Kolumna góra

Słuchy z Krainy
Aktualny rok: 1846

Na ulicach słychać szepty o wielkim wyścigu mającym ciągnąć się przez całą Krainę – za wygraną przewidywana jest gigantyczna suma pieniędzy, amnestia wszystkich przestępstw oraz zapewnienie bezpieczeństwa na okres roku. Co ambitniejsi już poszukują wierzchowców na ten morderczy wysiłek.

W Saint Thomas w niewyjaśnionych okolicznościach zniknął kolejny szeryf. Za każdą przydatną informację przewidziana jest nagroda.

Już niedługo w Jackburg: cyrk! Kobieta-guma, linoskoczkowie i najsilniejsi ludzie w całej Krainie. Przyjedzcie zobaczyć to na własne oczy.

Aktualnie poszukiwani są: Otelia Crippen
Dziękujemy za pomoc w schwytaniu Clide'a 'Smiley' Byersa. Aktualnie oczekuje na wyrok sądu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ruby McConnell. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ruby McConnell. Pokaż wszystkie posty

5.04.2022

Event: Od Ruby - Przeszłość

W dzisiejszych czasach nikt już nie hodował krów.
Odkąd udało się opracować tanie i skuteczne technologie pozwalające na produkowanie pakietów jedzeniowych, zawierających odpowiednio wyliczone ilości poszczególnych składników potrzebnych człowiekowi do przeżycia, nikt już nie patyczkował się z normalnym jedzeniem. Wiadomo - pakiet mógł leżeć na półce parę lat, można go było łatwo przetransportować, był odporny na zimno, gorąco i próżnię. Sztuczne składniki, barwniki i smak - można było przekąsić trzysta gramów czystego białka o smaku słonego karmelu. Kiedyś coś takiego stanowiło marzenie - tak konsumentów, żyjących w coraz większym pośpiechu, starających się wcisnąć w swój grafik jak najwięcej produktywnych rzeczy; jak i producentów, pragnących uwolnić się od wszelkich problemów i trudności związanych z transportem czy odpowiednim przechowywaniem żywności. A kwestia zajmowania się zwierzętami? Czysty horror.
To, co było futurystycznym marzeniem, stało się codziennością. Zaś codzienność stała się luksusem, na który mogli sobie pozwolić tylko bogatsi. Tak, jak kiedyś ludzie podróżowali na grzbietach koni, zaś samochody były niepewnym wynalazkiem dla tych, którzy nie wiedzieli, co zrobić z nadmiarem pieniędzy, tak teraz pakiety jedzeniowe były dla wszystkich, a prawdziwa wołowina - tylko dla niektórych.
Ruby podniosła wzrok, popatrzyła w nocne niebo. Ludzkość pewną ręką sięgnęła gwiazd, podróże międzyplanetarne stały się powszechne, i tylko zasobność konta w banku decydowała o tym, czy człowiek będzie się tłukł pół roku na Księżyc, czy spędzi ledwie parę godzin w wygodnej komorze przeciążeniowej, lecąc na Marsa.
Czasem aż dziwnym się wydawało, że w tej pogoni za rozwojem i zyskiem, ludzkość odwróciła się przez ramię, by spojrzeć na kolebkę swej cywilizacji - Ziemię. Planeta, która wydała na świat jedyną (jak na razie) rozumną rasę stworzeń, była zmęczona, zniszczona i wyeksploatowana. Nieprzydatna. Dopóki ktoś nie stwierdził, że uderzenie w emocjonalne struny to dobry pomysł, zaś Ziemia powinna zmienić się w żyjące muzeum. W rezerwat, w którym będzie się dało zobaczyć to, jak kiedyś żyli ludzie - za odpowiednią opłatą można było pojechać w dżunglę i zobaczyć prawdziwe tygrysy, można było odwiedzić Wenecję i zobaczyć prawdziwy karnawał, a także odwiedzić Jackburg i zobaczyć prawdziwe krowy. I kowbojów.
Ruby przeciągnęła się, zakołysała na szczycie sypiącego się, drewnianego płotka pośrodku niczego. Wokół niej - morze twardej, przyschłej o tej porze roku trawy, przez którą każdego dnia żeglowały ławice krów. Ruby kochała to miejsce - przychodziła tu tyle razy z Richardem, kiedy jeszcze żył, a potem siedzieli tak - pogrążeni w rozmowie - póki zza odległych gór nie nadciągnął pobladły świt.
Kobieta żyła przeszłością.
W każdym znaczeniu tego słowa.


Może dlatego jej kontakt z teraźniejszością był zawsze taki bolesny.
Ruby zmarszczyła brwi, przebiegła spojrzeniem po terminalu wyświetlającym godziny odlotów wahadłowców - fosforyczne cyferki mknęły szybko, gwałtownie, a ich nienaturalne migotanie sprawiało, że bolały ją oczy. Nie przepadała za koniecznością wyjazdów biznesowych, ale niektórych rzeczy nie dało się przeskoczyć. Mimo całego rozwoju technologicznego, informacje nadal przepływały z określoną prędkością, zaś rozmowa na odległość, gdy odległość tę liczyło się w jednostkach astronomicznych, była koszmarnie niewygodna. Konieczność czekania po parę minut na każdą odpowiedź rozmówcy - Ruby była przekonana, że to jakaś forma piekielnej tortury. Niemniej jednak istnieli ludzie, którzy potrafili z tym jakoś funkcjonować.
Ruby oczywiście do nich nie należała i poza tym - lubiła po prostu zobaczyć człowieka, z którym miała robić interesy. Miała nosa do ludzi, a nos ten o wiele lepiej działał, gdy mogła kogoś zobaczyć normalnie, po ludzku, bez ekranu i biegnących przez przestrzeń sygnałów, które interpretować miała maszyna.
— Ganimedes — mruknęła pod nosem, szukając swojego lotu na terminalu. — Chodź, Pedro, otworzyli już odprawę.
Pedro poprawił swój szeroki kapelusz, tak bardzo niepasujący stylem do otaczających ich zewsząd widoków.
Port w Saint Thomas lśnił chromowaną nowością tytanicznych przęseł, podtrzymujących łukowaną kopułę zmatowionego szkła, mającego chronić podróżnych przed skwarem słońca. Podłoga odbijała sylwetki podążających gdzieś ludzi, niczym nierzeczywista tafla szkła. Wszystko było niebieskie, srebrne, zimne i nowoczesne - tak inne od złota, zieleni i gorąca, spowijających okolice miasta, wypierających stopniowo resztki jakichkolwiek technologii, które pojawiły się później, niż pięć wieków temu.
— Dziwnie pachnie, señora — mruknął Pedro, podnosząc torbę z posadzki.
— Odświeżacze powietrza. Nie podoba ci się zapach mięty z werbeną?
— Od kiedy mięta tak pachnie? — Kowboj zmarszczył brwi. — Sama chemia.
Tymczasem Ruby ruszyła w stronę odprawy, zaś autonomiczna walizka grzecznie podążyła w ślad za swoją panią. Kobieta też wolałaby mieć normalny bagaż, jednak poza terenami rancza bardziej wypadało jej dostosować się wyglądem i sposobem zachowania do ogólnie przyjętych norm, toteż - chcąc, nie chcąc - postawiła na nowoczesność i klasę. Pedro, zatwardziały zwolennik archaicznych rozwiązań, wyglądał dokładnie tak, jakby ledwo co zsiadł z siodła. W dobie powszechnej wolności w kwestii ubioru i ekspresji, mężczyzna nie przyciągał nawet tyle uwagi.
Bagaże nadano, Ruby i Pedro przebyli przez ostatnią kontrolę bezpieczeństwa i usiedli pod bramką. Nie obyło się bez lekkiego grymasu ze strony mężczyzny, gdy ochroniarze skanowali ich zatopione w skórze chipy.
— Jak krowy — burknął na tyle cicho, że tylko Ruby go usłyszała.
Czas pod bramką mijał, Ruby w końcu zaczęła nudzić się na tyle, by skusić się na nieprzyzwoicie drogą kanapkę z wołowiną, jaką serwowała jedna z kawiarni. „Wołowina" z kanapki nawet nie leżała pewnie obok prawdziwej wołowiny, ale Ruby już się z tym pogodziła. W zamyśleniu wyglądała przez nieco zamglone okno terminalu, czekając aż statek na Ganimedesa w końcu zadokuje przy rękawie.


