Kolumna góra

Słuchy z Krainy
Aktualny rok: 1846

Na ulicach słychać szepty o wielkim wyścigu mającym ciągnąć się przez całą Krainę – za wygraną przewidywana jest gigantyczna suma pieniędzy, amnestia wszystkich przestępstw oraz zapewnienie bezpieczeństwa na okres roku. Co ambitniejsi już poszukują wierzchowców na ten morderczy wysiłek.

W Saint Thomas w niewyjaśnionych okolicznościach zniknął kolejny szeryf. Za każdą przydatną informację przewidziana jest nagroda.

Już niedługo w Jackburg: cyrk! Kobieta-guma, linoskoczkowie i najsilniejsi ludzie w całej Krainie. Przyjedzcie zobaczyć to na własne oczy.

Aktualnie poszukiwani są: Otelia Crippen
Dziękujemy za pomoc w schwytaniu Clide'a 'Smiley' Byersa. Aktualnie oczekuje na wyrok sądu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jules i Odette. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jules i Odette. Pokaż wszystkie posty

26.11.2021

Od Julesa CD. Odette

― Przestańcie o mnie rozmawiać, jakby mnie tu nie było, do kurwy nędzy.
Zerknął na Odette, na Donara i znów na Odette; ta wzburzeniem czerwonego oczyska również przeskakiwała groźnie z jednej twarzy na drugą i tylko jeden, jedyny Donar spośród całej trójki w tej milczącej zabawie zdawał być się graczem zdecydowanym, bo w taki sposób na Warren patrzył, że ciężko było już to nazwać niepozornym zerkaniem. To znaczy – gapił się po prostu. Błękitne gały szeroko otwarte, szczęka prawie na ziemi, gęba purpurowa, jakby się mu głupio i wstyd zrobiło. Odjęło chłopu mowę, no zamilkł.
Więc Ilyushka stwierdził, że on również sobie pomilczy. I nie pożałował. Parsknął pod nosem, zaśmiał się krótko i nisko, uśmiechnął złośliwie i dziecinnie. Ruda, gęsta brew powędrowała wysoko do góry, oznajmiając przyjęcie wyzwania.
― Wiesz co, Donar... jakoś nie chce mi się wierzyć w profesjonalizm tej twojej godnej kandydatki, przyjacielu. ― wbrew zmiany adresata, szara tęczówka wciąż uparcie, zaczepnie wpatrywała się w twarz Odette. ― I mógłbym się założyć, że jest nierozsądniejsza.
Przyjaciel odburknął coś niewyraźnie i ostatecznie nie odpowiedział, spojrzał na niego spod ukosa, twarz przybrała gburowatego wyrazu. Woronov wywrócił teatralnie oczami. Okiem.
― No co? Do niej z pretensjami, nie do mnie. Sama zaczęła. ― odpyskował nieładnie, wzruszył niewinnie ramionami, tak jakby zupełnie nic do zarzucenia sobie nie miał. Bo nie miał, tak? To nie on ustalił zasady gry, on tylko je przejął. A Warren… och, Warren zagrała bardzo nieczysto. I jak na kogoś, kto na ogół umiejętności nieczystej gry ceni sobie bardzo, wyjątkowo to się Julesowi nie spodobało.
Nieprzypadkowo przypomniawszy sobie o swoim majstersztyku, zajrzał ciekawsko do bulgoczącego gara. Zmarszczył brwi. Coś mu tutaj śmierdziało i nie była to wcale wątpliwej jakości potrawka; do smrodu spalenizny zdążył się już akurat całkiem dobrze przyzwyczaić. A tutaj o coś więcej chodziło. Czyżby dziewczę było dla Donara kimś ważnym, skoro wolał dla niej dalej palić buraka, zamiast pożartować sobie ze starym, dobrym znajomym od gorzały i przekrętów stulecia?, pomyślał w końcu i na samą myśl skrzywił się odruchowo. Jakoś niespecjalnie uśmiechała mu się taka możliwość. Im mniej powiązań, tym lepiej. O przywiązaniach nie wspominając.
Zupie, tymczasowej powierniczce wszystkich jego poufnych przemyśleń, widocznie nie uśmiechnął się z kolei komentarz Igora na jej temat. Wywar zasyczał niebezpiecznie, raz jeden i drugi, wypluł z osmolonego gara kilka wrzących kropel rzekomej zupy. Zadumany Ilyushka ledwo zdążył uchylić się w porę, zanim w wyniku tego nieszczęśliwego wypadku ucierpiała jego twarz i oko. Zaklął głośno, wyprostował się do pionu, odstąpił na całkiem sporawy krok, przetarł dłonią twarz. Jego jedyne, psia jego mać, sprawne oko.
― I jeszcze przedstawiasz się fałszywym imieniem.
― Jak my wszyscy, córeczko.
Och. To by bardzo wiele wyjaśniało.
― Nie jestem twoją córką, Donar.
A to już niekonieczne.
Ilya zaczął się gubić. Więc stwierdził, że najlepszym pomysłem będzie wtrącenie się w środek zmierzającej w ckliwym kierunku rozmowy, żeby odzyskać inicjatywę i gubić się przestać. Miał bardzo mało czasu, potrzebował kogoś do zastępstwa Nadii na teraz i już, a sprawa zaczęła się komplikować. Wypadało działać szybko.
― Atrakcyjnie… śmierdzi.
Uśmiechnął się szeroko, dumny ze swojej roboty. Zaskakująco dumny jak na kogoś, kto właśnie otrzymał tak bardzo wątpliwej jakości komplement. Ale Ilyushce naprawdę więcej do szczęścia nie było trzeba – nim się jeszcze Odette zdążyła zastanowić nad wyrokiem, jaki właśnie na siebie skazała, nim doszła do wniosku, że w ślad za Donarem warto byłoby podziękować i odpuścić sobie ryzykownych przedsięwzięć, już sięgał po miski. Nieprzejęty wcześniejszym zagrożeniem utraty oka, jakby zupełnie o nim zapomniał, zaczął nakładać. Odette, sobie samemu. Nieprzejęty również zapewnieniami, że Donar "jakoś specjalnie głodny nie jest", jemu nałożył także. Nie wierzył staremu bykowi. On zawsze głodny był.
Pierwsza miska wylądowała w dłoniach Odette, dwie kolejne – na skrzynce obok donarowego stołka, gdzie spoczywał również nagrzany od słońca kufel piwa, srebrna papierośnica w towarzystwie paczki zapałek, żółta, gumowa kaczka oraz kilka miedziaków.
Odette zaryzykowała pierwsza. I pożałowała. Miska wylądowała na suchej ziemi, rozbryzgując rozwodnioną ciecz dookoła, kandydatka – chyba zaczęła się krztusić, a na pewno głośno i nieładnie przy tym przeklinać.
O dziwo, albo nie dziwo wcale, Ilyushka wobec tego zatrważającego widoku pozostał jakoś spokojnie, podejrzanie niewzruszony. Przygarnął sobie pierwszą lepszą skrzynię, jaka się pod szarą tęczówkę napatoczyła, klapnął sobie (zasłużenie) i jak gdyby nigdy nic, sięgnął po papierośnicę i zapałki.
― I mówisz mi, że przywiozłeś mi tutaj dziewczynę, którą traktujesz jak własną córkę? ― zapytał wprost, jak to Woronov miał już w zwyczaju, kiedy konkretnych odpowiedzi potrzebował. Skrzywił się nieprzyjemnie, odpalił papierosa. ― Czy ciebie do reszty pojebało? ― dodał zaraz, jakby od niechcenia zerkając na kurduplowatą białowłosą, która widocznie przechodziła właśnie bardzo ciężki okres. ― Może warto przepić? Mamy piwo. Ciepłe, ale lepsze to niż nic! ― zaoferował z humorem.
Zupa w dwóch pozostałych miskach niewzruszenie stała i nagrzewała się na słońcu.

