Kolumna góra

Słuchy z Krainy
Aktualny rok: 1846

Na ulicach słychać szepty o wielkim wyścigu mającym ciągnąć się przez całą Krainę – za wygraną przewidywana jest gigantyczna suma pieniędzy, amnestia wszystkich przestępstw oraz zapewnienie bezpieczeństwa na okres roku. Co ambitniejsi już poszukują wierzchowców na ten morderczy wysiłek.

W Saint Thomas w niewyjaśnionych okolicznościach zniknął kolejny szeryf. Za każdą przydatną informację przewidziana jest nagroda.

Już niedługo w Jackburg: cyrk! Kobieta-guma, linoskoczkowie i najsilniejsi ludzie w całej Krainie. Przyjedzcie zobaczyć to na własne oczy.

Aktualnie poszukiwani są: Otelia Crippen
Dziękujemy za pomoc w schwytaniu Clide'a 'Smiley' Byersa. Aktualnie oczekuje na wyrok sądu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dennis Hoover. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dennis Hoover. Pokaż wszystkie posty

3.08.2022

Od Dennis do Nathaniela

    Chłopcy Hoovera, bo tak oficjalnie byli nazywani bracia Dennis przez wszystkich w okolicy, byli dość znani ze szlajania się po okolicznych polach i pastwiskach. Tuż po wypełnieniu swoich obowiązków, wybiegali z podwórza tak szybko, jak tylko potrafili, a wracali zazwyczaj już po zachodzie słońca. Byli zaskakująco lubiani, bo chętni do pomocy, uczynni i serdeczni, choć często rozrabiali i rzadko kiedy zdarzały się dni, kiedy nie wpadali w kłopoty – ktoś na nich nie krzyczał, nie gonił ze szmatą czy miotłą, nie przeklinał pod niebiosa, bo to takie urwisy, hultaje i żartownisie. Niemalże wszyscy szybko im te wybryki wybaczali.
    Dennis już dawno zdążyła przywyknąć do tego, że chłopcy po prostu nie bywają w domu popołudniami. Dlatego też tak zdziwiła się, kiedy zobaczyła, że Stanley stoi tuż przy drzwiach wejściowych do domu, podczas gdy jego bracia już dawno wybiegli w siną dal. Chłopak miał dziewięć lat i zawsze rumianą od śmiechu buzię. Często się uśmiechał i był pełen energii, ale tym razem wyglądał na przygaszonego. Dziewczyna patrzyła na niego przez chwilę, a potem podeszła, nadal trzymając w rękach kosz z rzeczami do prania.
    — Wszystko dobrze? — zapytała podejrzliwie.
    — Zimno mi.
    Dennis zamrugała gwałtownie dwa razy. Dzień był przecież bardzo słoneczny i ciepły.
    — Źle się czujesz?
    Stanley smętnie pokiwał twierdząco głową. Dennis przykucnęła przed nim, odstawiając kosz tuż obok siebie, a potem przyłożyła wierzch dłoni do czoła chłopca. Przesuwała dłońmi po całej jego twarzy, za uszami, a potem po dłoniach. Zdecydowanie miał gorączkę.
    Wysłała go do łóżka, otuliła kocem, a potem przygotowała jakieś ziółka, które zawsze pomagały na takie przypadki.
    Tymczasem mijały dni, a Stanley czuł się tak samo źle, momentami nawet gorzej, choć zdarzały się też lepsze chwile. Gorączka obniżała się na kilka godzin, a potem znowu wzrastała. Dlatego Dennis postanowiła udać się po lekarza, uznając ostatecznie, że jej sposoby na niewiele się zdadzą.
    — Nie odstępujcie go na krok — poprosiła pozostałych chłopców, przytuliła ich szybko, a potem wyszła.
    Była wyraźnie bardzo zmartwiona, ale miała nadzieję, że lekarz szybko jej pomoże. Droga do miasta dłużyła jej się w nieskończoność, odliczała każdy stukot kopyt Grzywki, każdą minutę, którą spędziła w drodze, a warto zaznaczyć, że bardzo się spieszyła. Tuż przed gabinetem doktora niemalże wyskoczyła z powozu, prawie zapominając, że powinna poprosić klacz, żeby przystanęła. Do środka aż wbiegła.
    Zatkało ją trochę, kiedy zobaczyła długą kolejkę chorych, oczekujących na pomoc. Podeszła do niewielkiego okienka, przy którym siedziała asystentka doktora, nachyliła się, a potem zapytała cicho:
    — Przepraszam… Czy doktor jest teraz zajęty…?
    Doskonale znała odpowiedź, ale gdzieś wewnętrznie nie potrafiła pogodzić się z tym, że będzie musiała czekać. Dennis była cierpliwa i nigdy nie wysuwała się przed szereg, ale… Stanley był chory i martwiła się, że przez nią może pogorszyć mu się na stałe albo gorzej.
    Kobieta spojrzała na nią, a potem uśmiechnęła się lekko, choć przepraszająco.
    — Przykro mi, ale widzi pani — odparła, wskazując dłonią na korytarz. — Najszybciej pewnie jutro. Czego by pani potrzebowała?
    — Ja wiem? Najlepiej chyba wizyty domowej — odparła, czując, że pod powiekami zbierają jej się łzy.
    — Najbliższe wizyty domowe dopiero w przyszły poniedziałek. Zapisać panią?
    — Naprawdę nie dałoby się szybciej? To nagła sytuacja…
    Kilka minut później Dennis wyszła zapłakana na zewnątrz, a potem przysiadła na schodach, próbując się trochę uspokoić. Gdyby ktoś jej dał gwarancję, że gdziekolwiek indziej, jakiś inny lekarz, mógłby jej pomóc od ręki, pojechałaby o wiele dalej, ale w aktualnej sytuacji, nie miała pewności, czy podróż nie okazałaby się porażką. Wyrzucała sobie, że za długo zwlekała, wpatrując się w suchą ziemię, przez co nawet nie poczuła, że ktoś na nią spogląda.

5.05.2022

Event: Od Dennis — Próba (cz. 3 – Dominacja)

