Kolumna góra

Słuchy z Krainy
Aktualny rok: 1846

Na ulicach słychać szepty o wielkim wyścigu mającym ciągnąć się przez całą Krainę – za wygraną przewidywana jest gigantyczna suma pieniędzy, amnestia wszystkich przestępstw oraz zapewnienie bezpieczeństwa na okres roku. Co ambitniejsi już poszukują wierzchowców na ten morderczy wysiłek.

W Saint Thomas w niewyjaśnionych okolicznościach zniknął kolejny szeryf. Za każdą przydatną informację przewidziana jest nagroda.

Już niedługo w Jackburg: cyrk! Kobieta-guma, linoskoczkowie i najsilniejsi ludzie w całej Krainie. Przyjedzcie zobaczyć to na własne oczy.

Aktualnie poszukiwani są: Otelia Crippen
Dziękujemy za pomoc w schwytaniu Clide'a 'Smiley' Byersa. Aktualnie oczekuje na wyrok sądu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Horyzont. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Horyzont. Pokaż wszystkie posty

19.03.2022

Od Horyzonta – Hodowca

małe tw w tekście pojawiają się wzmianki o ubijaniu zwierząt

Oczywiście, że słyszał sapanie fretki już z daleka. A może po prostu spodziewał się mojego przyjazdu, w końcu minął już miesiąc. Wychodził z kurnika z dwiema dorodnymi kurami, które rzucały się na wszystkie strony, przestraszone, gdy ktoś niósł je, trzymając jedynie za chude nogi. Chmura piór, pyłu i kurzu była już nieodłącznym elementem jego prezencji. Tak samo rozdziobane ręce i brudne od kurzego łajna nogawki spodni.
— Dzisiaj nie ma indyka. Wyprzedzili cię o trzy dni.
— Nic nie szkodzi — odpowiadam, zsuwając się leniwie z fretkowego garbu, a następnie rozciągam się krótko i idę za nim do szopy, w której dokonuje kurzego żywota. Nie przyglądam się temu z zaciekawieniem, raczej opieram się o wejście i czekam, aż wpakuje je do jutowego worka, który później przypasam do wierzchowca. 
— Co w świecie? — pyta, sięgając po zardzewiały toporek. 
— Co może być. Rabunki, gwałty, wściekłe zwierzęta i przemyt tego zielonego paskudztwa — odpowiadam, udając zainteresowanie wyszpaczoną deską pod sufitem. Pociągam nosem, starając się zagłuszyć tępy dźwięk stali uderzającej o drewno. 
— Niech żyje wspaniała Kraina.
— Niech żyje.
— Czym się teraz zajmujesz? — mruczy, otwierając szerzej worki i wsadając tam, sam wiem co. Usilnie staram się to ignorować, tak samo jak sączącą się po pieńku juchę. 
— Tu coś wyklepię. Tam krowa się ocie… Wybacz. Ostatnio naprawiałem dach. Nigdy więcej, chyba mam lęk wysokości. — Mężczyzna śmieje się cicho, gdy słyszy moje wyznanie i zerka na mnie, wycierając dłonie w ścierkę, którą przypiętą miał do paska. 
— Spadłeś kiedyś z klifu? 
— Nie. Jeszcze nie.
— Ciesz się — odpowiada twardo, a ja się wzdrygam.
Zapada niespokojna cisza, gdy wręcza mi worek, a ja zerkam na jego brudne ręce. Paznokcie, pod którymi jarzyła się żywa czerwień, jak i zaschnięty już brąz krwi. Nie czuję obrzydzenia, ale trudno powiedzieć, bym trzymał się w tej chwili najlepiej. 