1.11.2021

Od Odette cd. Jules'a

Odette Warren miała wiele talentów.
Całkiem dobra była z niej złodziejka – bo przecież to nie tak, że całe życie podsuwali jej żarcie pod nos, albo w ogóle kogokolwiek obchodziło to, czy jadła. Miała (a może ma nadal, kto wie, lepiej nie sprawdzać) całkiem dobre oko i pewną rękę i byle pajaca z liny zestrzelić potrafi. Potrafi również ukraść konia z taką finezją i taką wprawą, jakiej próżno szukać u innych koniokradów. Zwinna i niewielka, dobrze wykorzystywała swoje atuty w walce, niezaznajomionym z taktyką napierdalania się pod barem wsadza chętnie palec w oko w pierwszym, lepszym i bardzo losowym momencie, a potem znika tak szybko, że nawet lokalny szeryf myśli sobie, że to chyba jakieś zwidy. Ale jeśli o wszelką rzecz około-jedzeniową chodzi… cóż. Tu okazuje się, że Odette, w równym stopniu co Jules, nie powinna nawet zbliżać się do kotła z zupą. O ile jedzący chcieli mieć żołądki wciąż całe, kiszki nieuszkodzone, a dupy… no właśnie, zostawmy lepiej te nieszczęsne dupy w spokoju. I na swoim miejscu.
Spojrzenie szarych oczu cyrkowego pajaca zdecydowanie nie przypadło Odette do gustu, bo za takie mierzenie jej spojrzeniem z góry kwalifikowało się już do tego, by dzióbnąć go paluchem w oko, kopnąć w piszczel, a potem uciekać (uprzednio zabierając cały, cyrkowy dobytek, bo przecież ciul wie, ale może będzie coś wart). Warren zadarła zadziornie głowę w górę, zmrużyła czerwone ślepia. Nie będzie jej tu żaden pajac cyrkowy oceniał, tak mówiła babcia. Znaczy, pewnie by tak mówiła, jakby pamiętała swoją babcię. Znaczy, na pewno by tak powiedziała, gdyby istniała.
― Jules. Jules Smith.
― Odette. Warren. ― wycedziła powoli i bardzo uprzejmie, choć przecież wcale nie było potrzeby, Donar chwilę temu przedstawił ją przecież. Ale czego Donar świadom nie był, to fakt, że w przeciągu tych paru minut koniokradka zdążyła już wypowiedzieć otwartą wojnę na spojrzenia temu cholernemu olbrzymowi (półolbrzyma może jeszcze by zniosła, gdyby błysnął szmaragdowym okiem, ale tego tutaj?). Bo tak jak Ilyusha łgać niekulturalnie lubi, tak i Odette – równie niekulturalnie – lubi szukać zaczepki.
― Nie wygląda wcale groźnie ten twój Woronov, Donar... Spodziewałam się czegoś bardziej... ― koniec, cisza, wzruszenie ramion. Pierwsza rękawica ląduje na ziemi.
― A mnie, Donar... Ta twoja Odette wygląda na taką, co ma bardzo lepkie rączki i wiele na sumieniu...
― Nawzajem, kucharzu ― odpowiedziała, od niechcenia zajrzała do kotła w którym rzeczony kucharz gotował coś atrakcyjnie śmierdzącego.
― Pozostaje mi zatem wierzyć, że danego słowa potrafi dotrzymać, bo zakładam rzecz jasna, że gdyby było inaczej, to wolałbyś oszczędzić sobie fatygi. Tak samo jak zakładam, że uświadomiłeś swoją kandydatkę o możliwych konsekwencjach, gdyby jednak wpadła na coś takiego nierozsądnego. Słusznie zakładam?
― Słusznie… ― Donar westchnął ciężko, powachlował się kapeluszem. I już miał kontynuować, kiedy wcale mu na to nie pozwolono.
― Przestańcie o mnie rozmawiać, jakby mnie tu nie było, do kurwy nędzy ― burknęła kandydatka, czując się w tym wszystkim bardzo zlekceważona. Jules kopał sobie dołek, ewidentnie nie chcąc zacząć tej znajomości w dobry sposób, na zaczepki oczywiste i te mniej także zareagować nie raczył. No i co ona miała ze sobą robić? ― Sam jesteś nierozsądny. I sam słowa nie dotrzymujesz ― zarzuciła mu dziecinnie, nie mając absolutnie zielonego pojęcia o tym czego Julian dotrzymuje, a czego już niekoniecznie.
Ilyushka, a ten twój majstersztyk to na pewno powinien takim stęchłym kapciem jebać? Ja bym tego Ogryzkowi nie dał nawet, a przecież on by wszystko zeżarł!
― I jeszcze przedstawiasz się fałszywym imieniem ― skrzyżowała dłonie na piersi, obejrzała się przez ramię na Donara. Oskarżycielsko, jakby cała jej persona fałszerstwem, kłamstwami i tym podobnymi rzeczami nieskalana była.
― Jak my wszyscy, córeczko. ― uciął Donar, używając protekcjonalnego tonu. Odette uniosła nieznacznie brwi do góry, bo za mniejsze przewinienia rozwalała ludziom nos. Albo no, przynajmniej próbowała rozwalać.
― Nie jestem twoją córką, Donar.
― A tam ― blondyn machnął potężną ręką ― czasem jednak jesteś i nie udawaj, że nie.
― Zupy? Zdaje się, że zaraz powinno być gotowe. ― wtrącił się Ilya, Julian, Jules, czy inny Pankracy, gestem zapraszając w kierunku swojego wielkiego garnka. Donar pokręcił głową przecząco – on już z julianowymi wyrobami miał do czynienia i wiedział, by broń boże, nigdy nie ruszać nic, co spod jego ręki wychodzi. Odette nie miała jeszcze tego doświadczenia na swoim koncie, dlatego też kiwnęła głową, tym samym podpisując na siebie wyrok.
― Atrakcyjnie… śmierdzi… ― podsumowała jeszcze, z powątpieniem zerkając na pływającą na wierzchu główkę cebuli. Biała brew nieznacznie uniosła się do góry – bogowie, który to już raz dzisiaj – i podjechała w górę jeszcze wyżej, kiedy w dłonie kobiety wciśnięta została miska z zupą i łyżka. Niepewnie, bardzo nawet, jakby ważył się w tej chwili los całego świata, zanurzyła łyżkę w zupie i wsunęła ją do ust.
A potem pożałowała, że w ogóle przyjechała.