Obniżone ciążenie było ciekawym doświadczeniem. Ruby przywykła do standardowego 1 g, pod którego naturalnym wpływem ewoluowała cała ludzka rasa, zaś niecałe 0,15 tej wartości sprawiało, że dowolny ruch lub podniesienie czegoś z ziemi nie wymagało najmniejszego wysiłku. Pedro przekonał się już o tym parę razy - pierwsze wstanie z krzesła skończyło się wyrżnięciem czołem w sufit, zaś podniesienie torby z ziemi - ciosem pięścią między oczy.
Ruby była pod tym względem nieco bardziej uważna - przykładała się do tego, by nie dać potencjalnemu kontrahentowi powodów do lekceważenia, a takim powodem na pewno byłoby nieumiejętne zachowanie się w nietypowych dla niej warunkach. Sytuacja odwróciłaby się, gdyby mężczyzna postanowił przybyć na Ziemię, jednak Ruby nie była okrutna. Wiedziała, że przejście z normalnego do obniżonego ciążenia jest relatywnie bezproblemowe, zaś w drugą stronę - to czysta tortura. Słabe mięśnie nie radziły sobie z ciężarem ciała, stawy wyciągały się nienaturalnie i jeśli ktoś zbyt rzadko bywał w miejscach o zwiększonym ciążeniu (szczególnie jako dziecko), nawet kości potrafiły pęknąć, nie umiejąc poradzić sobie z koniecznością nagłego wysiłku. Było coś niepokojącego w tym, że pokolenia ludzi wychowanych w kosmosie nie potrafiły już żyć na planecie, z której pochodziły. Jakby droga ku gwiazdom mogła biec tylko w jednym kierunku. Ruby zastanawiała się, czy ten pęd ku gwiazdom i rozwojowi na pewno wyjdzie komukolwiek na dobre, a jej myśli mimowolnie uciekały do jej córek.
Wszystkie bezpiecznie zostały na ranczu - w polu normalnego ciążenia, pod ochroną zregenerowanej warstwy ozonowej, oddychając powietrzem, które nie wymagało filtrów, pijąc wodę, której nie trzeba było wciąż trzymać w obiegu zamkniętym. Żyły w miejscu, które natura przewidziała dla człowieka, zaś Ruby czuła w duchu spokój wiedząc, że daleko im od pakietów jedzeniowych i innych niepotrzebnych wynalazków.
Pedro zerknął na zegarek, potem spojrzał na swoją mocodawczynię i skinął poważnie głową.
— Już czas, señora.
Ruby odpowiedziała mu spojrzeniem i wstała ze swego siedziska. Miała zwyczaj, by posiedzieć chwilę przed podróżą, by zebrać myśli i przygotować się do czekającego ją zadania. Teraz czuła, że ten moment spokoju i wyciszenia, gdy mogła wrócić myślami na swe ranczo, wiele jej dał - przyniósł sercu jakiś rodzaj kamiennego bezruchu, chłodu i wewnętrznej równowagi, które pozwolą jej podejść do negocjacji profesjonalnie i skutecznie. Bo dokładnie tak Ruby postępowała ze wszystkim, za co się brała. Nie wierzyła w emocje - wierzyła w chłodną logikę i metodyczne działanie.


Z transakcji wyszły nici.
Ruby weszła do wynajętego na czas podróży biznesowej apartamentu i ciężko klapnęła na fantazyjnie wygiętym fotelu. Światła podłogowe rozjarzyły się uspokajającym, metalicznym błękitem, z głośników popłynął przyjemny dźwięk harfy elektrycznej i fletu. Powietrze zapachniało lawendą - jakieś czujniki ukryte cholera wie gdzie wyczuły, że ludzie w pomieszczeniu są poirytowani i potrzeba im nieco relaksu. Ranczerka zaklęła.
— Wiesz, Pedro? Czułam, że z tym kontraktem to na dwoje babka wróżyła. Ale żeby to był taki kretyn, to jednak nie przewidziałam — powiedziała, wbijając łokieć w oparcie i opierając ciężko podbródek na otwartej dłoni.
— Dobrze mu z oczu patrzyło, señora, tylko no…
— Tylko no… — powtórzyła Ruby, westchnęła ciężko. — Mają tu studnie grawitacyjne, więc myślałam, że chce hodować w nich moje krowy. Przecież nadal przyniosłoby mu to zyski - kilo prawdziwej wołowiny kosztuje tyle, co kilo platyny! Ale nie - kretynowi wydaje się, że 0,15 g Ganimedesa to dobre warunki, żeby przywlec tu moje biedne krowy. Przecież to jakiś koszmar.
Podróż była długa, kosztowna, niewygodna i nudna. Ale bez jej odbycia Ruby czuła, że dałaby się w końcu nabrać temu pajacowi. Pasza wyglądała w porządku, całe plany też trzymały się kupy - gość postarał się nawet o profesjonalne lampy solarne, które miały imitować prawdziwe, ziemskie słońce. Tylko to ciążenie. Niemożliwym było, żeby zwierzęta były tutaj zdrowe - parę miesięcy i byłoby po krowach. Nie mówiąc już w ogóle o jakichkolwiek cielakach. Dobrze, że Ruby udało się przybyć na miejsce i na własne oczy zobaczyć wszystkie miejsca, gdzie niedoszły kontrahent chciał trzymać jej zwierzęta. Na zdjęciach wszystko wyglądało tak niewinnie, w porządku. W rzeczywistości - nic nie było w porządku, plan rozłaził się w szwach, a fuszerki to Ruby naprawdę nie lubiła.
— Wracamy do domu, Pedro.
Pierwszy raz od początku podróży na twarzy mężczyzny pojawił się szczery, niewymuszony uśmiech.

25.02.2022

Od Ruby cd. Dennis

— Ale coś wiemy — odparła Ruby, krzyżując ramiona na piersi. — To nie jest tak, że jeden Todd będzie miał od razu odpowiedzi na wszystkie pytania. Gdyby tak było, on sam połączyłby wątki i zaczął działać. To nie jest człowiek, który siedziałaby z założonymi rękami i czekał, aż wypadki same się rozwiążą.
Ruby zamyśliła się. Starała się zapamiętać wszystkie szczegóły z tego, co pan Tonkin im opowiedział - nie wiadomo, które z nich mogłyby pokrywać się z tym, co mówiliby inni farmerzy. Jeśli wciąż nie miały dobrej hipotezy, każdy element mógł okazać się ważny, mógł naprowadzić je na dobry trop.
— Sugerujesz, żeby pójść i spytać też innych? — odezwała się Dennis.
Ruby pokiwała głową.
— To jedyne, co nam pozostaje. Nikt nie powiedział, że to będzie łatwe do rozwiązania. Poza tym - wpadnięcie na to, jaka jest przyczyna tej „krowiej zarazy" to dopiero pierwszy krok do rozwiązania problemu. Chodźmy. Jest jeszcze wcześnie, może uda się odwiedzić jeszcze jakieś ranczo.
I tak obie kobiety ruszyły, by znaleźć odpowiedź na to, co dzieje się z krowami na ranczach wokół Jackburga.
Rozmowy przepływały. Niektórzy witali Dennis i Ruby z uśmiechem, zapraszali do środka, starali się odpowiadać jak najbardziej wyczerpująco na pytania. Dawali zajrzeć do obory, spojrzeć na wciąż żywe i zdrowe osobniki. Od nich obie kobiety dowiedziały się najwięcej, ale i na tym zeszło najwięcej czasu. Nie każdy był jednak tak samo skłonny do współpracy - niektórzy odpowiadali półsłówkami, zerkali na Dennis z mieszaniną politowania i lekceważenia, zaś na Ruby - z niepewnością, czasem z podejrzliwością lub nawet jawną wrogością. Ruby, właścicielka nieprzeliczonych stad krów, nawet nie zauważyłaby pewnie, że kilka padło. A dla zwykłego farmera te kilka krów stanowiło cały majątek - rozdźwięk między jednym i drugim sprawiał, że ludzie zamykali się w sobie, zamykali usta i umysły, nie dzieląc się swymi spostrzeżeniami.
W takim przypadku wkraczała zazwyczaj Dennis, by swoim pogodnym uśmiechem i rozbrajającą szczerością przebić się przez mur nieufności i uprzedzeń, wycisnąć te kilka kropel dodatkowych informacji od tych, którzy nie chcieli się nimi do końca dzielić.
Jednak nawet i to nie przyniosło jasnych odpowiedzi. Ruby starała się pytaniami naprowadzić farmerów na to, czy może nie zauważyli jakichś śladów obcych osób na ranczu - pani McConnell wietrzyła wciąż intencjonalne działania jakiejś zorganizowanej bandy, a brak dowodów nie do końca przekonywał ją do tego, że fenomen może mieć zupełnie losowe podłoże. Z kolei Dennis wciąż próbowała znaleźć przyczynę w naturze - a to nowa roślina na pastwisku, a to kontakt z dzikim zwierzęciem, a to może nowy weterynarz badał krowy…
— W sumie — zaczęła Ruby, gdy powoli zaczynało robić się już późno i poszukiwania trzeba było odłożyć na kolejny dzień. — Powinnyśmy jeszcze porozmawiać z weterynarzem.

