Kolumna góra

Słuchy z Krainy
Aktualny rok: 1846

Na ulicach słychać szepty o wielkim wyścigu mającym ciągnąć się przez całą Krainę – za wygraną przewidywana jest gigantyczna suma pieniędzy, amnestia wszystkich przestępstw oraz zapewnienie bezpieczeństwa na okres roku. Co ambitniejsi już poszukują wierzchowców na ten morderczy wysiłek.

W Saint Thomas w niewyjaśnionych okolicznościach zniknął kolejny szeryf. Za każdą przydatną informację przewidziana jest nagroda.

Już niedługo w Jackburg: cyrk! Kobieta-guma, linoskoczkowie i najsilniejsi ludzie w całej Krainie. Przyjedzcie zobaczyć to na własne oczy.

Aktualnie poszukiwani są: Otelia Crippen
Dziękujemy za pomoc w schwytaniu Clide'a 'Smiley' Byersa. Aktualnie oczekuje na wyrok sądu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ezra Walroth. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ezra Walroth. Pokaż wszystkie posty

1.12.2021

Od Ezry cd. Aliana

Dwie pary szorstkich palców ujęły dwa końce sponiewieranego, trzymającego w ryzach paczkę sznurka i, zanim adresat włożył w to jakikolwiek wysiłek, węzeł z niejaką łatwością został rozplątany. Ezra Walroth pozbawił przesyłkę zbędnego papieru (co by nie mówić — najtańszego, ponieważ dostawca lubował się chodzenia po linii najmniejszego oporu i nie narażał na zbyteczne koszta), który prędko znalazł swoje miejsce w śmietniku i z dumą zaprezentował światu — trzem kotkom z kurzu i potworowi z sypialnianej szafy — pudełko pełne pozłacanych cygar. W rzeczywistości tytoń nie miał w sobie nic ze złota — ba, „pozłacany” samo w sobie zdawało się znacznym przesadzeniem — ponieważ jedyne, co w oczach biednego sprzedawcy podnosiło jego wartość, był fakt, iż towar ten był towarem eksportowanym znacznie bardziej, niżeli wszystkie dotąd — jeśli tylko dało się być eksportowanym bardziej lub mniej. W każdym razie cygara pochodziły zza morza, toteż Ezra przyglądał im się, niby matka zabrudzonemu we krwi i mazi noworodkowi. Z pokrzepiającym uśmiechem przedziurawił wieczko i rozerwał je wystarczająco, żeby umożliwić potencjalnym klientom sięganie po pożądany w Blisstown towar. Saikhatevl — jak za oceanem nań wołano — były sprzedawane w paczkach liczących dziesięć sztuk, toteż Walroth, coby nie zapłacić wielokrotności kwoty zamówienia, zmuszony był ściągnąć ich dwadzieścia, nie skazując się tym samym na straty o równowartości ceny jego prawej, zdrowszej nerki. Pozostałe dziewiętnaście przesyłek schował skrzętnie pod strzechą, przykrywszy stertę starą, zabrudzoną szmatą i pękniętą doniczką. Tym sposobem chciał zmusić potencjalnego złodzieja do dwukrotnego przemyślenia tego, czy aby na pewno zamierza ryzykować stłuczeniem doniczki z pomocą jednego chwytu.
— Nie dotykaj, Hosea — zbeształ okolicznego powsinogę, gdy ten zajrzał do niego, jak zwykł robić w każde wtorkowe, czwartkowe i piątkowe popołudnie. I środowe zresztą też. Tamten dzień był poniedziałkiem, więc odwiedzał go także poniedziałkami. Hosea był wierny jak stary pies i cuchniał równie mocno.
— Przepraszam, przepraszam. — Uniósł chude ramiona w obronnym geście, odwracając zawadiacki wzrok. — Zapomniałem o tej chorobie przenoszoną przez dotyk. Sam wiesz, tą, którą mnie zaraziłeś.
Walroth przewrócił oczami i skierował pełne troski spojrzenie ku beżowemu pudełku z kwiecistymi zdobieniami po bokach. Hosea i jego zabrudzone od błota dłonie zamierzał trzymać od cygar jak najdalej.
— Myślałeś kiedyś nad tym, jak te głupie cygara niszczą ludzi, Ezra? Ezro? Pani Walroth? — Wykrzywił zniekształconą od licznych zmarszczek twarz. Hosea był jednym z przyjaciół Ezry, którzy dowcipy o kobietach uważali za szczyt komedii, stąd też skłonność do zwracania się do Walrotha niby do pani. — Wszyscy, których znam, i którzy palą te szatańskie skręty, prędzej czy później tracą rozum, pracę, ludzkie… ludzkie wnętrze, ludzkie piękno, głębię, Ezra, głębię! Jestem przerażony tym, dokąd zmierza świat. Och, Aberam, Aberam, i na co ci to było, no na co, mój najprzystojniejszy i najserdeczniejszy przyjacielu?
— Mam gdzie mieszkać, Horsea.
— Co to za osiągnięcie, głupku?
— Najwyraźniej spore, bo ty śpisz pod kartonami.
— Materialiści! Jedyny, patrzysz i nie grzmisz! — Wyrzucił ręce w powietrze. — Wiesz, co ci powiem, moja zachęto do pobudek i suszenia kartonów po każdej ulewie? Pierdol się, tyle ci powiem! Tak, Ezra, rucham ci starą.
Ezra uniósł brew znad czytanej gazety, nie odrywając od niej wzroku. Prasa okazała się niezwykle interesująca gdzieś w połowie monologu Hosei.
— No dobrze, dobrze, w porządku, przesadziłem, nie pieprzę się z truchłem, za zimne, jak na moje. Tak czy inaczej, masz się pierdolić, ty i twoje luksusy. I cygara zza wody. Walroth! — wymamrotał Hosea w desperackiej próbie zwrócenia na siebie uwagi, tylko po to, żeby Walroth zamruczał w odpowiedzi. — Powiem ci… powiem ci tak — nie wierzę w wodę! Nie wierzę w te twoje morza, bo nigdy ich nie widziałem. Tak naprawdę sprowadzasz te cygara z… z… niech cię szlag trafi, Ezra. Opuszczam to domostwo.
W czterech ścianach sklepu z cygarami zapanowała zwyczajowa cisza, ledwo Hosea zdążył zacząć i zakończyć kolejny wywód, wystarczająco nieistotny, żeby Ezra słuchał go ledwie jednym uchem. Drzwi zamknęły się z hukiem i nie musiało minąć pięć minut, żeby otworzyły się na powrót.
— Wyjmę drzwi z nawiasów. Otwieranie ich i zamykanie pięć razy dziennie musi być męczące, Ho-... — Uniósł głowę, spodziewając się, że spojrzeniem napotka rozjuszony wzrok posiwiałego brodacza. Widząc czającego się w progu młodziaka, na dodatek wcale nie tak siwego, złożył wpół gazetę i wstał z krzesła, prostując zastałe stawy. Zacisnął usta i popatrzył na niego z niemą prośbą pośpiechu.
Chłopak nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia pięć lat, a mimo to zdawał się równie speszony, co dziecko posłane do szkoły po raz pierwszy. Niepewność ustąpiła wraz z momentem zbliżenia się do lady i odtąd chłoptaś, wydawało się, że tak mocno, co sam Ezra, pragnął załatwić swoje sprawy i czym prędzej zniknąć, nie marnując czasu na uprzejmości.
Przyszedł odebrać zamówienie Leony Bellett. Syn, być może siostrzeniec albo bratanek, przeszło przez myśl Walrotha. Wspomnienie śpiewaczki rozlało się ciepłem w sercu Ezry — mimowolnie, ponieważ jedynie w jego głębi przyznawał, że Leona była jedną z nielicznych kobiet, której ośmielał się poświęcać więcej uwagi niżeli jakiejkolwiek innej, z odpowiednią dozą rezerwy, co jasne. Obrócił się więc, po omacku odszukał odłożoną specjalnie paczuszkę zawiniętą w ozdobny papier upstrzony kropkami — najładniejszy, jaki Abraham był w stanie znaleźć przy okazji przygotowywania przesyłki adresowanej do swojej siostry — i postawił na ladzie, podsuwając ją blisko do klienta. Chłopak napiął się jak struna, ale zdołał wydusić słowa podziękowania. Pospiesznie obrócił się, coby, jak Ezra się spodziewał, z niejaką ulgą wypaść na zewnątrz.
Poniedziałkowe popołudnia były naprawdę nużące, a Hosea zostawił u Walrotha swój rewolwer. Ezra nie był specjalistą od broni i nie wiedział do końca, jak ją obsługiwać, ale poradził sobie z przeładowaniem jej i wymierzeniem w przeciwległą ścianę, na metr od chłopięcej głowy. Leona Junior zatrzymał się z trwogą.
— Chłopcze, jesteś niemal równie wysoki, co ja, znalazłbyś w sobie trochę odwagi. Ten rewolwer jest starszy od ciebie i prawdopodobnie kula zmieniłaby trajektorię, ostatecznie trafiając gdzieś… — przesunął rękę o parę metrów — ...tam. Zostaw te cygara, są specjalne i nie widzi mi się, żeby ktoś poza twoją matką, ciotką, babką, kuzynką, czy kimkolwiek Bellett dla ciebie jest, rżnął mnie na kasę tak, jak robi to ona. Podejdź tu, proszę, opróżnij swoje kieszenie i wybierz sobie cokolwiek innego, co nie kosztuje mnie ani czasu, ani nerwów. Jeśli nie będziesz oponował, nie powiem twojej matce.