26.09.2021

Od Julesa CD. Odette

Iyushka ma wiele talentów.
Całkiem dobry z niego aktorzyna – niejedną pasję się w życiu miało, to i teatr gdzieś się po drodze przewinął – zamysł artystyczny ma niczego sobie, gibki jest (no, rzecz jasna!), a i zaśpiewać potrafi tak, że miło przysiąść się z boku na chwilkę, coby posłuchać. Przyznać jednak trzeba, że to ostatnie to jednak rzadko robi, bo niespecjalnie przepada; a jeśli już, to w barach najczęściej. I po pięciu kuflach piwa mniej-więcej. Ale gotować... och, gotować to on za cholerę jasną nie potrafi.
― Dodać trzy cebule, drobno posiekane...  ― szara tęczówka z widocznym zakłopotaniem, zupełnie jakby nie wiadomo z czym właściwie jej właściciel miał do czynienia, (a przecież to tylko wciąż trzy, pierdolone cebule) spogląda na kolejny składnik, który do przyrządzenia zupy serdecznie przez Donara mu poleconej, będzie Jules'owi niezbędny. Cebula. Drobno posiekana. A on ledwo co obrać ją zdążył jakoś nieporadnie i nie wie co dalej robić powinien. ― I gdzie ja to mam niby pokroić? Na kamieniu może? ― pyta sam siebie nieporadnie, po czym – przez kolejne pięć sekund samemu sobie nie odpowiadając – niewyraźnie klnie pod nosem coś na wzór "Donar, ty skurwysynie", wzrusza ciężko ramionami i dorzuca do już i tak niewyraźnej zawartości postawionego na leniwym ogniu garnka trzy całe główki cebuli. Nieposiekane.
― Woronov, ty stary chuju! ― uwagę rudowłosego przyciąga dobrze znajomy głos Igora, grupowego opiekuna zwierząt. Szara tęczówka podąża za źródłem głosu i dopiero zatrzymawszy się na cyrkowym wozie, dostrzega swojego kolegę po fachu. Rosły mężczyzna z przydługawym, podkręconym wąsem siedzi na przyczepie. Zajęty czyszczeniem rękojeści bata przeznaczonego do tresury, co chwila kontrolnie zerka w kierunku Ilyushki; na twarzy wymalowane ma jakby zniesmaczenie, którego nawet nie stara się ukryć. Linoskoczek przykłada dłoń do czoła, coby rzucić oczom nieco cienia i móc chociaż dokładnie się swojemu rozmówcy przyjrzeć, skoro ten widocznie podejść sam nie ma zamiaru.  ― Nie gadaj tylko, że znowu nas potruć chcesz wszystkich!
― A co ja, do kurwy wędrowniczki, perfekcyjna pani domu? ― rozkłada pretensjonalnie ramiona, a w głosie czai się nutka jawnego wyrzutu, zupełnie jakby nie dochodziło do niego, że ktoś miał mu czelność takie niedorzeczności zarzucać. Bo i nie dochodzi. ― Człowiek się uczy dopiero, zrozumienia może trochę!
― Dobre sobie! ― donośny, niemiły dla ucha śmiech rozlega się po najbliższym otoczeniu, swoją nieprzyjemnością nie zwracając na siebie niczyjej – poza tą Julianową – uwagi. ― Uczyłeś to ty się dwadzieścia lat temu i z równie marnym skutkiem co dzisiaj, teraz to już najzwyklejsze tortury są. Gdyby w pudłach podawano twoje żarcie, to byłaby kara gorsza od śmierci. ― zauważa z przekąsem. Słowa Igora całkiem sporo prawdy w sobie zawierają, bowiem on jedyny w całej trupie z Ilyushką zna się praktycznie od dzieciństwa i niejedno już razem przeszli. Całkiem sporo, bo nie tak do końca, oczywiście. Devorak nikogo nie torturuje. I wciąż uczy się zawzięcie. ― A ty nas tym próbujesz faszerować. Pamiętasz, jak po twoim wspaniałym gulaszu biedny Jakob wystąpić nie dał rady, bo się nie mógł z wychodkiem przez cały dzień pożegnać?
― Spierdalaj, Igor. Nikt wam wpierdalać nie każe. ― podsumowuje krótko i na temat, po czym do rozmówcy odwraca się plecami, a dalsze docinki najzwyczajniej w świecie ignoruje. Dyskusję pora zakończyć.
    No i psiajucha, zdenerwował się. Zapalić musi. Sięga do kieszeni spodni po srebrną papierośnicę, z której następnie wyciąga papierosa i wkłada go pomiędzy usta. Przerwa na fajkę nikomu jeszcze nigdy nie zaszkodziła.
Zupa z wolna bulgoce na leniwym ogniu, Woronov w odległości względnie bezpiecznej – to znaczy takiej, żeby strzepywany palcem popiół nie stał się kolejnym składnikiem potrawki, bo już na własnej skórze przekonać się kiedyś zdążył, że nic to przyjemnego – dopala swoją fajkę i dopiero wtedy, skończywszy na spokojnie, wraca do gotowania.
― Co ja to jeszcze? Soli i pieprzu odrobinę, do smaku. Już się ro... ― zanim cokolwiek się zrobi, a dłoń zdąży skierować się w stronę pojemników z dwoma, tymi jakże cennymi przyprawami (z których ilością i tak by zapewne przesadził), w męskie, szerokie plecy z dużą łupie coś ciężkiego, pod wpływem czego nieprzygotowany akrobata musi się aż lekko zgiąć do przodu. ― Co jest, do chu...