17.12.2021

Od Ruby cd. Dennis

Dennis w pewien sposób przypominała jej ją samą - w dawnych czasach. Tak dawnych, że niemal wydawało się, że w poprzednim życiu. Wtedy, gdy jej świat zamykał się wciąż w bezpiecznych granicach wyznaczonych przez solidny płot otaczający ranczo, a jeśli miało stać się coś strasznego, to przynajmniej nigdy nie była z tym sama. Zawsze miała u boku kogoś starszego, mądrzejszego, bardziej doświadczonego, kto był w stanie wyjąć z jej rąk stery, zdjąć z barków ciężar obowiązków i wyręczyć, gdy nie dawała już sobie rady.
Życie uczyniło jednak Ruby McConnell kobietą twardą i miejscami nieco zbyt apodyktyczną, choć dawniej była przecież wesołą, wiecznie roześmianą dziewczyną. Jednak tak, jak rana ciała zostawia na gładkiej skórze bliznę, która zdaje się twarda, sztywna w dotyku, tak kolejne wydarzenia i tragedie, które przyszykował dla niej los, zostawiły naturalnie miękkie serce Ruby pełnym blizn, uczyniły jej charakter twardym, miejscami wręcz oschłym. Ale dzięki temu - kobieta potrafiła zawalczyć o to, co było ważne, co się liczyło. Nie była sama, ale teraz u jej boku nie było osób silniejszych czy bardziej doświadczonych, ale ci, których musiała chronić, opiekować się nimi. Odkąd nie było już Richarda, to ona była tą osobą - silniejszą, bardziej doświadczoną, to na jej barkach spoczywała cała odpowiedzialność, to w jej dłoniach tkwiły stery wydarzeń.
Ruby zmierzwiła włosy najstarszej pociechy Tonkina, na jej twarz wypłynął ciepły, przyjazny uśmiech, jaki rezerwowała tylko dla dzieci. Sama miała ich przecież piątkę, nie było więc możliwości, by ich nie lubiła. Nieco mgliście przypominała sobie, kiedy ostatnio widziała dzieci Todda i ponownie opadła ją ta melancholijna myśl, że dzieciaki naprawdę szybko rosną. Człowiek nawet się nie obejrzy, a wyrastają z pieluch, potem z butów po rodzeństwie, aż w końcu idą w świat, samodzielnie ułożyć sobie życie. Co prawda ten ostatni etap jeszcze dla Ruby i jej córek nie nastąpił, ale kobieta wiedziała, że jest nieunikniony.
— Zacznijmy w takim razie od początku — powiedziała Ruby, podpierając dłoń na biodrze. — Kiedy padła pierwsza krowa? I jak to się stało?
Tonkin westchnął ciężko, wsparł się na trzymanych w dłoniach widłach. Ruby widziała wyraźnie, jak trudne brzemię spoczywało teraz na nim - był mężczyzną, głową rodziny, musiał zapewnić byt i utrzymanie wszystkim swoim bliskim. Zaś sytuacja mu tego nie ułatwiała, do tego u Tonkinów nigdy się nie przelewało. Nie było tak, że klepali jakąś wielką biedę, albo nie było co do garnka włożyć, ale ich odłożone pieniądze starczyłyby pewnie tylko na remont dachu obory i nic więcej. Więc jeśli nagle, niemalże z dnia na dzień, los zabierał mu trzy czwarte stada, Todd najpewniej wychodził z siebie, byle tylko robić dobrą minę do złej gry i nie niepokoić żony i dzieciaków. W myślach zaś najpewniej obracał pomysły, kogo ewentualnie mógł poprosić o pomoc, jeśli sytuacja jeszcze by się pogorszyła, a fundusze, które odłożył na czarną godzinę, zbyt szybko stopniały.
— To było niecałe dwa tygodnie temu — mruknął, zacisnął usta, a między ściągniętymi brwiami pojawiła się bruzda. — Zaczęło się od Betti. Ona była najstarsza, zdarzało się jej już wcześniej chorować i niedomagać, no ale przecież nie było z nią jeszcze tak źle. Przynajmniej - nie aż tak źle. — Znów ciężko westchnął. — Już na wieczór była jakaś osowiała, nie chciała wracać z pastwiska. Ale nie tak, jak czasem młode krowy się stawiają, że chcą po prostu jeszcze trochę zostać. Betty tylko stała i nie chciała iść, nie dawała się zaciągnąć. Patrzyła tak jakoś… takim dziwnym wzrokiem.
Dennis przygryzła wargi, obie kobiety popatrzyły po sobie. To już brzmiało naprawdę podejrzanie.
— W nocy krowy trochę muczały, to poszedłem sprawdzić, czy ktoś się nie kręci, ale nikogo nie było. Teraz sobie pluję w brodę, że nic nie zauważyłem - śpiący byłem, to nie przyszło mi do głowy, żeby bardziej zerknąć na Betty. Widziałem, że tam stoi w oborze, ale nie podszedłem. — Znów zrobił pauzę, znów ciężko westchnął. — Nad ranem już było po niej. Leżała zimna, z wywalonym, fioletowym ozorem.
— A pozostałe krowy?
— Potem to już było lawinowo. Następnego dnia to samo było z Balbinką i Kalinką. Też nie chciały wracać z pastwiska, były jakieś osowiałe. I nad ranem - martwe, też z tymi fioletowymi jęzorami. Wezwałem weterynarza, żeby cokolwiek chociaż powiedział, ale nim przybył, to trafiło i kolejne krowy!
— A próbował pan je rozdzielić? Żeby nie przenosiły między sobą tej zarazy?
— A pewnie. Ale to już chyba wcześniej przeszło z jednej na drugą, nic nie dało. — Pokręcił głową. — Padły od choroby, to nie mogę przecież ludziom sprzedać ich mięsa. Ostatnie mleko od nich wylałem, bo to nie wiadomo, co to za cholerstwo było.
Mężczyzna splunął na ziemię, roztarł plwocinę butem. Ruby zacisnęła dłoń w pięść. Ta historia naprawdę nie napawała optymizmem…

