś szmer, to od razu się wzdrygał, gotowy nacisnąć na spust broni przed siebie. Zdrowy rozsądek nie opuścił go jednak do końca, każąc jawnie nie ujawniać miejsca swojej kryjówki. Wtem też usłyszał kolejny dźwięk.
Nie potrafił zdusić krzyku, a tuż po nim – ryk niedźwiedzia rozdarł nocne niebo, a potem padł.
Mężczyzna był przerażony. Nie miał pojęcia, co go zabiło, a krew dudniła mu w uszach.
Musiał uciekać, musiał–
Zauważył coś.
Księżyc wynurzył się zza grubej warstwy chmur, a światło odbiło się w oku bestii, która obserwowała go z daleka. Była nieruchomo, ale mógł przysiąc że się uśmiechała.
Huk. Strzał.
Dostał kulką w dłoń.
Wrzasnął rozpaczliwie, miotając się dookoła, jakoby te żałosne zachowanie miałoby ujarzmić fizyczny ból, jaki odczuwał. Bestia natomiast szła w jego stronę. Przyuważył bandaże na prawym oku i krwistą plamę na środku. Blizny po obu stronach żuchwy, zarost, kocie spojrzenie.
I ta obojętność na twarzy, gdy dźgnął go w klatkę piersiową bagnetem.
Ogata spojrzał jedynie przelotnie na konającego mężczyznę.

Jego wina że nie potrafił przeżyć.

я всего лишь хотел
чтоб меня любили
Ogata
Hyakunosuke
34 lata / łowca głów / dezerter spoza Krainy
W tle Jason Scheier, za wygląd karty odpowiada nowalijka, którą możecie też znać jako Dead Soul. Za cudownego arta odpowiada Anakliro, cudowna osóbka! Ekhem. Ogatito miada, Yamaneko wkracza do Krainy. Mistrz gry czy cokolwiek może jak najbardziej, można wspominac o Ogacie, jeżeli mówimy natomaist o jego akcji/prowadzeniu to wcześniejszy kontakt! Kontakt natomiast przez discord.
Przy okazji, KP Ogaty zawiera spoilery do Golden Kamuy, serii z której pochodzi.

4.09.2021

Belladonna of
sadness

Abigail
McCallum.
Przyciąga wzrokiem upiornie bladych, oliwkowych ocząt, kusi zadowoleniem pełnych, zaróżowionych ustek, tak ładnie układających się w roznamiętniony uśmiech, kiedy czuje spływający po plecach pot, kiedy zmęczenie dusi nieprzyjemnie, a okalające poliki rumieńce wydają się jeszcze czerwieńsze niż zazwyczaj. Rudy lok wiruje w rozgrzanym powietrzu sceny, grzywka przysłania spojrzenie, to samo, które tak wielu próbowało już złapać, zachować tylko i wyłącznie dla siebie, mimo iż wszystkie ich twarze wyglądały dla niej dokładnie tak samo – nie potrafiła dłużej rozróżniać głębokich barytonów męskich głosów, zawsze równie głodnych i zawsze równie bezwstydnych, wulgarnych. Prosta, wyuzdana egzystencja, ciało o idealnych krągłościach, siła głosu dalej gotowego wyśpiewywać ku nim kolejne wersety ułudnych obietnic gwałtownych rozkoszy są jednocześnie wszystkich i nikogo. Wszystkich, nikogo, lecz nie jej własne. Jest niczym prócz produktu męskich, jurnych marzeń, wie to doskonale. I choć czuje się brudna, choć świat, który stworzyła sobie sama, zniszczył ją doszczętnie, nie krzyczy, nie wierci się, nie ucieka. W końcu zawsze chciała śpiewać.
Stop. Muzyka urywa się w półdźwięku, niby bestialsko przerwany koncert. Rozchwytywana wzrokiem obcych Abigail zatrzymuje się w doskonale wyćwiczonej pozie, bierze głęboki wdech, jakkolwiek próbując uśmierzyć ból rozpalonych mięśni. Wtedy ustaje. Cisza, tak krótka i ulotna, przysłonięta ścianą wiwatów, donośnych okrzyków. Bukiet czerwonych róż ląduje przed czarnymi, lśniącymi pantofelkami, a jego intensywna woń drażni drobny nosek, tak zapachem róż zmęczony. Weźmie go do ręki. Zaciśnie dłoń na kolczastych łodygach, tak silnie by przebiły gładką skórę, uśmiechnie się skromnie i podziękuje jeszcze skromniej, tylko po to, by zaraz po zejściu ze sceny wrzucić go do stojącej nieopodal, pustej beczułki. Czerwone pąki wylądują na dnie, z wolna tracąc swój kolor i swój swąd, przez który nieraz to już brudziła ciasny gorset wymiocinami.
W drodze do domu znów zatrzyma ją Perkins, znów wprosi się do mieszkania, znów muśnie dłonią gołe udo, z wolna kierując swe smukłe, sprawne paluszki ku kobiecej bieliźnie. A ona mu pozwoli. Równie głodna, równie bezwstydna, równie zepsuta.
one. two. three. four.
27 lat, 11.02.1819 / tancerka oraz wokalistka burleski / Huronfield