Gdy stoimy już przy Paprotce i zbieram się do zapłaty, czuję w tobołku coś innego, co zerwałem dwa dni temu, buszując przy saloonie. Świstek papieru nie jest aż tak wymięty, jak się spodziewałem. Podobizna mężczyzny patrzy na mnie w obłąkanej manierze. 
— Właściwie to, mam ciekawszą sprawę. Rewolwerowcy. Gangi. — Krzywi się, gdy wspominam to słowo. — Wybacz. Po prostu myślałem, że może coś wiesz na ten temat. 
Podobizna Adama Walsha z uczuciem rozrywa mi wnętrzności, gdy wywietrzona kartka wygina się w mojej dłoni. Pokazuję go mężczyźnie.
Zauważam znajomy błysk w oku, zmarszczenie ciężkiej brwi. Mężczyzna wyraźnie rozważa, czy powinien się odezwać, a ja pozostawiam mu wolną rękę. Wiem już, że go zna; jego historia życia i wszelkie supełki, które udało mu się zawiązać na sznurkach znajomości, mnie nie interesują. W końcu jednak wydmuchuje powietrze ustami, wraz z półprzezroczystą chmurą dymu i mruży oczy, jakby ktoś właśnie zadał mu bolesny cios, taki, który swoim haczykowatym kształtem wydłubuje materię spod żeber. Nie odpowiada. Nie musi, wiem już wystarczająco wiele i widzę, jak płaskie, a jednak dzikie oczy rewolwerowca śrutują na wylot mojego rozmówcę. Wyżerają życie i resztki szczęścia z jego i tak zmęczonej już twarzy, szklą białka pod powiekami i wprawiają cienkie fałdy skóry w drżenie, gdy stara się przełknąć trwającą w gardle gulę. Wszystko subtelne, wręcz niezauważalne. Pewnie, gdybym nie stał tak blisko i nie przyglądał mu się z tak naturalną dla mnie uwagą, nigdy bym tego nie spostrzegł. Wyglądał w końcu równie zawistnie i twardo, co zawsze. Z delikatnym, kilkudniowym zarostem na twarzy, zabliźnionej brwi i rogami, które wystawały spod gęstej czupryny, którą już dawno powinien był skrócić.
W końcu reaguje. Podnosi swoją dłoń i kładzie ją na trzymanym przeze mnie skrawku papieru. Odpycha ją, jednym, silnym ruchem w dół, a ja, gładkim gestem, z dokładnie wyważonym uporem, wpycham mu ją we wnętrze dłoni i zanim zdąży zareagować, chwytam jego palce we własne i zamykam tę, niegdyś brutalną dłoń, na pergaminie. Widzę, jak ciemnoniebieskie oczy szaleją, jak wbijają się we mnie, wybałuszone i odrobinę przerażone. Początkowo zgniata kartkę, kwestia przyzwyczajenia, zwykły odruch, jednak za chwilę otwiera ją z powrotem. Nie patrzy na nią szczególnie, jedynie przeciera zdjęcie palcem, a następnie składa ją na cztery i wciska ją w tylną kieszeń spodni.
— Nie wiem, gdzie go znaleźć. — Pewnie myślałeś, że nie żyje – cisnęło mi się na usta. — Ale jak już go dorwiesz, możesz mu przekazać, że Oakley przesyła buziaki. Zrób z niej pożytek — szemrze, kiwając głową w stronę katany, która wisi przepasana przy jukach. 
Widzę szaleństwo w jego oczach. 
Widzę, że wolałby zrobić to sam. 