27.11.2021

Od Ruby cd. Dennis

Ruby poczuła ulgę słysząc, że z krowami Dennis jest w porządku. A przynajmniej na razie jest w porządku, bo wiadomo - jeśli sytuacja była w miarę dobra i stabilna, stanowiło to świetny moment, by już po chwili zrobiła się zła i niestabilna. Życie tyle razy już wycięło Ruby podobny numer, że ranczerka w momentach, kiedy szło za dobrze, skupiała się raczej na tym, by wyciągnąć z nich jak najwięcej i - być gotową, gdy nadejdzie gorszy czas.
Niestety - nie pamiętała imion krów, które sprzedawała ludziom, szczególnie gdy od transakcji minęło już nieco czasu, jednak skinęła głową na słowa Dennis, nie chcąc czynić dziewczynie przykrości. Takie były uroki prowadzenia rancza z pastwiskami za horyzont, że choć człowiek cenił swoje krowy, stada, to jednak nie był w stanie pamiętać dokładnie wszystkiego. Krów było już po prostu zbyt wiele. Ruby postanowiła jednak zapamiętać imię Różyczki, chociażby na teraz.
Uśmiechnęła się lekko na następne słowa Dennis. Zaskoczenie dziewczyny tym, że nie każdy był dobry i czasem zdarzali się i tacy, którzy nie tylko chcieli czyjejś krzywdy ale i aktywnie starali się ją wyrządzić, nie tylko wyglądało autentycznie. Ono po prostu takie było. Szczere i wypływające z głębi serca. Ranczerka pomyślała, że świat byłby o wiele piękniejszym miejscem, gdyby więcej osób było takich, jak Dennis. O zawsze czystych intencjach i szczerej duszy - takich, którzy nie widzieli zawsze w drugiej osobie wroga lub potencjalnej ofiary. Ruby doszła do wniosku, że właściwie to jej samej brakuje takiego podejścia, które przecież kiedyś miała, a które chyba już bezpowrotnie utraciła.
— Masz rację, nie zamierzam siedzieć i tylko bezproduktywnie czekać — powiedziała, w jej spojrzeniu pojawiła się jakaś twardość, stanowczość. — Coś mi mówi, że szeryf sobie z tym nie poradzi. I nie jest to tylko kobieca intuicja. Wcześniej zdarzały się różne problemy, teoretycznie to wymiar sprawiedliwości wraz z naszymi stróżami porządku miał sobie z nim poradzić, jednak jak wyszło, tak wyszło. — Urwała, westchnęła.
Nie chciała opowiadać Dennis, że w tamtym roku, dawno temu, kiedy po okolicy grasował podpalacz, szeryf też zwołał podobną naradę. Na nią akurat poszedł wtedy Richard, ale jego wnioski były podobne - że szeryf sobie nie poradzi. I miał rację - z dymem poszło jeszcze parę budynków, ludzie coraz bardziej się burzyli. Nie chodziło tylko o straty, pożary przyniosły ofiary, a w twardym, pozbawionym krzty miłosierdzia świecie, utrata całego majątku czasem wyznaczała los gorszy od śmierci.
Ale w pewnym momencie podpalenia cudownie ustały, nastroje w mieście z niewyjaśnionej przyczyny się poprawiły. Szeryf nadal szukał podpalacza, nadal rozsyłał listy gończe, jednak temat przycichł, nikt go nie poruszał. Aż w końcu szeryf znalazł podpalacza - a raczej to, co z niego zostało, po tych miesiącach, które jego zwłoki spędziły wciśnięte w jakiś załom skalny na prerii. Niby miało to wyglądać na wypadek, ale te parę ran postrzałowych temu przeczyło. Szeryf coś tam niby dalej szukał - tym razem mordercy podpalacza - ale jakoś świadków nie było, nikt nic nie widział, znalezione kule nie miały w sobie nic charakterystycznego, i cała sprawa rozeszła się po kościach.
— Na pewno zaczęłabym od sprawdzenia, u kogo dokładnie padło ile krów. Potem sprawdziłabym, czy te farmy są blisko siebie, czy raczej daleko. I czy coś łączy ich właścicieli. Może komuś się narazili, może stoi za tym coś innego — zaczęła myśleć na głos. — Wiesz, to nie jest tak, że ty nie jesteś w stanie nic zrobić, że nie nadajesz się do takich spraw. Nie każdy konflikt i problem rozwiązuje się z bronią w ręku. Albo zaciśniętą pięścią — Ruby posłała jej uśmiech. — Myślę, że dobrze byłoby sprawdzić, gdzie konkretnie mamy źródła owej „zarazy" o której mówił szeryf. Ty jesteś pogodną osobą, z każdym znajdujesz wspólny język. Mogłabyś popytać i sprawdzić, komu faktycznie padły krowy, a kto tylko narzeka.

19.11.2021

Od Ruby cd. Dennis

Kowboje Ruby czekali na nią niemal zaraz obok wyjścia. Jeden opierał się barkiem o ścianę budynku, drugi niezobowiązująco wsparł dłonie o barierkę krótkiej wiaty. Kolejny żuł źdźbło trawy, które zaraz wypluł, gdy tylko z wnętrza budynku wyłoniła się Ruby. Pedro wypatrywał ranczerki najuważniej, wyjął ręce z kieszeni, gdy zaczęła się zbliżać.
— Jakie wieści, señora? — spytał, zerkając na nią z lekkim niepokojem. Po Ruby było widać, że narada u szeryfa, czy cokolwiek to było, nie przebiegło najlepiej, a i wieści były niewesołe.
— Szeryf nie chce siać paniki, dlatego zaprosił tylko właścicieli stad, farmerów — zaczęła kobieta, skrzywiła się nieco.
— Coś z bydłem — domyślił się od razu Pedro.
— Ano z bydłem — westchnęła, nie chciała jednak sama siać paniki wśród swoich ludzi, choć przecież była im winna jakieś wyjaśnienia. — Ale poradzimy sobie. Nie tak, to inaczej. Zawsze sobie przecież radzimy.
W tym momencie Ruby usłyszała pogodne „Dzień dobry" za plecami. Odwróciła się, spojrzała na Dennis.
Musiała przyznać, że szkoda jej było dziewczyny. Była młoda, wesoła, powinna cieszyć się życiem i myśleć o totalnie innych rzeczach, nie zaś przychodzić na spotkania dotyczące zdychającego bydła. To zdecydowanie była rola jej ojca, Ruby jednak, choć potrafiła zachowywać się gruboskórnie, jeśli wymagała tego sytuacja, miała w sobie wystarczająco dużo taktu i empatii, by nie poruszać tej kwestii na głos.
— Na razie u nas wszystko dobrze, odpukać — odpowiedziała jej Ruby z uśmiechem - jej marsowa mina, którą miała jeszcze chwilę temu, gdzieś zniknęła.
Martwiła ją cała sytuacja, ale nie chciała dorzucać Dennis dodatkowych zmartwień. Ruby zdawała sobie sprawę, że jako właścicielka dużego rancza, do tego jego głównodowodząca (jedno z drugim nie zawsze przecież się pokrywało, wielu ranczerów miało swych zarządców i to oni zajmowali się wszystkimi ważnymi sprawami), oraz nieco starsza i bardziej doświadczona przez los kobieta, tak właściwie to powinna w pewien sposób wyznaczać jakiś trend i podejście do całej sprawy.
— Ale masz rację, sytuacja jest poważna, nie wolno jej lekceważyć. Koniecznie powinnaś wszystko opowiedzieć ojcu.
Ruby w końcu znów się uśmiechnęła. Nie umknęło jej, że Dennis udało się powiedzieć do niej normalnie, na ty, i cieszyło to kobietę. W jej odczuciu Dennis była nieśmiałą i wrażliwą dziewczyną, a choć obie te cechy w normalnych przypadkach byłyby zupełnie w porządku, o tyle tutaj, na Dzikim Zachodzie, każdy nieśmiały wrażliwiec musiał umieć też po prostu wdziać portki i być twardym, przełamać się. Życie potrafiło być brutalne. Ruby zaś cieszyła się, że Dennis możliwie poczyniła jakieś kroki w stronę tej umiejętności bycia twardszą i odważniejszą - nawet jeśli było to wbrew jej naturze, było to potrzebne.
— Chodź kawałek, pogadamy jak kobieta z kobietą — powiedziała do Dennis, skinęła swoim kowbojom i obie oddaliły się kawałek. — U mnie na razie cisza — podjęła Ruby, gdy znalazły się poza zasięgiem słuchu pozostałych. — Ale obawiam się, że nie potrwa to długo, a jeśli to faktycznie jest jakaś choroba, to będzie bardzo ciężko.
Ruby nie musiała wiele dodawać. Jej stada były liczne, sztuki bydła liczyła w setkach, więc jeśli dopadłoby je coś zaraźliwego, zaraza rozprzestrzeniłaby się w okamgnieniu. Ranczerka westchnęła - tylko tego brakowało. Co prawda na ranczu miała weterynarza, ale cóż mógł poradzić tylko jeden człowiek? Zresztą, stary doktor Malcolm ograniczał się głównie do pomocy przy „codziennych" sprawach związanych z bydłem, Ruby jakoś ciężko było sobie wyobrazić, by walczył z jakąś nieznaną chorobą.
— A u ciebie? Na razie cisza? — spytała z troską. — Cała ta sprawa wydaje mi się mocno podejrzana… — przyznała w końcu.