― Charlie! Mam co chciałeś! Mam tu godną reprezentantkę na ten twój występ cały.
― Och, Donar. Stary to ty może i jesteś, ale siła w łapie nadal taka sama, jak te kilkanaście lat temu. ― ciężko opierając się jedną dłonią o udo, zwraca twarz w kierunku starego, dobrego przyjaciela, którego powrotu oczekiwał ze zniecierpliwieniem jeszcze zanim ten na dobre zdążył pozbierać wszystkie swoje manatki z cyrkowego obozu. Na widok nowej, nieznajomej twarzy – godnej reprezentantki, jak śmie się domyślać – prostuje się znacznie szybciej niż zrobiłby to w towarzystwie samego Donara, a nawet nieco poprawia na ciele białą, rozpiętą do połowy torsu koszulę. ― No... już myślałem, że nigdy się was nie doczekam. ― przyznaje szczerze; spojrzenie szarych tęczówek uważnie lustruje kobiecą sylwetkę, w sekundę jakby zapominając o obecności Donara. I stwierdza spojrzenia właściciel całkiem fachowo – sugerując się głównie tym, że musi spoglądać w dół wyjątkowo intensywniej niż zwykle musi zadzierać głowę w dół – że coś niska ta cała godna reprezentantka. Dorzucić nóż na wysokość głowy zdoła?, zastanawia się. 
W całkowitym oddaniu analizie zapomina, że przecież miał jeszcze zupę do końca doprawić.
― No... to ten, przedstawcie się ładnie. ― Donar, nieco zmieszany tymi wszystkimi oceniającymi spojrzeniami, bez zwłoki przechodzi do rzeczy. ― Charlie, poznaj Odette. Odette, przed tobą Woronov, ten, no... jak ty się tam nazywasz, jednooki?
― Jules. Jules Smith. ― przedstawia się krótko, skinąwszy głową w kierunku nieznajomej i wcale sobie nic z Donarowej wpadki nie zrobiwszy; on się wcale nie dziwi, że starzec zdążył się w tych wszystkich jego pseudonimach pogubić, a ostatecznym rozrachunku to nawet dla niego samego lepiej. Zełgał okropnie i bardzo niekulturalnie rzecz jasna, ale Ilyuskha niekulturalnie łgać lubi. To jego specjalność.
― Nie wygląda wcale groźnie ten twój Woronov, Donar... Spodziewałam się czegoś bardziej... ― ...no i nie dokończyła. A szkoda wielka, bo on by chętnie się dowiedział, czegóż też się białowłosa pannica spodziewała!
― A mnie, Donar... ― odpowiada neutralnym tonem, nie obdarzając spojrzeniem swojego adresata, bowiem ciekawsze wydaje się mu dalsze lustrowanie wzrokiem kobiecej – całkiem przyjemnej i uroczej, zresztą – twarzyczki. Zanim jednak do rzeczy przejdzie, musi się jeszcze porządnie fajką zaciągnąć. ― Ta twoja Odette wygląda na taką, co ma bardzo lepkie rączki i wiele na sumieniu... ― najpierw stwierdza, później wypuszcza dym z ust. No co? Swój swego wszędzie pozna, a tak się składa, że zgoła nie po drodze Jules'owi się ze swoimi w takim ciężkim okresie użerać. Co innego sprawa, że prawdopodobnie wyboru miał nie będzie. Więc woli chociaż z góry pewne kwestie zaznaczyć. ― Pozostaje mi zatem wierzyć, że danego słowa potrafi dotrzymać, bo zakładam rzecz jasna, że gdyby było inaczej, to wolałbyś oszczędzić sobie fatygi. Tak samo jak zakładam, że uświadomiłeś swoją kandydatkę o możliwych konsekwencjach, gdyby jednak wpadła na coś takiego nierozsądnego. Słusznie zakładam? ― ruda brew nieznacznie szybuje do góry. Upewnić się trzeba, zanim  przejdą do biznesów. 
Ilyushka, a ten twój majstersztyk to na pewno powinien takim stęchłym kapciem jebać? Ja bym tego Ogryzkowi nie dał nawet, a przecież on by wszystko zeżarł! ― w środek dyskusji ponownie włącza się Igor, tym razem również nie fatygując się na tyle, żeby podejść i się przywitać. To stary chuj... – myśli sobie Woronov, przyjmując kolejną dawkę dymu do płuc – teraz się mu robić na złość zachciało?
― Albo Ilya. Nieważne, jak tam sobie wolisz. ―dodaje małą aktualizację do jakże obszernej listy imion, jakimi życzyłby sobie zwracać się do własnej osoby. Igora ignoruje, bo nikt mu przecież wmawiał nie będzie, że jego zupa śmierdzi stęchłym kapciem. On nic nie czuje. To znaczy, bo czuć nie chce, ale to inna sprawa. ― Zupy? Zdaje się, że zaraz powinno być gotowe. ― proponuje, ciekawsko zerkając do garnka. Wszelkimi niedogodnościami losu, jak to Ilya, pozostaje wielce niewzruszony.