25.12.2021

Od Horyzonta cd. Jocelyn

Stara Davisowa była starą, nieznośną i ku jego rozczarowaniu, mimo swojego wieku, piekielnie żywotną kobietą. Na dodatek była ślepa i prawie głucha, co wcale nie przeszkadzało jej w notorycznym komentowaniu horyzontowej prezencji. Zdołała już zwizualizować sobie własną, wyidealizowaną jego wersję, w której przypominał prędzej miejscowego szeryfa, niż samego siebie, a której nie miał zamiaru jej zrujnować, bo w końcu był tu tylko na kilka dni, najdalej do momentu, kiedy nie uda mu się naprawić cieknącego dachu i rozpadającego się płotu. Davisowie do tego czasu użyczali mu pokoju gościnnego (małą klitkę bez okna), okazjonalnie częstując go zupą, czy resztkami mięsa, które i tak wyrzucał leżącej w stodole Paprotce. Fretka również nie zdawała się narzekać na warunki, było jej ciepło, stodoła nie należała do wilgotnych i nie musiała dzielić jej z żadnym innym zwierzęciem. Całodniowe wylegiwanie się najwidoczniej również bardzo jej odpowiadało, co wnioskował po jej znikomym zainteresowaniu właścicielem, kiedy po kilku godzinach wchodził do budynku, zobaczyć co u zwierzęcia. 
Próbował właśnie wdrapać się na kolejne elementy dachu, nie strącając przy tym butami żadnej dachówki, gdy z wyuczonego spokoju wyrwało go rżenie konia, zapowiadające powrót właściciela dobytku. Zdołał ledwo przetrzeć czoło wierzchem nadgarstka i dobrze zaprzeć się podeszwą buta, nim donośny głos mężczyzny zwrócił na siebie jego uwagę.
— Jak z pracą?
— Powoli, ale do przodu — odkrzyknął chrypliwie, siadając stabilniej i przyglądając się mężczyźnie. Dopiero teraz zdołał zauważyć, że nie był sam. Gęste pukle białych loczków wylewały się spod krzywo zacerowanej narzuty, a duże oczy, błyszczące się w jasnej oprawie, wystrzeliły w kierunku Horyzonta. 
Pociągnął nosem.
Mutant.
Nie o tym była mowa, gdy przy śniadaniu Thomas wspominał coś o jakiejś dziewczynie, którą oboje zdawali się kojarzyć. Dziewucha z saloonu, wieczne uwagi i narzekania klientów, chociaż spełniała wszystkie kryteria i całkiem nieźle dawała sobie radę, ale żadne z nich nawet nie mrugnęło, by poinformować go o tym, że będzie miał do czynienia z mutantem. Chociaż może i lepiej, temat kopyt, czy innych specyficznych zmian nie był najlepszym do pajdy chleba z masłem. Co bardziej go dziwiło, to fakt, że nawet po wyjeździe Thomasa do miasteczka, stara Davisonowa nie pisnęła ani słowem, nie rzuciła ani pół suchej obelgi w kierunku dziewczyny, a przecież mało kiedy starsze pokolenie szczędziło sobie uszczypliwych uwag i…
Oh, teraz do niego dotarło. Davisonowa nie wiedziała. Skąd miała wiedzieć, była ślepa jak kret, a Thomas nie był na tyle głupi, by narażać się gniewnej ocenie matki, wystarczało, że musiał znosić ją na co dzień i Horyzont pojął, w jaką grę zaczął się z nimi bawić i jak bardzo nie chciało mu się wciskać nosa w nie swoje sprawy. 
Chwila nieuwagi kosztowała go osunięciem nogi i zrzuceniem dwóch całkiem dobrych dachówek. Z wydętymi wargami przypatrywał się, jak powoli spadają na ziemię, o metr od mężczyzny, co przyjął z niezadowoloną miną. 
— Zejdźże na chwilę, co ty na to?
Horyzont jęknął, ale nie sprzeciwiał się. Opuścił swoje dotychczasowe miejsce, w którym dopiero co zdołał się wygodnie usadowić i zszedł po podstawionej drabinie, zeskakując, gdy zostało mu tylko kilka ostatnich szczebli. Starał się oddzielić klejącą się do ciała, przepoconą koszulę od skóry, co wychodziło mu raczej bezskutecznie, bo za chwilę z powrotem przytulała się do jego torsu. Konspiracyjne spojrzenie Thomasa padło najpierw na mężczyznę, a chwilę później na stojącą kawałek dalej dziewuchę.
— Przepraszam za dachówki. Chwila nieuwagi, ja…
— Nie o to mi chodzi, przecież wiesz — mruknął posępnie, marszcząc brwi. Horyzont westchnął.
— To nie moja sprawa — szepnął, znacząco spoglądając na dziewuchę, tym samym skutecznie przerywając mężczyźnie, który zaczął powoli otwierać usta. Chciał się odsunąć, może nawet wrócić do poprzedniego zajęcia, ale Thomas skutecznie go powstrzymał, zatrzaskując jego ramię w stalowym uchwycie.
— Wolałbym, aby nikt się nie dowiedział. Ty zresztą też. 
— To nie moja sprawa — powtórzył sucho, niekoniecznie rozumiejąc, dlaczego raz wypowiedziany komunikat nie był wystarczającym. Pociągnął nosem. — Davidsonowa coś narzekała, że zimno w domu i kominek nie grzeje.
— A ty co, rozpalić nie potrafisz?
— Ja tu tylko dach naprawiam, nie daj bóg, by się zajęło, w życiu bym się nie wypłacił — parsknął, a Thomas pokręcił szybko głową, po czym spojrzał na dziewczynę, mruknął coś do niej i ruszył do środka. Blondynka popędziła za nim, pospiesznym krokiem, narażając się na chłodne spojrzenie Horyzonta, gdy przemykała koło jego boku.