12.11.2021

Od Ruby cd. Dennis

Ruby miała ustalony plan dnia i starannie się go trzymała. Wiedziała bardzo dobrze, że zrywami i napadami nagłej weny nigdzie nie zajedzie. Może artyści byli w stanie tak żyć - tworzyć i pracować tylko wtedy, gdy tak mówiła im ich wewnętrzna muza. Ale normalni, pracujący ludzie nie mogli liczyć i polegać na czymś takim. Musieli do życia i wszystkich jego wywrotek podchodzić spokojnie, logicznie i systematycznie. Dlatego też pani McConnell opracowała już swoją rutynę i intensywnie się jej trzymała. Zaś wszelkie odstępstwa od tej rutyny traktowała chłodem i poirytowaniem.
Przedpołudnie zazwyczaj poświęcała na wszystkie sprawy związane z ranczem - od przejrzenia raportów dotyczących stanu zdrowia krów, czy któraś nie zachorowała, czy się czymś nie zatruła, czy któraś się nie zraniła. W zależności od pory roku zdarzały się i sprawy związane z liczbą cielaków, ze sprzedażą krów, z dojrzewającymi serami albo wędzonkami. Duże ranczo z pastwiskami ciągnącymi się daleko poza horyzont generowało wielkie zyski, ale generowało też mnóstwo pracy, zaś wszystkie najważniejsze decyzje spoczywały na barkach Ruby.
Kobieta ucisnęła palcami kąciki oczu. Zastanawiała się, czy nieco marzące się jej przed oczami litery to kwestia przemęczenia, czy też może potrzebowała już jakichś okularów.
— Taka stara to nie jestem — mruknęła do siebie, przetarła twarz dłonią, jeszcze raz wróciła wzrokiem do liter. — Nie osiwiałam od tego wszystkiego, to i okularów nie potrzebuję.
Te rozważania przerwało jej dość natarczywe pukanie do drzwi. Ruby oderwała się od czytania, zmarszczyła brwi. Miała swoją ustaloną rutynę i wolała się jej trzymać. Wolała też, gdy pracujący na ranczu kowboje również się jej trzymali. Zaś poranna rutyna dla kowbojów wyglądała tak, że nikt jej rano nie przeszkadzał, nie pukał do gabinetu i nie zawracał głowy, jeśli sytuacja nie była naprawdę groźna. Ranczerka westchnęła ciężko.
— Proszę! — zawołała.
W drzwiach stanął Pedro.
Señora, bo szeryf przysłał zastępcę… — zaczął mężczyzna, mimowolnie sięgając dłonią do zawiązanej pod szyją chustki.
— I jakie wiadomości przysłał zastępca? — zapytała Ruby, odkładając kartki na bok. Cóż, przybycie zastępcy szeryfa nie zwiastowało niczego dobrego, mężczyzna nie odwiedzał rancza Ruby, jeśli nie działo się coś naprawdę poważnego.
— Ach, señora, no nie powiedział nic sensownego tak do nas wszystkich. — Pedro postąpił krok, zamknął za sobą drzwi. — Ale przyniósł jakąś kartkę i mówił, że to ważne.
Ruby wyciągnęła rękę, kartka wylądowała w dłoni. Kobieta przebiegła wzrokiem litery.
— No ładnie — mruknęła.


Sala była duszna, zatłoczona. Ruby przyszła razem z Pedro i grupą swych kowbojów - mężczyźni zostali na zewnątrz, czekając aż ich pracodawczyni skończy brać udział w naradzie. Spotkaniu. Czy czymkolwiek miało to być. Tak jak Ruby się spodziewała, nie szło dobrze. Ledwie szeryf nakreślił sprawę, zaraz inni mieli coś do powiedzenia, zaraz wszystko zmieniło się w licytację. Tak, na pewno każdy tutaj wiele stracił, dla wielu farmerów kilka krów stanowiło majątek życia. Ruby nie odmawiała im prawa do tego, by się tym martwić, potrafiła myśleć w innej skali. Ale szlag ją trafiał, gdy zamiast konstruktywnej rozmowy wszystko sprowadzało się do żałosnego jojczenia o durnoty i przekrzykiwania się, komu tym razem los zasadził większego kopa w dupę.
Jasne, że los miał tendencje do zasadzania kopów i wbrew powszechnej opinii wcale nikogo nie omijał. Przydziałowy wpierdol dostawali zarówno ci biedniejsi, jak i ci bogatsi, zaś Ruby była tego boleśnie świadoma. Problem był tylko taki, że bogatszym łatwiej było się potem pozbierać i kop nie rzucał na kolana. A przynajmniej nie na długo.
Fakt tego, że bydło padało z niewyjaśnionej przyczyny był dla Ruby naprawdę kiepską informacją. Kobieta instynktownie stawiała na jakąś zarazę, ale z drugiej strony - czy stada tych wszystkich krzyczących ludzi się ze sobą kontaktowały? Pewnie nie. A jeśli nie, to mogła nie być to zaraza. Mogło to być czyjeś celowe działanie… Ruby, zbyt wiele razy kopnięta w tyłek przez życie, w wielu miejscach wietrzyła czyjąś złą wolę, w całej tej kabale widziała raczej przygotowanie do napaści na jej własne stada, niż cokolwiek innego.
Harmider się przedłużał, szeryf nie był w stanie opanować ludzi. Ruby zmarszczyła brwi i wstała.
— Do kurwy nędzy! — krzyknęła gniewnie. — Przewinąć was wszystkich trzeba, że tyle płaczecie? To jedyne, co potraficie - siadać i pierdolić jak banda stetryczałych dziadków? Dajcie szeryfowi mówić, nie mamy całego dnia na te walone smęty!
I tak pani McConnell przysporzyła sobie kolejnych wrogów. Kolejnych ludzi, którzy uważali, że babie woda sodowa uderzyła do głowy, że zasadziła się na cudzym ranczu i chodziła z nosem zadartym pod nieboskłon. Ruby to nie obchodziło, nie przejmowała się już od dawna tym, co inni o niej myśleli. Usiadła. Niech szczekają.
— Tak, wracając… — szeryf podjął wątek, zaczął przedstawiać nieco więcej szczegółów, ale nadal nie składało się to w bardzo koherentną historię.
Ruby ułowiła wzrokiem gruby, kasztanowy warkocz i charakterystyczną sylwetkę Dennis. Dziewczyna pasowała do zaprawionych życiem farmerów jak kwiatek do kożucha, Ruby od razu zrobiło się jej szkoda. Jakby przyciągana jej wzrokiem, Dennis obróciła się, Ruby wykorzystała krótki moment by skinąć dziewczynie głową. Tak trochę na pocieszenie. To „spotkanie" mogłoby się już skończyć.

3.11.2021

Od Ruby cd. Odette

Odette badała truchło krowy, zaś Ruby przyglądała się dziewczynie z uwagą. Jej nowa pogromczyni wendigo in spe zrobiła o niebo lepsze pierwsze wrażenie, a na dodatek nie wykręciło jej na widok truchła tak, jak wykręciło pierwszego ze śmiałków - ledwie zarośnięte kowbojątko. Nie wystrzeliła też z wielce drogim planem obstawienia rancza pierdylionem nikomu nie potrzebnych amuletów z kurzych piór i sznurka. Zamiast tego fachowo sprawdziła, których części krowie brakuje, jak tam wyglądają ślady na zwierzęciu i wokoło, a gdy wyrok już zapadł, przedstawiła całkiem logiczny plan i argumenty. Faktycznie, do trzech razy sztuka.
— Weźmiemy jeszcze chłopaków. Czymkolwiek ten mały kurwipołeć jest, daleko nie pociągnie — powiedziała Ruby. — Chłopcy znają się na rzeczy, ranczo też dobrze znają. Nie wiemy, ile nocy spokoju nas czeka, a obstawianie wszystkich jak jesteśmy tylko we dwie za szybko nas wykończy. Ustalimy warty, niech spojrzę…
Kobieta w myślach przeliczyła dni pomiędzy poszczególnymi ofiarami, wychodziło że latająca menda pożywiała się mniej więcej co drugi-trzeci dzień.
— Tej nocy posiedzi tam Luke i Bill, zmienią ich Simon i Pedro. — Zawyrokowała. To byli najmłodsi z jej kowboi, ale nadal bardzo dobrzy strzelcy i rozgarnięci ludzie. — My zaczaimy się następnej nocy. Są większe szanse, że się gnój pokaże.