W bazie danych laboratorium znajdowało się zdecydowanie zbyt wiele informacji, żeby jakoś to wszystko ogarnąć, a już szczególnie w jakimś krótkim czasie. Dennis, która raczej nie należała do osób zbyt zahartowanych w boju z elektronicznymi papierzyskami, potrzebowałaby na to jeszcze więcej czasu. Prawdopodobnie można by liczyć to w tygodniach, a to i tak na zasadzie przeglądania, a nie faktycznego wczytywania się. Warto też zaznaczyć, że Hoover nie była zainteresowana absolutnie wszystkim, co tutaj badali. W gruncie rzeczy szukała informacji tylko o Obiekcie 16, bo niezwykle ją zaintrygował. Wydawał się być czymś naprawdę ważnym dla naukowca, którego dzienniki obejrzała wszystkie, niektóre nawet dwukrotnie.
Theodor Shepperd, bo tak się ów naukowiec nazywał, prowadził kilka badań w obiekcie badawczym, ale żadnego z nich nie doprowadził do końca. Dlaczego? Nie wiadomo, tego akurat nie zdradził w żadnym ze swych pogrupowanych dzienników skrupulatnie uszeregowanych w odpowiednich folderach.
Zdradził natomiast, jak tworzono Obiekt 16, jak odpowiednio ułożyć elementy, żeby działał, gdzie je w ogóle znaleźć, dlaczego się zepsuł.
I przede wszystkim — do czego służył.
Dennis nie była w sumie pewna, co bardziej ją cieszyło i interesowało: naprawa dysku czy może jednak potencjalne użycie go, bo to też musiało być niesamowite. A może po prostu samo to, że mogła podłubać w skomplikowanej technologii, której wcześniej nie znała, utworzonej przez kogoś na pierwszy rzut oka wybitnego? Tak, w tym też coś było.
Nagrania doktora Theodora Shepperda cały czas leciały w tle, kiedy dziewczyna próbowała naprawić dysk. Czasami już nie w formie instrukcji, ale po prostu dawało jej to złudne wrażenie, że jest ktoś obok niej. Ktoś, z kim może porozmawiać.
— Oczywiście, panie Shepperd. Nie jestem może tak mądra jak pan, ale coś nie coś chyba potrafię, prawda? — mruczała pod nosem. — Nigdy nie widziałam takiego nadajnika. Co prawda swego czasu znalazłam podobny gdzieś na wysypisku i użyłam go do swoich hologramów, w sensie odtwarzacza, ale to była jednorazowa sytuacja. Ale w obliczu tego czegoś, moje hologramy to było coś tak niewielkiego i mało skomplikowanego…
I tak Dennis mówiła do nagrania naukowca lub samej siebie, bo czasami trudno było stwierdzić, gdzie kieruje swoje słowa, dopóki ostatecznie nie udało jej się złożyć Obiektu 16, który w głowie nazywała po prostu dyskiem. Nie wyglądał jakoś szczególnie inaczej od tego, jak się prezentował, kiedy znalazła go w szufladzie, przynajmniej z zewnątrz. Teraz wystarczy go tylko włączyć za pomocą dostępu Shepperda i… dodać swój strumień, który był absolutnie konieczny do tego, żeby urządzenie działało, a dominacja nie tyle podziałała na maszyny, co pozwoliło na teoretyczną kontrolę przez konkretną osobę. A że nie było tutaj ani jednej żywej duszy, Dennis musiała użyć swojego. Wiedziała, jak to zrobić, bo mężczyzna i na to sporządził instrukcję.
Podekscytowało to ją, bo nigdy nie miała do czynienia z czymś podobnym. W tamtym momencie jednak nadal traktowała to jako swoistą ciekawostkę, sukces na Gardzieli, o którym nikt nigdy się nie dowie, o ile nie znajdzie dysku, nie wykona tej samej roboty z analizą wyników badań, danych i dzienników Theodora Shepperda, a potem nie wykryje strumienia Dennis w Szesnastce.
Taki stan utrzymywał się do momentu, kiedy już dla czystej rozrywki włączyła dziennik z okresu, kiedy Shepperd rozszerzał Obiekt 9 do 9.5.
— To absolutnie nie tak, że jestem jakkolwiek zaskoczony tym, że rozszerzenie do 9.5 kolejny raz nie zadziałało. Spodziewałem się tego — oznajmił, obracając w palcach długopis. — Ale chciałem spróbować. Bo nie ma chyba nic gorszego niż nie spróbowanie nawet w obliczu nieuchronnej porażki. I musiałem przepracować tutaj siedemnaście lat, żeby to zrozumieć — dokończył, po czym się zaśmiał.
Dennis zapętlała ten jeden fragment w nieskończoność.
Potem włączyła zegar i zdała sobie sprawę z tego, że do odlotu Omegi zostało zaledwie kilka krótkich godzin. Kilka godzin, które mogła spędzać na oglądaniu i słuchaniu Theodora Shepperda albo… spróbować wyjść z laboratorium i ruszyć na zachód.
I kiedy rozważała w swój wyjątkowy, pokrętny sposób wszelkie za i przeciw, przypomniał jej się niejaki Anthony Smith, jego serdeczny uśmiech oraz sarnie, smutne oczy. Głos, który brzmiał w pełnym osób pomieszczeniu, które paradoksalnie było tak puste, oraz jego rada — powspominaj trochę albo nastaw się na przeżycie i wróć.
— Proszę trzymać za mnie kciuki, panie Shepperd — powiedziała, wstawszy z biurowego krzesła.
Jej twarz rozjaśnił promienny uśmiech. Pierwszy raz od tak dawna.
Mocno trzymając w dłoni dysk, opuściła pokój badawczy doktora Theodora Shepperda, bo jak to się mówi — wóz albo przewóz.
Nadal bała się jak cholera. Serce biło jak oszalałe, mięśnie bolały, siniaki od upadku były ogromne. W pierwszej chwili trudno jej było nawet robić kroki, a mimo to szła dalej, nasłuchując cały czas spacerującej po korytarzu maszyny, która jej oczom ukazała się już chwilę później, gdy wychyliła łeb zza rogu. Jarzące się na zielono oczy dinozaura szybko zmieniły swój kolor na żółty, a tuż potem na czerwony, co oznaczało tyle, że przeszły w tryb ofensywy i miał zamiar zaatakować dziewczynę w trybie natychmiastowym. Była to tak naprawdę pierwsza oraz ostatnia szansa na to, żeby przetestować dysk, spróbować dominacji, przekonać się o ewentualnym sukcesie lub totalnej porażce. Nie miała czasu, by myśleć o tym, że nie jest na to gotowa.
To się po prostu wydarzyło.
W gruncie rzeczy używanie dysku było dość intuicyjne jak na tak skomplikowane urządzenie. Teoretycznie wystarczyło się tylko podłączyć, zhakować system maszyny i gotowe; w praktyce dochodził do tego jeszcze problem zbliżenia się, bo Szesnastka nie działała na odległość większą niż kilka (może kilkanaście) centymetrów, oraz fakt, że trzeba było część funkcji włączyć ręcznie podczas przesyłania danych i łamania kodu maszyny. Zajmowało to zaledwie chwilę, ale trzeba było wiedzieć co i jak. Pełna automatyka nie wchodziła w grę, przynajmniej nie na etapie, na którym znajdowała się Dennis.
A mimo to jakoś się udało.
Będąc zaledwie o krok od bycia rozszarpaną przez mecha-dinozaura, w ostatniej chwili udało jej się podłączyć do systemu (chwała doktorowi Shepperdowi, że wystarczył sygnał, a nie trzeba było grzebać w kablach!). Maszyna zatrzymała się i pozostawała w bezruchu, podczas gdy Hoover drżącymi dłońmi włączała odpowiednie funkcje, skonfigurowała ją pod swoje aktualne potrzeby. Zajęło jej to zaledwie chwilę, choć miała wrażenie, że zdecydowanie dłużej. Tym bardziej, że cały czas bała się, że dinozaura wcale nie uda się zdominować, a ona jedynie odkłada to, co bolesne i nieuniknione.
Oczy maszyny zmieniły się z czerwonych na niebieskie. Wycofała się lekko i po prostu grzecznie stała, nadal zachowując się w swój naturalny, standardowy sposób, ale nie próbując przebić gardła Dennis swoimi ostrymi jak brzytwa zębiskami. Dziewczyna odetchnęła cicho, a potem wysłała swój sygnał. Dinozaur przysiadł pod ścianą tak jak mu kazała, przechodził do wskazywanych przez nią miejsc. Chyba nie do końca potrafiła w to uwierzyć, ale dysk naprawdę działał. Przynajmniej chwilowo.
Kiedy już udało jej się uspokoić oddech, Dennis włączyła mapę całego laboratorium, którą pobrała razem ze wszystkim, co zostawił po sobie Shepperd. Szybko się tam odnalazła, a potem ruszyła w odpowiednią stronę, ku zachodniemu wejściu. Ostatecznie dziewczyna opuściła cały obiekt w towarzystwie podległej jej, niebezpiecznej maszyny.
Kiedy wyszła na zewnątrz, ostre promienie słońca, które świeciło nieustannie już od kilkudziesięciu godzin, raziły ją w oczy. Przymrużyła powieki i ruszyła przed siebie, a dinozaur tuż przy niej — niczym wierny piesek.
Wkrótce okazało się również, że nie dość, że jej nowy towarzysz świetnie radzi sobie w roli jej rozmówcy i obrońcy, to jeszcze wierzchowca. Pełna kontrola nad maszyną sprawiła, że nawet jeżdżenie na niej okazało się być dość proste, chociaż faktycznie najgorsze było chyba utrzymanie równowagi i sprawienie za pomocą siły woli, żeby nic jej nie bolało od siedzenia na twardej blasze. Potrafiła to jednak znieść ze względu na pełną świadomość, że w ten sposób porusza się zdecydowanie szybciej.
W gruncie rzeczy podróż na Omegę można było nazwać w pewien sposób niezwykle interesującą, biorąc pod uwagę fakt, że kilkakrotnie zmieniała transport, poruszała się w pełnym słońcu i co chwilę coś ją chciało zeżreć albo rozszarpać dla samego faktu. Po drodze znalazła kilka ciał, a najwięcej z nich (zarówno tych świeżych, jak i leżących od dawna) znajdowało się w okolicy legowisk tutejszych nierobotycznych stworzeń, a w porównaniu do nich, dinozaury wydawały się być naprawdę sympatyczne.
No i dało się je kontrolować, co było naprawdę ogromnym plusem.
Prawie pisnęła, kiedy zobaczyła przed sobą statek. Nadal był zacumowany w stacji, nadal się nie ruszał. Tak jakby tylko czekał, aż Dennis w końcu do niego dotrze. Problem był jednak taki, że te dwadzieścia godzin, które sprawiały wrażenie ogromnego zapasu czasu, kurczyły się zdecydowanie zbyt szybko.
Niektórzy z tych, którym udało się dostać do Omegi wcześniej, wyglądali przez barierę, której nie mogli przekroczyć, bo przepuszczała tylko z zewnątrz i tylko uczestników Próby, i obserwowali, jak kolejne osoby schodzą się na statek. Wśród nich był również Anthony Smith. Razem z kilkoma innymi patrzył z szeroko otwartymi oczami na pojawiającą się na horyzoncie Hoover, jadącą z ogromną prędkością na dość sporej maszynie o kształcie dinozaura, a za nią niemalże stado różnych stworzeń i maszyn, które chciały ją dorwać. Powiedzieć, że byli zdziwieni, to nie powiedzieć nic.
Kiedy Tony i jego nowi znajomi odzyskali rezon, zaczęli krzyczeć i dopingować Dennis, wiedząc, że została jej już tylko chwila.
— Dawaj! — rozlegało się po okolicy, a okrzyki mieszały się z ciężkimi krokami maszyn i metalicznymi rykami. — Dasz radę, zostało jeszcze trochę!
Dinozaur, na którym jechała, z całym impetem uderzył w barierę, rozległ się ryk i iskry, a dziewczyna przeleciała przez maszynę i upadła na ziemię, turlając się kawałek. Z jej ust wydobył się krótki, zupełnie niekontrolowany krzyk, a po policzkach kolejny raz tego dnia popłynęły łzy. Była już bezpieczna, ale w dziwny sposób jej to nie cieszyło. Trudno stwierdzić, co i czy w ogóle czuła coś w tamtym momencie. Chyba działo się wokół niej zbyt dużo.
— Hej, Dennis… — usłyszała obok siebie Anthony’ego, który pomógł jej się podnieść i razem z jeszcze jakąś dziewczyną wniósł ją na Omegę.
W ostatniej chwili, jeszcze zanim przekroczyła próg statku, Hoover spojrzała na maszyny i stwory zbierające się przed barierą. Oczy dinozaura, którego jeszcze przed chwilą bez problemu kontrolowała, znowu zmieniły kolor na czerwony. Dysk rozłączył się, bo dziewczynę i maszynę dzieliła już zbyt duża odległość, po czym upadł na ziemię, wznosząc w ten sposób niewielką chmurę dymu. Jej maszyna znowu zamieniła się w coś, co zamiast jej pomóc, chciało ją tylko zagryźć. Zupełnie jak w laboratorium. Kroczyła przed barierą, w wyniku czego ostatecznie stanęła na dysku i zupełnie go zgniotła. Po Obiekcie 16 zostały już tylko pokruszone resztki.
Dennis została wprowadzona do sali, w której wszyscy się zbierali. Jej holograficzny wizerunek widniejący na ścianie otoczył się zieloną ramką. A kiedy minęło ostatnie dwanaście sekund, podczas których dziewczyna z uporem maniaka wpatrywała się w zegar, obserwując jak wszystkie cyfry zmieniały się w zera, wszystkie te fotografie, które nie miały zielonej obramówki, poszarzały i otrzymały czerwone ramki. Prawie połowa osób, które przybyły na Gardziel, nie przetrwała Próby.
Dziewczyna przysiadła i dopiero wtedy dotarło do niej, że jej się udało.
Że naprawdę wróci.
Mimo to nadal trudno było jej w to uwierzyć.
— Dałaś radę.
Dennis kolejny raz usłyszała przy sobie głos Smitha. Mężczyzna przysiadł obok niej, a jego twarz rozjaśnił niewielki uśmiech. Dopiero w tamtym momencie Hoover zauważyła, że był cały brudny od kurzu, błota i krwi, włosy miał posklejane, usta poranione, a na czole i policzku znajdowały się długie, głębokie zadrapania.
— Ty też.
— Oboje daliśmy.
— Aż trudno w to uwierzyć — dodała po chwili milczenia. — W sensie. Nie, że ty, bo wiedziałam, że dasz sobie radę. Chodzi raczej o mnie. Byłam pewna, że mi się nie uda, a i tak trafiłam tutaj w dosłownie ostatniej chwili.
— Ale za to w jakim stylu! Wiesz, byłem tutaj jednym z pierwszych, dużo osób wróciło, jak już tutaj byłem, ale… Cholera, wszyscy przyszli na piechotę.
— No… Nie wszyscy — mruknęła, zerkając na tablicę, na której widniało tak wiele zaszarzonych twarzy.
— Wiesz, że co innego miałem na myśli.
— Wiem.
— To jak? Może opowiesz mi, jak to zrobiłaś?
Pokiwała głową, a potem przez kolejną godzinę opowiadali sobie o swoich przygodach, ignorując nie tylko innych uczestników, ale także ich przewodnika kolejny raz ukazującego się w postaci hologramu na środku pomieszczenia, który zaczął wykładać swoją pełną dumy gadkę o tym, że skoro przetrwali, to są godni dalej żyć w tym społeczeństwie i jakoś mu się przysłużyć. Nie słuchali go, chociaż dziewczyna doskonale wiedziała, że to trochę niegrzeczne. Wolała w tym czasie porozmawiać z Tonym i skorzystać z okazji, jeszcze zanim zaczęli ich regenerować i czyścić pamięć.
Ostatecznie, kiedy wylądowali na stacji, pamiętali tylko niektóre niektóre urywki wydarzeń i rozmów, ale nic konkretnego. Dennis zupełnie zapomniała o dinozaurach i potworach, o dysku, laboratorium, doktorze Theodorze Shepperdzie, wyczyszczono też wszystkie dane, które wtedy zebrała. Pustka. Tak jakby to wszystko nigdy się nie wydarzyło.
Na stacji kolejny raz zebrało się mnóstwo osób. Tłoczyli się przed wejściem na Omegę i czekali na swoje dzieci, braci, siostry, przyjaciół. Niektórzy zaczynali wyć z rozpaczy, nie dowierzali i odchodzili na chwiejnych nogach, nie mogąc uwierzyć w swoją stratę. Inni czekali dość obojętnie i odchodzili, rzucając kilka słów. Kolejni skakali z radości i ściskali z całych sił tych, którzy wrócili. Mama Tony’ego przytuliła go mocno, ucałowała w oba policzki i obiecała naleśniki z czekoladą syntetyczną, kiedy wrócą do domu.
Tony przeszedł obok Dennis stojącą samotnie wśród obcych jej ludzi. Próbowała dostrzec gdzieś kogoś z jej rodziny, ojca lub któregoś z braci, ale nie zauważyła nikogo. Chociaż miała nadzieję, że jednak ktoś się pojawił, to gdzieś z tyłu głowy była przekonana, że po prostu nie przyszli. Smith zerknął na nią co prawda, ale wynikało to po prostu z ciekawości, bo stała sama. Wymienili spojrzenia.
Siebie nawzajem też nie pamiętali, chociaż wydawali się sobie dziwnie znajomi. Oboje mieli poczucie, że powinni się kojarzyć, ale żadne z nich nie potrafiło sobie przypomnieć imienia i nazwiska tego drugiego. Wkrótce potem Tony o sarnich oczach zniknął w tłumie.
— Dennis!
Słysząc swoje imię wykrzyczane przez doskonale jej znany, dziecięcy głos, odwróciła się gwałtownie. Małe, wątłe ciało chłopca przytuliło się do niej mocno, a ona odwzajemniła uścisk brata bez najmniejszego wahania.
Dołączali do niej kolejni, tuląc ją na przywitanie. Widziała uśmiechy pełne niedowierzania, oczy pełne łez. Nie wiedziała, jak powinna się zachować, ale radość udzielała się i jej. Miała wrażenie, że to tylko piękny sen, bo dokonała czegoś, w co sama nie wierzyła ani trochę. Jackson też chyba nie do końca wierzył własnym oczom. Patrzył na nią z milczeniu, a jego oczach tliło się i kłębiło coś, co trudno było jakkolwiek nazwać. Szczególnie jemu — miał straszny mętlik w głowie i w sercu.
Dennis ostatecznie puściła chłopców i stanęła naprzeciw niego. Patrzyła na ojca, ojciec patrzył na nią. Milczeli, chociaż można było odnieść wrażenie, że w ten sposób ze sobą rozmawiają, przekazują sobie coś, czego nie sposób wyrazić słowami. Tak jakby milczeli o czymś.
Ostatecznie Jackson skinął głową, zrobił dziwny ruch dłonią, zupełnie jakby chciał ją położyć na ramieniu córki w geście oczywistego uznania, ale ostatecznie zrezygnował. Chyba nie potrafił do końca okazać jej czułości w jakiejkolwiek formie, mimo że Dennis doskonale wiedziała, że przecież ją kocha i docenia. Potem otworzył słowa, żeby coś powiedzieć:
— Wracajmy już do domu.

Event: Od Dennis — Próba (cz. 2 – Laboratorium)