19.11.2021

od Horyzonta cd. Odette

Chociaż ciemne oko wiedziało, że nie musi dłużej doglądać poszkodowanej, robiło to. Podążało mimowolnie za klatką piersiową, która unosiła się i opadała w subtelnym cyklu, ledwo dostrzegalnym za okryciem ze skóry. Kontrolowało ruchy jej dłoni, martwiąc się już nie tylko o nią, którą to siłą przytargał zza drugiej strony, ale samego siebie, bo przecież mógł przypadkowo prześlizgnąć palcami nad skrytym za pazuchą nożem, przegapiając go. 
Nic się jednak nie działo. Przez kobiecą twarz przebiegł jedynie cień rozczarowania, nieme warknięcie, obruszenie całą sytuacją, aż w końcu podniosła się ociężale. Spojrzenie Horyzonta prędko uciekło na ledwo tlące się już ognisko, nie zdołał bowiem zebrać jeszcze sił, ani chęci, by dorzucić do niego drewna. Potrzeba udawania, że nie spędził ostatnich kilku godzin, doglądając poszkodowanej, była wyjątkowo silna, wynikająca tylko i wyłącznie z obawy do utraty resztek godności.
Usiadła skrzywiona, trochę niepewna, dalej zdecydowanie oderwana od rzeczywistości, gdy jej wzrok chaotycznie przebierał po otoczeniu. Dopiero po chwili, jak rażona piorunem, zerknęła na mężczyznę, który rozdzielał właśnie pojedyncze listki i gałązki od garści owoców, które zdołał zerwać z górskiego krzewu rosnącego nieopodal. Jeśli dobrze pamiętał z nauk, które zaczerpnął od podróżnych, których miał przyjemność spotkać na swojej drodze, były jadalne, na więcej mięsa nie mógł sobie w końcu pozwolić. Wystarczy, że poprzedniego wieczoru pozwolił sobie zjeść podpieczoną nóżkę kurczaka, którą przygotował dla kobiety, ta jednak nie zdołała wypocząć na tyle, by wybudzić się na posiłek. Liczył się z faktem, że kolejne porcje będą już do podzielenia tylko i wyłącznie między Paprotką i poszkodowaną, będąc świadomym, że poprzednia okazja była zwykłym zbiegiem okoliczności i pierwszym takim przypadkiem od kilku tygodni, na który pokręcił nosem, nie będąc przyzwyczajonym do smaku i zapachu pieczonego mięsa, które jednak przyjemnym ciepłem rozeszło mu się po żołądku, a na rozgrzewający posiłek nie miał zamiaru narzekać. 
Nagły zlep słów, który wypluła z takim impetem, jakby przynajmniej zalegały w słabym gardle od tygodnia, zaskoczył go na tyle, by powrócił do niej wzrokiem, zaopatrzonym tym razem w delikatną nutę zaniepokojenia. Nie odpowiadał, przypatrywał się jej jedynie z cierpliwością i dopiero gdy ta wydusiła z siebie ostatnie "przepraszam" i ponownie padła, podniósł się z miejsca, chwytając przy tym bukłak z wodą i podszedł do kobiety. Gdy zdołał unieść delikatnie jej głowę, podpierając ją dłonią, zauważył, jak ledwo przytomne, szkarłatne oczy drgają w nieregularnym rytmie, szukając światła, czegoś znajomego, stałego.
― Chcesz się napić? ― spytał, przywołując na chwilę jej uwagę. Usta rozwarte w niemej odpowiedzi, drgnęły bardzo delikatnie, w niezrozumiałym, niesłyszalnym dla Horyzonta zdaniu. Zmarszczył brwi. ― Chodź, napijesz się ― dodał w końcu, podnosząc ją jeszcze wyżej z należytą ostrożnością, a następnie przywarł szyjkę skórzanego bukłaka do suchych warg i przechylił go delikatnie, by poznała najpierw znajomy, przyjemny chłód krystalicznej wody, zaczerpniętej z pobliskiego strumienia. Rzeczywiście, napiła się, ale jedynie odrobinę.
Horyzont pstryknął dwa razy przed jej oczami, gdy zauważył, że ponownie traci kontakt z rzeczywistością.
― Hej, zostań ze mną. ― szepnął, ściskając delikatnie jej kark. Ciekawska fretka również musiała dorzucić swoje trzy grosze, muskając noskiem bladą, kobiecą dłoń, co było prawdopodobnie najmniej inwazyjnym posunięciem, na jakie zdecydowała się w przeciągu ostatnich kilkunastu godzin, zważając na to, że zdążyła już wylizać spocone czoło kobiety, prawie zgnieść jej nogi i ułożyć się przy ciele, dbając o jej ciepło. Czerwone spojrzenie skupiło się na chwilę na horyzontowej twarzy, na co delikatnie się uśmiechnął, chociaż zmarszczone brwi zdradzały supeł nerwów wiążący się w jego żołądku. ― Wiem, że cię męczę i że chcesz odpocząć, ale powinnaś… Czy jesteś głodna? Chcesz coś zjeść? Kurczak, owoce, orzechy? 