2.10.2021

Od Ezry cd. Dennis

Dennis Hoover.
Powtórzył jej imię bezgłośnie, w zaciszu własnego umysłu, od którego ścianek odbijało się, żeby nieustannie powracać na myśl. Oczyma wyobraźni dokładnie nakreślił jej imię paskudnymi literami swojego niedbałego pisma i pełnym od drzazg kołkiem przytwierdził do pustej, poharatanej tablicy, tuż obok nazwiska Runty’ego i Shadle’a, z tą różnicą, iż należące do nich karteczki były już pogniecione i zdążyły pożółknąć, naznaczone piętnem mijających lat, a ta Dennis zdawała się nienaruszona. Powypalane weń otwory przypominały spalane cygara, a niezliczone dziury po wbijanym i wyciąganym szpicu — niepewność Walrotha względem nich, ponieważ pojawiały się, ilekroć zdejmował owe karteczki z tablicy i na powrót je przytwierdzał. Nie nosiła konkretniejszej nazwy, nijak na nią nie wołał, a mimo to funkcjonował z pełną świadomością jej istnienia, jak i tego, jak skromna była — mógł w końcu wymienić nazwisko każdego, z kim nieprzyjemność miał gawędzić dłużej niż piętnaście minut w ciągu ostatniego miesiąca. Dopisanie imienia Dennis do tej przykrótkiej listy nie należało do najrozsądniejszych rzeczy, niemniej jednak Ezra, wydawało się, zrobił to z ukrywaną satysfakcją.
Dennis Hoover.
Nie poznał nigdy żadnej Dennis, to i wiedział, że młoda Hoover wyznaczy imieniu nową definicję. Czy tego chciał, czy nie chciał, w każdej kolejnej Dennis będzie doglądał gestów charakterystycznych dla Dennis Hoover, kosmyki wystające z warkocza, zepsuty wóz, krzepkość. Abraham zapamiętywał ludzi i rzeczy pozornie pozbawione znaczenia. Był sentymentalny i przyłapywał się na tym, gdy zwracał się do pozbawionego konkretniejszego znaczenia Ulyssessa nazwiskiem Ulyssessa z dzieciństwa. Ot, drobne pomyłki.
Odchrząknął, wystawiając prawą rękę.
— Ezra Walroth — wymamrotał i uścisnął delikatnie drobną dłoń Dennis Hoover.
Choć przytłaczała go z całą swoją dynamicznością i ekspresją, uśmiechnął się półgębkiem. Dennis Hoover fakt, iż się nie przedstawiła, potraktowała kuriozalnie jak dla Abrahama poważnie, jak gdyby istniał cień szansy, że dbała o dobre wrażenie wywarte na posiniaczonym, siwiejącym sprzedawcy cygar w skórzanej kamizelce i przetartej koszuli z materiału grubszego, niż poniektórzy burmistrzowie okolicznych miejscowości. Spuścił prędko głowę, coby ukryć powód do zażenowania, i zamknął za sobą drzwi sklepu, blokując je dokładnie. Bał się, co trzeba oddać, że klienci wybiją w nich dziurę, szargani przez nałóg, ale był gotów na pokrycie ewentualnych kosztów, byle sprowadzić do Blisstown cholerne pudełka piętrzące się w spruchniałej stodole na wschód od stacji. Wschodniej stacji. Ezra nie znosił wschodów. Ani słońca, ani geograficznych.
Ezra Walroth, jakby nie patrzeć, nie znosił niczego.
W szczególności kulawego Pokurcza, dłubiącego w ziemi, zaaferowanego wystającą ponad nią kępą trawy. Pokurcz, w istocie, do najsprytniejszych nie należał, ale, jak to wołali, jaki pan, taki kram. Abraham przeważał na nim o tyle, że nikt nie wpadł na pomysł nadania mu imienia tak żałosnego, że śmiałyby się z niego inne dzieci. Walrothowi nie udało się zidentyfikować, czy szkapa Dennis zdążyła wykpić jego konia.
Gdy wreszcie udało im się zostawić za sobą najtłoczniejsze ulice, tętent kopyt uderzających o twardy bruk ustał i odtąd poruszali się w rytm uderzeń końskich nóg o ubitą ziemię poza miastowych duktów. Dennis Hoover zdążyła opowiedzieć już o swojej farmie i swoich plantacjach, pokrótce o koniu i o czymś, co wpadło Ezrze jednym uchem, a drugim wyleciało, ponieważ Pokurcz zdawał się nader zainteresowany szelestem rozlegającym się w oddali, w zaroślach porastających połacie poletek nieopodal lasu. Pomimo drobnych komplikacji, zaaferowanego znerwicowanym koniem Abraham z nienaturalną dla siebie przyjemnością słuchał o wszystkim, co miała do powiedzenia młoda Hoover. Nie czyniło go to nijak szczęśliwszym, nie zadawał niepotrzebnych pytań ani nie drążył, kiedy zdawało się, że właśnie tego jego rozmówczyni oczekiwała — przysłuchiwał się temu, o czym, według Dennis, powinien był usłyszeć. Przyłapał się na przelotnej myśli, czy zapas powietrza w jej płucach i słów w głowie jest jakkolwiek wyczerpywalny.
Zapomniał wół, jak cielęciem był, wypomniał sobie raz, i odtąd nie odezwał się już więcej.
Przynajmniej takie było założenie.
— A pan? — zakończyła swoją opowiastkę koślawym, acz nader urokliwym uśmiechem młodej dziewczyny. Walroth, niekoniecznie ze swojej winy, często łapał się na wiązaniu jej wigoru z młodzieńczością.
Chociaż nieustannie przyglądał się okolicy, nie musiała czekać na odpowiedź zbyt długo.
— Nie wiem — rzucił. — Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, które jabłka lubię najbardziej. — Na tym chciał zakończyć i, faktycznie, milczał przez kilka następnych uderzeń serca. Nie wiedział więc, co pokusiło go, żeby na powrót otwierać usta. — Ta twoja farma. To daleko od Jackburga?
— Nie wiem, ile dokładnie, nigdy nawet mnie to nie ciekawiło, mówiąc szczerze, ale jedzie się dobrą chwilę. — Zawahała się przez moment. — Chociaż tak naprawdę nie wiem nawet, ile czasu mi to zajmuje. W każdym razie Jackburg jest zdecydowanie najbliżej, chociaż też niezbyt blisko. To taka niekonkretna odpowiedź, ale to zawsze tak naturalnie mi przychodziło. Nie jestem w stanie powiedzieć, proszę mi wybaczyć. Jakieś kilkadziesiąt kilometrów w każdym razie. Dalej niż w obie strony, kiedy teraz jedziemy.
Walroth pokiwał ze zrozumieniem głową. W Jackburgu miał przyjaciela, być może dwóch, jeśli liczyć, że obaj wciąż żyją. Z drugim zapoznał się poprzez pierwszego, a gdy Ezra opuścił tamte okolice, zdawało się, że o sobie pozapominali. Być może to i lepiej, bacząc na to, że u jednego mógł narobić sobie długów przez swoje młodzieńcze skłonności do hazardu, ale nawet wyblakła sympatia dawała się we znaki, gdy w grę wchodziły przyjemne wspomnienia nieprzespanych letnich nocy.
Przez ułamek chwili odważył się wziąć pod uwagę wyjechanie z Blisstown na parę dni, ale prędko rozgonił mącące mu w głowie myśli — nie miał pracownika, a mimo pokaźnego przychodu, nie mógł pozwolić sobie na najdrobniejszy zastój.