Trudno stwierdzić, co w tej całej sytuacji było najgorsze. Świadomość nieuchronnej śmierci? Fakt, że umrze w zapomnieniu? Czy może to, że właśnie stoi na końcu ciemnego korytarza, a ogromne drzwi właśnie się odsuwają?
Wrota przesuwały się coraz wyżej, a szczelina u samego dołu, z której wypływała smuga światła, jedyne, co oświetlało wąski korytarz spowity nieprzeniknioną ciemnością, powiększała się stopniowo. Dennis ukazywał się nowy świat, który całkowicie ją przerażał, niemalże paraliżował. Drzwi otworzyły się już w pełni, a jedynym, co dzieliło dziewczynę od Gardzieli, była bariera ochronna, której nic nie było w stanie przebić.
Kiedy tarcza się wyłączyła, zegar ruszył. Minęła pierwsza sekunda, druga, trzecia. Przez głowę Hoover przemykała tylko jedna myśl – że to początek jej końca.
Dennis nigdy nie myślała katastroficznie, zawsze wychodziła z założenia, że wszystko będzie dobrze. Pomagała, starała się, okazywała współczucie, empatię, wyróżniała się na tle wszystkich tych, którzy myśleli o sobie lub dobru materialnym. Wiadomo, że nie była taka jedyna, ale jedna z nielicznych w jej dzielnicy, gdzie panowała wszechobecna bieda, a czasem nawet i walka o przetrwanie. Tymczasem teraz, kiedy musiała przejść Próbę, chyba pierwszy raz w życiu nie potrafiła spojrzeć na to wszystko ze swoim optymistycznym zacięciem. Nie sposób było przekonać samą siebie, że wszystko jakoś się ułoży. Miała przecież mnóstwo czasu, wiele potrafiła, nie była przecież głupia. A mimo to jakoś tak…
Dziewczyna zrobiła pierwszy krok. Przekroczyła próg drzwi, a kiedy to zrobiła, bariera znowu się za nią włączyła. Znaczyło to tyle, że Alfę zostawiła już za sobą.
Rozejrzała się wokół siebie.
Trudno stwierdzić, czego się spodziewała, ale chyba nie do końca tego, mimo że przecież widziała mapę terenu, po którym miała się poruszać. Przed sobą miała wyjałowioną pustynię, na której gdzieniegdzie jedynie rosły jakieś marne krzewy czy odrobina trawy, ale nic poza tym. Wszystko było suche, marne, ledwo żywe tak naprawdę. Taki widok rozciągał się niemalże aż za horyzont – niemalże, bo w pewnym momencie nicość zamieniała się w jedną ciemnozielono-brunatną plamę… czegoś. Kiedy jeszcze jakąś godzinę wcześniej Dennis spoglądała na mapę, ta plama “czegoś” wyglądała według niej na coś w rodzaju lasu. Gdzieś niedaleko jeszcze jakieś ruiny i kilka wąwozów. I to w sumie było wszystko, co Gardziel była w stanie zaoferować. W Hoover budziło to wręcz okrutny niepokój. Miała bardzo złe przeczucia.
Udając, że wie, co robi, Dennis ruszyła w odpowiednią stronę – na zachód, czyli tam, gdzie zacumowana była Omega. Piach rzęził pod jej stopami, wiatr hulał gdzieś w oddali, co i raz poruszając na wpół martwymi roślinami. Dziewczyna była sama pośrodku niczego, nie widziała nawet śladu innych uczestników Próby – każdego z nich wysłano do innego tunelu, żeby przypadkiem im niczego nie ułatwiać. Jeśli kogoś spotkają po drodze i będą chcieli nawiązać współpracę, proszę bardzo, ale nikt z góry nie miał zamiaru w to ingerować. Ostatecznie więc Dennis musiała iść zupełnie samotnie przez zawrotne siedem i pół minuty.
Bo dokładnie siedem i pół minuty minęło, zanim z odległości kilkudziesięciu metrów usłyszała donośne kroki czegoś bardzo dużego. Powiedzieć, że się przestraszyła, to nie powiedzieć niczego – byłby to wyraźnie wyolbrzymiony eufemizm.
W pierwszym momencie miała nadzieję, że tylko jej się wydawało, ale ociężałe kroki nie ustawały. Co więcej – z każdą chwilą wydawały się być coraz wyraźniejsze, może nawet szybsze. Ledwo mogąc złapać oddech, Dennis szybko umknęła gdzieś za jedną z dużych, czerwonych skał. Kucnęła tuż za nią, by się schować, a potem resztkami jakiejkolwiek ciekawości i odwagi, ostrożnie wychyliła głowę, żeby móc spojrzeć na to, co wyłania się z jednego z zapewne bardzo głębokich wąwozów.
Jej oczom ukazał się ogromny, spokojnie spacerujący po okolicy mecha… dinozaur?
I w sumie tak właśnie Dennis ten wytwór w głowie nazwała – mecha-dinozaur.
Wysoki na blisko cztery metry, długi na ponad dziesięć, z ostrymi pazurami, ogromnym łbem, dwoma rzędami kilkunastu centymetrowych zębów, wytworzony w całości z szarosrebrnej blachy i przezroczystych, grubych przewodów, w których płynęła jakaś maź. Jego oczy świeciły się ostrym, zielonym światłem.
Tyle informacji młodej Hoover w pełni wystarczyło, żeby nie móc się otrząsnąć i przestać patrzeć na maszynę. Trzeba przyznać, że była w tym wszystkim też nieprzenikniona ciekawość. Dennis nigdy w życiu nie widziała czegoś podobnego. Już abstrahując od stopnia rozwinięcia technologicznego i robotyki tak powszechnej, że trudno bez niej funkcjonować, ale mechaniczne dinozaury? Kto je stworzył? I jak one się tu w ogóle znalazły?
I skoro już w ciągu niecałych dziesięciu minut przebywania w Gardzieli dziewczyna natknęła się na coś takiego, aż strach pomyśleć, co będzie potem. O ile, oczywiście, przeżyje spotkanie z tą maszyną, bo to przecież też nie było jeszcze przesądzone.
Dinozaur zbliżał się coraz bardziej. Ziemia drżała, Dennis trzęsła się jeszcze bardziej. Niewielkie kamienie podskakiwały na suchym podłożu, huk rozlegał się echem po okolicy. Hoover czuła, że zaczyna brakować jej tchu. Miała mroczki przed oczami, chaos w głowie i serce bijące tak mocno, że miała wrażenie, że zaraz wyskoczy jej z piersi – szczególnie w momencie, kiedy ogromna łapa maszyny wylądowała tuż przy niej. Wystarczyło jedynie wyciągnąć rękę, żeby móc dotknąć lekko zarysowanej, zakurzonej blachy.
Bliskość robota sprawiła, że Dennis już zaczęła żegnać się ze światem, chociaż nie była tego do końca świadoma. Natłok różnych bodźców i emocji, od których aż szumiało jej w głowie, sprawiał, że nie była w stanie o niczym pomyśleć. W tamtym momencie zapewne nie pamiętała, jak się nazywa, ani co tak właściwie tam robi.
Nie zarejestrowała momentu, w którym maszyna, mając już kilka kolejnych kroków za sobą, co dziewczyna uznała za doskonałą okazję do tego, by okrążyć skałę i znów się schować, nagle się odwróciła, jej oczy zmieniły kolor na żółty, zaczęła skanować okolicę, a gdy wiązka natrafiła na Dennis, stały się czerwone. Potem jakoś tak szybko się to potoczyło: dinozaur wydał z siebie bardzo głośny metaliczno-mechaniczny ryk, który sprawiał wrażenie, jakby wwiercał się w czaszkę i miał sprawić, żeby eksplodowała, a potem dziewczyna szybko wstała i ruszyła w pogoń, mając nadzieję, że coś to pomoże, chociaż miała świadomość, że maszyna dorwie ją w ciągu kilku sekund.
Miała poczucie, że biegnie w nieskończoność. Jej stopy posuwały się po suchym piachu, nad ziemią unosił się kurz, twarz wykrzywiała się w nieodgadnionym grymasie, w oczach zbierały się łzy, całe ciało oblewał zimny pot, za nią cały czas rozlegał się głośny ryk. Oczywiście, do momentu, kiedy maszyna ruszyła w pościg za nową ofiarą, a ciężkie kroki sprawiały, że dziewczęce ciało aż podskakiwało.
I kiedy mogłoby wydawać się, że to już koniec Dennis Jessie Hoover – tak właśnie Próba rozszarpie na strzępy kolejną młodą osobę, która, jak się okazuje, nie zasługuje, żeby dalej żyć – kolejny krok mecha-dinozaura sprawił, że ziemia po prostu pękła, a następny lekko ją rozsunął. Na tyle, że dziewczyna straciła równowagę i wpadła prosto do wytworzonej szczeliny.
Odbijała się od skalnych ścian, próbowała się czegoś złapać i złagodzić uderzenia, cały czas słysząc ryki mechanicznego dinozaura nad swoją głową. Na niewiele się to jednak stało, bo gdy ostatecznie wylądowała na stabilnym podłożu, wszystko ją bolało, a z oczu płynęły łzy cierpienia, tęsknoty i strachu jednocześnie. Rażące, migające, czerwone światło pochodzące z niewielkiej lampki sufitowej również nie pomagało.
Podniosła się po dobrej chwili, z niemałym trudem trzeba przyznać. Dopiero kiedy się rozejrzała, zdała sobie sprawę z tego, że znajduje się w czymś, co przypominało na wpół rozkruszony korytarz. Przypominał te nowoczesne, które znała, ale miał w sobie coś niezwykle archaicznego. Jakby był już stary, wybudowany kawał czasu temu. Nie zmieniało to jednak faktu, że mogłaby tam zostać i przeczekać, dopóki Próba się nie skończy, a ona znajdzie sobie jakiś spokojny kąt, w którym posiedzi do końca wieczności, ale fakt, że biegła stamtąd bezpośrednia droga na powierzchnię, gdzie był co najmniej jeden ogromny, bardzo niebezpieczny, mechaniczny dinozaur, zmotywował Dennis do przeniesienia się do innego pomieszczenia. Miała problem z rozchyleniem drzwi, które kiedyś prawdopodobnie otwierały się same po zbliżeniu jakiegoś klucza lub karty – obok znajdował się niewielki czytnik. Ostatecznie jednak jej się udało, a po długim korytarzu donośnym echem rozległo się metaliczne skrzypienie.
Przekroczyła próg i znalazła się w kolejnym korytarzu, już nieco szerszym i o wiele dłuższym, ale nadal oświetlonym jedynie migającym, czerwonym światłem. Dennis mrużyła oczy, szła, opierając się o ścianę. Jej kroki były ciężkie i dość powolne.
Zupełnie tak samo jak kolejnego mechanicznego stworzenia, którego kroki usłyszała tuż za rogiem. Łzy znowu jej się wezbrały — powoli przestawała mieć na to wszystko siłę. Minęło cholerne dziesięć minut odkąd opuściła Alfę, a już czuła, że kolejnych dziesięciu nie przetrwa. Zacisnęła jednak zęby i w akompaniamencie skrzypiących, mechanicznych drzwi, zupełnie takich samych jak te poprzednie, które otwierała, wsunęła się do dość sporego pomieszczenia. Zamknęła się w nim w momencie, kiedy kolejny mecha-dinozaur, tym razem o wiele mniejszy, ale również zbudowany z blachy i wypełnionych czarną mazią przewodów, wyszedł zza rogu.
Dennis przylgnęła do ściany, żeby móc nasłuchiwać, czy przypadkiem nie postanowi wejść za nią, ale nic takiego nie miało miejsca. Po prostu przeszedł dalej, jakby nigdy nic. Dziewczyna przysiadła i oparła się, a potem westchnęła głęboko. Gorzkie łzy mieszały się z potem na jej twarzy, a palce wplątywały się w warkocz. Dopiero po prawie dwudziestu minutach bezczynnego siedzenia, niemyślenia o niczym i próbach wyrównania płytkiego, przyspieszonego oddechy, Hoover postanowiła wstać. Czuła, że wkrótce na całym jej ciele pojawią się ogromne siniaki. Mogłaby co prawda siedzieć dłużej, ale nie była już w stanie wytrzymać tego irytującego światła. Zerknęła na lampę i zeskanowała ją, a jej oczom ukazał się schemat przewodów, które prowadziły do kolejnego niewielkiego pokoju. Aglomeracja korytarzy i pomieszczeń powoli przypominała labirynt. Ruszyła za przewodami, a już wkrótce potem dotarła do niewielkiej skrzynki elektrycznej. Otworzyła interfejs, naklikała.
— Wyłączenie trybu awaryjnego. Aktywuję tryb działania standardowego — usłyszała głos systemu.
Czerwone światła zniknęły, a wszystkie pomieszczenia rozświetliły się chłodnym, białym światłem, o wiele przystępniejszym niż to, z którym Dennis męczyła się dotychczas. Drzwi i czytniki w niektórych miejscach też zaczęły świecić. Dziewczyna przyjęła to dość spokojnie, bo przynajmniej mogła się rozejrzeć, czymś się zająć, a może i nawet przeczekać Próbę i zorganizować sobie jakiś spokojny kąt na ostatnie chwile.
Wróciła do poprzedniego pomieszczenia, tego dużego, które nagle okazało się być pełne blatów, stołów badawczych, ekranów zwykłych i holograficznych, narzędzi, przedmiotów… A wszystko skąpane w nieprzeniknionej bieli. Mało tego — wszystko wyglądało na sprawne. Dennis przysiadła na jednym z foteli, a potem tak po prostu włączyła jakiś, obojętnie jaki, folder z różnymi plikami. Ledwo go włączyła, a automatycznie odpalił się jeden z nich.
Oczom dziewczyny ukazał się mężczyzna w białym kombinezonie, równie śnieżno białym kitlu, w okularach. Miał podkrążone oczy i wyglądał na cholernie zmęczonego. Przetarł dłońmi twarz, po czym westchnął cicho.
— Eksperyment właśnie się skończył — oznajmił zmęczonym głosem. — Mam już tego wszystkiego dość. Obiekt 16 da się jeszcze naprawić, oczywiście, że tak. I to dość prosto. Wystarczy po prostu wymienić czip H24 i L17, trochę pogrzebać w cyrkulatorze, nadajnik w sumie… A zresztą. To i tak nieważne. Po cholerę mi to było…
Dennis przekręciła głowę lekko w prawo i wygodniej rozsiadła się na miękkim fotelu.
— Ale jestem idiotą, więc Obiekt 16 znajduje się w szufladzie A. Jest zabezpieczona skomplikowanym zamkiem kodowym — dodał mężczyzna po chwili, machając niedbale ręką. — Teoretycznie po to, żeby się nie dostała do niepowołanych rąk. Ale kto by miał to źle wykorzystać? Te cholerne maszyny czy potwory? Dobre sobie. W tym samym folderze znajduje się kod dostępu. Wystarczy pobrać i można mieć dostęp do wszystkiego w całym laboratorium.
Dennis kątem oka spojrzała na szufladę A. To wszystko ciekawiło ją coraz bardziej z każdą chwilą. Podczas słuchania tego mężczyzny, jak się domyśliła — pracownika tego laboratorium — zdążyła nawet chwilowo zapomnieć o tym, że kończy jej się czas, że siedzi tutaj sama, wokół chodzą mechaniczne dinozaury, a on sam wspomniał jeszcze o jakichś potworach. Pełen pakiet.
— Tak w gwoli ścisłości, wszystko, czego użyłem do Szesnastki, znajduje się w tym pomieszczeniu. I to by było chyba na tyle. Dzienników nie usuwam, można je włączyć po pobraniu dostępu. Bez odbioru.
Nagranie się wyłączyło. Dennis jeszcze przez chwilę patrzyła na plik dostępu, a potem zaczęła go pobierać. Jej oczy rozjaśniały na niebiesko, a sam proces trwał kilka minut.
W szufladzie A natomiast znajdował się rozsuwany dysk o średnicy kilkunastu centymetrów. Jeszcze nie miała pojęcia, do czego służył, ale biorąc pod uwagę fakt, że pobrała dostęp do wszystkiego, to miała zamiar się dowiedzieć.