Przyszedł ustalony czas. Ruby i Odette siedziały skulone w krzakach w zachodniej części rancza - tam, gdzie spodziewały się ataku… wendigo albo pojeba ze szponami. Jak zwał, tak zwał, obie kobiety miały już nabite strzelby i czekały tylko na najmniejszy ruch w okolicy. Ruby dodatkowo wzięła z sobą jeszcze lasso - posługiwała się nim naprawdę dobrze i nie zamierzała rozstawać się z tą bronią. Za pasem tkwił jeszcze rewolwer, jeśli siła rażenia strzelby okazałaby się niewystarczająca. Parędziesiąt metrów dalej miała jeszcze garść kowbojów - wszyscy uzbrojeni i w pogotowiu, czekający tylko na to, by w końcu coś zaczęło się dziać.
Ruby miała w pamięci słowa swego ojca - ten oczywiście nie chciał się zgodzić, żeby jego córka wyprawiała się nocną porą na łowy na wendigo. I to jeszcze z nieznajomą kobietą, która ledwie co przybyła na ranczu. Ojciec znał się na ludziach, jednak gdy przychodziło do jego własnej rodziny, robił się nieufny, zamknięty w sobie. Ruby odziedziczyła po nim ten specyficzny dar, który pozwalał jej ledwie spojrzeć na daną osobę by dość dobrze określić jej serce - w przypadku Odette intuicja mówiła jej, że dziewczynie można ufać. Tak, dało się też łatwo domyślić, że te odziane w skórzane rękawiczki dłonie nie raz sięgały po coś, czego prawo zabraniało, jednak Ruby wychodziła z założenia, że nie zamierza być szeryfem.
Poza tym - jej dziewczynki nawet polubiły Odette. Nie spędziły razem dużo czasu, ledwie tyle, żeby się przywitać i zamienić ze dwa słowa, jednak to krotkie spotkanie zdecydowanie wypadło na korzyść kobiety. Skoro i jej dzieci się z nią zgadzały, to Ruby nie potrzebowała więcej zapewnień.
Noc im się dłużyła. W powietrzu wisiało przykre napięcie, a co jakiś czas chowający się za chmurami księżyc tylko irytował. Jego blade światło rozpraszało się wśród traw i śpiących krów, cienie chmur błąkały się po okolicy. Ruby odetchnęła głębiej, maskując ziewnięcie i starając się dostrzec, czy któryś z tych bezkształtnych cieni rzucanych przez chmury nie ma podejrzanego kształtu - jak chociażby wychudzona sylwetka wendigo.

10.09.2021

Od Ruby cd. Odette

— Też miałam nadzieję, że cokolwiek napada moje krowy, to jednak jakiś człowiek — powiedziała Ruby, odchylając się na krześle i splatając dłonie. — Nie idzie splunąć w krzaki, żeby nie trafić co najmniej jednego pajaca, któremu nie podobam się ja, ranczo, moi kowboje, albo wszystko na raz. Na szczęście ludzie więcej mielą ozorami w saloonie, wlewając w siebie kolejne kielony taniej whiskey, niż faktycznie próbują cokolwiek zrobić. Ale masz rację, początkowo nastawiłam się na szukanie jakiegoś tchórzliwego chujka.
Ruby wróciła wspomnieniami do początkowych miesięcy, które spędziła na ranczu sama. To znaczy - zaraz po śmierci Richarda. Bo wtedy było najgorzej. Jej teściowie w okamgnieniu postanowili położyć łapę na ranczu, które według prawa i przyzwoitości, należało się Ruby i jej dzieciom. Gdy stało się jasne, że sąd chyli się bardziej ku sprawie ciężarnej wdowy i czwórki (wkrótce piątki) sierot, ranczo stało się nagle ulubionym celem wszystkich rzezimieszków, i to nie tylko tych okolicznych. Ruby miała wrażenie, że bandy wszelkiej maści złodziei i innych typów spod ciemnej gwiazdy, ściągali z najdalszych zakątków krainy, jakie dało się jeszcze znaleźć na mapie. Jej kowboje schwytali ich chyba więcej, niż szeryf dał radę złapać przez cały rok, ale nie schwytali przecież wszystkich. Stada ucierpiały, nie każdą krowę dało się odzyskać. Dziewczynki się bały - przynajmniej te, które były na tyle duże, by rozumieć zagrożenie. Ruby podzielała ich strach. W końcu kto wie, kiedy któraś banda zrobiłaby się na tyle zuchwała, by targnąć się na dom, nie na same stada. Ona sama miała wtedy tylko garść ludzi i z każdym dniem coraz cięższy brzuch, na pewno stanowiła świetną ochronę dla dziewczynek…
Kobieta odetchnęła, odsunęła od siebie te myśli. Skoro wtedy sobie poradziła, poradzi sobie i teraz - miała po stokroć lepszą sytuację, więcej zasobów i możliwości. Nic jej nie złamie, a jeśli coś zagrozi jej ranczu, nie pozostanie bezkarne.
— Problem jest tylko taki, że kimkolwiek jest nasz chujek, którego słońce dopiekło w dekiel, nie zostawia żadnych śladów. Moi chłopcy znają każdy krzak na tym ranczu, wiedzą jak szukać i tropić nieproszonych gości, ciężko jest jednak znaleźć cwaniaczka, który najwyraźniej lata — Ruby zmarszczyła brwi. Widać było, że nie podoba jej się ta konkluzja, ale nie mogła przecież kłócić się z faktami, bez względu na to, jak bardzo ją irytowały. — Również i rany na krowach nie wyglądają na zadane normalną bronią, bardziej pazurami.
Ruby klepnęła otwartą dłonią udo.
— Wiem, że dopiero przyjechałaś, ale nie ma co czekać - chodźmy. Dobrze, żebyś zobaczyła to „miejsce zbrodni". Chociaż najświeższe mamy sprzed trzech dni, więc w kwestii jakichkolwiek śladów…
Głośne, szybkie pukanie przerwało jej wpół zdania.
— Proszę! — zawołała Ruby, przeczuwając już, jakie wieści zaraz usłyszy. Nowe informacje w kwestii krowiego problemu trapiącego od paru tygodni ranczo były jedynymi wieściami, które przyjmowała w trakcie spotkań.
W uchylonych drzwiach pojawił się Pedro - we wciąż zakurzonych portkach, z rozwianym włosem i kapeluszem odrzuconym na plecy.
— Jest następna, señora.
Ruby pokiwała głową.
— Masz szczęście — odezwała się, przenosząc wzrok na Odettę. — Dostaniesz jednak całkiem świeżą.


Krowa była świeża, ale ranczo całkiem duże. Nim znaleziono martwe zwierzę, nim Pedro dotarł do Ruby, nim Ruby i Odette dotarły do krowy - gorąca pogoda sprawiła, że nad truchłem zaczął unosić się duszący smród padliny, a tłuste, czarne muchy pchały się w rozpruty brzuch, w nieruchome oczy i rozwarty pysk.
— Na psa urok, kurwa — prychnął jeden z kowbojów, zapobiegawczo splunął przez ramię.
To nie było tak, że kowboje nigdy nie widzieli padłej krowy. Zwierzętom zdarzało się dokonać żywota - a to skręt kiszek, a to jakiś wypadek i znajdowano biedną mućkę połamaną w jakiejś rozpadlinie. Jednak truchła krów zabitych przez cokolwiek, co postanowiło nękać ranczo, miały w sobie jakąś trudną do wyjaśnienia grozę, która działała na wyobraźnię ludzi. Ten nienaturalnie wygięty, skręcony kark, ten rozpruty brzuch, wywalony, siny język. W ich zastygłym nagłą śmiercią spojrzeniu krył się jakiś pierwotny lęk.
Poza tym do normalnych, padłych krów w okamgnieniu dobierali się padlinożercy. Nawet gdy ludzie byli w pobliżu, kojoty zaraz zaczynały kręcić się w okolicy, chowając w zaroślach i strzelając spojrzeniami żółtych ślepi, czy może uda się podlecieć choć na moment, ukraść choć jeden tęgi kęs. Krew zwabiała też sępy, błękit nieba zaraz wypełniał się ich ciemnymi sylwetkami wykreślającymi hipnotyczne, złowróżbne okręgi. Ale do krów zabitych przez „wendigo" nie przychodzili żadni padlinożercy. Początkowo Ruby kazała palić truchła, nie chcąc zwabiać nieproszonych amatorów wołowiny, szybko jednak okazało się to zbędne. Tylko muchy latały wokół padliny - owady widać były zbyt durne, by czuć niepokój związany z trudną do normalnego wyjaśnienia przyczyną śmierci krów.