— Naprawdę cieszę się, że mogłam pomóc, bo wydawało mi się, że...
— Hej, Walroth! — Męskie zawołanie rozległo się z oddali wraz z momentem, w którym Pokurcz pokręcił nerwowo łbem. Galopujący, kasztanowy koń prędko dorównał im tempa, a siedzący nań mężczyzna z bujną brodą i gładko przystrzyżonym wąsem skinął na Ezrę kapeluszem. Abraham wyciągnął więc rękę do Dennis, gestem polecając, aby, na jego podobieństwo, przystanęła i zamilknęła. — Tym razem nie było ci śpieszno, co, bracie? Odkąd ten twój skurwiel od dostaw przypalił mi spodnie, zdążyło minąć paręnaście dobrych dni, a sam wiesz, jak tamten dziad nie lubi, gdy się ociągasz i stodołę mu zajmujesz.
Postawny kowboj poprawił poły swojej skórzanej kamizelki, podobnej do tej Abrahamowej, i zarechotał, jak to starsi mężczyźni mieli w zwyczaju, z chrypą w sponiewieranym głosie. Ezra zmierzył go posępnym spojrzeniem spod ściągniętych brwi, wypuszczając powietrze z płuc.
— A ja nieszczególnie lubię, gdy się wtrącacie — odpowiedział. — Pratchett nie jest głupi. Z całą pewnością nie tak, jak poniektórzy z was. — Odruchowo zerknął ku stacji, gdzie dwóch umundurowanych dotykało się palcami wskazującymi i odskakiwało.
Drugi mężczyzna uniósł kąciki ust, uśmiechając się wesoło.
— Pierwsze dni zawsze są najśmieszniejsze. Potem człowiek zdaje sobie sprawę z tego, że resztę życia spędzi na tym samym, dzień w dzień modląc się do Jedynego, żeby zabił we śnie, byle bezboleśnie. No, to co? — Poruszył się gwałtownie, z werwą. — Mówiłem ci jak tam u mojej Mary? Jej siostra powiła ostatnio kolejnego dzieciaka. Wiesz, jak go nazwali? Geralt! Co za durne imię, na Jedynego, nazwali go Geralt, więc teraz biedak będzie musiał męczyć się całe życie. — Zerknął ku wschodowi.
— Słuchaj, musimy jechać da-...
— Walroth, Walroth, mój druhu, co ci się tak spieszy? Za to, ile cię nie widziałem, winien mi jesteś parę bukłaków, co? Nawet nie zaprzeczaj, widzę, żeś sam zawstydzony. — Wtem rozległ się gwizd, ogłaszając odjazd pociągu. — No, nie będę cię zatrzymywał, Walroth, trzymaj się na szlaku i pamiętaj, żeby nie jebać kóz, choćbyś był sam na środku prerii.
Abraham rozluźnił mięśnie całej twarzy, gdy mężczyzna oddalał się ku stacji.
— Pieprzy od rzeczy — powiedział jeszcze do Dennis, zanim zmusił Pokurcza do kłusu. — Jak wszyscy ludzie stąd.
Panna Hoover rzuciła coś w odpowiedzi, ale Ezra nie skupiał się nad tym zanadto, zdeterminowany, by jak najprędzej wrócić do miasta. Najlepiej z wozem pełnym cygar.
Nie wszystko poszło jednak po jego myśli. Siarczyste przekleństwo wydarło się spomiędzy jego ust, gdy już z oddali dostrzegł otworzone na oścież drzwi stodoły i ludzi z niej wychodzących. Zacisnął palce na uździe Pokurcza i wystrzelił do przodu, jeszcze zanim Dennis zdążyła przyspieszyć swojego konia. — Co się dzieje? — Założył ręce na piersi, podchodząc do hordy umundurowanych młodzieńców z czapkami wciśniętymi mocno na głowy. Jeden był młodszy od drugiego, a Ezrze wydawało się, że, jakby tego było mało, wychodzili zewsząd, i im dłużej przyglądał się okolicy, tym liczniejsza była ich horda. — Zapytałem, co się, do cholery, dzieje?
Chłopak o rudawych włosach niemal podskoczył na widok rozsierdzonego Abrahama i złapał się mocniej za kurtkę.
— Doniesiono nam, że zna-znajduje się tu nielegalny skład ty-tytoniu. Przyszliśmy sprawdzić. Czy je-jest pan właścicielem?
— Nie, do kurwy nędzy, tylko przejeżdżałem i zapytałem z troski. — Wyrzucił ramiona w powietrze. — Gdzie jest Pratchett?
— Pra-Prachett?
— Wła-właściciel, du-durnoto. Stary, siwy, trochę ponad pięć stóp wzrostu, śmierdzi jak stary ser. — Rudzielec zgarbił się i nieustannie odwracał wzrok w stronę stodoły, nawiązując kontakt wzrokowy z kręcącymi się mężczyznami. — Dobra, pocałuj mnie w dupę.
Okrążył spanikowanego chłopaka, który usilnie starał się powstrzymać Walrotha przed wejściem do środka. Nie odpuszczał nawet wówczas, kiedy Abraham podchodził do pakujących jego zapasy.
Przecież się umawiali. Ezra nie mógł zrozumieć, skąd wziął się nagły nalot. Oficer obiecywał. Czego oczy nie widzą, tego ręka nie dosięgnie.
A później, w jednej chwili, wszyscy się rozpierzchnęli i odjechali, zdawałoby się, w popłochu. Ezra stał w opustoszałej, zdemolowanej stodole zupełnie sam i nawet stukot butów o drewno nie zdołał wyrwać go z transu. Usilnie starał się doprowadzić do porządku chaotyczne przemyślenia i doprowadzić umysł do stanu względnie trzeźwego i rozsądnego.
— Gdzie są…
— Nie mów — przerwał Dennis, ledwo otworzyła usta. — Wsiadaj na konia i jedź za mną.
Pojechała więc, a drogę spędziła na próbach dowiedzenia się, co zadziało się przed momentem. Ezra nie chciał rozmawiać. Marszczył oczy i ściskał uzdę, aż zbielały mu palce. Wiedział, co stanie się za moment i chociaż wiedział też, że osoba, do której zmierzali, także miała tego pełną świadomość, nie dawało mu to ani krzty satysfakcji. Żałował Hoover, która została niejako przymuszona do obserwowania tej sytuacji, ale wówczas odsunął to na dalszy plan.
Odnaleźli go na peronie. Przyciśnięty do ściany nie mówił jednak za wiele. Brązowe oczy wpatrywały się w Abrahama z przerażeniem weń wypisanym.
— Powiedz mi, gdzie jest Pratchett — syknął Walroth, zaciskając w dłoniach poły felernej kamizelki.
— R-romantycznie, nie? — zdążył wysapać mężczyzna, zanim Ezra, w przypływie furii, uderzył go pięścią prosto w nos. Drugi ryknął więc z bólu i złapał Abrahama za koszulę. — Jesteś niepoważny. Przysięgam, na Jedynego, jesteś nienormalny. — Odchylił głowę w obawie przed następnym ciosem. Grymas na jego parszywej twarzy tylko potęgował zdenerwowanie Abrahama. — Jackburg. Pojechał pociągiem do Jackburga.
Uścisk zelżał, a mężczyzna osunął się na ziemię, ciężko dysząc. Walroth nie marnował na niego już ani spojrzenia, w zamian odwrócił się, wzrokiem odszukując Dennis. Została z końmi, przypomniał sobie.
Pokurcz skubał trawę, a sama Hoover gładziła swoją szkapę. Abraham pośpiesznie wytarł zakrwawioną pięść o ciemne spodnie.
— Z rana wyjeżdżamy do Jackburga.