julian, który poza robieniem fikołków ma również dosyć potężnie wymasterowanego skilla przeklinania 

1.09.2021

Od Odette cd. Jules'a

Jakieś cyrkowe pajace krążą po okolicy. Tak mi ptaszki ćwierkały.
Słowa echem odbijają się raz po raz w głowie Odette, choć czasem robią szybkie wziuum i wspomnienie mija, choć czasem robią długie wololo i zostają z nią na solidnych parę minut, to tak naprawdę nie opuszczają jej na dobre. Całą drogę, od jebanego Blisstown ― a może bardziej jego okolic ― aż po (równie jebany) Jackburg i jego okolice. Cały czas, ciągle, non stop, raz po raz, na chwilę, na sekundy, na długie godziny. Trupa cyrkowa ― choć żyje jeszcze w błogiej nieświadomości ― nie daje Warren spać, jeść i normalnie funkcjonować.
Siwy koń leniwie kroczy pustkowiem, jeździec kołysze się w siodle, pojedyncze chmury leniwie płyną po błękicie nieba; sielanka jak okiem sięgnąć, spokój cisza. Cisza sprzyja rozmyślaniom i bujaniu w bliżej nieokreślonych obłokach i o ile Odette w rozmowach i interesach stawia na szeroko pojęte konkrety, tak podczas chwil samotności stawia na brak jakichkolwiek konkretów i po prostu sobie odpływa (no, chyba, że akurat ktoś aktywnie depcze jej po piętach, to wtedy ma ekstremalny kij w dupie i nie ma mowy o odpływaniu, śnie, czy jakimkolwiek, normalnym funkcjonowaniu). W tej chwili raczej nikt nie powinien się nią za bardzo interesować; była daleko od głównego obszaru wiązanego z jej bandą, była daleko od kryjówki. W zasadzie, okolice Jakcburga to była dla niej nowość i powiew świeżości i aż miło było popatrzeć sobie z oddali na pasące się krówki, czy inne owce (zwłaszcza, jeśli się rzeczone krówki lubi i to nie tylko dlatego, że są całkiem smaczne).
Sielanka, krągłe obłoczki, leniwy krok Chrupka. Chwilo trwaj, myśli sobie Warren i tak szybko jak sobie tak pomyśli, tak równie szybko orientuje się, że rzeczonej sielanki właśnie nadszedł koniec. Na horyzoncie bowiem, jeszcze w oddali, jeszcze nie do końca widoczny, majaczy jej jakiś rosły jeździec na koniu. Jegomość w szybkim tempie się przybliża, na jej widok nawet konia pogania, a to już wywołuje trzeci stopień zaalarmowania szeroko pojętego, to już jest powód do taktycznego sprawdzenia, czy rewolwer wciąż kołysze się przy pasku i czy dubeltówka jest w zasięgu ręki, wciąż przypięta do siodła. Może to być koniec świata jej znanego, może to być Jackburg i okolice, ale najwidoczniej nie jest to wystarczająco daleko by móc delektować się chwilą świętego spokoju. Nie ważne zresztą, teraz trzeba się skupić. Chrupek idzie jakoś żwawiej, Odette mruży oczy, dłoń spoczywa na udzie, całkiem blisko kabury, spojrzenie przyklejone do obcego jegomościa.
― Warren! ― drze się jegomość, unosi ręce do góry i macha nimi jakby był co najmniej niespełna rozumu. Kobieta marszczy brwi, minę ma jakąś dziwną, jakby zmieszaną, zszokowaną i totalnie zbitą z tropu jednocześnie. No bo tak, fajnie, miło. Miło bardzo, że gość ją kojarzy i chwilowo nie przejawia chęci by ją odstrzelić, ale kto to kurwa jest tak właściwie?
― H-howdy ― wielki, czarny koń, a na koniu równie wielki, jasnowłosy gość ― Donar? ― Odie w końcu dodaje dwa do trzech, rozpoznaje gościa, którego nie widziała już tak długo, że szczerze zwątpiła w to, że jeszcze żyje. Rozpoznanie niesie za sobą ulgę, rozpoznanie niesie za sobą przyjemne uczucie otulające jej serduszko bliżej nienazwaną emocją. To właśnie Donara dawno, dawno temu próbowała okraść z portek, konia i łupu będąc jeszcze młodą dziewuszką i to właśnie Donar przerzucił ją przez siodło i zawiódł do bandy, dając tym samym namiastkę rodziny i domu. Sam parę lat później odszedł, zniknął i zarzekał się, że jego stopa nigdy więcej w Krainie nie postanie. Cóż, na jego miejscu (i z taką ilością pieniędzy jakie zabrał wtedy ze skoku na pociąg) też nie planowałaby powrotu. Za duże ryzyko.
― Na Jedynego, jak cię ostatni raz widziałem, to wcale dużo niższa nie byłaś. ― pierwszym co komentuje stary (obraziłby się gdyby powiedzieć to głośno), jasnowłosy dziad jest oczywiście wzrost Odette, który jednych dziwi, jednych bawi, a u innych wzbudza jakieś instynkty pseudo―macierzyńskie. Białe brwi, dla odmiany od ciągłego marszczenia, tym razem szybują ku górze w zdziwionej minie, usta zaciskają się w wąską kreskę. Warren tak naprawdę niczego tak szczerze nie nienawidzi. Zazwyczaj rzeczy są jej raczej obojętne, podobnie jak wydarzenia w których uczestniczy. Jedyny wyjątek w tym świecie pozbawionym nienawiści stanowi nawiązywanie w jakikolwiek sposób do jej kurduplowatego wzrostu. To jedno jest w stanie wyprowadzić ją z równowagi, doprowadzić do białej gorączki, przekonać do szybkiego zabójstwa za obelgę i wszystkich innych mniej lub bardziej przewidywalnych rzeczy. Broń zostaje dobyta automatycznie, bez udziału głowy, nie wiadomo nawet kiedy. Zgrabny rewolwer kalibru 36 siedzi pewnie w dłoni białowłosej; potężna dubeltówka leży równie pewnie w masywnych dłoniach Donara. Następuje moment niezręcznej ciszy, kiedy jedno celuje do drugiego i naprawdę trudno określić czy zaraz na pustkowiu nie zostanie jakieś dodatkowe ciało. Lub dwa. Nigdy nic nie wiadomo.
― Czy ty właśnie nazwałeś mnie nieodrośniętym od ziemi karłem? ― pyta pretensjonalnie kobieta, która dla Donara tak w zasadzie stanowić może przyszywaną córkę. Taką, co ma nieco nierówno pod sufitem na punkcie wzrostu i w jakiś magiczny sposób, w tej kwestii, zawsze słyszy co innego niż się powiedziało. Blondyn parska, broni jednak nie opuszcza. Kolejna chwila ciszy mija, zniecierpliwiony Chrupek przestępuje z nogi na nogę i opędza się ogonem od much. Znudzona klacz Donara skupie skąpą trawę porastającą ziemię.
― Żebym to ja jeden! ― olbrzym śmieje się głośno, Odette po raz kolejny dostaje jakiegoś zamroczenia i tylko głęboko skrywane przywiązanie do Donara ratuje jego dupę przed pociągnięciem za spust. Obraza zostaje zakodowana głęboko w głowie, w pamięci, w istocie duszy. Warren wszystko puścić płazem może (i zazwyczaj to robi, albowiem wyjebane), ale dopierdalania się do wzrostu nie odpuści. Nigdy i za żadne skarby. Stary bandyta dobrze wie jak sobie z byłą podopieczną radzić; zamiast się kajać i przepraszać, zamiast się tłumaczyć i wychodzić na prostą ― brnie dalej. Taka taktyka sprawdza się najlepiej, tak najszybciej dochodzi się do konkretów. A czemu tak właściwie poruszył tą jakże wrażliwą kwestię? Bo tak. Tak po prostu. ― Przestaniesz już do mnie celować, ptaszyno, czy trzeba ci znowu skórę przetrzepać jak za starych dobrych czasów?