ochuj on żyje

24.08.2021

Od Horyzonta CD. Odette

Bukłak na wodę był pusty. 
Możliwe, że nie uznałby tego za tak wielki problem, gdyby nie tępy posmak pyłu w ustach, ciągłe charczenie Paprotki i świadomość tego, że najbliższe miasteczko znajduje się dwa dni podróży stąd. Dźwięki wydobywające się z wiszącego nisko pyska fretki wzbudzały w nim wyjątkowo okrutne poczucie winy, był świadomy, że ich obecny stan wynikał tylko i wyłącznie z jego niedopatrzenia. Święte przekonanie o tym, że uzupełnił zapasy, bo przecież była to jedna z pierwszych rzeczy, o jakie dbał przy postoju, szybko okazało się jedynie złudzeniem. Najwidoczniej to dość głośna sprzeczka pomiędzy dwoma pijusami, która przeniosła się na suchą, zapiaszczoną ulicę z saloonu naprzeciwko wybiła go z dotychczasowego rytmu, sprawiła, że skierował kroki w zupełnie inną stronę i zapomniał o bukłaku. 
Zanim dotarliby do kolejnej wioski, albo nieszczęsny wierzchowiec, albo on padłby na twarz z wycieńczenia i chyba bardziej niż oczywiste było to, że nie mógł do takiego obrotu spraw dopuścić. Zbyt dobrze pamiętał momenty słabości na Bezkresach, piach w oczach i między zębami, huk zimnego wiatru otulającego prerię w nocy i szukanie wody w sukulentach, które oddalone od siebie o odległości przypominające kilometry w drżącym spojrzeniu, poddawały się ostrzu jego katany. Tym razem nie mógł liczyć na łaskę Richardsonowej, a wyjść z tej podprogowej sytuacji miał niewiele.
Dlatego stał teraz, boso, z nogami zanurzonymi do kostek w lodowatym, górskim strumieniu. Kilka metrów od niego Paprotka wylegiwała się, doszczętnie wycieńczona, z pyskiem otulonym przez krystaliczną wodę. Bukłak ciążył mu na biodrze, obły, wypełniony po brzegi, świadomy tego, że nigdy nie zawita na kolejnej podróży do połowy pusty. 
Wiedział, że nie ruszą się przynajmniej do następnego popołudnia. Ociężałe, leniwe stworzenie padło bowiem zamroczone głębokim snem, z którego i przemarsz wojsk by go nie wybudził. Miał więc prawie całą dobę do własnej dyspozycji, mógł trzy razy upewnić się, że bukłak na wodę jest tym razem wypełniony aż po brzegi, do stopnia, gdzie krople wylewały się ponad krawędziami i nie pozwalał się domknąć. Mógł nazbierać jagód, o których wiedział, że są zdatne do jedzenia, a w okolicach podejścia była ich niezliczona ilość.
Ewentualnie mógł zająć się tym nagłym, przeszywającym na wskroś wybuchem, który dość skutecznie spłoszył tutejsze ptactwo, trzy sarny i jednego, osiodłanego konia bez jeźdźca, co nie mogło wskazywać na nic dobrego. Nigdy nie wskazywało. Mimo palącej potrzeby zrobienia czegoś, czegokolwiek, zatrzymania stworzenia, czy uspokojenia go, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że runięcie przed tak potężne stworzenie, pędzące z tą prędkością nie mogło skończyć się niczym innym, jak staranowaniem i zadeptaniem na śmierć. Szczególnie zważając na to, że nigdy nie miał najlepszej ręki do tych stworzeń. Był śmiały, nie głupi, dlatego jedynie usunął się w bok, a gdy tylko poczuł, z jaką siłą uderzyło go powietrze rozrywane przez zwierzęce ciało, upewnił się w przekonaniu, że podjął prawidłową decyzję. 