2.09.2021

Tyle rąk, tyle ust, tyle rozstań


Luthedir Frye
Orion
elf • prostytutka • 29.12.1818 •
Elf łapie za klamkę okna, a rama owego skrzypi, oznajmiając wszem i wobec kilku prostym meblom w pokoju, że zostało uchylone. Szyba jest ciut przybrudzona. Palce Oriona na niej tańczą, zbierają kurz na swe opuszki, na którego widok elf następnie zmarszczy swe czoło. Prychnie, zastanawiając się, kto pozwala, by pracował w takich warunkach – w rzeczywistości jednak nie ma nikomu za złe – strzepnie pyłek na podłogę. A następnie przejdzie do części najważniejszej swojego nocnego rytuału.
Pociąga za okno, chcąc jeszcze bardziej je rozchylić. Gwałtownie i z niespodziewaną, jak na tak subtelne ciało, siłą. Gdy nocne, chłodne powietrze tego śmierdzącego miasta uderza go w poliki, wskakuje z gracją na parapet. Opuszki pędzą przed siebie, prosto w wieczorną ciemność, chcąc posmakować sobą brudnej faktury elewacji. To nie ona jednak jest gwoździem programu. Orion unosi swe zamglone oczy i widzi, choć niewyraźnie.
Nigdzie nie uciekły, nie zniknęły i wyjątkowo nawet nie schowały się za chmurami. Nadal błyskają na głębokiej, czarnej satynie, będąc dumnymi ze swojego kształtu oraz wzorów, które wspólnie układają. Elf unosi lewą dłoń i palcem wodzi po niebie, bo w pamięci cały czas ma wyryte ich nazwy, ich linie i ścieżki, za pomocą których się łączą.
Ktoś porusza klamką, drzwi skrzypią. Orion wzdycha ciężko i zaczyna rozpinać swą i tak prześwitującą koszulę, doskonale wiedząc, że powinien był to zrobić te kilka minut temu. Zeskakuje z parapetu, zatrzaskuje za sobą okno.
— Z kim mam dzisiaj zaszczyt?
Głos jest słodki niczym szczery, złoty miód i ciągnie się pięknie, plącząc się w okolicach uszu kolejnego klienta, tak jak w umyśle elfa nadal plączą się wspomnienia o srebrnych gwiazdach.
Art na wizerunku Oriona autorstwa @za_ra_h. W tytule Wołanie Eurydyki Janusza Kofty, pod nutką znajduje się interpretacja Katarzyny Groniec. A ja standardowo – witam się z moim niebinarnym elfem, zapraszam do wąteczków. MG może grzebać w orionowych wątkach. Oriona można używać w swoich opowiadaniach po wcześniejszej konsultacji.

31.08.2021

Under the jasmine I shall die

relacje
historie
LAT 44 / SPRZEDAWCA CYGAR W BLISSTOWN
Abraham Ezra Walroth
1816
1832
1843
1846
Patrzysz na niego gorejącym spojrzeniem załzawionych oczu, a on zdaje się ślepy. Wznosisz okrzyki, błagając o zbawienie, o łaskę i o litość, i o miłosierdzie, on — niby głuchy. Drżysz, jak mantrę powtarzając modlitwę, która latami łatała szczeliny zabiedzonego serca, jednak gdzieś między wierszami pojmujesz, że twojego Pana pozbawiono także języka. Odcięto mu dłonie, odcięto ramiona, stopy i uda. Niczym spłoszone zwierzę robisz krok do tyłu, ale nie napotykasz oporu — ziejąca pustka wypełnia przestrzeń za tobą, chociaż obiecywał, że będzie tam, ilekroć poddasz wartość żywota w wątpliwość. Przyciskasz do piersi zmarznięte palce. Oddech nie uczyniłby ich jakkolwiek bardziej sprawnymi, nie masz zresztą czasu, recytując: Najwyższy, zmiłuj się nad zagubionymi. Miłosierny, spójrz na swoje dzieło i oszczędź nas, kiedy przyjdzie pora. Bezsilne Amen opuszcza twoje dziecięce, spękane usta. Zanim na nowo zabierasz się za pacierz, niebo dogasa. Ze zmęczonych płuc wydobywasz resztki strzępionego oddechu i nie po raz pierwszy tej nocy czujesz pełen pożałowania wzrok przechodniów poubieranych w grube kaftany i skórzane rękawice.
Stwórco. Twój szept przecina chłód styczniowej nocy roku pańskiego 1816. Przyduszony, bezwolny, na wpół zdławiony głos dziecka stanął naprzeciw skowytu kłującej w policzki mroźnej zawiei. Zaciśnięta na dziecięcym biodrze dłoń zdawała się martwa, sina, niby truchło wydobyte z mogiły. Dziecko zadziera głowę ku chmurom, w oczekiwaniu na przebłysk, który napełni je nową nadzieją. Boi się pochylić nad licem matki, coby sprawdzić, czy wciąż oddycha, ponieważ w głębi serca, choć odpiera od siebie tę bestialską myśl, wie, że ten styczniowy wieczór uczynił je sierotą.
Panie Wszechrzeczy, łaski niepełny.
Dla formalności, przepiękna kp autorstwa Dead Soul, Ezra autorstwa NikiVaszi, autor klikajki numer jeden to Barthelemy Aupetit, drugiej z kolei Paul Mazerol, tytuł posta fragmentem „I Lost Something in the Hills” Sibylle Baier. Historie u Ezry pojawią się w miarę upływu czasu, więc póki co link prowadzi do etykiety, ale zachęcam do śledzenia, gdyby naszła mnie ochota na Walrothowe refleksje. Ezra nie gryzie, nie strzela, nie morduje, sprzedaje za to cygara i gapi się bezczelnie, dlatego zapraszam do wątkowania — nie będziemy narzekać na pojawienie się Mistrza Gry.