― Pff ― rewolwer ląduje w kaburze, Odette prycha z irytacją ― Za stary już jesteś, Donar. Nie nadążyłbyś. Albo kręgosłup by ci się złamał przy pochylaniu. ― padają słowa w które nikt tak za bardzo nie wierzy. Ani wypowiadająca je Odie, ani tym bardziej Donar, który mimo nie tak młodego już wieku, wciąż jest jegomościem bardzo sprawnym fizycznie. Ale mniejsza, czepiał się nie będzie. Zwłaszcza, że przecież Warren mu w tym momencie z nieba prawie spada, stanowi wybawienie, jest szansą na szybki powrót do domu. I gdyby tylko Donar wierzył w Jedynego (lub jakiegokolwiek innego boga) uznałby, że to spotkanie to właśnie dar, lub interwencja boska. Nie wierzy jednak, zatem żadne religijne podziękowania nie padają, a ex―bandyta przechodzi do konkretów, które miłuje równie mocno, co jego przyszywane dziecko.
― Słuchaj… Mam do ciebie interes. W zasadzie nie ja, a bardziej taki pajac z cyrku.
― Glock wspominał o pajacu ― dzieli się informacją Odie, powodując tym samym lekkie zmieszanie u gościa, który okazjonalnie poczuwał się do roli jej ojca ― I o jakimś cyrku. I że warto się tam może rozejrzeć.
― Tyle szczęścia ile mam teraz, to nie miałem chyba kurwa nigdy ― pokaźnym rozmiarów dubeltówka ląduje tam, gdzie jej miejsce, Donar zawraca swoją klacz i ruchem głowy wskazuje Warren kierunek drogi ― Pojedziemy razem. A tak poza tym… jak sobie radzisz z nożami?
✦✦✦
Na całkowitym odludziu ― dokładnie w tym jednym, konkretnym miejscu, a nie żadnym innym ― gdzie słońce w pełnej swej okazałości rzuca palące promienie światła na rozłożyste obszary przyschniętej ziemi, gdzie drzewa uświadczyć nie sposób, a deszcz jest lokalną legendą mniej, lub bardziej żywą (w końcu to nie tak, że nie pada wcale, ale mogłoby nieco częściej), przystanek urządziła sobie przybyła z bardzo daleka trupa cyrkowa. Rutyna dnia dokładnie taka sama jak wtedy, kiedy Donar był tu poprzednim razem na spotkaniu z Woronovem, nic się za bardzo nie zmieniło, szału nie ma, dupy nie urywa. Siłacz przygląda się im podejrzliwie, kiedy przywiązują konie do krzywo wbitego słupka, kobieta―guma łakomym spojrzeniem obrzuca dwumetrowego Donara, ciemnoskóry jegomość grający na fujarce obrzuca zainteresowanym spojrzeniem towarzyszącą olbrzymowi białowłosą, białowłosa pstryka palcami w rondo kapelusza w geście pozdrowienia, Donar ma koncertowo wyjebane. Czyli w zasadzie wszystko w normie także i u nowoprzybyłej dwójki.
― Tylko rzucanie nożami? Wydaje się… nudne ― burczy pod nosem Odette, która wciąż nie jest do końca przekonana co do planu Donara i całej tej przysługi. Jak jakiś jednooki pajac z cyrku potrzebował ziomka od noży, to mógł jechać pod Jackburg z paroma świecidełkami i bardzo szybko znalazłby kogoś od noży. No, ewentualnie nie znalazłby nic prócz kulki w łbie, ale to przecież ryzyko zawodowe, nie? Poza tym, skoro jednooki lubił jak się w niego nożami rzuca, to i ryzyko lubić powinien. Podsumowując: powinien jednak biznesy swoje załatwiać solo, a nie angażować w to wszystko bogom ducha winnego Donara, który zażywał spokojnego życia emeryta gdzieś na pograniczu, z dala od łowców głów, szeryfów i tym podobnych, nieprzyjemnych historii.
― Nudne, nie nudne. Ważne, że przysługa odbębniona. No i Glock ma w tym wszystkim ziarenko racji; im dłużej nie będzie cię w pobliżu Blisstown, tym lepiej dla ciebie. Co prawda Jackburg też nie brzmi jak ostoja spokoju i bezpieczeństwa, ale…
― Wyjebane ― wcina mu się w słowo Warren i wzrusza ramionami. Jak zacznie robić się gorąco, to najwyżej spierdoli tuż przed występem i zaszyje się na owczym ranczu Wróżki. Kobita przecież była z ich kręgów, znała się na rzeczy i swojego człowieka nie wyda przecież, nie? Plan awaryjny ― jest. Plan nieawaryjny jest również, więc można działać ― Poradzę sobie, jak zawsze. Tak jak mnie uczyłeś ― nutka sentymentu wkrada się między dwójkę nowoprzybyłych. Błękitna tęczówka Donara błyska czymś na kształt dumy, bo to w końcu tak jakby jego krew nie? I dumny jest ze swojej córeczki, że na taką porządną babę wyrosła; że i chłopowi nogę odstrzeli i w razie czego nerkę na ostrze noża nadzieje. Zuch dziewczynka.
― Tego jednookiego skurwysyna gdzie znajdę? ― zwraca się kierownic wycieczki do starej babulki ślęczącej nad okrągłą kulą z której niechybnie przyszłość czyta. Babuleńka podnosi na niego spojrzenie, błądzi nim trochę po jego twarzy (albo gdzieś w najbliższej okolicy, bo pewnie na wpół ślepa już) i po chwili unosi zasuszoną, drżącą dłoń wskazując kierunek ― Dalej w ten burdel znaczy się? Jasna sprawa. ― ex―bandyta rusza dalej, rusza i Warren. Idą tak w ciszy, przeciskają się pomiędzy kolejnymi reperowanymi dekoracjami, mijają dwa wozy i trzy namioty, aż w końcu docierają do miejsca w którym pali się ognisko. Nikła woń potrawki z nie―do―końca―wiadomo―czego i bulgotanie w zawieszonym nad paleniskiem garnku sprawia, że Odette jakoś od razu milej się robi i to nawet nie dlatego, że chętnie przygarnęłaby taką potrawkę, ale takie obrazki przywołują miłe wspomnienia związane z obozowaniem z bandą. W tej chwili jednak miłe obrazki idą na bok, Donar rozpoznaje lokalnego kucharza i pierwsze co robi, to z całym impetem uderza go w plecy w ramach super miłego dzień dobry.
― Charlie! Mam co chciałeś! ― wita się, bez pytania siada na jakiś samotnym stołku i podejrzliwie patrzy w stronę bulgoczącego garnka ― Mam tu godną reprezentantkę na ten twój występ cały. ― ręką kiwa w stronę Odette by zachęcić ją do podejścia bliżej, Warren ma obiekcje. Lustruje plecy nieznajomego gościa, przygryza wewnętrzną stronę policzka, spojrzenie jakieś takie nachmurzone. Kolejna, pierdolona góra, stwierdza po krótkiej, profesjonalnej analizie i ostatecznie staje tuż za Donarem. Ręce krzyżuje na piersi, czerwona tęczówka błyska wojowniczo.
― Nie wygląda wcale groźnie ten twój Woronov, Donar… ― głowa przechyla się lekko na bok, zaraz potem przechyla się z powrotem ― Spodziewałam się czegoś bardziej... ― Warren myśli jednak nie kończy (wyjątkowo przy tym nie pierdoli konsekwencji i zważa na słowa), wzrusza jedynie ramionami; Donar wzdycha z dezaprobatą i ściąga kapelusz wiedząc, że nadchodzą ciężkie czasy, a potrawka trąci spalenizną.