Event: Od Dennis — Próba (cz. 1 – Alfa i Omega)

Tego dnia na stacji było mnóstwo ludzi. Tłoczyli się przed wejściem na jeden z wielu statków, ale ten był zdecydowanie wyjątkowy, zacumowany na honorowym miejscu gdzieś na lekkim uboczu – w taki sposób, żeby zwracać na siebie uwagę i dokładać powagi wydarzeniu oraz przy okazji nie przeszkadzać w normalnym funkcjonowaniu tym, których to nie dotyczyło. Niektóre spojrzenia kierowały się w stronę czarnej blachy, która zwiastowała młodym mieszkańcom planety świetlaną przyszłość lub ewentualnie śmierć w zapomnieniu. Zdarzało się tak i tak.
Dennis też stała w tym tłumie. Tuż naprzeciw ojca i braci, próbując jakoś utrzymać fason i nie rozpłakać się jak mała dziewczynka, którą faktycznie czuła się w tamtym momencie. Chłopcy próbowali ją pocieszać, przytulać, zapewniać, że wszystko będzie dobrze, chociaż byli wiele lat młodsi i chyba nie mieli świadomości, z czym się to wszystko wiąże. Jackson natomiast jedynie patrzył na nią smutno. Nic nie powiedział, nawet nie uścisnął jej dłoni.
W tamtym momencie wiele by dała, żeby jeszcze raz usłyszeć to jego “Dennis, tylko wróć”, ale… nic takiego nie powiedział.
Nie powiedział, bo był przekonany, że nie ma szans, żeby Dennis wróciła z Próby.
Bardzo chciał wierzyć, że jego córka wróci, chciał wierzyć w jej zdolności, umiejętności, spryt, sprawność i wszystkie te cechy, które pomogłyby jej wrócić do domu, ale nieważne jak bardzo próbował się do tego zmusić, nie był w stanie. Po prostu nie potrafił wyobrazić sobie jej jako zwyciężczyni w tej sprawie.
Co prawda, odebrała od niego podstawowe nauki i starał się dać jej wszystko, byleby sobie poradziła, ale zupełnie tego nie widział. Co innego chłopcy, oni na pewno sobie poradzą, kiedy trochę podrosną. Ale Dennis? Słodka, niewinna Dennis, która nawet muchy by nie skrzywdziła?
A zresztą, szlag by wiedział, co tam się na tych Próbach wyprawia.
— Pasażerowie Alfy proszeni są do wejścia na pokład statku — rozbrzmiało w głośnikach.
Dennis nawet nie zauważyła, kiedy wsunęła palce w ciemny warkocz, który wyraźnie wybijał się na materiale jej białej koszuli. Mimo że dokładnie usłyszała komunikat, nie potrafiła ruszyć się z miejsca. Wpatrywała się w smutne spojrzenia ojca i braci, dopóki nie poczuła silnego szarpnięcia za ramię.
— Hoover, rusz się! — usłyszała tuż obok siebie. — Musimy lecieć!
Pokiwała głową.
— Idź już — mruknął Jackson; to były pierwsze słowa, jakie skierował do Dennis od kilku dni.
Najpierw Helen, teraz Dennis. Zaraz straci drugą i już ostatnią najważniejszą kobietę w swoim życiu.
— Kochamy cię! — usłyszała jeszcze za swoimi plecami, zanim zupełnie zniknęła w tłumie.
Weszła na ruchomą taśmę, gdzie uczestnicy Próby ustawili się w kolejce w równej linii, żeby wejść na pokład Alfy. Mężczyzna w białym kombinezonie skanował każdego po kolei, a tuż przed jego oczami pojawiały się holograficzne karty tożsamości — najważniejsze dokumenty, które zawierały absolutnie wszystkie informacje, jakie można było mieć o danej osobie, zaczynając od imienia i nazwiska, przechodząc przez numer identyfikacyjny, grupę krwi, notowania, na kodzie genetycznym kończąc. Żeby cokolwiek ukryć, trzeba było umieć hakować kartę tożsamości, a był to na tyle skomplikowany system, że osób potrafiących to zrobić była zaledwie garstka we wszystkich znanych galaktykach.
Kiedy drzwi Alfy zamknęły się za ostatnią osobą, robotyczny asystent zaprowadził grupę do sali, w której mieli przeczekać lot. Ledwo wszyscy zdążyli usiąść, Dennis oczywiście usadowiła się gdzieś w samym kącie, a tuż przed ich oczami ukazał się hologram mężczyzny w białym mundurze, na którym widniało wiele odznak honorowych.
— Uczestnicy Próby — zaczął niskim głosem hologram. — Dzisiaj odbywa się najważniejszy dzień w waszym życiu, bo będziecie mieli pierwszą i jedyną okazję odbyć Próbę, naszą odwieczną tradycję, która pokaże, kto z was jest godzien żyć i przysłużyć się naszej społeczności…
Dennis rozejrzała się po osobach, które siedziały tam razem z nią. Niektórzy wydawali się być przerażeni, inni podekscytowani, a jeszcze kolejni dość obojętni. Jedyne, co ich wszystkich łączyło, to to, że wszyscy zgromadzeni mieli po dwadzieścia trzy lata i byli ubrani na biało, chociaż nawet ubiory mieli różne w zależności od ich majątku i pozycji społecznej.
— Zasady są proste: waszym zadaniem jest przeżyć. Nikogo nie obchodzi, jak to zrobicie, czego użyjecie i czego się dopuścicie. Macie przetrwać i w ciągu dwudziestu godzin dotrzeć na drugą stronę, gdzie będzie czekała na was Omega, czyli statek, który zabierze was z powrotem na stację. Zrozumiano?
Nikt się nie odezwał, jedynie niektórzy pokiwali głowami.
— Zaraz dostaniecie mapy i zegar. Wystarczy sekunda opóźnienia, a nikt już was na Omegę nie wpuści.
Zasady były aż nazbyt proste. Albo uciekniesz, albo zostajesz tam na zawsze i pewnie zginiesz. No jasne, wiadomo. Nie mogłoby być prościej.
— Aktywowano kod: 245F5gX. Rozpoczęto przekazywanie informacji — rozbrzmiał głos komputera.
Niewielka dioda na szczycie sufitu mignęła dwa razy. Oczy wszystkich uczestników Próby rozjaśniały na kilka sekund jasnoniebieskim światłem, a w ich źrenicach pojawił się interfejs ładowania i instalowania danych. Oczy wszystkich znów przygasły już chwilę później.
— Przekazywanie informacji zakończone. Akcja przeprowadzona pomyślnie. Zamykam kanał danych.
— Powodzenia wszystkim.
Mężczyzna zasalutował, a hologram zniknął.
— Podróż na planetę: 1r52, zwaną potocznie: Gardzielą, potrwa jeszcze: 1:02:54. Rozpoczynam regenerację uczestników Próby. Miłej podróży.
Na ścianie, na tle której jeszcze przed chwilą widniał hologram odznaczonego mężczyzny, pojawiły się portrety wszystkich uczestników Próby. Każde z nich tak samo obojętne, bez wyrazu. Zupełnie jakby też miały przeżywać tę katorgę.
I chociaż Dennis nadal chciało się płakać, i to coraz bardziej z każdą chwilą, wzięła przykład z innych i ona również postanowiła chociaż zerknąć na mapę. Włączyła ją i przed oczami od razu pojawił się na wpół przezroczysty obraz przedstawiający teren, po którym przyjdzie jej się poruszać, po chwili wyświetliła również zegar – ogromne cyfry układające się w ciążące na sercu 20:00:00. Za pomocą krótkich machnięć dłoni i palców próbowała jakoś rozczytać mapę, poznajdować na niej jakieś przydatne punkty i ustalić jakąkolwiek trasę do Omegi, ale na niewiele się to zdało. Nie potrafiła skupić się w tak ogromnym stresie. Jedyne, co była w stanie zrobić, to wyliczyć, ile czasu zajmie jej dotarcie do statku w normalnym tempie bez żadnych przeszkód – niecałe sześć godzin. Więc po co dawali im taki zapas czasu? Co się tam, do cholery, kryło?
Wkrótce potem zamknęła mapę i zegar. Próbowała się jakoś uspokoić, ale nie była w stanie. Dłonie jej się trzęsły, oddech był ciężki, z zgrabne palce szaleńczo plątały włosy, tak jakby nic innego jej już w życiu nie zostało – i może faktycznie było w tym trochę racji, przynajmniej z jej perspektywy. Trudno nawet stwierdzić, w którym momencie schowała twarz w dłoniach i zaczęła płakać. Była przekonana o tym, że już nie wróci.
— Hej, nie ma co się załamywać — usłyszała obok siebie ściszony głos.
— Słucham?
Dennis podniosła wzrok i w ten sposób napotkała nieśmiały, pokrzepiający uśmiech i ciepłe spojrzenie obcego jej mężczyzny, który od początku siedział obok niej.
— No, nie ma co się załamywać — powtórzył. — Nawet jeśli to nasze ostatnie godziny życia, to nie ma co się smucić. Ja na przykład myślę teraz o moich rodzicach. Najlepszych na świecie. Nikt nie robi tak dobrych naleśników z czekoladą syntetyczną jak moja mama.
— Przepraszam, ale ja cię zupełnie nie rozumiem. Na pewno nie wrócę do domu. Nie poradzę tam sobie. Już nigdy nie zobaczę ani ojca, ani braci, ani nikogo.
— Tak jak część z nas — oznajmił, nadal uśmiechając się pogodnie. — Więc pomyśl o tych wszystkich osobach, które są ci bliskie, powspominaj trochę. Albo nastaw się na przeżycie i do nich wróć.
— Zapewniam cię, że to nie jest możliwe, żebym kiedykolwiek…
— Rozejrzyj się.
— Hm?
— No spójrz. Wszyscy tutaj się boją, nawet jeśli tego nie okazują. Zupełnie tak samo jak ja czy ty.
— Ale… Co to zmienia? Że wszyscy się boją? Niektórzy z nich wrócą do domu.
— Nie zmienia absolutnie nic — mruknął, a w jego oczach błysnęła niewielka łza. — Jak się nazywasz?
— Dennis Hoover. Dennis Jessie Hoover tak właściwie.
— Miło mi cię poznać, Dennis Jessie Hoover. Ja natomiast nazywam się Anthony Smith — przedstawił się. — Ale możesz mi mówić po prostu Tony.
Dennis pokiwała głową na znak, że będzie pamiętać.

4.04.2022

Od Dennis cd. Ruby

Gabinet najmłodszego weterynarza w okolicy mieścił się na tyłach niewielkiego budynku mieszkalnego. Niby wszyscy wiedzieli, gdzie się znajdował, a niewielki, lecz widoczny, szyld umiejętnie wskazywał drogę, ale zdecydowana większość osób, które miały do pana doktora Alvina Rothery’ego jakikolwiek – mniejszy lub większy – interes, pierwszym, co mówiły po wejściu do jego gabinetu, wykrzykiwały coś w stylu “Ale trudno tu do pana trafić, panie doktorze!”.
I owszem, Dennis też wymknęło się coś w tym stylu, gdy ona i Ruby McConnell przekroczyły próg.
Do weterynarza udały się dopiero dwa dni później – młodej Hoover trudno było znaleźć wcześniej jakąś wolną chwilę, nawet jeśli miała świadomość, że czas nagli, a jakakolwiek zwłoka może obrócić się przeciwko nim. Nie chciała jednak zaniedbywać chłopców, którzy wyraźnie dali jej do zrozumienia, że dawno nie spędzali ze sobą chociaż chwili, a Dennis wróciła tak późno, że już do nich nie zajrzała, żeby życzyć im dobrej nocy.
Co prawda, najstarszemu, czternastoletniemu Ernestowi było w sumie wszystko jedno, ale najmłodszy, Irwin, który niedawno skończył pięć lat, bardzo to przeżył i nie mógł siostrze tego wybaczyć.
Gdy Ruby i Dennis spotkały się przy jednej z dróg niedaleko gabinetu doktora Rothery’ego, na pierwszy rzut oka było widać, że dziewczyna minę miała co najmniej nietęgą. Widać było, że się martwiła – tym bardziej, że nadal nie powiedziała ojcu, co się dzieje w okolicy, a rozmowy przyniosły naprawdę niewielkie rezultaty, bo mimo zdobytych informacji, nadal niewiele wiedziały. Przecież tu się nic ze sobą nie łączyło!
— W czym mogę paniom pomóc? — zapytał mężczyzna, wstając z krzesła przy biurku, kiedy tylko kobiety zamknęły za sobą drzwi.
Rothery nie kojarzył z wyglądu ani Dennis, ani Ruby, chociaż faktycznie nazwisko McConnell już obiło mu się o uszy ze względu na ogromny interes, który prowadzi. Hoover natomiast niewiele mu mówiło, chociaż faktycznie ten słoneczny uśmiech trudno w tłumie przegapić. Oczywistym było jednak, że niedługo zapozna się z większością mieszkańców, bo w gruncie rzeczy weterynarz przybył do Jackburga bardzo niedawno, co pozwoliło poprzedniemu przejść na zasłużoną emeryturę.
— Zapewne słyszał pan o nagłej śmierci ogromnej ilości bydła w okolicy, prawda? — zapytała Ruby; tymczasem Dennis stała obok i wpatrywała się w mężczyznę.
Pokiwał głową. McConnell kolejny raz grała pierwsze skrzypce w rozmowie. Miała zdecydowanie większą siłę przebicia. Rothery wysłuchał jej, odpowiadał na pytanie, co i raz zerkając kątem oka na milczącą Dennis.
— Przykro mi to mówić — zaczął po chwili pełnej skupienia ciszy. — Ale wiem niewiele więcej, co panie. Oglądałem je, ale niewiele więcej jestem w stanie zrobić, dopóki ktoś z poszkodowanych nie udostępni mi zwierzęcia do sprawdzenia wnętrzności. Niestety, każda osoba, z którą rozmawiałem, uważa rozkrawanie ciała w takim stanie za niewłaściwe i kategorycznie się na to nie zgadza. A jestem pewny, że wiele by to pomogło.
Twarz Dennis wykrzywiła się w nieodgadnionym grymasie, przez który nie wybijało się nic szczególnego.
— Byłem nawet gotów zapłacić, ale bez skutku. Mam wrażenie, że okoliczna ludność nie rozumie do końca, czemu miałoby to służyć, bo nie jestem przecież rzeźnikiem, a też chyba nie ufa mi w pełni.