Może jednak był głupi, bo zamiast odwrócić się na pięcie i wrócić do obozowiska, które wyznaczał jeden tobołek, przebrzydle wielka fretka i zaczątek ogniska, ruszył dalej, w górę strumienia, w stronę, z której dobiegł go dźwięk wybuchu i z której przypałętał się wierzchowiec bez swojego jeźdźca. Mógł przynajmniej przyznać, że podczas karkołomnej wycieczki starał się zachować wszelkie środki bezpieczeństwa, trzymając dłoń na rączce katany i stawiając stopy tak miękko i tak cicho, jak się tylko dało; koniec końców było to zbędne, bo nie musiał maszerować wcale długo, by natrafić na domniemanego właściciela konia. Ledwo poruszająca się kobieta, wygrzebywała się właśnie resztkami sił z górskiego potoku i Horyzont mógł poprzysiąc, że nawet posłała mu znaczące spojrzenie, zanim jej głowa opadła bezwładnie na ziemię. 
Jako łaskawemu, a może nawet i dobremu pielgrzymowi, więcej mu nie było potrzebne, by w jednym, czy dwóch susach pokonać dzielący ich dystans i nachylić się nad kobietą, której włosy, zdecydowanie bielsze od tych horyzontowych, teraz trwały sklejone przez wodę i odrobinę rzecznego mułu, który dalej unosił się w miejscu, w którym najwidoczniej musiała zostać zrzucona przez wierzchowca. Na ich wspólne nieszczęście, była ranna, wpółprzytomna i raczej niezdolna do podjęcia współpracy.
Jako dobremu, a może jednak tylko łaskawemu pielgrzymowi, po kilku próbach nawiązania z nią kontaktu, pozostało mu jedynie się zaprzeć i modlić, żeby okazała się niewiele cięższa od cieląt. Dźwignął ją, jednym silnym, trochę rwącym ruchem, notując w głowie, że jego modlitwy nie zostały wysłuchane. Bezwładne ciało ciąży mu na rękach, obija się nieregularnie, na szczęście nie sztywnieje, jednak motająca się gdzieś dłoń wyraźnie utrudnia mu robotę. Obozowisko nie jest daleko, jednak droga dłuży mu się w nieskończoność, a rozwarte usta panienki pozostają wyraźną zachętą dla duszy, aby jak najprędzej uciekła ze słabego ciała. Horyzont nie lubi oglądać, jak ktoś umiera, dlatego upewni się, aby do tego nie doszło. 
Uważnie przemywa ranę na umięśnionym ramieniu, wcześniej krzywo obandażowanym, pozornie czystym materiałem. Uważnie wygniata korzenie, liście i dziwny, opalizujący proszek w moździerzu, który wyciągnął z juki wiszącej u boku śpiącej fretki. Uważnie wsmarowuje dziwną, obrzydliwie śmierdzącą papkę we wciąż broczące się krwią uszkodzenie, a najuważniej oklepuje nieprzytomną kobietę dłońmi, obdzierając ją z każdej broni, na jaką tylko natrafi, od kabury z rewolwerem, przez nożyki i scyzoryki. Horyzont nauczył się nie ufać wszystkim bezgranicznie, nie chciał powtórki sprzed kilku miesięcy, gdy wyratowany przez niego jegomość pierwsze co, to przystawił mu kontrabandę do skroni. 
Uważne oko przypatruje się kobiecie po rozpaleniu ogniska, wybudzeniu jej do tego stopnia, by można było ją napoić i przykryciu jej jakąś resztką skóry, którą wygrzebał z dna pokaźnej torby. Bruzda na czole wskazuje na zaniepokojenie, do którego sam nigdy nie miał zamiaru się przyznać. Pozostało mu jedynie czekać, zarówno na nią, jak i na dopiekające się nad ogniskiem udko z kurczaka. 