[Odie being offensive just like her papa vol 6723457694569845]

22.08.2021

Od Julesa do Odette

Give 'em the old Razzle Dazzle, Razzle Dazzle 'em
Give 'em an act with lots of flash in it, and the reaction will be passionate
Give 'em the old hocus pocus, bead and feather 'em
How can they see with sequins in their eyes?

Tu, na całkowitym odludziu, gdzie słońce w pełnej swej okazałości rzuca palące promienie światła na rozłożyste obszary przyschniętej ziemi, gdzieniegdzie wystającej suchej trawy czy samotnego kaktusa, a jedynie z oddali – jeśli tylko dokładnie się przyjrzeć – można dostrzec pierwsze oznaki życia lokalnego czy cywilizacji w ogóle, niedaleko granicy Krainy swój pierwszy od dawna przystanek urządziła sobie się przybyła z bardzo, bardzo odległych terenów trupa cyrkowa. Zatrzymają się tylko na krótką chwilę, ulotnych parę dni; nim zdążą odsapnąć po długiej podróży, wziąć głębszy oddech na zapas, zregenerować nieco energii, znów pognają dalej.
Tu, na całkowitym odludziu, gdzie przed oficjalnym wkroczeniem do miasteczka Jackburg trwają próby generalne oraz przygotowania ostateczne przed maratonem występów, a cyrkowcom nawet uparcie spływający z czół pot nie przeszkadza w działaniach, rozlega się wesoły dźwięk lutni, a życie wydaje się mieć jakieś takie wolniejsze i spokojniejsze tempo niż hen tam, daleko w mieście. Balansujący na monocyklu żongler przerzuca na przemian płonącymi pałkami, mężczyzna na szczudłach przechadza się dookoła, z każdym krokiem wykonując coraz to bardziej ryzykowne pozycje, gdzieś dalej kobieta-guma wykonuje swój rutynowy zestaw ćwiczeń, a niedaleko niej cyrkowy siłacz kończy kolejną serię pompek wykonywanych na jednej ręce. I wiele, wiele więcej można by tak jeszcze wymieniać, że aż z dobre kilkanaście minut by przeszło. Obrazek to zaiste przeciekawy, kiedy na co dzień spójny oraz jednolity spektakl, przez czas trwania przygotowań przeistacza się w kilkanaście osobistych, trwających jednocześnie show, podczas których żaden artysta nie musi zastanawiać się co, kiedy, kto po kim i jak, bowiem skupia się tylko i wyłącznie na samym sobie. I tylko jakby w ramach odmiany od tego radosnego widoku, gdzie wszędzie roi się od ruchu, życia oraz gwaru, kilka metrów dalej, na uboczu, w niewielkim namiocie rozłożonym nieopodal, przed palącym słońcem ukrywa się dwóch, rozmawiających ze sobą mężczyzn.
— Chwila, chwila, chwila. Stop. Co to kurwa znaczy, że nie żyje? — pyta pierwszy z nich – rosły chłop, blondyn, na oko ponad dwa metry – kątem oka zerkając niepewnie na swojego rozmówcę, po czym klnie niewyraźnie pod nosem. Do tej pory lufą wykonanej na specjalne zamówienie dubeltówki uważnie podążał za czającą się gdzieś pomiędzy kamieniami jaszczurką, ale tak prędko jak wzrok odwrócił, po gadzie niespodziewanie ślad zaginął. Niech to szlag. Strzeliłby, a i trafił zapewne nawet, gdyby nie ten durny moment zawahania.
— Bo umarła, Donar. Przestała oddychać, serce się jej zatrzymało, krew przestała dochodzić do mózgu. Przeliterować ci to? Bo bardziej łopatologicznie nawet jak na ten twój mały móżdżek się już chyba nie da. — odpowiada drugi, rudowłosy, kręcąc głową w niedowierzaniu. Błękitna tęczówka wyraża zawód pomieszany z małą iskierką rozbawienia, z ust wydobywa się białoszary obłoczek dymu. Ilya uzależniony jest od fajek już od bliżej nieokreślonego zawsze, zupełnie, jak gdyby wypił to uzależnienie wraz z mlekiem kobiety, którą winien zwać matką, ale ostatnimi czasy to nawet sam swoje osobiście ustanowione rekordy pobija. Jak to się mówi? Co go nie zabije teraz, to przynajmniej szybciej do piachu pośle. Czy jakoś tak.
— A bo ja wiem do czego jeszcze wy dwaj zdolni jesteście, Woronov? Wolałem się upewnić, no wiesz. — odwraca wzrok w poszukiwaniu następnego celu, który godzien byłby zastąpić nieszczęsną, zagubioną w akcji jaszczurkę. — I co teraz? Z waszą cyrkową rodzinką, w sensie? No i ten... jak się w ogóle trzymasz, chłopie? — kontynuuje po chwili ciszy. Tak, chyba właśnie dotarło do niego oficjalnie, myśli sobie Woronov, odnotowując na twarzy rozmówcy niepokój zmieszany z jakąś wielce nieporadną nutką troski czy innego zmartwienia. Z Donarem poznali się już dobre kilka lat wstecz, zawodowy z niego zabijaka i nie byle jaki zawodnik, dlatego tym bardziej zawsze Devoraka dziwiło jak to możliwe, że za tak wielką kupą mięcha, mięśni oraz chęci do mordowania wszystkiego co się rusza, kryją się jednocześnie tak niezliczone pokłady empatii. Skąd one się biorą i jak to możliwe, że jeszcze nie zostały stracone gdzieś pomiędzy pierwszą a setną z rzędu ofiarą śmiertelną?

What if your hinges all are rusting, what if, in fact, you're just disgusting?
Razzle dazzle 'em, and they'll never catch wise!

— Dobrze. — ocenia krótko, zwięźle i zdecydowanie bardzo praktycznie. Ramiona unoszą się obojętnie, po czym równie obojętnie opadają; na twarzy ani śladu po zawahaniu, w błękitnej tęczówce nie rodzi się samotna łza, usta nie wykrzywiają się w słabo przekonującym uśmiechu pod wdzięcznym tytułem: niczym się nie przejmuj, przecież nic mi nie jest. Nic z tych rzeczy, nie. Jednooki nie odwraca nawet wzroku w stronę jakiegoś bliżej nieokreślonego, wygodniejszego punktu. Człowiek skała, serce z kamienia, mężczyzna bez uczuć. Jak zwał tak zwał – a jedno jest pewne, zwał będzie każdy inaczej, w zależności od tego, jak dobrze Woronova zna. Ci najbardziej doświadczeni stwierdziliby, że z pierdolony aktorzyna z niego i tyle, tak po prostu. No i mieliby rację, zresztą. Oczywiście, że Ilya tak naprawdę nie do końca trzyma się dobrze. A gdyby się tak zastanowić, to nie trzyma się dobrze wcale. Ale grono najbardziej doświadczonych jest bardzo wąskie, należą do niego jedynie członkowie trupy oraz nieliczni znajomi z poza niej i tak się składa, że – stety, niestety – Donar mimo wieloletniej znajomości, do żadnej z kategorii nie należy.
— To dobrze. Bardzo dobrze. — powtarza powoli, w adekwatnym tempie kiwając porozumiewawczo głową. Trochę jakby się waha, niepewnie kręci wąsem, dłuższą chwilę analizuje i trawi wagę sprzeczności zawartych w tej jednej, krótkiej odpowiedzi, ale ostatecznie dochodzi do wniosku, że nie ma się do czego doczepić. Cholera, nie takiej odpowiedzi się spodziewał. Zarówno pierwszej, tak i drugiej, jak i trzeciej. Że też przyszło mu na myśl wypytywać, gdzie się Nadia podziała. I po co mu to było? — Czyli... z jakiego powodu my się tutaj tak właściwie widzimy? Bo coś mi tak teraz z tyłu głowy podpowiada, że wcale nie na herbatkę i plotki. — wraca do bardziej neutralnego tonu, przybliża twarz do dubeltówki, przymyka jedno oko, wstrzymuje wdech... chyba w końcu znalazł kolejny cel. Naciska na spust, strzela. Bingo. Ułożony kilka metrów dalej trójkąt z kręgli rozpada się w wyniku impetu, zaraz w ślad za tym pierwszym, który strzał otrzymał.

Give 'em the old flim flam flummox, fool and fracture 'em
How can they hear the truth above the roar?