26.09.2021

Od Ezry cd. Dennis

— Posłuchaj, Shadle. — Abraham oparł się o drewnianą stertę wznoszącą się ku górze coraz to bardziej, ilekroć odwiedzał starzejącego się przyjaciela. Blaine Shadle miał na karku już pięćdziesiąt trzy lata — raptem o dziewięć więcej, niżeli Walroth, a mimo to zdawało się, jakoby te nadprogramowe, dzielące ich jesienie obejmowały znacznie szerszy przestrzał czasu, a sam Shadle na pewnym etapie postarzał się o lat co najmniej sześć za jednym zamachem. Chociaż Ezra nie przyznawał się do tego zanadto często, jak do większości rzeczy ściśle powiązanych ze spektrum emocji zresztą, z bólem serca obserwował, jak pełen krzepy stelmach gaśnie w oczach zdecydowanie zbyt wcześnie. Z tego też względu cygareciarz starał się traktować jego skłonność do zapominania o istotnych sprawach znacznie łagodniej, niż jakby miało się to w przypadku młodzików. — Shadle, spójrz na mnie, ty cuchnący drewnolubie. — Shadle uniósł zmęczony wzrok, w milczeniu odkładając dłuto. — Parę mil stąd stoi zepsuty wóz i byłbym wdzięczny, gdybyś się nim zajął. Moje życie nie jest na tyle nużące, żebym dla rozrywki wpatrywał się w obrobione truchła drzew, więc nie powiem ci, co dokładnie jest nie tak, ale dziewczyna, która do mnie przyszła, mówi, że wóz nijak nie chce jechać.
— Ma wszystkie cztery koła? — wciął się Shadle, zanim Ezra dokończył.
— Nie, jedno odpadło.
— I ty się, kurwa, dziwisz, że nie chce jechać?
W krótkim momencie Walroth uświadomił sobie, jakim skurwysynem potrafił być Shadle — była to jedna z nielicznych rzeczy, którą szczerze w nim lubił. W tym też byli do siebie podobni — obaj nie mówili zbyt dużo, a gdy już zabierali głos, z reguły nie pieprzyli się z rozmówcą i odzywali z bezceremonialną bezpośredniością.
— Streszczaj się, Walroth, widzisz, że mam robotę — wymruczał stelmach, biorąc do ręki kawałek nieobrobionego do końca drewna.
Ezra skinął głową.
— Kawałek stąd, na południowy-zachód. Weź krzepkiego konia, droga nie jest najlepsza. Nie dziwię się, że wóz nawalił, pewnie trzeszczał gorzej od łóżka Grubego Billa. — Gruby Bill był dosyć gruby, gwoli wyjaśnienia. „Dosyć” można definiować tak, iż nie mieścił się w drzwiach sklepu z cygarami. — O rachunku porozmawiamy, gdy zrobisz to, o co cię proszę.
Shadle słynął z zadłużania się u swoich klientów lub — mówiąc kolokwialnie — z opierdalania ich na pieniądze tak, że dopiero dojeżdżając do domu, orientowali się, że ich złoty zegarek zniknął, a drogie, importowane cygaro zdążyło utkwić między spierzchniętymi wargami starego stelmacha. Abraham miał jednak to szczęście, iż mieszkał raptem dwie dzielnice od niego, toteż z nieukrywaną satysfakcją składał mu wizyty, ilekroć okazywało się, że wpłacona suma znacznie wykraczała poza przewidywaną.
Blaine Shadle pokiwał jednak głową ze zrozumieniem i wrócił do dłubania w drewnie.
— Zawołaj mi tu tę dziewuchę, jeśli wziąłeś ją, he, ze sobą. — Wyszczerz ukazał pokrzywione, wybrakowane gdzieniegdzie uzębienie stelmacha. — Pewnie i głupia, skoro wóz zepsuła.
— Nie jest głupia — zaprotestował ze spokojem Ezra. — Jest za to młoda. Zbyt młoda, żebyś patrzył na nią jak na swoją dziwkę.
To była druga rzecz, której nie lubił w Shadle’u Abraham — pociągała go każda kobieta posiadająca parę sprawnych nóg i usta, koniecznie młodsza, choć najstarsza, jaką posiadł, miała raptem szesnaście lat, on — dwadzieścia trzy. Co do wszystkich partnerek seksualnych Blaine’a, jest to kwestia, jaka mogłaby nurtować Ezrę, gdyby tylko nie miał w serdecznym poważaniu prywatnego życia zaprzyjaźnionego stelmacha — cholera jedna wiedziała, czy ten drań miał kiedykolwiek żonę, i ile dzieci spłodził.
Dennis przywitała się z Shadle’em tak, jak z Walrothem — wpierw rozciągnęła usta w urokliwym, promiennym uśmiechu, żeby spomiędzy warg wypuścić słowa ciepłego powitania. Wystarczyło, aby stanęła pomiędzy nimi, a wtem zrobiło się jakoś jaśniej, atmosfera zrzedła, a Blaine nawet powstrzymał od wypowiadania rzeczy, jakich wypowiadania spodziewał się po nim Ezra. Mimo tego, w geście naturalnej dlań baczności, gwoli ostrożności, ściągnął ostrzegawczo brwi.
Kobieta obróciła się na pięcie, nieco spochmurniała.
— W takim razie do zobaczenia jutro… — wymamrotała, gdy rozmowa wyraźnie dobiegła końca.
Zostawili za sobą Shadle’a i w ciszy wrócili przed budynek. Ezra przycisnął bok do Pokurcza. Koń zarżał nerwowo i przestąpił z nogi na nogę.
— Nie wiem, co bym bez pana zrobiła. Jak mogłabym się odwdzięczyć?
Ezra uniósł ku dziewczynie zmarnowane spojrzenie. Zrobił już zanadto, żeby była mowa o „drobnej przysłudze”, jaką świadczyć można sąsiadowi czy napotkanemu przechodniowi w potrzebie. Wiedział więc, że gdyby pokręcił głową, ucinając tym samym temat rekompensaty, jego rozmówczyni byłaby co najmniej niepocieszona, a jej moralność domagałaby się czegoś więcej, niż płonnego „Nie jesteś mi nic winna”. Jednocześnie jednak uderzyło w niego wspomnienie dziecinności, gdy sam, z wozem równie poharatanym lub nawet gorzej, wlókł się ulicami miasta, brudny od kurzu i błota, ze starą szkapą ledwie dotrzymującą mu kroku.
Wbrew emocji, nie pokręcił głową ani nie odmówił — popatrzył za to na nieskalane żadną chmurą niebo i słońce nań górujące. Popołudnie jawiło się charakterystycznym dla tych okolic ciepłem i wiatrem wystarczająco nienachalnym, żeby między budynkami nie zwracać na niego większej uwagi. Jak na podróż, pogoda była odpowiednia.
— Za pół godziny wyjeżdżam i jadę na wschód, na stację. — Złapał za siodło i wdrapał się na grzbiet konia, przerzucając przez niego nogę. Rozejrzał się wówczas po okolicy, z dozą zdrowej powściągliwości. — Wracam do sklepu. Jeżeli faktycznie chcesz zająć czymś ręce, załatw wszystko, czego potrzebowałaś od Blisstown możliwie jak najszybciej i przyjedź do mnie, kiedy będziesz gotowa. Nie przeprowadzimy co prawda skoku na bank, ale wolałbym omówić to prywatnie.
Gdy skręcił w główną ulicę, usłyszał za sobą miarowy tętent kopyt. Chociaż w tamtym momencie wciąż nie znali swoich imion, Dennis Hoover znajdowała się tuż za nim.
Pod drzwiami sklepu z cygarami stał rozsierdzony klient, którego Walroth odprawił niedbałym machnięciem dłoni. W pośpiechu niemal trzasnął drzwiami, zapominając o kobiecie posłusznie podążającej za jego plecami. Rozległo się uderzenie pięścią o drewno, które niewątpliwie pochodziło z zewnątrz, ale Ezra nie przejął się tym szczególnie, tylko zniknął w przejściu prowadzącym na zaplecze, skąd przyniósł kraciasty koc pełen słomy poprzyczepianej do splotów.
— Mam interes, dwadzieścia mil na wschód — zaczął. Usiadł na skrzypiącym krześle i oparł łokcie o kolana. — Nie będzie mnie do wieczora, więc skoro chcesz się przysłużyć, możesz zostać w sklepie i zastępować mnie przez jeden wieczór. Jeśli wolisz uniknąć bezpośredniego kontaktu z napalonymi nastolatkami, którzy będą komplementować twoje — odchrząknął, jakby sam był dzieckiem — piersi, bylebyś sprzedała im najtańsze cygaro, weź ten koc, swojego konia i zabierz się ze mną. Powiedzmy, że przyda mi się pomoc. — Podniósł się ociężale, poprawiając kamizelkę. — Jednak zawsze też możesz zająć się swoimi sprawami i wrócić tu jutro o poranku.
Abraham Walroth sam nie wiedział, czy pożądał czyjegokolwiek towarzystwa. Czuł jednak, że kobieta, choć gadatliwa, przyda się znacznie bardziej, gdy wróci do Blisstown z zapasami cygar wówczas oczekującymi Ezry w stodole nieopodal poza miastowej stacji.