23.08.2021

Nie ma śmierci, tylko zmiana światów

Lisi Kłos
Wovoka ― Harry Sland ― Lis ― 35 ― szaman plemienia Metoac ― duszołap
Rosnący obok kaktus jest gigantyczny; jego czubek niknie w chmurach. Pęknięcia ziemi są ogromne; nie da się ich przeskoczyć, nie widać końca w wyrwie. Niebo pełne jest negatywnej energii; błyska czerwienią, a ociężałe chmury zwiastują niepowodzenie. Duchy są niezadowolone i nie da się ich obłaskawić. Stało się coś strasznego, stało się coś, przed czym przestrzegał cię stary szaman, duch jego poprzednika i duch ducha poprzednika. Słyszałeś to. Widziałeś to. Byłeś nimi, oni byli i są tobą. Razem stawiacie czoła temu co nadeszło; ty użyczasz ciała, oni użyczają mądrości dziadów i pradziadów. Jesteś przeszłością i teraźniejszością.
Rosnąca obok kukurydza jest powykręcana na każdy możliwy sposób; łodyga rośnie pod nienaturalnie krzywym kątem. Porastająca ziemię trawa jest wysuszona i słaba; kruszy się pod miękkim mokasynem i obraca w proch. Gwiazdy, które dotychczas wskazywały ci drogę zmieniły swoje położenie; niebo nie tworzy już pięknej mapy, a jedynie pozbawiony sensu chaos. Duchy są niezadowolone i opuszczają twoje plemię. Stało się coś strasznego; ludzie bledną i odchodzą na drugą stronę, choć to nie Wielki Duch ich wzywa. Twój duch opiekun zniknął, pozostawiając cię samego w transie. Jesteś tym, którego winią.
Powoli dochodzą do ciebie dźwięki; szmer strumienia, odgłosy siedzących na drzewach ptaków. Otwierasz oczy i niebo znów jest błękitne; nigdzie nie ma nawet śladu po koszmarnie zdeformowanej roślinności, nie ma kilometrowych wyrw w ziemi. Wróciłeś do świata żywych. Ociężale podnosisz się z trawy i sprzątasz resztki ogniska, pakujesz do sakwy narzędzia, pakujesz talizmany, niewielkie totemy i pozostałości ziół, które pomagają ci udać się na drugą stronę. To miejsce nie okazało się łaskawe, ponownie nie znalazłeś w nim odpowiedzi, nie odnalazłeś niczego poza straconym czasem, którego masz coraz mniej. Ruszasz w drogę. Jesteś tym, który szuka odpowiedzi.
Wieczorem znów zatrzymujesz się na postój. Znów rozpalasz ognisko i przygotowujesz stosowne zioła, zaciągasz się dymem i mamroczesz pod nosem słowa, których nauczył cię stary szaman, który wiedzę zyskał od innego szamana, a ten otrzymał ją od samego Wielkiego Ducha. Niebo znów robi się czerwone, pojawiają się ślady dobrych duchów, które opuściły twoje plemię. Podążasz ich tropem, znów bez gwiezdnej mapy i znów wbrew wszystkiemu. Jesteś duszołapem.
Stało się coś strasznego, stało się coś przed czym przestrzegał cię stary szaman…
Musisz je obłaskawić i nakłonić do współpracy.