29.08.2021

Od Ruby cd. Odetty

Szesnastoletnia Cynthia rozumiała, dlaczego matka nie pozwala im wszystkim opuszczać domu po zmroku. Była już prawie dorosła, świetnie jeździła konno, dobrze radziła sobie z lassem, strzelbą i rewolwerem. Odpowiedzialna i rozważna, była pomocą na ranczu. Ale wiedziała też, że tym razem to nie przelewki i że nie ma dla niej miejsca w grupach pilnujących stad nocą. Dlatego wieczorami przesiadywała w domu, wynajdywała sobie coraz to nowe zajęcia i niemal można było odnieść wrażenie, że to wszystko było zaplanowane. Że Cynthia w końcu znalazła czas na szydełkowanie, którym od tak dawna chciała się zająć.
Czternastoletnie Mary i Elisabeth też rozumiały konieczność pozostania w domu. Ale one były młodsze, bardziej roztrzepane i nudziły je te ciche i spokojne wieczory. Ruby widziała wyraźnie w ich oczach, gdy chciały gdzieś pojeździć albo postrzelać sobie z wiatrówki. Mówiły „Tak, mamo", siedziały w pokojach, ale częściej kłóciły się między sobą i grymasiły o drobnostki.
Jedenastoletnia Katherine stanowiła największe utrapienie. Dojrzała ponad swój wiek, mogłaby być oparciem i przykładem, ona jednak obrała inną taktykę. Tylko własne dziecko jest w stanie w kilku słowach zranić do żywego i sprawić, że to jedno zdanie będzie śnić się po nocach.
— To by tak nie wyglądało, gdyby tata żył — powiedziała wtedy do Ruby, patrząc na nią oczami Richarda.
Mary i Liz naskoczyły na siostrę, Cynthia w milczeniu skończyła jedzenie i zniknęła. Ruby próbowała przywołać córki do porządku, ale najmłodsza, Sarah, i tak się rozpłakała.
Sześcioletnia Sarah była przerażona sytuacją na ranczu. Nie wychodziła nigdzie, pozwalała się wyprowadzić tylko po obejściu i przydomowym ogródku. Nie podchodziła do krów, bo jeszcze wendigo pomyli ją z krową i pożre. Nie podchodziła do kowbojów, bo jeszcze wendigo się na nią obrazi i ją pożre. Matka Ruby naopowiadała jej widać za dużo bajek na dobranoc (i to takich strasznych), te jednak zamiast uczynić ją odważniejszą, jak to było w przypadku Ruby, odniosły skutek odwrotny do zamierzonego.
Kobieta martwiła się też o swojego ojca. Starszy mężczyzna z uporem odmawiał zmiany stanowiska, gdy Ruby wyszła za Richarda i pozostał po prostu zwykłym kowbojem. Co prawda starszym i bardziej doświadczonym, szanowanym przez resztę pracowników, ale nigdy nie chciał nawet słyszeć o żadnych przywilejach z tytułu bycia ojcem właścicielki rancza.
— Nie jestem taki stary, żebym już kości przy kominku tylko grzał. A i mam swój honor, dzieciaku — mówił zawsze, gdy Ruby usiłowała wymóc na nim zmianę decyzji.
Dobro rancza stało u ojca Ruby na pierwszym miejscu i starszy mężczyzna zawsze rwał się pierwszy, by tropić przeklęte bydle mordujące krowy. Ofiar w ludziach jeszcze nie było, odpukać, jednak Ruby wolała dmuchać na zimne i gdy tylko mogła, wolała wysyłać ojca w inne miejsce rancza, wynajdywać mu inne zadania. Stary kowboj przejrzał ją oczywiście od razu.
Parę osób odpowiedziało na ogłoszenie. Pierwszy był jakiś młody gość z dwudniowym zarostem, wyglądający jak typowy bohater tych wszystkich opowieści o dzielnych kowbojach, które nijak się mają do rzeczywistości. Ruby od razu wiedziała, że nie ma co pokładać w nim jakichś większych nadziei, ale nie mogła odesłać go z kwitkiem na wstępie. Ludzie przestaliby się zgłaszać, ktoś pewnie podniósłby głos, że McConnell woda sodowa uderzyła do głowy i kręci nosem nad każdym, kto chce jej pomóc. Cóż, już dawno przywykła do tego, że ludzie plotą co im ślina na język przyniesie, a każdy jej ruch i każde jej działanie jest interpretowane w najprzedziwniejszy sposób.
Kowboj z opowieści zmył się pierwszej nocy. Zeżarł obiad za trzech (bądź co bądź, Ruby była dobrą gospodynią i nie zamierzała pędzić człowieka do roboty o pustym żołądku), a następnie zwrócił wszystko jak tylko zobaczył truchło krowy. Nie, właściwie to zmył się tego samego wieczora - wziął tylko gorącą kąpiel w balii, z mokrymi włosami poszedł zobaczyć jak się ma jego koń, i tyle go widzieli. Ruby machnęła tylko na niego ręką. Zapobiegliwie przykazała swoim ludziom, by mieli oko na „kowbojątko”, gdyby miało się okazać, że ma zbyt lepkie rączki, ale nawet do tego samozwańczy macho nie miał wystarczająco dużo cojones. Kobieta zastanawiała się, czy jedzenie i kąpiel były naprawdę warte tułania się tak daleko na jej ranczo.
Drugi był jakiś szaman - źle mu z oczu patrzyło, Ruby skinęła tylko swoim ludziom głową, a Pedro z ekipą pilnowali każdego kroku mężczyzny.
Szaman nie wzdrygnął się nawet na pobojowisko zostawione przez rzekome wendigo. Obejrzał je dokładnie, polizał jakiś kamień i medytował chwilę, przykładając czoło do głowy martwej krowy. Kiwał się na boki, patrzył długo w kierunku horyzontu i splunął trzy razy przez ramię. A następnie nakreślił pełen kosztorys całej operacji, który to kosztorys uwzględniał absolutnie horrendalną liczbę amuletów rozstawionych na całym obszarze rancza. I to on, wielki szaman z niewiadomokąd, będzie je ręcznie robił i zaklinał, więc należy mu się za robociznę równowartość jego wagi w złocie. Na pytania, czy amulety na pewno przepędzą wendigo, mężczyzna zmieszał się mocno - nie znał tego słowa, nie wiedział, o co chodzi. Ale zaręczał, że jego amulety podziałają na żrącego krowy stwora, czymkolwiek by on nie był.
Na swe nieszczęście nie miał tyle oleju w głowie, co jego poprzednik i zamiast zebrać się po cichu gdy tylko jasnym stało się, że z całej operacji nici, szaman dotąd stawiał się i gardłował, aż Ruby pogoniła go z rancza. I to z fajerwerkami. Mężczyzna przezabawnie skakał, gdy śrut gwizdał mu pod stopami, sypiąc się z wiatrówek chłopców Ruby. Sama Ruby może i też by się z tego śmiała, gdyby nie to, że sprawa krów wciąż była nierozwiązana.
— Do trzech razy sztuka — mruknęła pod nosem, gdy pewnego dnia jeden z jej chłopaków powiedział, że zgłosiła się nowa osoba. — I jak ci się widzi? Ma cojones?
Ovarios, señora.
Ruby pokiwała głową.
— To przynajmniej jest jakaś nadzieja.


Mogła przyjąć kobietę w salonie, ale doszła do wniosku, że nie ma co się patyczkować. Przyjęła ją w gabinecie. Biurko, głębszy fotel, krzesło, niewidoczne za murem szaf ściany. Wyglądało profesjonalnie, choć może trochę surowo, ale na pewno przekazywało intencje Ruby. A intencją Ruby było, by problem został rozwiązany raz na zawsze.
Przypatrzyła się siedzącej po drugiej stronie biurka kobiecie. Zlustrowała jej białe włosy, raczej dziewczęce rysy twarzy. Na pierwszy rzut oka nie wyglądała jej groźnie, ale przybyła tu jednak w pojedynkę, a przy pasie nosiła broń. Nie była bezbronną dziewczynką, nie zgubiła się na prerii. Ruby miała przeczucie, jaki typ człowieka ma przed sobą, ale jej to nie obchodziło - nie była szeryfem, nie zajmowała się tym, co działo się poza granicami rancza.
— Więc mówisz, że jesteś w stanie wytropić to, co morduje mi krowy — zaczęła, splatając dłonie.