18.09.2021

Od Ezry cd. Dennis

Ezra nie miewał gości.
No, wyłączając te felerne odwiedziny strażników Teksasu, którzy pojawili się u niego tego samego dnia, w którym miał przyjemność poznać Horyzonta.
Poza tym gości wcale nie gościł.
Na uprzejme pytania, czy posiada w obfitej ofercie sprzedaży cygara, z kpiną zwykł odpowiadać, że na ogół kupują od niego ogórki konserwowe, a szyld zawieszony ponad drzwiami znalazł w śmietniku i nie trudził się już z przemalowywaniem go. Ta część, która wolała nie podejmować trudu ciągnięcia rozmowy, wychodziła wówczas, mrucząc pod nosem słowa konsternacji. Inni zdobywali się na zażenowany uśmiech, a ich skonfundowane spojrzenia uciekały gdzieś ku szafkom. Walroth dziwił się, gdy się zaśmiewali i, bez krzty zawahania, składali zamówienia — wtedy, choć nie przyznawał się do tego zanadto głośno, podawał te symbolicznie wyższej jakości, które zajmowały specjalne miejsce na szóstej półce od dołu szafki z numerem dziewięć. Obserwowanie ludzi sprawiało, że jego nużące życie nabierało bladych barw. Lubił widzieć, jak reagują na poszczególne bodźce, kwestie, zachowania, lubił widzieć, jak na ich ustach kwitnie grymas niezadowolenia, a brwi marszczą się na czole, jak nerwowo ruszają nogą albo splatają ręce za plecami, jakby nie chcieli, żeby ktokolwiek na nie patrzył.
W każdym razie Ezra Walroth nie przyjmował gości.
Najzwyczajniej w świecie okupował swoje skrzypiące krzesło, z nogami zadartymi gdzieś na biurko, przeżywając następny najzwyczajniejszy dzień w najzwyczajniejszym mieście, o jakim można było w tych okolicach usłyszeć. Wrócił przed momentem z najzwyczajniejszego sikania i odpoczywał, zmęczony drogą, którą pokonał, udając się do cuchnącego wychodka, a to wszystko w atmosferze zatrważającej niechęci do życia — w końcu lada moment wróci do sklepu i spędzi w nim całe popołudnie, żeby, gdy tylko zajdzie słońce, położyć się na twardej pryczy.
Dzień dobry po raz kolejny poniosło się po sklepie i odbiło od jego ścian. Tym razem w dzień dobry było znacznie więcej wesołości, niźli w każdym innym, którym go tamtego dnia przywitano. Nie zdarzało się, żeby ludzie aż tak cieszyli się wizją zakupu cygara u pana marudy, więc uniósł spojrzenie i utkwił je w kobiecie zatrzymującej się za progiem uchylonych drzwi. Nieco zgarbiona, ale uśmiechnięta, patrzyła na niego wzrokiem zdającym się pełnym nadziei, z dłońmi wplecionymi w warkocz i zabrudzonymi od kurzu butami. Walroth szczerze chciałby być na tyle zajęty, żeby Przepraszam, że przeszkadzam było konieczne, ale nie wtrącał się jej wpół zdania i posłusznie czekał, aż sformułuje, co miała do powiedzenia.
Ezra westchnął ociężale, gdy skończyła mówić.
— Może i nie wyglądam na stelmacha… — Zdjął nogi z biurka i opuścił je leniwie na podłogę, opierając łokcie o swoje kolana. — Jakby nie patrzeć, byłoby dziwnie, gdybym na niego wyglądał, bo wcale nim nie jestem. — Splótł dłonie. — Gdzie jest ten wóz? Nie widzę go za oknem.
W jednej chwili dziewczyna wyprężyła się, zaniechała nękania własnego warkocza i uśmiechnęła się jeszcze promienniej, niż przed momentem.
— Tylko kawałek stąd, na początku drogi. Pokażę panu — powiedziała, odzyskawszy rezon. Głos miała wyraźnie szczęśliwszy i tyle wystarczyło, żeby dla Walrotha stała się dziwacznie przytłaczająca. Tak już miał z natury, zgorzkniały Ezra z reguły nie lubił ludzi. Można by było dodać, jakich dokładnie, bo na szczycie tej prowizorycznej piramidy znajdowali się ci radośni, ale, na dobrą sprawę, Ezra po prostu nie lubił ludzi.
Ledwo zdążył się poderwać, dziewczyna zniknęła za futryną z charakterystycznym tupaniem przecinających mały taras butów. Walroth stąpał znacznie ciężej niż ona i nieświadomie zaczął zwracać uwagę na lekkość, z jaką kobieta się porusza. Nijak to zaskakujące, zważywszy na to, że Ezra, jak na wzorowego piwniczaka z dziewiczym wąsem, Ligą Legend odpaloną na dwudziestosiedmiocalowym monitorze i streamem na drugim, mniejszym, z kobietą nie obcował od co najmniej kilku miesięcy — co dopiero mówić o jakiejkolwiek rozmowie.
Dziewczyna odnalazła swojego konia i zgrabnym ruchem nań wsiadła, gdy w międzyczasie Ezra przyprowadził swoją szkapę, coby nie biec za kobietą, a całą sprawę zamknąć w możliwie jak najkrótszym czasie. Chociaż Pokurcz zarżał, pokornie podążał za drugim koniem.
— Nie myślałam, że to się naprawdę może zdarzyć, chociaż Tony mówił, że walnie, przepraszam za brzydkie słowo. Ale nie chciałam mu zawracać głowy, przepraszam, że panu również zawracam głowę — podjęła temat, kiedy wyjechali z najtłoczniejszej ulicy, przenosząc się na przedmieścia miasteczka.
Było dla Ezry za wczas, żeby wyrokować, iż dziewczyna może mówić zbyt wiele — ale z całą pewnością nadkładała słów, chcąc przekazać prostą informację, więc, dla równowagi, nie planował odzywać się inaczej niż zdawkowo, rozwlekle. Ba!, planował nie angażować się w zupełności, pocieszony myślą, że przeprosiny będą ostatnią rzeczą, która wydostanie się z ust jego towarzyszki.
— Zdarzyło się kiedyś panu coś podobnego? — zapytała nagle, tym samym kopiąc grób dla nadziei Ezry.
Rozluźnił ciało i chwyt lejców, odwracając głowę ku wozom stojącym pod zawalającym się budynkiem banku. Dwaj woźnice spierali się ze sobą, od czasu do czasu, dla zasady i ze względu na obyczajowość dzikiego zachodu, wyzywali się od tępych chujów i pieprzących się z bizonami skurwysynów; rzeczywistość Blisstown w pełnej krasie.
— I mnie, i nawałowi ludzi, którzy mają swój wóz — rzucił niedbale.
Ponownie zacisnął lejce i przyspieszył Pokurcza. Szkapa dziewczyny dogoniła konia Ezry, wyrównując krok. Niemrawa odpowiedź sprawiła, że dziewczęce usta zamknęły się na krótki czas, jednak ledwo Walroth zdążył wziąć oddech, ponownie zabrała głos. Nie mógł jej tego zabronić.
— Jest pan z Blisstown?
Zacisnął usta. Jak srający pies, gdyby to było ważne.
— Nie. — Zbyt mało. Będzie dociekać. — Z daleka — dodał po chwili zawahania. — Z północy.
Pokiwała głową ze zrozumieniem.
— Ja z południa.
Wiedział. Miała akcent taki, jak tutejsi i wyglądała tak, jak tutejsi. Nie była z Blisstown, ale z całą pewnością miasto nie było jej obce. Daleko jej było do kobiet z północy, a kobietom z północy było daleko do niej. Ezra nie zastanawiał się wcześniej nad jej wiekiem — była młoda, zdecydowanie zbyt młoda, żeby radzić sobie na trakcie bez strachu, że ktoś przestrzeli jej pierś. Chyba że potrafiła się bronić, w co Walroth zwątpił. Nie zapytał, co tutaj robiła, skoro do domu tak daleko, ani gdzie dokładnie mieszka, bo, tak czy inaczej, nie robiło mu to większej różnicy. Wolał już nie mówić nic, niż powiedzieć za dużo.
Wóz stał pod płotem, przechylony i wyraźnie niezdolny do wykonywania swojej roboty. Trzy stopy dalej leżało koło, a kolejne trzy — deski, które jakimś cudem musiały odpaść. Ezra nie żartował — nie był stelmachem, a ostatni wóz naprawiał w dwudziestym trzecim, więc nawet nie sprawiał pozorów, obchodząc wóz dookoła z zamyśloną miną. Tu zastukał, tu przejechał palcem, podniósł i przyjrzał się kołu.
— I jak? — Dziewczyna podeszła parę kroków bliżej, pochylając się nad usterką.
Walroth odłożył koło i wsparł się na kolanie.
— Cóż, doszedłem do jednego wniosku — rzucił, patrząc na kobietę spod ściągniętych brwi.
— Jakiego?
Jak to zwykł robić, potarł się po zaroście.
— Wóz jest bez dwóch zdań zepsuty.
Cisza, która zaległa między nimi, dobitnie uświadomiła Ezrze, że kobieta zauważyła to bez jego pomocy, zanim w ogóle zdecydowała się na jej zasięgnięcie. Odchrząknął.
— Koło jest w miernym stanie, ten… — zatrzymał się, doszukując się w odmętach umysłu słowa, którym nazywano tę część wozu — ...ten układ nie wydaje się sprawny i podejrzewam, że będziesz musiała kupić nowy. To kwestia wymiany tego… czegoś i śrubek, które trzymają to coś przy wozie. Znam jednego stelmacha. — Otrzepał dłonie z kurzu i wstał z klęczek. — Pójdę do niego, gdy wrócimy do Blisstown. Wóz powinnaś mieć z powrotem na jutro.
— Jutro? — Wbiła wzrok w swój powóz i z nieukrywanym zawiedzeniem zwiesiła ramiona.
— Tak, tak powiedziałem. Jutro. Znajdź sobie przytulną ławkę na noc.