15.02.2022

Od Dennis cd. Ruby

— A może po prostu się czego najadły? — zapytała Dennis mimochodem, czując, że coraz bardziej martwi się tym wszystkim. — Panie Tonkin, patrzył pan, czy na pastwisku co nowego nie wyrosło albo po drodze nie jedzą jakichś innych roślin? Bo może coś w trawie rośnie, co im szkodzi.
W gruncie rzeczy była to dość luźna myśl, nad którą dziewczyna nawet się nie zastanowiła, zanim cokolwiek powiedziała.
— Toć bym zauważył, gdyby jakie chwasty na polu urosły — odparł Tonkin. — Bo chodzę wypasać krowy w każdy dzień.
— Oczywiście, że tak — przytaknęła, kiwając gwałtownie głową. — Po prostu się zastanawiam. Strasznie się boję, żeby i do nas się nic nie przypałętało.
Mężczyzna zamilkł na chwilę. Miął w ustach końcówkę wypalonego już papierosa, zaciskał palce na płocie, na którym się opierał, i myślał intensywnie. Trudno stwierdzić o czym, ale jego skupione, utkwione w eterze oczy, zmarszczone brwi oraz przecięte głęboką zmarszczką czoło wskazywały na to, że błądzi gdzieś myślami.
Nie przeszkadzało to jednak Dennis mówić dalej, cokolwiek akurat przyszło jej do głowy, zanim w ogóle się zdążyła zorientować, że coś chciałaby jeszcze powiedzieć.
Porozmawiali ze sobą jeszcze tylko kilka chwil. Tonkin nie był już potem zbyt skory do pomocy – ciągle powtarzał to samo: a to, że zaglądał, a że padały bardzo szybko i nie wie, co się dzieje. Dennis starała się zadawać jakieś mniej lub bardziej szczegółowe pytania, ale niczego konkretnego się nie dowiedziała, a miała jedynie coraz większy mętlik w głowie. Czasami tylko patrzyła na Ruby, która w tamtym momencie stanowiła jakby źródło jej chwilowej otuchy.
— Nie chcę — mruknął mężczyzna, wyciągając z kieszeni spodni paczkę papierosów, w której znajdowały się już tylko trzy sztuki. — Nie chcę pań obrazić albo co, ale ja muszę wracać do roboty. Przez to spotkanie z szeryfem nie mogę sobie ułożyć dnia, a robi się już późno.
Dennis rozumiała go aż nazbyt dobrze. Ostatecznie przecież ona też miała wrażenie, że ma wszędzie zaległości, a jej plan dnia, który tak skrzętnie jeszcze rano układała, rozsypał się niemalże zupełnie przez te feralne wiadomości. Co prawda do zachodu słońca zostało jeszcze trochę czasu, ale wiadomo, że lepiej nie zostawiać niczego, żeby nie musieć pracować po ciemku.
— Bardzo dziękujemy panu za wszelką pomoc — mruknęła Hoover, po czym razem z Ruby wycofały się z gospodarstwa Tonkinów.
Todd szybko zniknął gdzieś między budynkami.
— I co teraz? — mruknęła Dennis, bardziej do Ruby niż do siebie, gdy już znowu zostały same. — Co powinnyśmy zrobić? Mam wrażenie, że wiem jeszcze mniej, niż wiedziałam, wiesz…

12.12.2021

Od Dennis cd. Ruby

— J-ja? — zająknęła się, a jej oczy otworzyły się jeszcze nieco szerzej. — Ale, Ruby, nie jestem pewna, czy to w ogóle dobry pomysł, żeby się w to mieszać… Przecież…
Dennis chciała powiedzieć coś jeszcze. Zarzucić swoją rozmówczynię całą litanią na temat tego, że mieszanie się w takie sprawy nie może skończyć się dobrze, a mogą jedynie narobić sobie więcej problemów. Sytuacja dla wielu była już wystarczająco trudna i dla nich też mogła się zaraz taka stać, o ile już się nie stała – ostatecznie przecież podczas ich nieobecności wiele mogło się wydarzyć.
Wystarczyło jednak jedno spojrzenie Ruby McConnell, żeby Hoover zamknęła usta i nie powiedziała już ani słowa jakiegokolwiek sprzeciwu. Tym bardziej, że ona naprawdę chciała pomóc – po prostu nie wiedziała, jak mogłaby to zrobić, a ranczerka podała dokładne instrukcje. W związku z tym Dennis nie zostało już wtedy nic innego, jak uważnie się ich trzymać, nawet jeśli nadal ani trochę nie wierzyła w jakąkolwiek moc sprawczą jej własnych dłoni.
Ruby miała w sobie coś takiego, co sprawiało, że wiele osób jej słuchało, nawet jeśli nie chciało. Niezależnie od tego, czy ktoś ją lubił czy nie, czy ktoś nią gardził czy szanował, wiele osób z Jackburga i okolic ulegało surowości spojrzenia Ruby McConnell, jej apodyktycznemu tonowi głosu oraz pewnej siebie postawie.
Było to coś, co Dennis bezsprzecznie podziwiała.
W związku z tym umówiły się, że jeszcze tego samego dnia, późnym popołudniem, spotkają się z Toddem Tonkinem. Tym samym, który siedział obok młodej Hoover na obradach z szeryfem i zdecydowanie zbyt głośno poinformował zgromadzonych, że na jego farmie padło aż sześć krów, co w oczach dziewczyny stanowiło niewyobrażalną stratę.
Pierwszym co zrobiła, kiedy już wróciła do domu, było zajrzenie do Klotyldy i Róży, czy oby na pewno wszystko u nich w porządku, ale obie krasule były w świetnych humorach. Nie wyglądały, jakby miały zaraz paść, co chwilowo uspokoiło Dennis. Niestety – tylko chwilowo, bo regularnie, co godzinę, rzucała na nie okiem, mając ten strach z tyłu głowy. Wizyty u krów jedynie utwierdzały ją to w tym, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, ale ostrożności nigdy nie za wiele. Zrobiła to nawet wtedy, gdy już miała wyjeżdżać. Nie chciała się spóźnić na spotkanie z Ruby, ale przecież zajmowało jej to tylko chwilkę, a mogło przecież wiele zmienić…
Oczywiście – nie zmieniło, więc ruszyła w drogę z niewielką ulgą, za którą nadal krył się niepokój związany z tym wszystkim. Miała jeszcze mnóstwo pracy na farmie, ale zakasała rękawy, mając na uwadze, że ojciec wróci pewnie późno i do tej pory ze wszystkim zdąży się uporać.
Todd Tonkin był wysokim i opalonym nałogowym palaczem, a Dennis naprawdę rzadko widywała go bez papierosa w ustach. Powierzchowność miał dość nieprzyjemną, ale z jakiegoś powodu miał wokół siebie grono wieloletnich przyjaciół, młodą żonę o wdzięcznym imieniu Mary oraz gromadkę dzieci. Najstarsze z nich, na oko może dziesięcioletnie, było pierwszą osobą, która przywitała Dennis i Ruby na ziemi Tonkinów. Dziewczynka uśmiechnęła się szeroko, ukazując brak prawej jedynki, po czym pognała po ojca, który kręcił się gdzieś obok niemalże całkowicie opróżnionej obory.
Nietrudno było zauważyć, że Todd nie był zbyt zadowolony z ich wizyty, jednak starał się być miły, nawet jeśli przychodziło mu to z trudem. Myślami nadal był gdzieś koło rachunków, jak wiele strat przyniesie mu ta cholerna zaraza i ile czasu zajmie mu odbudowa dawnego stanu rzeczy.
— O co chodzi? — mruknął.
— Nie chcemy panu przeszkadzać, panie Tonkin — zaczęła Dennis, chcąc wytłumaczyć powód tej niespodziewanej wizyty. — Dałby pan radę poświęcić nam małą chwilkę na rozmowę? Bo ja i Ruby bardzo przejęłyśmy się tym, co się ostatnio dzieje, to znaczy, tym, o czym mówił dzisiaj szeryf, i wspomniał pan, że to już się u pana wydarzyło, więc byłybyśmy wdzięczne, jakby pan nam rzekł nieco o tym, co się dokładnie stało. Pana pomoc by była nieoceniona, panie Tonkin.
Mężczyzna milczał przez krótką chwilę.
— Pani McConnell, panno Hoover — westchnął, nadal marszcząc brwi. — Jeno dwie sztuki mi zostały, a miałem aż osiem. Nie mam czasu na pogaduchy. Jak macie pytanie, odpowiem, ale nic innego, bo mam mnóstwo roboty.
— Jeju… Aż nie wiem, od czego zacząć.

22.11.2021

Od Dennis cd. Lisiego Kłosa

    Zgrabne płomienie tańczyły w ognisku i odbijały się w oczach Dennis, których barwa stała się jeszcze cieplejsza, a jej spojrzenie – jakby bardziej życzliwe. Dziewczyna oparła głowę na dłoni, a uplecione ciemne włosy spłynęły na jej ramię, układając się swobodnie.
    Powiedzieć, że mężczyzna był dziwny, to nie powiedzieć nic.
    W jej odczuciu nie był jednak na tyle niepokojący, żeby miała zaraz pognać do domu i schować się pod kocem, nawet jeśli noc zapadła już dawno, a chłodne powiewy wiatru co chwilę poruszały jej ubraniami i kosmykami.
    Starała się go słuchać bardzo uważnie, ale trzeba przyznać, że nie potrafiła się do końca skupić, a zmęczenie po długim dniu nie miało z tym wiele wspólnego. Chodziło raczej o to nieco nieobecne spojrzenie. Zamglone, jakby na jego ciemne oczy założono coś na kształt niezwykle tajemniczej, zgrabnej zasłony, która aż prosiła się, żeby móc ją odsłonić. Charakterystyczny zapach ziół wydobywający się z zapalonej fajki też jej raczej nie pomagał.
    — Miło mi cię poznać — odparła, a jej twarz rozjaśniła się nieco szerszym uśmiechem.
    Dennis wyciągnęła dłoń w jego stronę, chcąc wymienić uścisk ręki w ramach przywitania i zawarcia nowej znajomości, która, biorąc pod uwagę to, że mężczyzna dał jej wyraźnie do zrozumienia, że długo na Arnto pewnie nie zostanie, mogła się zakończyć szybciej, niż w ogóle się zaczęła.
    Nie lubiła, kiedy inni tak po prostu przychodzili i odchodzili.
    — Jak lubisz, żeby się do ciebie zwracać? — zapytała, poprawiając siad. — Bo skoro mówisz, że teraz jesteś “po prostu Harrym Slandem”, więc powinnam mówić Harry, prawda? Ładne to imię, wpada w ucho, pozostałe też. Wovoka znaczy coś konkretnego?
    Jej na wpół ściszony, łagodny głos rozchodził się po okolicy i tonął gdzieś wśród okolicznej przyrody.
    — Na mnie wszyscy mówią po prostu Dennis, raczej mało kto po nazwisku, ale zdarzają się i tacy, co mówią “panno Hoover”, ale zawsze jestem zdziwiona. Hoover mam na nazwisko. Dennis Hoover. Dennis Jessie Hoover tak właściwie. Ale Jessie nikt nie mówi. Mało kto w ogóle wie, że mam na drugie Jessie.
    Dziewczyna nie była nawet do końca pewna, czy mężczyzna w ogóle jej słucha. Nadal wydawał się być nieco nieobecny, a to wrażenie pogłębiało się coraz bardziej z każdą chwilą.
    Jej uśmiech zmienił się nieco, gdy usłyszała słowo “obowiązki”. O tak, od kilku lat miała ich zdecydowanie zbyt wiele, nakładało się ich coraz więcej, warstwowały się coraz bardziej, niemalże w nieskończoność. Dziewczyna utkwiła spojrzenie w płomieniach, mając z tyłu głowy myśl, że powinna już wracać. W gruncie rzeczy przyszła tu tylko po to, żeby sprawdzić, czy tajemniczy Lisi Kłos niczego nie potrzebuje, a skoro już to zrobiła, a on nie potrzebował jej pomocy, wypadałoby wracać do domu, ale…
    Ona chyba nie do końca miała na to ochotę.
    Dała sobie jeszcze kilka chwil na rozmowę oraz towarzystwo obcego mężczyzny. Nie było to może najbardziej odpowiedzialne z jej strony, ale w ciągu dnia nie miała czasu na chwilę wytchnienia, więc kradła ją sobie w tym momencie, nawet jeśli warunki nie były najbardziej sprzyjające. Prawdopodobnie każdy stwierdziłby jednak, że przebywanie z jakimś oderwanym od rzeczywistości gościem w środku nocy w jakiejś głuszy, kawałek od wszelkiej zabudowy, nie jest zbyt dobrym pomysłem. Każdy oprócz Dennis spragnionej rozmowy i towarzystwa.
    Zanim zdążyła otworzyć usta, żeby zadać jakieś niezobowiązujące pytanie, mężczyzna się odezwał.
    — Duchy? — mruknęła nieco zaskoczona, marszcząc delikatnie brwi, chociaż uśmiech nie schodził jej z twarzy. — Nie wiem, nigdy o tym nie myślałam. Czasami dzieci się straszy opowieściami i legendami o duchach i potworach. Takie masz na myśli? — zapytała, owijając się nieco bardziej materiałem narzuconym na plecy.
    Niekoniecznie miała ochotę na to, żeby ją teraz straszył.