No hej hej

15.08.2021

horizon





HoryzonT
Pustelnik zza Bezkresów
26 lat | zodiakalna waga | łowca głów

Gdy po raz pierwszy zawitał w cichym Armadillo Springs nie miał niczego, prócz katany i posłusznej jedynie sobie, srebrnej fretki wielkości konia; stworzenia, które z pewnością wygrzebało się swoim lejącym się cielskiem z głębi Gardzieli. Oczywiście, że przykuł uwagę miejscowych, nieprzyzwyczajonych, do tego, by młodzi przybywali do starego, spróchniałego miasteczka. Tym bardziej, jeśli młodzi ci nie mieli ani imienia, ani nazwiska. Wtedy jeszcze wołali za nim Bezimienny, czasem zwracano się do niego per Obcy. Odważniejsi rzucali za nim bluzgami, a stara Ritcharsdsonowa od zawsze nazywała go wnusiem.
Gdy po raz pierwszy zawitał w spokojnym Armadillo Springs miał dopiero dwadzieścia dwa lata i ani złamanego grosza przy duszy. Ze zdartymi kolanami i skołtunionymi włosami przypominał ósme nieszczęście, a zapytany o powód swojej prezencji, odpowiadał zdawkowo, tłumacząc się napadem, z którego nie udało mu się wybronić.
Gdy po raz pierwszy zawitał w Armadillo Springs, został przyjęty do domu starej Ritchardsonowej. Kobiety poczciwej i niezależnej, właścicielki całkiem pokaźnych połaci ziemskich, które otrzymała po synu, gdy ten zginął w strzelaninie i które niedługo potem sprzedała. Pozostawiła sobie jedynie skrawek pozwalający na wypasanie trzech starych krów. Ritchardsonowa była dobrą osobą, uczciwą i troskliwą, a Horyzont troskę tę zawsze oddawał i pomagał jej zajmować się gospodarstwem do momentu, kiedy nie musiał wrócić do pustego budynku, by posprzątać tam po raz ostatni, zanim odsprzedał posiadłość i krowy młodemu, chciwemu inwestorowi. Kobieta była jedyną sprawą, która utrzymywała go w starej mieścinie i jedynym powodem, dla którego okazjonalnie do niego powraca, by odwiedzić tamtejszy cmentarz, wiedząc, że nikt poza nim nie zadba o jej nagrobek.
Gdy rok temu wyjeżdżał z Armadillo Springs nie uronił łzy.
Tekst pisany na kolanie, kiedyś go zaktualizuję, obiecuję na mały paluszek. Mały gburek z chęcią przyjmie wszystkie wątki i pomoże przy każdym gospodarstwie, pan człowiek rezonensu, zbada wam brzuszek przez pępuszek. Ostatni kwadrat należy do Jr.Jane wspaniałych twórców arta.
Zapraszamy wszystkich pisarzy, jak i mistrza gry.
Przed użyciem Horyzonta w opowiadaniach prosimy o konsultację jego wystąpienia :))
Kontakt poprzez discorda.