15.09.2021

Od Ezry

Dzień dobry, przewijali się od świtu po zmrok dopóty, dokąd nie zatrzasnął im drzwi przed nosem, choć zwykł nie narzekać na mrowia. Nużą go już rutynowe, bezbarwne powitania, toteż poprzestaje na pozbawionych namiętności pomrukach niewyrażających niczego poza informacją, iż zauważył wchodzącego do jego przybytku klienta. Bujał się wówczas na swoim skrzypiącym krześle, zadzierał nogi nieco zbyt wysoko i zaciskał dłoń na uchwycie niewielkiej szuflady ukrytej pod blatem świeżo pomalowanego biurka. Sprzedawał piętnastolatkom cygara, wołając dwukrotnie więcej, co było zabiegiem aż zanadto przemyślanym, ponieważ dzięki temu mógł przynajmniej wmawiać sobie, że w pewnym momencie dzieciaki zrezygnują z tejże rozrywki z dziurawymi kieszeniami — niefortunnie dla jego moralności, nieletnich przybywało jak chrabąszczy majowych na maj. Podwojone jednak zyski pozwoliły odrestaurować całą Walrothową siedzibę, toteż nie skarżył się zbyt głośno, w szczególności, gdy po raz siódmy, lub siedemnasty, w tym tygodniu podnosił ceny. Moralność społeczna bywa wątpliwa, jak to zwykli mawiać ci z wątpliwą moralnością.
Chociaż „wtorek” wcale nie rymował się z „whisky” ani nawet z „alkohol”, czynienie z niego dnia degustacji sprawiało, że rzeczywistość cygararza stawała się krztynę znośniejszą, niżeli miało się to w przypadku pozostałych dni powszednich, bo niedziela miała to do siebie, iż od poranka chodził z posępną miną, marszcząc brwi, ilekroć słyszał kościelne dzwony. W każdym razie, świątek, piątek czy niedziela Ezra nastrój do picia miał wyborowy, to i zmiana w cygarowym eldorado zdawała się ciągnąć, niby monolog matki, która tłumaczy, dlaczego nie możesz jeść trawy ani obsikiwać pobliskich płotów, jak robi to Burek. Świat był pełen niesprawiedliwości bliźniaczych do tej przedziwnej zależności, że ty już musisz chodzić do pracy, żeby nie ścigali cię ze skarbówki, ale Burek już nie.
Ezra poderwał się leniwie z ledwo poskładanego krzesła, stukając zabrudzonymi od błota butami o podłogę. Dzieciak, który raptem przestąpił próg „Świata cygar. Wszystko dla ciebie, twojego uzależnienia i chorych płuc”, zadrżał.
— Dzień dobry. — Spuszczony wzrok wbity w deski wzorcowo świadczył o tym, iż delikwent nie był bynajmniej zadowolony ze swojej obecności w ulubionym miejscu jego rówieśników. Speszony, postąpił krok naprzód, lecz zrobił to na tyle niezgrabnie, że Ezra pewnie uśmiechnąłby się półgębkiem, z politowaniem, ale tylko i wyłącznie ze względu na to, że był wtorek. W niedzielę zgromiłby go spojrzeniem. — Chciałbym… Chciałbym kupić… — Koścista dłoń zanurkowała w kieszeni, skąd po krótkim momencie wydostał brzęczące monety. Zacisnął je w pięści i niemrawo powłóczył nogami, żeby stanąć tuż przy ladzie. — Chciałbym kupić…
— Pomidory.
Chłystek spojrzał na Ezrę spode łba.
— Pomidory?
Specjalista od sprawy cygar wzruszył ramionami.
— Widzisz, żebym miał tu pomidory? — odparł sucho. — Chcesz kupić cygara, bo niczego innego na sprzedaż nie mam. Parejo?
Młodzik wbijał speszony wzrok w Abrahama, który odwrócił się ku półce za sobą, skąd zdjął szczelnie zamknięte pudełko i postawił je przed chłopakiem, kiwając głową ku pokrywce.
— Słucham?
— Parejo, rodzaj cygara, najpowszechniejszy, jak sądzę. Palisz?
— Palę.
— Dużo?
— Dużo? No… niedużo.
— W takim razie się nie udusisz.
Młody delikwent nieśmiałym gestem pochwycił trzy cygara, odłożył je na blat i dołożył monety, które z łoskotem obiły się o drewno. Ezra odstawił pudełko i, zanim zdążył oznajmić, ile wynosi należność, gałgan zbiegł — Walroth podliczył jednak pieniądze i, chociaż w każdym innym wypadku nie zamierzałby ścigać za chłopakiem, z zadowoleniem zauważył, że pozostawione pieniądze znacznie przekraczają kwotę rachunku. Z ociężałym westchnieniem wydobywającym się z czeluści przestarzałych, nadgniłych płuc, zacisnął je w poprzypalanej od płomienia zapałek dłoni.
Musztardowa suknia posunęła się po zakurzonej podłodze, zbierając z niej resztki błota, piachu i zmarnowanych nadziei Abrahama Walrotha. Ze wzrokiem wbitym w meblościankę, za której drzwiczkami oczekiwał go rudawy trunek, przylgnął barkiem do drzwi i kiedy zaniósł się z zamiarem przekręcenia kluczyka, rozległo się donośne, pełne werwy pukanie. Niechętnie odsunął się, otwierając je na oścież.
— Cygara dla małych i dużych, których interesuje karmienie swojego raka. W czym mogę szanownym panom pomóc? — Założył ramiona na piersi i wbił w jegomościów pełne wyczekiwania spojrzenie.
— Tak ciepłe przywitanie ma sugerować, że przeszkadzamy?
Wyższy zdjął kapelusz i skinął naprędce, szczędząc im obu napuszonej serdeczności. Z chustami pod szyją i skrupulatnie wygolonymi szczękami, wypinali piersi, dając tym samym do zrozumienia, jaką funkcję pełnią w komicznej rzeczywistości zachodniego cyrku na kółkach.
— Absolutnie. Tylko zamykałem.
Zdawało się, że obaj zrozumieli, co Ezra chciał im wystarczająco dobitnie oznajmić, niemniej jednak, równocześnie, zignorowali to, wpraszając się do lokalu dziarskim krokiem uprzywilejowanych, zgorszonych nieznacznie mniej — lub, paradoksalnie, stokroć bardziej — od reszty społeczeństwa stróżów prawa. Rozejrzeli się — po nieszczelnych oknach domagających się naprawy, wymienianych niedawno framugach, jasnobrązowej ławce z odzysku i półkach uginających się pod ciężarem wypełnionych po brzegi cygarami sprowadzanymi, jak na prawdziwego patriotę przystało, spoza kraju.
— Ładny lokal — rzucił niższy, przechadzając się wzdłuż dłuższej ze ścian. — Odnawiany?
— Niedawno.
— Szkoda, gdyby przyszedł nakaz zamknięcia.
Ezra pokiwał głową.
— Szkoda. Cieszę się w takim razie, że mnie odwiedziliście, panowie. Jestem pewny, że jesteście ludźmi nader zajętymi ściganiem niebezpiecznych rewolwerowców — aż dziw, iż znajdujecie chwilę na nękanie sprzedawców wyrobów tytoniowych.
Skonsternowani popatrzyli po sobie. Wyższy odchrząknął.
— Właściwie, jesteśmy tu z powodu drobnego wykroczenia, panie Waroth.
— Waroth? Nietuzinkowe nazwisko — wymamrotał oschle.
— Walroth — naprostował z niechęcią niższy, wyraźnie znużony. — Dobrze wiesz, że o to chodziło, przestań rżnąć głupa.
Abraham wydał z siebie przeciągły pomruk, podważenie śmiałej tezy niższego. Rozrywka jego dnia codziennego ograniczała się do słownych przepychanek z władzami, toteż zwykł nie szczędzić sobie durnych, zaczepnych odpowiedzi.
— Tak czy inaczej, panie Abrahamie Walroth, przychodzimy z, mówiąc wprost, upomnieniem. — Wyższy, jak się niewiele później okazało, Lank, zacisnął usta w przerwie na oddech.
— Masz minę jak srający pies.
— Daj spokój albo stracisz robotę szybciej, niż ci się wydaje. — Niższy i wyższy zazwyczaj mówili na zmianę, jednak w tamtym momencie ten drugi zdecydował się na zamknięcie swoich opuchniętych warg. — Spotkaliśmy dzieciaka, który miał twoje cygara. Stchórzył, zatrząsł portkami i powiedział, że sprzedałeś mu za dwa dolary więcej, niż kupiłby za rogiem. Rynek jest wolny, ale mógłbyś przynajmniej odpuścić sobie wyzyskiwanie Jedynemu ducha winnych dzieci.
— Masz rację. — Ezra podrapał się po zaroście. — Wystarczy przecież, że wydadzą krocie na leczenie chorych płuc.
— Nie to miałem na myśli. Mimo wszystko cieszę się, że się rozumiemy.
Nie bacząc już na obecność wizytatorów, Abraham poczłapał do szafki i wydobył z jej wnętrza na wpół pustą butelkę, w której przelewał się rudawy trunek o zagrażającym godności stężeniu etanolu. Odkręciwszy kurek, cygareciarz uniósł dno, a jego gardło rozgrzała niewysokich lotów whisky. Nie wzdrygnął się ani nie skrzywił, przyzwyczajony do palącego posmaku.
— Postaraj się nie pić w pracy — rzucił przez ramię niższy.
— Jest wtorek.
— Popołudnie.
— To prawda. — Ezra przełknął whisky raz jeszcze. — Do zobaczenia wieczorem.
Niski poklepał ramę drzwi i zamknął je z łoskotem, pozostawiając Ezrę w niepewnych rękach irlandzkiej.

Sześć dolarów, które Abraham zyskał, sprzedając młodzikowi cygara, sprawiły, że barman nie wzbraniał się zanadto, kiedy jego klient, rasowa moczygęba, kiwająca się to na lewo, to prawo, z wdziękiem ulicznicy poprosił o jeszcze dwie dolewki — za zdrowie matki i ojca. Mętnym wzrokiem prześledził parę młodych, która, wyskoczywszy na stół, przeżywała najpewniej, jak wówczas sądzili, najlepsze momenty swoich żyć. Obu żyć, na dobrą sprawę, bo do takiej właśnie konkluzji doszedł zapijaczony Ezra.
— Miaałem kiedyś m-matkę — wymamrotał, zmroczony. — Mówiłem… mówiłem ci kiedy?
Runty, bo tak wołali na niskiego, zwęził oczy na podobieństwo dwóch cieniutkich kresek.
— Co najmniej pięćdziesiąt razy — odpowiedział, biorąc następny łyk whisky, a po nim trzy kolejne, zanim dodał to, co jeszcze miał do powiedzenia. — Pewnie chcesz opowiedzieć jeszcze raz, ale nie mam całej nocy, przyjacielu.
Siedzieli więc w milczeniu, patrząc pustym wzrokiem w dna swoich szklanek.
— Hej, Runty.
— Co?
Ezra uśmiechnął się półgębkiem, a robił to rzadko.
— Co jest białe i przeszkadza w śniadaniu?
Runty odwzajemnił pijacki gest, unosząc powoli kąciki ust.
— Nie wiem. Jajko?
— Nie.
— Larwy?
— Nie.
— To co, na Jedynego?
— Lawina.
Popatrzyli na siebie, wrócili do picia i pili dopóty, dopóki podróbka szeryfa nie przepadła, wiedziona pijackimi zachciankami natury, coby nie pozwalać sobie na niedomówienia, erotycznej. Abraham przelotnie zerknął na srebrną obrączkę zaciskającą się na jego serdecznym palcu i przycisnął przedramiona do baru, ściskając w dłoniach szklankę z grubego szkła. Śpiewał pod nosem zasłyszane piosenki i obserwował bawiącą się młodzież, wrzeszczących jeden przez drugiego chłopców i pląsające kobiety pijące tequilę za tequilą, na podobieństwo swoich mężów i kochanków.
Ezra spojrzał za siebie i, na nieszczęście delikwenta, pochylił się nad sąsiednim stołeczkiem, żeby upewnić się, że zostanie dosłyszany.
— Ile… Ile to bym n-nie oddał, żeby znowu być tak… szczęśliwym. Tak, tak szczęśliwym. Słuchaj… — Poprawił się na krzesełku, tym razem opierając o blat, z głową zwróconą ku klarownie skofundowanemu. — Jak wi-widzisz, nie jestem aż taaak stary, jak brzmię, po prostu za dużo wy-piłem i opowiadam taaakie dowcipy, że ludzie u-ciekają, jak to piani… piani… pijani ludzie… robią. Chcesz usłyszeć żart? Wie-działem, nikt nie chce. — Westchnął męczeńsko. — Nie chciałem takiego życia. Co ja robię? Co ja wyprawiam? Cholera jasna, dziecko. — Spuścił głowę jakby w pokucie. — Gdyby mnie tu zobaczyła… do kurwy nędzy. — Złapał za obrączkę i przecisnął ją przez długość palca. Podawał ją sobie z ręki do ręki, przyglądając się jej, jakby patrzył na nią po raz pierwszy. — Zaczekaj. — Posunął ją w stronę nowo poznanego towarzysza, wbijając dłoń w kieszeń. Wyciągnął z niej cygaro i zapałki. Cholerny wtorek sprawił, że nie był w stanie spojrzeć na nowego przyjaciela choćby kątem oka, dlatego nie trudził się już i zaufał, że pilnuje jego obrączki jak oka w głowie. — To, po-powiedz mi, kimkolwiek jesteś. Jakie… jakie jest twoje ma-marzenie? Chociaż, chociaż... wiesz co? Wcale mnie to nie obchodzi. Powiedz lepiej, jaki jest twój ulubiony mebel.

ktokolwiek?