Od Dennis cd. Ruby

    Dennis, chociaż nadal słodko uśmiechnięta, próbowała przypomnieć sobie jakieś niepokojące sytuacje związane z bydłem na ich farmie, ale niewiele potrafiła wyłuskać. Nie zauważyła, żeby działo się coś szczególnie niepokojącego. Krowy zachowywały się tak jak zawsze, zdrowo jadły i nie sprawiały problemów. Zresztą – pewnie by zauważyła, gdyby działo się coś nie tak jak powinno.
    Tak jej się przynajmniej wydawało.
    — Tak, jest w porządku — odparła dziewczyna spokojnie, odruchowo kierując dłonie w stronę warkocza.
    Absolutnie nie kontrolowała tego odruchu. Zazwyczaj zdawała sobie sprawę z tego, że znowu plącze sobie włosy, kiedy musiała zająć się czymś innym, a dłonie były potrzebne. Trudno też stwierdzić, kiedy to nabyła, ale chyba bardzo dawno temu.
    — Nie zauważyłam niczego złego, a zaglądam do obory przecież regularnie — dodała. — Chłopcy też by raczej powiedzieli, gdyby coś zauważyli, tak myślę. Ale jeśli to naprawdę jakaś choroba, to biedna Klotka pewnie szybko zachoruje. Jest jeszcze bardzo sprawna jak na swój wiek, ale jest dużo starsza od Różyczki, bo przecież Różyczkę kupiliśmy dopiero dwa lata temu. I to od ciebie, nie wiem, czy pamiętasz. Tak, ojciec koniecznie powinien o tym wiedzieć…
    Dennis westchnęła cicho.
    Obawiała się, że ta sytuacja ją przerośnie. Na każdym polu starała się jak mogła, ale w przecież były sprawy i sytuacje, na które nie miała wpływu. Według niej ten cały problem z bydłem był właśnie jednym z tych do obserwowania, a nie działania.
    I chociaż kochała ojca, bez wahania oddałaby za niego życie oraz wierzyła w to, że robi wszystko, by zapewnić im jakkolwiek stabilny byt, chociaż było to niewątpliwie trudne, była niemalże w pełni przekonana, że raczej nie będzie tym zainteresowany bardziej niż chłopcami, których nie widywał, płotem, którego nie naprawiał, i domem, którego nie sprzątał.
    — Podejrzana? — powtórzyła za Ruby nieco ciszej. — Co masz na myśli? Sądzisz, że ktoś to robi, no nie wiem, specjalnie? Dlaczego ktoś by chciał robić krzywdę innym specjalnie? Przecież to straszne!
    Dennis ledwo zdążyła wypowiedzieć te słowa, a już dotarło do niej, szczególnie dzięki spojrzeniu Ruby, że to wcale nie jest tak, że ludzie zawsze są wobec siebie dobrzy i życzliwi. Wielokrotnie już o tym zapomniała.
    Za każdym razem nie chciało jej się wierzyć w to, że ktoś mógł komuś zrobić coś złego z pełną świadomością krzywdy, którą wyrządza.
    — No, ale… co teraz w takim razie? — mruknęła, podczas gdy jej palce coraz bardziej wplątywały się we włosy. — Masz zamiar coś zrobić? Bo ja… Ja chyba nie nadaję się do takich spraw. No wiesz. Ty jesteś taka odważna i samodzielna, z tak wieloma trudnościami potrafisz sobie poradzić. Ja chyba niekoniecznie.
    To nie tak, że Dennis jakoś szczególnie zastanawiała się nad tym, co mówiła, ale nie chciała zabrzmieć jak mała zagubiona dziewczynka, chociaż faktycznie trochę ją przypominała. Faktem jednak było, że bardzo wątpiła w swoją przydatność w tej sprawie.
    Stała z Ruby gdzieś na stosownym uboczu, ale mijało je mnóstwo osób, które rozmawiały ze sobą na temat najświeższego problemu okolicy. Niektórzy głośno rozprawiali, inni szeptali między sobą, ale niemalże wszyscy odczuwali ten sam niepokój.
    I gdyby tak przyjąć narrację pani McConnell – wszyscy wydawali się równie podejrzani. Co do jednego.
    Tego Dennis już nie widziała. Dlaczego miałaby?

14.11.2021

Od Dennis cd. Ruby

    Kiedy spośród pełnych żalu i rozwścieczonych głosów męskich wybrzmiał chłodny głos Ruby McConnell, Dennis podniosła głowę, żeby móc zerknąć na jej surową twarz. Chociaż odważna, zaradna i bez litości, kiedy ktoś nadepnął jej na odcisk, Hoover zawsze widziała w niej coś sympatycznego, a może nawet w jakiś sposób łagodnego. Trudno jednoznacznie stwierdzić, z czym konkretnie się wiązała akurat taka opinia, ale na pewno nie bez znaczenia pozostawały natura samej Dennis i to, że chyba w każdym widziała coś dobrego, oraz dawna znajomość pani McConnell z niejaką Helen Hoover (przez przyjaciół nazywaną po prostu Birdie, choć chyba nikt nie wiedział, skąd się to drobne przezwisko wzięło), która znowu tak nagle zniknęła kilka lat temu, niemalże z dnia na dzień, o czym, swoją drogą, Ruby została powiadomiona jako jedna z pierwszych osób, bo należała do grona jej najbliższych koleżanek.
    Kobiety wymieniły spojrzenia, a Dennis obdarzyła ranczerkę delikatnym, słonecznym uśmiechem.
    Odkąd kobieta wtrąciła się w serię żali i skarg, reszta spotkania, "obrad", odbyła się jakoś o wiele sprawniej.
    Konkluzja była taka, że nie wiadomo, o co chodzi, bydło umiera, a temu, kto rozwiąże sprawę, wpadnie do kieszeni kilka orłów. Dennis miała nadzieję, że ta dobra dusza, która się tym zajmie, zrobi to szybko, bo sama myśl, że z jej niewielkiej farmy mogłyby zniknąć jedyne krowy, napawało ją niemałym lękiem. Jej samej nawet do głowy nie przyszło, żeby cokolwiek próbować, chociaż bardzo chciałaby pomóc. Miała wrażenie, że nie miała takiej siły przebicia, żeby móc cokolwiek zdziałać w tej materii.
    — Nagrodę należy odebrać w moim biurze, ale będzie przyznawana tylko na podstawie solidnych dowodów, tfu! Żegnam!
    Po pomieszczeniu znowu rozeszła się wrzawa, a przejęci tą sprawą mieszkańcy zaczęli tłumnie wychodzić na zewnątrz. Dennis trzymała się gdzieś z tyłu, nie chcąc nikomu przeszkadzać. Przy okazji nie musiała słuchać tych wszystkich bluzg i przekleństw w tak ogromnym natężeniu, jak to się działo na przodzie grupy.
    Trudno jej było o tym nie myśleć, ale sama czuła się raczej bezsilna. W ciągu jednego dnia nabawiła się kolejnego dużego zmartwienia, a ilość trosk i problemów zaczynała przekraczać granicę wytrzymałości, ale wystarczyło, żeby Dennis wyszła na zewnątrz i odetchnęła świeżym powietrzem, a od razu zrobiło się jej nieco lepiej, nawet jeśli już całe miasto zaczynało mówić o tej sprawie z bydłem.
    Kiedy się rozejrzała, ujrzała Ruby w towarzystwie swoich kowboi. Zawsze, kiedy ich spotykała, kusiła się na małą pogawędkę, a ten dzień nie był żadnym wyjątkiem pod tym względem.
    — Dzień dobry! — przywitała się, zbliżając się do nich.
    Twarz Dennis pojaśniała kolejnym uśmiechem, tym razem nieco szerszym niż ten, który posłała Ruby podczas spotkania z szeryfem.
    — Jak wam mija dzień? Jak się czujecie? A ty, Ruby? Wszystko dobrze? No, może oprócz… tego. Będę musiała powiedzieć dzisiaj ojcu o tym wszystkim. Jest bardzo zapracowany, nie chcę mu dokładać trosk, ale chyba powinien wiedzieć o czymś takim. To poważna sprawa, prawda?
    Była też z siebie całkiem dumna, bo chyba pierwszy raz zdarzyło jej się po prostu powiedzieć do niej na "ty", a nie, tak jak to miała w zwyczaju, mieszać w swoje słowa żadnej "pani" czy czegoś w tym rodzaju, tak jak niejednokrotnie ją prosiła – praktycznie podczas ich każdego spotkania.
    — U ciebie też już się to dzieje? — zapytała, patrząc spojrzeniem na McConnell; w oczach dziewczyny błysnęło coś na kształt troski.
    Nie chciała nazywać tej sytuacji po imieniu, żeby nie kusić losu. Może i była religijna, ale też równie przesądna, jak to prosta osoba – miała swoje sztuczki i magiczne rytuały, które "odprawiała" często niechcący i nieświadomie. Był to stały element jej życia. Nic więc dziwnego, że nie chciała zrzucić niedobrego losu ani na siebie, ani na Ruby.

11.11.2021

Od Dennis do Ruby

    Dennis miała złe przeczucia, odkąd tylko ktoś zapukał do ich drzwi z samego rana. Ojciec nie wyszedł jeszcze wtedy z domu, dopiero się ubierał, co oznaczało tyle, że było naprawdę wcześnie. Sama dziewczyna kręciła się po kuchni zaspana, próbując w myślach ułożyć sobie jakiś plan dnia, który, prawdę powiedziawszy, nie różnił się za bardzo od tego, którym kierowała się wczoraj.
    Niewiele zrozumiała z rozmowy, która odbywała się w progu. Dolatywały do niej tylko jakieś pojedyncze słowa, dosłownie urywki zdań wypowiadanych przez ich niespodziewanego gościa. Trudno stwierdzić, czy Jackson Hoover w ogóle jakkolwiek odpowiedział na to, co ten miał do powiedzenia. Dennis wydawało się, że jedynie zamknął za nim drzwi.
    Zanim ojciec wrócił z przedsionka, dziewczyna zdążyła jedynie wyjrzeć przez okno w kuchni. Jej brwi nieznacznie się zmarszczyły, a w sercu ukłuła odrobina niepokoju, gdy dojrzała zastępcę szeryfa. Co jak co, ale wiedziała, że to nie zwiastuje absolutnie niczego dobrego. Szczególnie, że już chwilę później, dosłownie minutę przed tym, jak Hoover wyszedł, żeby rozpocząć kolejny długi, pracowity dzień, wsunął w dłonie córki niewielką kartkę podarowaną mu przez przedstawiciela władzy o dość surowej twarzy.
    Dennis miała niewielkie problemy nie tylko z liczeniem, ale również z czytaniem – czytała dość wolno, nieco opornie, czasami mieszały jej się litery i przekręcała słowa. W ogólnym rozrachunku jakoś sobie radziła, ale praktyki miała niewiele. W jej domu nie było ani jednej książki (oprócz jakiegoś tam spisu nauk Jedynego utkniętego w starej skrzynce gdzieś w głębi szafy), gazet nikt u nich nie kupował, a jedyne, co tak naprawdę czytała, to były jakieś krótkie notki i zawiadomienia porozwieszane na słupach w mieście lub, tak jak tego dnia, doręczone do rąk własnych.
    Kiedy w końcu udało jej się uporać z informacją przywiezioną przez zastępcę szeryfa, dziewczyna wsunęła ją do kieszeni spodni i rozpoczęła dzień, mając na uwadze, że ojciec obarczył ją odpowiedzialnością za tę sprawę i powinna się tym zająć. Nie dowiedziała się z niej zbyt wiele, bo podobno “szczegóły zostaną przedstawione osobiście na zebraniu”, ale skoro była podpisana przez samego szeryfa, dla Dennis oczywistym było, że chodzi o coś niezwykle ważnego.
    I faktycznie – kiedy zegar wybił odpowiednią godzinę, Hoover udała się do Jackburga, żeby wziąć udział w zebraniu w niewielkiej sali, gdzie przysiadła na niewielkiej, skrzypiącej ławeczce między Andym Fermanem a Toddem Tonkinem, bo nigdzie indziej nie znalazła już miejsca, a nie chciała się za bardzo rzucać w oczy.
    Wybiła pełna godzina, a na niewielkim podwyższeniu na przodzie pomieszczenia pojawił się szeryf Jackburga, a obok niego jego zastępca, który tego samego ranka obskakiwał całą okolicę. Bujny wąs, wysoki kapelusz i lśniąca gwiazda przyczepiona do jego skórzanej kamizelki sprawiały, że nie dało się go pomylić z kimkolwiek innym. Odchrząknął, skupił na sobie uwagę wszystkich, a potem rozejrzał się uważnie po prowizorycznej sali narad, samym spojrzeniem przygotowując przybyłych na najgorsze.
    Przynajmniej takie wrażenie miała Dennis, która cholernie przejęła się tą całą sytuacją. Nerwowo plątała kosmyki ze swojego luźno splecionego warkocza opadającego na jej smukłe ramię. Nie mogła doczekać się pierwszych słów szeryfa.
    — W ostatnim czasie — zaczął tonem tak surowym i poważnym, że dziewczynę aż zmroziło. — trafiło do mnie wiele niepokojących zgłoszeń.
    Atmosfera w ogóle nie była zbyt przyjazna. Wszyscy zgromadzeni wydawali się być dość nerwowi i lekko zdezorientowani. Nie było to nic zaskakującego, biorąc pod uwagę fakt, że wszyscy znaleźli się tutaj z powodu, o którym nie mieli pojęcia. Szeryf zaczął dopiero po jakimś czasie, nadal bardzo spokojnym, niewzruszonym tonem, wyjaśniać po co to wszystko, najpierw zapewniając o swoich jak najlepszych intencjach i o tym, że czegokolwiek i kogokolwiek ta sprawa dotyczy, zrobi wszystko, żeby problem rozwiązać, chociaż nadal słowem nie wspomniał, o co chodzi. Tylko wśród zgromadzonych mężczyzn i nielicznych kobiet wybrzmiewały ciche podejrzenia o powód.
    Samych konkretów wyjawił niewiele: w okolicy Jackburga na wielu ranczach, farmach i gospodarstwach umierało bydło.
    — Trzeba coś z tym zrobić! — rozbrzmiał jakiś głos, a w tłumie zawrzało. — Bo zaraz zostaniemy z niczym!
    — Proszę mi nie przerywać… — odparł szeryf, ale w tamtym momencie to już absolutnie nikogo nie obchodziło.
    — Ta zaraza zaraz mi wszystkie zabierze!
    — Ty to akurat gówno miałeś, Francis, dwie stare, ja to miałem kilka młodziutkich i mi zabrało połowę!
    — Dziś rano znalazłem kolejne dwie martwe!
    — Kto mi zabija bydło, przyznać się!
    — Wy ścierwa, padły mi trzy krowy!
    Ostatecznie zgromadzenie zaczęło zamieniło się w licytację, kto więcej stracił.
    — U mnie padło aż sześć! — donośny głos Todda Tonkina rozbrzmiał tuż obok dziewczyny, przez co aż podskoczyła na ławce.
    Dennis przysłoniła delikatnie uszy dłońmi. W tamtym momencie z pełną mocą uderzyła w nią świadomość, że zupełnie nie nadaje się do tego typu “obrad” i to ojciec powinien się tym zajmować – nie ona.