I don't want to set the world on fire

Sierpień 14, 1831
Alston,
ty pieprzony sukinsynu, nigdy ci nie ufałem. Ale teraz nie mam innego wyjścia. Nie proszę byś pomógł mi, ale pomóż jej. Pozwól małej na wolność, której ja się wyparłem. — Tilghman
Mae Al
ston.
Spogląda w słońce. Mruży opalone powieki, ściąga rude brewki. Pozwala, by gorąc otaczających ją pustyń pochłonął młode cielsko, zabierając modrookie dziewczę na skraj ludzkiej egzystencji, nad przepaść, przy której stawiała się już nieraz, zawsze jednak dając radę zrobić ten jeden, bezpieczny krok w tył. Nasłuchuje niedalekiego pisku samotnego bielika, skomlenia kojotów, już nie tak samotnych, nie tak śmiałych, by pojedynczo przemierzać zdradliwe tereny krasnych Bezkresów. Zniecierpliwiony grzechotnik chowa brunatne łuski pod niewielkim cieniem unieruchomionego przez głaz biegacza, raz po raz wygrywając swym zwinnym niczym wstążka ogonem wysokie, alarmujące o niebezpieczeństwie dźwięki. I tylko nawoływania, te dobrze jej znane i przyjemnie ciepłe, jednak nieparzące jak powietrze, które wypełniało młode płuca, wybudzają ją z ciężkiego snu upalnego popołudnia. Odwraca wzrok, gruby warkocz przerzuca przez ramię i kiwa leciutko głową. Czas wracać do domu.
Mierzy obce sylwety. Wyłapuje nieznajome twarze, obserwuje reakcje i zachowania, a zimne spojrzenia traktuje niczym zaproszenie, by raz a dobrze mogła ustalić, kto już dawno zrezygnował ze słuchania o ludzkim nieszczęściu, a kto być może, choć okrucieństwo drugiego znała zbyt dobrze, zachował w ostatniej szufladce zgorzkniałego serca jakiekolwiek pokłady faktycznego współczucia. Spogląda w stronę barmana, wąsatego i starego, który nie zdołał jeszcze dostrzec w dziewczęcym licu ostatnich rys niedojrzałości, które sprawnie chowała pod cieniem przydużego kapelusza, po czym pozwala smukłym paluszkom objąć szkło niedomytej szklanki, zaraz przesuwając jej krawędź do młodych, zaróżowionych warg. Alkohol pali niemiłosiernie – Harvey postanowił zapewnić panience odpowiedni trunek dla nieco lepszej wiarygodności – a ona, ukrywając grymas zniesmaczenia w kołnierzu błękitnej koszuli, podnosi się wreszcie z miejsca, ruszając ku jednemu z miejscowych, który dorobił się majątku na nielegalnym pędzeniu księżycówki. Potyka się leciutko, ramię obija o rękę mężczyzny, ustka układają się w ciche przeprosiny. Nikt jeszcze nie wie, że jego sakiewka wylądowała właśnie na dnie skórzanej, należącej do młodziutkiej Mae torby. Uśmiech zdobi piegowatą twarzyczkę, pełną przesadnego samozachwytu, kiedy to kieruje się w stronę wyjścia z saloonu. Czas wracać do domu.
Obserwuje drogę księżyca. Liczne gwiazdy, drobne punkciki pokrywające czarny nieboskłon niby to jedyne źródło światła w cieniach otaczających ją lasów, odbijają się w przeszklonych, modrych źrenicach, gdy siedzi tak w zupełnej ciszy, kolejną noc nie będąc nawet w stanie zmrużyć oka. Nasłuchuje pohukiwań siedzącej na świerku obok sowy, cichych westchnień śpiącego po jej prawicy, maluczkiego Shauna. Pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno sama była w stanie wyzbyć się niepokoju oraz lęków, pozwalając sobie na te kilka, krótkich godzin wytchnienia w towarzystwie przyjemnie ciepłych, pomarańczowych języków ogniska. Nie teraz jednak dana jej była podróż do zony snów słodkich i przebrzydle niewinnych. Nie, kiedy ukryty w najciemniejszych zakamarkach umysłu lęk, zaciskał swe szpony na dziewczęcych płuckach, kiedy łapał za krtań, paraliżując młode cielsko, nie pozwalając na upragniony wdech. Stary, krótki list, dawno już zżółkły i dawno już zmięty, spoczywa między bladymi, kościstymi paluszkami, kiedy raz po raz spogląda na malujące się w dolnym, prawym rogu nazwisko. Młodziuchna Margaret Tilghman nigdy już nie wróci do domu.
one. two. three. four.
Margaret Mae Tilghman / 15 lat, 23.06.1831 / bandytka / Blisstown