31.08.2021

Under the jasmine I shall die

relacje
historie
LAT 44 / SPRZEDAWCA CYGAR W BLISSTOWN
Abraham Ezra Walroth
1816
1832
1843
1846
Patrzysz na niego gorejącym spojrzeniem załzawionych oczu, a on zdaje się ślepy. Wznosisz okrzyki, błagając o zbawienie, o łaskę i o litość, i o miłosierdzie, on — niby głuchy. Drżysz, jak mantrę powtarzając modlitwę, która latami łatała szczeliny zabiedzonego serca, jednak gdzieś między wierszami pojmujesz, że twojego Pana pozbawiono także języka. Odcięto mu dłonie, odcięto ramiona, stopy i uda. Niczym spłoszone zwierzę robisz krok do tyłu, ale nie napotykasz oporu — ziejąca pustka wypełnia przestrzeń za tobą, chociaż obiecywał, że będzie tam, ilekroć poddasz wartość żywota w wątpliwość. Przyciskasz do piersi zmarznięte palce. Oddech nie uczyniłby ich jakkolwiek bardziej sprawnymi, nie masz zresztą czasu, recytując: Najwyższy, zmiłuj się nad zagubionymi. Miłosierny, spójrz na swoje dzieło i oszczędź nas, kiedy przyjdzie pora. Bezsilne Amen opuszcza twoje dziecięce, spękane usta. Zanim na nowo zabierasz się za pacierz, niebo dogasa. Ze zmęczonych płuc wydobywasz resztki strzępionego oddechu i nie po raz pierwszy tej nocy czujesz pełen pożałowania wzrok przechodniów poubieranych w grube kaftany i skórzane rękawice.
Stwórco. Twój szept przecina chłód styczniowej nocy roku pańskiego 1816. Przyduszony, bezwolny, na wpół zdławiony głos dziecka stanął naprzeciw skowytu kłującej w policzki mroźnej zawiei. Zaciśnięta na dziecięcym biodrze dłoń zdawała się martwa, sina, niby truchło wydobyte z mogiły. Dziecko zadziera głowę ku chmurom, w oczekiwaniu na przebłysk, który napełni je nową nadzieją. Boi się pochylić nad licem matki, coby sprawdzić, czy wciąż oddycha, ponieważ w głębi serca, choć odpiera od siebie tę bestialską myśl, wie, że ten styczniowy wieczór uczynił je sierotą.
Panie Wszechrzeczy, łaski niepełny.
Dla formalności, przepiękna kp autorstwa Dead Soul, Ezra autorstwa NikiVaszi, autor klikajki numer jeden to Barthelemy Aupetit, drugiej z kolei Paul Mazerol, tytuł posta fragmentem „I Lost Something in the Hills” Sibylle Baier. Historie u Ezry pojawią się w miarę upływu czasu, więc póki co link prowadzi do etykiety, ale zachęcam do śledzenia, gdyby naszła mnie ochota na Walrothowe refleksje. Ezra nie gryzie, nie strzela, nie morduje, sprzedaje za to cygara i gapi się bezczelnie, dlatego zapraszam do wątkowania — nie będziemy narzekać na pojawienie się Mistrza Gry.

18.08.2000

Relacje Ezry Walrotha

OBCY

Abraham Walroth nie dorobił się jeszcze wystarczającej liczby przyjaciół.



WALROTH

ELIZA WALROTH
[1805-1830]



Jego imię wypadło spomiędzy spierzchniętych warg naprędce, niby przekleństwo, ale na tyle słodkie, żeby nie wypluwać go jak zbyt kwaśną wiśnię albo niedogotowanego ziemniaka. Nie skrzywił się ani nie spojrzał na delikwentkę zanadto krytycznie, ponieważ nigdy dotąd nikt nie wypowiedział go w sposób tak nietuzinkowy, jak kobieta przed momentem przechylająca kieliszek parszywej tequili. Zakiełkował więc w nim strach, jakoby namiętność weń, w kobiecym głosie, wybrzmiewająca brała się ze stanu, jakim mogła się wówczas poszczycić — ciężko bowiem było schlać się tutejszą tequilą, jeśli nie piło się jej po raz pierwszy. Uścisnęła wystawioną dłoń i przedstawiła także, wykasłując resztki alkoholu z płuc, a później, niczym najprawdziwsza dama, złapała cygaro między palec wskazujący a serdeczny i przytknęła je, niezapalone, do ust.
— Nie zamierzasz go odpalać, Elizo? — zapytał Walroth, kiedy po upłynięciu co najmniej piętnastu sekund dalej przyciskała je do warg.
Znalazł w kieszeni zapałki i nosił się z zamiarem wyjęcia ich, o ile tylko Eliza wykaże chęci i okaże się mieć wystarczająco dużo oleju w głowie, żeby wymyślić na poczekaniu co najmniej racjonalne wytłumaczenie. Zamiast tego jedynie oparła nadgarstek o brzeg baru, poprawiła na stołeczku i spojrzała na Ezrę.
— Nie. — Cygaro odłożyła na blat, a gdy to niemal sturlało się na podłogę, z paniką na zarumienionej od alkoholu twarzy rzuciła się na nie, coby nie daj Jedyny nie pochylać się nad nim, leżącym na podłodze. Mogłaby się wtedy przewrócić albo, co gorsza, ściągnąć na siebie spojrzenie wszystkich tych dżentelmenów, którym bynajmniej nie podobała się jej obecność w saloonie.
Niefortunnie jednak, zanim cygaro uderzyło z hukiem o zabrudzoną błotem podłogę, pochyliła się ku niemu zdecydowanie zbyt gwałtownie. Ledwie tylne nóżki stołka oderwały się od ziemi, poleciała na Ezrę ze zduszonym w piersi okrzykiem. Już w jego ramionach, spełzła ze stołeczka, odchrząknęła i poprawiła rękawy brunatnej sukienki.
— Wyjdźmy — zasugerował kurtuazyjnie, spojrzeniem odszukując drzwi prowadzących na ciemną noc miasteczka Fairsnag. Dzierżył w dłoniach jej cygaro, toteż nie tracili już na nie czasu, w zamian opuszczając towarzystwo napuszonych kowbojów z kompleksem małej męskości.
Wyszli więc, oddychając lekko jedno przez drugie, wolni od zaduchu zatęchłego pomieszczenia. Muzyka dochodząca ich z sąsiedniego budynku wprawiła Elizę w nader rozweselony nastrój, ponieważ prędko zapomniała o cygarze i poderwała się do tańca, ochoczo podskakując do rytmów popularnej w tych stronach piosenki. Ezra nie miał już cienia wątpliwości, że kobieta upiła się wątpliwej jakości alkoholem, ale nie przerywał jej występu, obracając w palcach lewej ręki przechwycone wcześniej cygaro.
Zapałki wysypały się w jego kieszeni, a później — jedna po drugiej — poczęły wypadać na wysuszoną trawę i ziemię, którą obrastała. Zaczął więc je zbierać — jedna po drugiej — grubymi palcami łapiąc za cieniutkie trzony i układając je z powrotem w zmarnowanym, kilkutygodniowym pudełeczku z końskim wizerunkiem na wierzchu. Nigdy nie lubił tych tandetnych z nagimi kobietami, chociaż wciskano mu je, ledwo wyrażał zainteresowanie tym towarem.
Kiedy uzupełnił swoje zapasy, uniósł głowę, jednocześnie wciskając pudełeczko do kieszeni ciężkich spodni. Eliza, która powinna stanowić przedmiot jego zainteresowania, zniknęła, wydawałoby się, przepadając w ciemności jak kamień w wodę, jednak im dłużej Ezra wytężał wzrok, tym coraz łatwiej było mu odnaleźć Elizowy pukiel jasnych włosów i skradającą się do drzwi sąsiedniego saloonu jego, pukla, właścicielkę. Podniósł się na ociężałe, nie tak stare kolana i pognał ku niej po raz pierwszy w swoim życiu. Padła Abrahamowi w ramiona po raz drugi w swoim i, szczęśliwie, kontynuowała tę tradycję aż do jego końca.

czerwiec 1831

ADA WALROTH
[1830-1843]