— I bardzo słusznie ci podpowiada. — jednooki odpowiada skinieniem głowy, wykrzywiając usta w porozumiewawczym uśmiechu. Może i być jego rozmówca mało kumaty czasem, ale jeśli o kwestię biznesów, przysług i spłacania długów chodzi, to Woronov jeszcze nigdy nie miał powodu, żeby w niego zwątpić. A to oczywiste przecież, że jeżeli na pilne spotkanie od przeszło miesiąca nalegał, to właśnie o biznesy chodzić musiało. — Bo w związku z taką a nie inną sytuacją potrzebuję osoby, która będzie w stanie zastąpić Nadię tymczasowo, zanim uda mi się znaleźć kogoś na stałe. I ty, mój drogi przyjacielu – ponieważ Krainę znasz lepiej niż własną kieszeń i na pewno wciąż masz tam odpowiednie kontakty – musisz pomóc mi taką osobę znaleźć. — głowa jakby odruchowo odwraca się w kierunku rzeczonej Krainy, zostaje tak przez kilka sekund, po czym wraca z powrotem na swoje miejsce, co by właściciel błękitnej tęczówki z jakimś bardziej pochmurnym wyrazem twarzy mógł spojrzeć w oczy właścicielowi tej drugiej — I to jak najszybciej się da. Wyobraź sobie, że przyszłość mojej kariery właśnie spoczywa na twoich barkach. — oto właśnie poprzez nieco błagalne, wielce przekonujące spojrzenie oraz teatralne strzepnięcie popiołu z końcówki papierosa, ujawnia Ilya prawdziwy powód spotkania po latach ze swoim starym znajomym. No tak – skwituje jedynie w myślach znajomy, kiwa głową w górę i w dół, po czym w zamyśleniu miętosi końcówkę swojej koziej bródki pomiędzy palcami – oczywiście, że bez powodu mu na to zadupie przyjechać nie kazał, przecież to nie byłoby w stylu Woronova. — Profesjonalistka lub nie, nie ma dla mnie znaczenia, byleby dobrego cela miała i nie pozbawiła mnie drugiego oka. — kontynuuje, tak swobodnie, jakby wciąż rozmawiał jedynie o przyszłości swojej kariery, zamiast przyszłości w ogóle. Ten to jednak wybredny nie jest. No ale! Show musi trwać, niezależnie od wszelkich okoliczności.
— Hum... — mruczy pod nosem niedoszły zabójca jaszczurki, wciąż miętosząc pomiędzy nieszczęsną bródkę, a z czasem i nawet wąsa kręcić na palcu zaczyna, jakoby właśnie zadano mu jedną z największych zagwozdek życia. I nie można zresztą ukryć, że w rzeczywistości tak jest. Nie dlatego wcale, że żadna z takich profesjonalistek mu na myśl nie przychodzi – ba, wręcz przeciwnie, już mu się twarzyczka kandydatki idealnej przed oczyma przypomina; nie dlatego, że cyrkowcowi nie ma ochoty pomagać, bo co go tam jego kariera interesuje, kiedy dla niego to i nawet lepiej by było, gdyby ją w końcu rzucił w cholerę, (bo i tak wisi mu przysługę, więc wybrzydzać nie może) a dlatego, że już z dobre kilkanaście lat temu poprzysiągł samemu sobie, że noga jego w Krainie nigdy więcej nie powstanie. Kręcił się gdzieś nieopodal, węszył, podpatrywał czasem, oczywiście, tak jak dnia dzisiejszego zresztą, ale przekroczyć granicy jeszcze nie przekroczył. Aż tu nagle pojawia się pieprzony Woronov z swoim pieprzonym, bezwarunkowym prawem do przysługi i życzy sobie akurat właśnie tego? Psiajucha, słowny człowiek jest z Donara. Tylko wedle kogo słowny powinien być teraz bardziej? Siebie samego czy chłopa, który mu kiedyś tyłek od śmierci uratował?
Jules milczy, jak grób. Raz po raz jedynie rozgląda się dookoła, bierze łyka wciąż schłodzonego (czyli cennego!) piwa czy posyła porozumiewawcze spojrzenie pozostałym cyrkowcom. Doskonale świadom jest wagi swojej prośby, doskonale świadomie ją zadał i na domiar złego, zadając ją doskonale wiedział, że nie musi nic więcej dodawać, aby prawidłowo została odebrana. Niektóre komunikaty nie potrzebują być wypowiedziane, żeby przekazywać się same. Między wierszami. Ilya bardzo lubi komunikować się między wierszami. Dlatego właśnie milczy. Pozwala przemyśleć na spokojnie, a może prędzej – na spokojnie się pogodzić, bo przecież doskonale wie również, że Donar danej obietnicy nie złamie. Czy to aby na pewno nie podłe z jego strony? No, może troszeczkę. Ale cóż zrobić, kiedy jest się postawionym pod ścianą? Postawić pod tą samą ścianą jeszcze kogoś innego, otóż to!
— Jest taka jedna dziewucha – sierota, ale jaka sprytna! To znaczy, była dziewuchą jeszcze wtedy, jak opuszczałem Krainę. Stare dzieje. Dawno jej nie widziałem, ale jeśli nadal trzyma się z tą samą bandą, mogę spróbować jej dla ciebie poszukać. — zaczyna wolno, nadal jakby w zamyśleniu, próbując sobie lepiej przypomnieć wspomnianą dziewczynkę. Białe włosy, nieco kurduplowata, zdecydowanie za bardzo pyskata niż być powinna; tyle pamięta. — O ile jeszcze nie wylądowała za kratami albo, co gorsza, gdzieś w piachu. Ciężki nasz żywot, zresztą sam wiesz, nigdy nic nie wiadomo. Ale spróbować mogę. Jeśli nie ona, to jakaś inna też się znajdzie, tylko wtedy więcej czasu mi zejdzie.
— A ta sierota, zakładając, że jednak jeszcze żyje i nigdzie za kratami nie siedzi. — podłapuje Woronov, widocznie zainteresowany. Mylił się? No oczywiście, że się nie mylił. Donar może i mało kumaty jest, ale polegać na nim można. — Jak szybko będziesz w stanie ją tutaj zwerbować?
— Kilka dni. Tydzień, maksymalnie, jeśli gdzieś się ukrywa. O ile wyruszę jeszcze dzisiaj. — odpowiada niechętnie, po czym odruchowo sięga po spoczywający na stole kapelusz. A niech to... nieważne. Liczył chociaż na jakiś nocleg, zanim ruszy dalej.
— No więc... — Ilya z entuzjazmem klaszcze w dłonie, przechyla głowę na bok; usta układają się w krzywym, wcale-nic-nie-sugerującym uśmiechu. Na pewno nie sugerującym, że miło było, ale pora najwyższa się żegnać.
— No już, już. Wiem, chwila! — blondyn podnosi się z krzesła, w pośpiechu chwyta za ucho kufla z piwem i jednym haustem wypija całą jego pozostałą zawartość, sięga po skórzany płaszcz i dubeltówkę, po czym raz jeszcze, uważnie zerka na swojego rozmówcę. — A niech cię szlag, Jednooki. Lepiej dla ciebie, żebym tego nie pożałował. — dodaje, odwraca się na pięcie, za pomocą gwizdnięcia przywołuje do siebie swoją karą klacz. I tyle go było na dzisiaj...

Give 'em the old three ring circus, stun and stagger 'em
And they'll make you a star!

I tak oto, właśnie tu, na całkowitym odludziu, gdzie jedni w pocie czoła trenują, a inni przeklinają w myślach swoją honorowość, do wesołego obrazka życia trupy cyrkowej, z nieco lżejszym niż jeszcze kilka godzin temu sercem oraz kolejną fajką w ustach (a weź mu je ktoś wreszcie!) dołącza również linoskoczek Ilya Devorak, oficjalnie rozpocząwszy swój kilkudniowy cykl oczekiwania. Pora zacząć nowy rozdział w życiu.


Razzle Dazzle?