4.11.2021

Od Dennis cd. Lisiego Kłosa

    Przez cały dzień pogoda była naprawdę piękna, więc gdy tylko chłopcy wykonali wszystkie swoje nieliczne obowiązki, pobiegli gdzieś w pole, mgliście obiecując, że na pewno wrócą na kolację. Dennis co do tego akurat nie miała wątpliwości, bo nigdy nie sprawiali kłopotów akurat pod tym względem, ale musiała przyznać, że też chętnie poszłaby na spacer. Nie miała jednak na to czasu, mając przed oczami wizję tego, jak wiele musi jeszcze zrobić, a jak niewiele pozostało do wieczora.
    Kiedy się pracowało, godziny płynęły jakoś szybciej, a dziewczyna nierzadko zbyt dobitnie się o tym przekonywała.
    Od wschodu słońca biegała po farmie w tę i we w tę, czasami nie wiedząc, w co ręce włożyć, ale nigdy nie narzekała. Nawet w takie dni jak ten, kiedy aż prosiło się o to, żeby usiąść na trawie ze szklanką chłodnej wody w dłoni i po prostu odpocząć, cieszyć się piękną pogodą oraz w ogóle słonecznym dniem.
    Dla siebie znajdowała chwilę dopiero wtedy, gdy wszyscy poszli już spać. Tak miało być również tego dnia.
    Dennis zupełnie oddała się rytmowi i monotonii. Nawet nie zająknęła się, że chciałaby coś zmienić. Tym bardziej, że nie chciała znowu zawieść ojca. Od tamtego feralnego dnia, kiedy zniszczył jej się wóz i zostawiła swoją rodzinę samych sobie na jedną noc, patrzył na nią o wiele bardziej smutno niż zazwyczaj. Widziała w jego oczach rozczarowanie i ogromny żal, których wprost nie potrafiła znieść, więc z miłością przygotowała posiłek dla niego oraz swoich braci. Chłopcy wrócili tego dnia jakoś szczególnie roześmiani i skłonni do żartowania, ale dziewczyna nie przejęła się tym aż nadto. Cieszyła się natomiast, że mieli dobre humory.
    Żałowała, że nie potrafiła powiedzieć tego samego o ojcu, który ostatnimi czasy stał się jeszcze bardziej milczący, choć wydawać by się mogło, że to raczej niemożliwe. Gdy siedziała z nim podczas kolacji, nie odezwał się ani słowem, a kiedy kładł się spać, nie powiedział nawet swojej standardowej formułki. Był nią tak cholernie zawiedziony…
    Dennis miała zamiar krzątać się po domu tylko jeszcze chwilkę, ale usłyszała wesołe śmiechy dobiegające z pokoju chłopców, którzy powinni już od dawna spać.
    Stanąwszy pod drzwiami, zmarszczyła nieco brwi, a potem zapukała, chcąc dostać się do środka. Gdy ją zobaczyli, śmiali się trochę ciszej, ale nadal było im bardzo wesoło.
    — Co jest? Dlaczego nie śpicie? — zapytała, siadając na jednym ze skrzypiących łóżek.
    W odpowiedzi usłyszała tylko falę chłopięcych chichotów.
    — Co wam tak śmieszno, co?
    Zaczęła głaskać po głowie pięcioletniego Jeremiaha, najmłodszego z tej całej gromadki, którego ciemnobrązowe oczęta już się przymykały. Wyglądał na zmęczonego, a śmiechy braci nie pozwalały mu spać.
    — Widzieliśmy obok stawku takiego śmiesznego pana — zachichotał Brice, a Stanley zawtórował mu niemal od razu.
    — Ale jak to “śmiesznego pana”?
    — No, takiego śmiesznego! Miał takie długie, czarne włosy i bardzo duży nos!
    — I był tak dziwnie ubrany!
    — Miał w rękach martwego królika, bleh… — dodał jeszcze Noel skryty gdzieś pod swoim kocem.
    Podobnych komentarzy pojawiło się jeszcze kilka, a Dennis przerzucała spojrzenie z jednego brata na drugiego, próbując te chaotyczne wypowiedzi złożyć jakoś do kupy. Nie było to łatwe, bo chłopcy znowu się ożywili i wyglądali tak, jakby tej nocy spać nie zamierzali. Trwało to dobrą chwilę, zanim najstarszy z nich, Ernest, nie kazał im się uciszyć i nie rzucił mrukliwego wyjaśnienia jakby od niechcenia:
    — To był jakiś Natywny, kręcił się po okolicy całe popołudnie. Zresztą, wieczór też — powiedział, po czym przewrócił się na drugi bok, dając w ten sposób znak, że ta dyskusja już go nie dotyczy.
    — A potrzebował czegoś? Może był zmęczony, chory albo głodny? Zapytaliście go?
    — A gdzie tam!
    Dennis posmutniała nieco, po czym wstała z łóżka, na którym najmłodszy z braci już spokojnie spał.
    — W takim razie zamiast się śmiać, trzeba było zapytać, czy czegoś nie potrzebuje… Idźcie już spać. Dobranoc.
    Zamknęła za sobą drzwi i miała zamiar skierować się na swoje posłanie, ale nie mogła przestać myśleć o rozmowie sprzed chwili. Strasznie uderzyło ją to, że chłopcy byli tak pozbawieni wrażliwości oraz chęci pomocy. Nawet jeśli jej nie potrzebował, mogli przecież zapytać! Nic by ich to nie kosztowało! No właśnie... A co jeśli tej pomocy jednak potrzebował?
    Dwudziestotrzylatka nie mogła wyrzucić z głowy tej jednej myśli, co automatycznie przełożyło się na to, że nie była w stanie znaleźć sobie miejsca – nie potrafiła skupić się na szyciu, sprzątaniu, o śnie i zegarku nawet nie wspominając!
    Dlatego też, kiedy tylko upewniła się, że wszyscy w końcu zasnęli, narzuciła coś na plecy i wyszła. Skierowała się w stronę stawu, gdzie chłopcy podobno spotkali tego “zabawnego pana” z zamiarem po prostu rozeznania się w sytuacji. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby komukolwiek działaby się jakakolwiek krzywda, a ona zignorowała to dla własnej wygody. Chciała tam zajrzeć dla spokoju ducha i z dobrego serca.
    Jej dom i stawek nie dzieliła długa droga, więc Dennis znalazła się na miejscu stosunkowo prędko. Starała się poruszać znajomą trasą, żeby się przypadkiem nie zgubić, chociaż trzeba przyznać, że przez tyle lat zdążyła poznać okolicę na tyle dobrze, że potrzeba było chyba cudu, żeby się pomyliła.
    Już z daleka zobaczyła niewielkie ognisko, które tliło się spokojnie, bardzo miękko. Jakby nigdzie się nie spieszyło i dawało sobie mnóstwo czasu, a dziewczyna mogłaby mu nawet zazdrościć. Tuż obok ogniska siedział mężczyzna, którego twarz ujawniało blade, ciepłe światło ognia. Przyjrzała mu się zdawkowo, już wkrótce potem dochodząc do wniosku, że mężczyzna pasuje do chaotycznego opisu przedstawionego przez chłopców jeszcze chwilę temu.
    Gałązki okolicznych drzew trzaskały pod naciskiem jej starych butów, gdy zbliżała się coraz bardziej.
    — Dobry wieczór — przywitała się, a na jej twarzy pojawił się skromny uśmiech. — Mam na imię Dennis i chciałam tylko zapytać – wszystko u pana dobrze? Dlaczego siedzi tu pan tak sam? Potrzebuje pan czegoś?
    Dennis zalała nieznajomego falą pytań i miała ich jeszcze kilka, ale nie zadała ich, bo mężczyzna na nią spojrzał. Miał takie puste spojrzenie… I musiała minąć chwila, zanim odzyskała fason.
    — Może jest pan, no nie wiem, chory albo coś? Mogłabym w czymś pomóc?
    Ona mówiła, a on milczał. Poczuła się nawet trochę jak intruz, bo pewnie mu w czymś przeszkodziła, cokolwiek akurat robił, może po prostu odpoczywał, ale mimo to przysiadła obok ogniska, gdy wykonał ruch jednoznacznie wskazujący na zaproszenie, które Hoover postanowiła przyjąć bez zbędnych wątpliwości.
    — Co to takiego? — zapytała znowu, kiwając głowę w stronę fajki.
    Ulatywał z niej dym o bardzo charakterystycznym zapachu, który trudno było jakkolwiek zidentyfikować. Był drażniący, ale gdzieś w tym wszystkim znajdowała nutkę przyjemności.
    Wbijała w niego zaciekawione spojrzenie, mając cały czas na uwadze, że powinna wracać do domu, bo przecież musi wstać z samego rana.