17.08.2021

Od Ruby

Ruby spojrzała na truchło krowy. Ogarnęła wzrokiem skręcony łeb, rozpruty brzuch, girlandy wnętrzności wylewające się na przesuszoną ziemię. Krew już zastygła, brunatne skrzepy zlepiały sztywne pasma ostrej trawy. Powietrze wypełniało ustawiczne brzęczenie muszych skrzydeł.
Kobieta podniosła kij, wraziła go w rozdęty rozkładem brzuch. Przesunęła zwał skóry, uwalniając chmurę mdlącego fetoru. Stojący obok kowboj cofnął się, kaszlnął z głębi brzucha. Twarz Ruby pozostawała niewzruszona.
— Wyżarło wątrobę — zawyrokowała, opuszczając z powrotem płat skóry i odrzucając zalepiony zepsutą krwią kij. — Wątrobę i nic więcej. Cokolwiek to było, zostawiło kilogramy zupełnie dobrego mięsa i wnętrzności. Który drapieżnik robi coś takiego?
Odpowiedziała jej cisza. Stojący obok kowboj - Pedro - ten, który znalazł martwą krowę, splunął w krzaki i wcisnął ręce do kieszeni.
— Trzecia w tym tygodniu — mruknął. — Źle to wygląda, señora.
— Ano źle — westchnęła i odwróciła się do reszty grupy. — Spalcie to. Truchło zwabi kojoty, jeszcze tego nam tu potrzeba.
To był kolejny tydzień, gdy pojedyncze krowy znikały ze stada tylko po to, by odnaleźć się po kilku dniach martwe. Wypatroszone, ze skręconymi karkami, pozbawione wątroby. Wokół nie było żadnych śladów, jakby cokolwiek to robiło, spadało na biedne zwierzęta wprost z przestworzy. Ruby początkowo zagoniła więcej kowbojów do wypasu, wysłała tropicieli by zbadali wszystkie ślady, ale niewiele to dało. Ci pierwsi nie ochronili stada, ci drudzy nie znaleźli niczego ciekawego.
Ruby regularnie łapała cwaniaczków, którym wydawało się, że są wielce sprytni i bez problemu uciekną z częścią jej stada. Na ich nieszczęście, Ruby spędziła całe życie na ranczu, wszelkie sztuczki znała od podszewki, a dla złodziejaszków nie miała żadnej litości. Nie mogła sobie na nią pozwolić. Samotna kobieta z całym ranczem nie mogła ustąpić nawet na pół kroku, nie mogła okazać żadnej słabości. A litość była właśnie słabością.
Tym razem sytuacja była jednak inna. Początkowo kobieta sądziła, że to jakaś nowa taktyka, która miała na celu odwrócenie jej uwagi. Że gdy ona będzie się zajmować rozwłóczonymi krowimi wnętrznościami, ktoś akurat będzie pędził jej stada w góry. Tak się jednak nie stało, a gdy sytuacja nie przyniosła rozwiązania, Ruby zaczęła powoli godzić się z myślą, że cokolwiek znowu wzięło ją sobie na cel, nie miało ludzkiej proweniencji.
— To wendigo. Teraz żre krowy, potem będzie żarł ludzi — mówił jeden z kowbojów. Ten starszy mu przerwał.
— Wendigo chodzą po ziemi, a ten nie zostawił żadnych śladów. To wechuge! Albo skin-walker!
Ruby nie obchodziła terminologia. Obchodziło ją tylko to, jak coś takiego zabić.


Jej ludzie byli zbyt przerażeni perspektywą potyczki z potworem, toteż Ruby postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. U szeryfa Jackburga pojawiło się ogłoszenie o tym, że ranczo pani McConnell szuka osoby z żelaznymi cojones lub ovarios, by rozprawić się z czymś, co nęka ranczo i jego krowy. Pociąg zabrał telegram do Saint Thomas, obiecując sowitą nagrodę temu, kto się zgłosi. Zaś Ruby przykazała niańce, by zabierała jej dziewczynki do domu przed zapadnięciem zmroku, sama zaś co wieczór wskakiwała na grzbiet Rosynanta, by wraz ze swoimi kowbojami pilnować stad.
Gdy nadciągał wieczór z nadzieją patrzyła w kierunku drogi zastanawiając się, kiedy czerwony blask zachodzącego słońca opromieni tę samotną sylwetkę człowieka, który nie będzie się bał patroszącego krowy potwora.

14.08.2021

Jak ja się za to nie wezmę, nikt tego nie zrobi

© omupied
36 lat | 20.10 | ranczerka | Jackburg


Mówili, że go uwiodła.
Od dziecka mieszkała na ranczu McConnellów. Pomagała matce, gdy ta prała pańskie galoty, nosiła ojcu lasso, gdy ten jechał pasać pańskie stada. Kręciła się po kuchni, zaglądając w pańskie garnki, ganiała się z dzieciakami pańskiej służby. Ranczo było wszystkim, było całym jej światem - ciągnące się po horyzont pastwiska, szeroka droga do mitycznego Jackburga, odległy pogłos pociągu, którego nigdy nie widziała. I krowy. Nieprzeliczone stada tradujące ziemię, dzwoniące dzwonkami z brązu, muczące i ryczące od świtu do nocy.
Państwo nie lubili, gdy młody Richard spędzał czas z dziećmi służby. Woleli, by zajął się czymś pożytecznym - może czytał książki, może grał na pianinie. Panicz nie przepadał za takimi rozrywkami, a że oddalone od cywilizacji ranczo nie oferowało niczego innego, państwo w końcu pogodzili się z tym, że ich latorośl trzeba umyć z błota i pyłu, nim zasiądzie do wieczerzy.
Gdy Richard z nią był, każda zabawa zyskiwała. Chłopak miał niesamowite pomysły, potrafił z prostej zabawy w berka zrobić epicką przygodę, z podkradania ciastek z kuchni - wyprawę na inny kontynent. Ruby imponował jego umysł.
Gdy Ruby z nim była, świat zdawał się przyjazny. Dziewczyna zawsze przyklaskiwała jego pomysłom, zawsze uważała je za trafne i ciekawe. Dzięki niej czuł się częścią grupy, a nie wiecznym wyrzutkiem, któremu wszystkiego zakazywano. Richardowi podobało się jej dobre serce.
Z dzieci stali się dorosłymi. Ich przyjaźń stała się miłością.
Mówili, że go uwiodła, ale to nie była prawda.
Młody panicz przywykł, że dostaje wszystko to, co chce. Błogosławieństwo rodziców też. Nawet, jeśli zamierzał poślubić córkę kowboja i praczki. A gdy w końcu owo błogosławieństwo dostał wydawało mu się, że oto koniec jego wszelkich trosk i problemów.
Miał rację, wydawało mu się.
Początkowe lata małżeństwa Ruby i Richarda wypełniała radość. Cieszyli się sobą, a Richard rozpłakał się ze szczęścia na wieść o ciąży Ruby. Obiecał być najlepszym ojcem, jakiego świat widział. Po latach, gdy ta idylla stała się tylko odległym wspomnieniem, Ruby doszła do wniosku, że to właśnie wtedy wszystko zaczęło się sypać.
„Najlepszy ojciec jakiego świat widział” starał się zapewnić swoim dzieciom najlepszą przyszłość. W tym celu inwestował, podpisywał kontrakty, zapoznawał wpływowych ludzi. Rozmawiał z nimi, jeździł po świecie, czasem nie miał nawet czasu napisać listu do domu, a Ruby przez długie tygodnie nie wiedziała nawet, gdzie jest i czy w ogóle żyje. „Zrozum, robię to dla nas, dla dzieci!” mówił. „Zrozum, potrzebuję cię tutaj, i ja, i dzieci!” mówiła. Ich słowa za każdym razem trafiały w próżnię, bo jedno wiedziało lepiej, co należy czynić.
„Jeśli teraz pojedziesz, możesz już nigdy nie wracać” powiedziała mu tamtego dnia, nie wiedząc jeszcze, że będzie żałować tych słów do końca życia. Richard popatrzył na nią wtedy smutno, zapewnił że kocha ją nad życie i pojechał. Nigdy nie wrócił.
Przyszedł list, ale Ruby rozumiała z niego tylko piąte przez dziesiąte. Jakiś wypadek, coś się stało, niczyjej winy, nikt nie przeżył. Została sama. Z piątą córką w drodze, z ranczem na głowie i z teściami, którzy pierwsze co, to chcieli ją tego rancza pozbawić.
Ale Ruby była córką kowboja i praczki. Nie zamierzała dać się wysadzić z siodła, nie bała się urobić rąk po same ramiona. Rodzice Richarda mogli bez przeszkód żyć pod jej dachem, ale jeśli wybrali wojenną ścieżkę, Ruby nie zamierzała okazać im krzty litości. Walczyła w sądzie tak długo, aż to teściowie dostali karę za pieniactwo, zaś ranczo na zawsze przeszło w posiadanie pani McConnell. A gdy śmierć zabierze ją w końcu z tego świata - przejdzie w posiadanie jej córek, o których przyszłość Richard tak zabiegał.


Nowe wątki zawsze na propsie. Można używać w opowiadaniach po konsultacji ze mną (najlepiej przez Discord, nick mam ten sam).