17.10.2021

Od Dennis, cd. Ezry

    Dennis miała to do siebie, że wprost uwielbiała mówić. O wszystkim i niczym, byle tylko mówić, choć faktycznie dla niej każda informacja była istotna – zaczynając od tego, gdzie mieszka i jak się nazywa, a kończąc na tym, że jej ulubionym kolorem jest zielony, bo miło jej się kojarzy, ale zielonych jabłek za bardzo nie lubi, jej bracia natomiast uwielbiają placek z takich jabłek, a Grzywa zdecydowanie bardziej woli te czerwone, które rosną na trzeciej jabłonce od lewej, tuż za pierwszym płotem, który odgradza zabłocone podwórze od tej części, gdzie rosną owoce i warzywa.
    Niekoniecznie kogokolwiek to obchodziło, więc w ogólnym rozrachunku mało kto wyłapywał w tej niekończącej się paplaninie tych informacji o Dennis, które rzucały zupełnie nowy obraz na tę rozkosznie uśmiechniętą dziewczynę.
    Obraz w rodzaju tych, które malował jeden z tajemniczych podróżnych artystów przemierzających całą Krainę wzdłuż i wszerz, szukając nowych wrażeń, nowych inspiracji oraz nowych odbiorców swojej sztuki.
    Dennis już nie pamiętała, jakie imię nosił. Pamiętała, że był wysoki, miał długie, czarne włosy i kapelusz z nadszarpniętym rondem. Przybył do Jackburga w jakąś słoneczną niedzielę jakieś dwa, może trzy lata temu. Rozstawił swoje obrazy przy drodze między saloonem a pracownią krawiecką, niemalże w centrum miasta, gdzie zawsze był duży ruch. Dziewczyna chodziła między obrazami i zagadywała o wszystko, co tylko przyszło jej do głowy, podczas gdy autor malowideł odpowiadał jedynie półsłówkami oraz cichymi mruknięciami. Chociaż wiedziała, że na pewno żadnego nie kupi, choćby najmniejszego obrazka, bo po prostu nie miała ani monety na tego rodzaju zbędne wydatki, nie przeszkadzało jej to w tym, by po prostu cieszyć się zobaczeniem czegoś nowego. Tony, który tamtego dnia jej towarzyszył, potrafił myśleć tylko o tym, że jest głodny i niespecjalnie interesowały go wymalowane na płótnie krajobrazy przedstawiające różne zakątki Krainy.
    I w sumie pewnie by go to nie obeszło wcale aż do końca tych oględzin, kiedy to w końcu zabrał Dennis na szybki obiad w saloonie, gdyby nie to, że jedno miejsce wydało mu się bardzo znajome. Przyglądał się dobrą chwilę, starał się dopatrzeć każdego szczegółu widniejącego na płótnie, chcąc w pełni poznać, a przede wszystkim rozpoznać to, co widział, ale im dłużej patrzył, tym większy smutek odczuwał. Trudno stwierdzić, co go wywołało, ale w tym niezwykle wesołym, sielskim krajobrazie po długim czasie dało się zobaczyć coś takiego, co zupełnie nie pasowało do jego całokształtu i w głębi tego wszystkiego tkwiło coś bardzo przykrego.
    Ale raczej mało kto to potrafił zauważyć.
    W związku z tym, że Dennis właśnie lubiła opowiadać i rozmawiać, chętnie paplała do Walrotha, gdy jechali ubitą drogą po obcych terenach. Sama powiedziałaby raczej, że rozmawia jej się z nim naprawdę dobrze, chociaż mężczyzna należał do tych zdecydowanie mniej gadatliwych rozmówców. Zrobiło jej się nawet przykro, gdy machał dłonią na znak, że powinna się już zamknąć.
    Nie zmieniło to jej stosunku do niego — nadal miała o nim dobre zdanie, nawet jeśli przejawiał swoim zachowaniem zdecydowanie więcej wad czy zalet. Szczególnie biorąc pod uwagę to, co wydarzyło się potem.
    Trzeba przyznać, że nie rozumiała za bardzo sytuacji, w której się znalazła, chociaż przeczuwała, że to raczej nic miłego, o czym upewniła się niedługo później. Ezra wyglądał na, delikatnie mówiąc, niezbyt zadowolonego. Po jakimś czasie próbowała wypytać, o co chodzi, co się stało i dlaczego, ale Walroth po prostu co i raz ją uciszał lub zbywał, nie odpowiadając ani słowem, więc ostatecznie zrezygnowała, chociaż myślała bardzo intensywnie, przy okazji ciągle mrucząc pod nosem coś do samej siebie. Doszła do jakichś tam wniosków, czegoś się domyślała, ale że Dennis była z tych, którzy po prostu nie lubili niedomówień, z ostatecznym werdyktem chciała poczekać, aż jej nowy towarzysz niedoli zechce jej w końcu cokolwiek wyjaśnić.
    Posłusznie wykonywała jego polecenia, więc nawet do głowy jej nie przyszło, żeby jakkolwiek się sprzeciwić, kiedy Walroth kazał jej zostać z końmi, gdy znaleźli się na peronie. Stanęła w takiej odległości, jaką mężczyzna uznał za stosowną, po czym poczekała cierpliwie.
    Ostatecznie Ezra nie załatwiał swoich spraw jakoś szczególnie długo, ale dla samej Dennis trwało to prawie wieczność. I to nie dlatego, że była niecierpliwa.
    Chodziło raczej o tego faceta z papierosem w ustach, który stał z boku, patrzył na nią ciężkim wzrokiem i uśmiechnął się pod nosem, gdy Walroth w pewnym momencie nie tylko zaczął szarpać mężczyznę, w którego brązowych oczach odbijał się już czysty strach, ale także go uderzył. Zaniepokoiło ją to trochę, chociaż "trochę" to mało powiedziane. Była absolutnie przerażona i zaskoczona przy okazji również do tego stopnia, że aż trudno jej było złapać oddech. Odruchowo zasłoniła usta dłońmi.
    Zerkała kątem oka na tamtego mężczyznę, chowając się za Grzywą, potem znów w stronę Walrotha. I tak sekundy ciągnęły się w nieskończoność, a koń, przy którym stał obserwujący ją mężczyzna, zrobił się bardzo nerwowy. Gwałtownie machał łbem, uderzał kopytami o ziemię, ryjąc w niej przy okazji, a właściciel wydawał się być tym zachowaniem zupełnie niewzruszony. Po prostu obserwował otoczenie, jakby zachowanie jego wierzchowca zawierało się w absolutnej normie, chociaż nawet Dennis, nie potrafiąca oderwać wzroku od lśniącej, doskonale głęboko czarnej sierści zwierzęcia, wiedziała, że to nie jest normalne zachowanie. Ani trochę.
    Tak samo jak to, że również dwa konie, przy których stała, zaczęły wykonywać nerwowe ruchy. Dziewczyna próbowała uspokoić Grzywę, głaskała ją chętnie, z czułością i oddaniem, ale na niewiele się to zdało. Nic na nią nie działało, chociaż dotyk Hoover zazwyczaj wiele potrafił zdziałać.
    Dennis odetchnęła z ulgą, gdy zobaczyła Walrotha idącego w jej stronę, który wydawał się być jeszcze bardziej wściekły, niż kiedy tu jechali. Już chciała otworzyć usta, żeby zadać kilka pytań, na które i tak by pewnie nie otrzymała odpowiedzi, ale akurat na to nie zważała, bo spróbować przecież warto, ale nie zdążyła, bo usłyszała to krótkie, lecz bardzo radosne zdanie wypowiedziane niezbyt radosnym tonem.
    "Z rana wyjeżdżamy do Jackburga".
    Jasne! Tak, tak jak najbardziej.
    Dennis pokiwała głową z entuzjazmem, jednak uśmiechnęła się zaledwie delikatnie, po czym znów zerknęła w stronę mężczyzny z papierosem.
    Widziała tylko tyle, jak znikał za jednym z budynków. Jego koń zachowywał się tak, jakby był już zupełnie spokojny i w pełni opanowany. Dennis nie zdążyła się przyjrzeć, ale gdyby faktycznie miała te kilka sekund więcej, zobaczyłaby, że zwierzę wygląda na bardziej zastraszone, zmuszone do tego, by było spokojne, niż faktycznie było. Bo w istocie w środku bało się bardzo. Jeszcze nie zdążyło przyzwyczaić się do swojego właściciela pomimo kilku spędzonych razem miesięcy. A im dalej byli, tym Grzywa oraz Pokurcz bardziej się uspokajali. Tym razem naprawdę.
    Przez następne minuty Hoover zupełnie milczała. Jechała ze spuszczoną głową i wbijała wzrok w jakiś trudny do zlokalizowania punkt. Takie zachowanie zdarzało jej się niezwykle rzadko, bo nawet wtedy, gdy się nad czymś zastanawiała, myślała głośno. Nierzadko mówiła do siebie, raczej nie pracowała w ciszy. A nawet jeśli, to ciągle chciała coś mówić. To po prostu leżało w jej naturze i nikt nie nauczył jej, że w pewnych sytuacjach należy trzymać język za zębami. Biorąc to pod uwagę, jej milczenie oraz brak chęci do wszczęcia rozmowy był cholernie niepokojący dla każdego, kto znał ją trochę bardziej niż "trochę".
    Nie trwało to długo, bo zaledwie kilka minut, a kiedy do głowy wpadło jej pytanie, zadała je od razu. Jeszcze zanim zdążyła się zorientować, że chciałaby o coś zapytać.
    — Panie Walroth — zaczęła, chcąc zwrócić na siebie jego uwagę. — Widział pan tamtego mężczyznę?
    Spojrzała na niego. W oczach Dennis iskrzyła ciekawość pomieszana z niepokojem. Nadal miała przed oczami niespokojnego konia i jego tajemniczego właściciela.
    — Miał taki czarny płaszcz, chyba ze skóry, ale nie jestem pewna, palił papierosy. Stał razem ze swoim koniem, który miał naprawdę piękną sierść, w życiu nie widziałam tak czarnej sierści, swoją drogą, ten koń był bardzo niespokojny, nie wiem, o co chodziło, ale wydawało mi się, że Grzywa i pana koń też robią się jakieś takie niespokojne... W każdym razie stał tuż obok peronu, gdzie pan… — odchrząknęła; nie potrafiła dobrać odpowiednich słów.
    “Pobił tego biednego człowieka”.
    — Obserwował pana, w ogóle całą… sytuację. Zna go pan? Ja pierwszy raz widziałam na oczy!
    Dennis zerknęła na niebo i słońce chylące się ku zachodowi coraz bardziej z każdą chwilą.
    — I co teraz? — zapytała nagle znowu, patrząc na profil Walrotha.
    Trudno stwierdzić, jaką odpowiedź chciałaby w tym momencie usłyszeć.
    — Co ma pan zamiar teraz zrobić? Mogłabym panu jeszcze jakoś pomóc? Jak na razie nie byłam chyba zbyt przydatna, ale… no.

27.09.2021

Od Dennis, cd. Ezry

    Dennis wsłuchiwała się w słowa pana Walrotha z ogromnym skupieniem, co poskutkowało lekkim przechyleniem głowy. Warkocz i wypadające z niego kosmyki jeszcze zgrabniej ułożyły się na materiale jej zdecydowanie zbyt dużej, kraciastej koszuli, którą Jackson Hoover nosił jeszcze w czasach, zanim którykolwiek w chłopców zdążył przyjść na świat.
    Kiedy złożył propozycję, w jaki sposób dziewczyna mogłaby zadośćuczynić to, że zmarnowała już zdecydowanie zbyt wiele jego cennego czasu, zmarszczyła nieco brwi i zamyśliła się na kilka niewielkich sekund, a mimo to na jej twarzy nadal kwitł ufny, pełen życzliwości uśmiech, który w pewnych sytuacjach mógł być nawet nieco przytłaczający. Pokrótce rozważyła każdą z wymienionych możliwości.
    W tamtym momencie była już pewna, że nie wróci na noc do domu. Jej serce rozdzierało się na drobne fragmenty, ilekroć przychodziła jej do głowy zaledwie namiastka tej myśli, ale wiedziała, że choć ojciec będzie zawiedziony, chłopcy głodni, a farma niedoprowadzona do porządku, była to winna Walrothowi. Była pewna, że nie zniosłaby wyrzutów sumienia i poczucia, że go wykorzystała, jeśli nic by dla niego nie zrobiła. Tym bardziej, że nie wiedziała, kiedy mogłaby spłacić swój dług. Szczególnie, że trudno było określić jednoznacznie, jakie konsekwencje poniesie, gdy już spotka się z ojcem.
    Chociaż Hoover kochał swoje dzieci nad życie i nie pozwoliłby zrobić im jakiejkolwiek krzywdy, miał w sobie coś nieprzewidywalnego. Pustka, która została w jego sercu po ponownym odejściu żony, tym razem była jeszcze szersza, jeszcze bardziej bolesna, a co najgorsze – czasami pojawiało się w niej coś, co przesączone goryczą i rozdzierającą, bolesną tęsknotą, bardzo oddziaływało na całą ich rodzinę. Dennis nigdy nie potrafiła tego czegoś nazwać, ale wielokrotnie odczuła to aż nazbyt dotkliwie, choć, na szczęście, Jackson nigdy nie podniósł ręki ani na nią, ani na chłopców. To właśnie to coś będzie odpowiedzialne za wszystko, co zrobi i powie jej ojciec, gdy już wróci pełna skruchy, z przeprosinami na ustach, nawet jeśli jej jedyną winą było to, że nie posłuchała Tony’ego.
    — Nie jeżdżę może konno zbyt dobrze, ale dwadzieścia mil w jedną stronę powinnam wytrzymać — odparła, bezceremonialnie odbierając koc z jego dużych, szorstkich dłoni. — Do domu mam o wiele dalej, wiem, że bym sobie nie poradziła, ale tyle dam radę!
    Była już zdecydowana, o czym niewątpliwie świadczyła wesołość w jej głosie i nikła iskierka w zielonych oczach.
    — Ojciec nigdy nie chciał, żebym uczyła się jeździć konno, chociaż sam świetnie jeździ — dodała, ruszając w stronę wyjścia. — I tyle, co umiem, nauczył mnie Tony, ale on też zawsze był trochę niechętny, żeby mnie przyuczyć. Nie mam pojęcia, o co chodziło. Kiedyś go zapytałam. Coś się tam tłumaczył, że niby nie powinien, bo jego rodzice kręcą nosem, ale czy ja wiem? — mówiła dalej w taki sposób, jakby była to najbardziej zajmująca opowieść w historii, a nie tylko paplanina wiejskiej dziewuchy. — Długo pan już jeździ? Chyba tak, bo widziałam, że świetnie sobie pan radzi!
    Dennis zgrabnym krokiem podeszła do Grzywy, która prychnęła lekko na jej widok i wbiła w nią spojrzenie, tak jakby patrzyła na nią z ogromnym politowaniem.
    — Wiem, że jesteś już zmęczona, Grzywciu. To był długi dzień, ale jeszcze się nie skończył i wiem, że damy radę…
    Strasznie było jej żal tego biednego konia i nie chciała zmuszać go do drogi po nieznanych terenach, co i tak już poskutkowało niezbyt przyjemnym wypadkiem, ale przeczuwała, że jako zastępca w sklepie z cygarami nie poradzi sobie ani trochę. Miała chyba zbyt miękkie serce, niewielkie problemy z liczeniem i zupełny brak wiedzy na temat wyrobów tytoniowych. Żadnego z nich nie trzymała nigdy w dłoni, a co dopiero w ustach!
    Dziewczyna przymocowała koc do swojego konia, po czym pogłaskała klacz, znowu spoglądając na Walrotha.
    — A myśli pan, że byłaby jakaś możliwość, żeby dostarczyć jakąś wiadomość do domu przed zmrokiem? — zapytała niby spokojnie, chociaż poczucie winy już zaczynało jej ciążyć. — Mieszkam kawałek drogi za Jackburgiem, na Prerii, mamy tam taką maleńką farmę. Chciałabym jednak jakoś dać znać, że nie uda mi się wrócić wcześniej niż jutro. Chociaż nie mam pomysłu, jak by dało radę to zrobić. Kiedy wracaliśmy od pana Shadle’a, pomyślałam o jakimś liście może, ale pewnie by nie dotarł na czas, a ja i tak strasznie koślawo piszę…
    Przez jej twarz przemknął jakiś pełen smutku cień, a że Dennis miała to do siebie, że było widać po niej prawie wszystkie emocje, trudno byłoby tego nie zauważyć.
    — W czym będę mogła panu pomóc w takim razie? — zapytała jeszcze, zanim zupełnie zmieniła mimikę.
    Jej radosne oczyska stały się szerokie jak monety, delikatne usta, jak dotąd rozciągnięte w słonecznym uśmiechu, rozchyliły się lekko, a brwi podniosły. Dziewczyna właśnie zdała sobie sprawę z czegoś absolutnie strasznego!
    — Bardzo pana przepraszam! — jęknęła, po czym uśmiechnęła się znowu, tym razem zdając sobie sprawę ze swojego ogromnego nietaktu. — Zapomniałam się panu przedstawić! A miałam to już zrobić kilka razy, myślałam o tym dosłownie przed chwilką — dodała, po czym wyciągnęła w jego stronę swoją dłoń.
    Jedną ręką nadal głaszcząc Grzywę, drugą skierowała w stronę Walrotha. Na jej policzkach pojawił się niewielki rumieniec zawstydzenia związany z tym, że zapomniała o tak ważnej sprawie jak przedstawienie się.
    — Dennis Hoover — wyjawiła, znowu przechylając lekko głowę.