Krzyczały — wpierw jedna, później druga, na końcu krzyczały wspólnie, obie z bólu, obie z przerażenia. Darła się też starsza z sióstr Rhodes i ich matka, a nawet kulawy kundel na zewnątrz, i mało brakowało, żeby do żałosnej arii dołączył Ezra, z przestrachem ściskający w dłoniach dłoń Elizy. Deszcz na dworze lał jak z cebra, spływając po krzywych, zardzewiałych rynienkach tak, jak krew sączyła się na jasne, kwieciste pierzyny, którymi przykryte było łoże małżeńskie Walrothów. Uryna i kał mieszały się ze szkarłatną cieczą, wypełniając pokój osobliwym zapachem, a sam poród malował się w zwyczajowy dla porodów obraz — Eliza mdlała, żeby później ją cucić, zdzierała własne gardło w imię dziecka i wyginała plecy w pałąk, nie panując nad odruchami swojego ciała.
— Przyj, drogie dziecko — powtarzała gorączkowo stara Rhodes, trzymając rękę na czole córki. — Przyj — mówiła przez łzy.
Nikt spośród zebranych nie przyznawał tego głośno, ale Eliza dogorywała. Dogorywała każda część jej ciała, po kolei, poczynając od gardła, przez płuca, kończąc na narządach rozrodczych. Poród wyciągnął z jej wszystko, całą zachowaną, zbieraną nań energię i wesołość, która narodziła się w jej sercu wraz z chwilą, w jakiej uzmysłowiono jej, iż nosi pod sercem swoje dziecko, swoje szczęście i swoją radość.
Poprzedniego wieczora, kiedy siedzieli w swoim skromnie urządzonym, nieco zakurzonym saloniku, ona z głową na kolanach Ezry, nogami opartymi o podłokietnik kanapy w amarantowe róże, z książką wspartą o brzuch i dwoma długimi warkoczami zaplecionymi wówczas, gdy wbrew zaleceniom męża zdecydowała się wybrać do miasta, a on — w zadumie patrzący w tykający zegar, z nieodpalonym cygarem w prawej dłoni, butami na stole i zamyśleniem na upstrzonej bliznami twarzy. Słońce skryło się nisko pod horyzontem, toteż w trzech miejscach jarzyły się naftowe lampy, bo zeszłego tygodnia, zupełnie przypadkiem, stłuki kinkiet, kiedy Eliza zapragnęła rzucić w Abrahama najcięższą poduszką ze wszystkich, które posiadali. Wówczas jednak siedzieli tak, tkwiąc w pełnym uczucia bezruchu, pogodzeni z milczeniem.
Pierwsza jednak odezwała się Eliza — opowiedziała Ezrze o tym, co widziała w mieście, kogo w nim spotkała i o koniach, jakie pogłaskała, gdy wyszła ze sklepu spożywczego. Ponoć zaczepiła ją dwójka chłopców i zapytała, czy kiedy jej dziecko będzie starsze, mogliby się z nim zakolegować, bo bardzo chcieliby mieć tak urokliwą przyjaciółkę, jak Eliza — zaśmiała się, mówiąc o tym, ponieważ młodzieńcy założyli, iż urodzi córkę, nie syna. Abraham nie wydał z siebie nic poza gardłowym pomrukiem, ale oboje wiedzieli, że właśnie tym sposobem wyraża rozbawienie.
Przysięgał, że nie opuści jej aż do śmierci.
Gładził więc jej dłoń, jej obrączkę, dopóki nie uśmiechnęła się po raz ostatni.
— Oddała jej swoje życie — ktoś wydukał, ale Abraham, z cierpliwym spojrzeniem skupionym na krzyczącym wniebogłosy dziecku, nie dbał już o nikogo poza małą Adą.
Mała Ada, już trzy lata później, uśmiechała się równie promiennie, co jej matka.
Nie na długo.

sierpień 1830

MAUDE WALROTH
[1779-1816]



Mroźny powiew wiatru omiótł dwóch chłopców klęczących ponad głęboką na dwa metry dziurą wykopaną gdzieś między przysypującymi ją regularnie zaspami. Zardzewiała łopata przepadła gdzieś w śniegu, pozostawiona na pastwę chłodu i otaczającą ją zewsząd śniegu — mimo że jednemu z chłopców wydawało się, jakoby wbijał ją, coby wystawała ponad zwały. Słaby płomień naftowej lampy migał, jakby lada moment miał zgasnąć, skazując obu z braci na ciemność zimowego zmierzchu.
Młodszy z nich zwiesił głowę, wbijając tępy wzrok we własne, sczerniałe od mroku kolana, kiedy drugi dźwignął się na nogi, żeby objąć w pasie skostniałe truchło niestarej kobiety o brązowych włosach przyprószonych siwizną i wyzbytym wszelkiej emocji spojrzeniu hebanowych, surowych zazwyczaj oczu. Długa, oberżynowa suknia powłóczyła się ze szmerem po śniegu, pozostawiając na nim smugę, a klamra, która dotąd spinała kobiecy kok, poluzowała się, gubiąc się gdzieś po drodze — młodszy z chłopców zatrzymał się, by ją odnaleźć, ale starszy nie chciał zwlekać ani chwili dłużej, toteż kontynuowali przemarsz dotąd, dopóki nie znaleźli się pod starą sosną o gałęziach uginających się pod ciężarem bieli. Latem okolica nie była tak ujmująca, jak zimą, ale nie podawali w wątpliwość miejsca pochówku, ponieważ to nie grało większej roli — gdyby zmusili się do pokonania dalszego dystansu, najpewniej wcale by już nie wrócili, a czwórka ich rodzeństwa poumierałaby z głodu albo pozamarzała, na podobieństwo swojej matki i braci.
Starszy zawahał się, kiedy ciało zawisło nad krawędzią. Czarny, zniszczony sandał z poprzerywanymi paskami zsunął się ze stopy nieboszczyka i wpadł prosto w dziurę. Młodszy zdusił szloch, a twarz jego brata, mimo że to jemu przypadło zadanie pochowania rodzicielki, pochylał się nad nią z beznamiętnym wyrazem młodej, nieznającej szczęśliwości twarzy. Młodszy wyciągnął dłoń ku nodze zmarłej, jednak ledwo jego palec zetknął się z chłodną powierzchnią pożółkłej rajstopy, cofnął ją gwałtownie, zasysając do płuc zimne powietrze. Począł kaszleć, dusząc się łzami i rozpaczą, wykasłując resztki nadziei zagrzebanej w dole wraz ze szczątkami Maude Walroth. Nie pamiętał, w którym momencie zaczął krzyczeć ani w którym przestał, ale wydzierał z siebie wszystko, co zalegało na dnie dziecięcego serca.
Zawsze powtarzała, że ludzie odchodzą po to, żeby przychodzili następni, jak zechciał Jedynego. Nie w czas lamentować, chodzić ze śmiercią na noże ani pogrążać się w rozpaczy, ponieważ dalej żyjemy — kontynuujemy swoją ziemską krucjatę, dopóki i naszych kości nie rozsypią gdzieś pod dębem. Mówiła tak, gdy zmarł ich ojciec oraz gdy pochowali siostrę jeszcze w powijakach.
Poszarzała twarz ginęła pod kopkami ziemi, którą starszy spychał do dołu własnymi rękami — zagrzebana gdzieś łopata znajdowała się zbyt daleko, poza tym wiedział, że tym sposobem zapewni im obu więcej czasu na pożegnanie. Gdy młodszy płakał rzewnymi łzami, drugi ścierał je z policzków potajemnie, pozostawiając na nich przyklejone brązowe grudki.
— Harvey? — wymamrotał młodszy, gdy grób został całkowicie zasypany. — Czy tam, gdzie jest mama, jest lepiej?
Po obliczu Harveya błąkała się niepewność, gdy podszedł do klęczącego brata i objął go ramieniem.
— Sam już nie wiem, Ezra. — Uśmiechnął się wymuszenie. — Sam już nie wiem, w co mam wierzyć.

luty 1816

HARVEY WALROTH
[1797-]



Wypolerowana lufa strzelby odbiła jasność śniegu, kiedy, wystawiona na promienie lutowego słońca, ze szmerem przeszyła kolbą postać zimowej powłoki dogorywającej zieleni. Jeden przez drugiego patrzyli to po sobie, to po okolicy, jeden wesół, wolny od wszelkiej niepewności, drugi zaś — z trwogą wymalowaną na zbielałym obliczu skostniałym od, Jedyny sam tylko wiedział, czy mrozu, czy przerażenia. Czubki sosnowych drzew skłaniały się ku sobie tak, jak drugi przyciskał swoje dziecięce ciało do strzelby, której pilnować mu nakazano jakby była czymś więcej niż zmaterializowaną negacją praw boskich, niż ustrojstwem zuchwale odbierającym to, czego człowiek miał za zadanie dożywotnio bronić, choćby wymagało to od niego doniosłych, budzących niepewność poświęceń.
Oczyma wyobraźni zasięgnął obrazu, który sukcesywnie zacierał się w czeluści jego niemrawego umysłu, zasięgnął psa pogrzebanego pod sąsiadującym z chatą dębowym drzewem. Astralne, nieuchwytne ramiona dziecka otoczyły szyję cierpliwie wpatrującego się weń zwierzęcia, a ciche łkanie poniosło się po rozbudzającym się lesie. Strzelba zdawała się wypalać dziurę w unoszącej się płytkimi oddechami piersi.
— Przestań się mazać — skarcił go pierwszy, gniewnie marszcząc brwi. — Mazgaj nie utrzyma rodziny, kiedy wyjadę.
Drugi pociągnął nosem, przycisnął przedramię do twarzy i otarł ją z łez i smarków. Drżące dłonie ukryte za skórzanym materiałem zbyt dużych rękawic uniosły strzelbę tak, żeby lufa stanęła naprzeciw grzebiącemu w pasiece jeleniowi. Po omacku odszukał spust i naprężył palec wskazujący, który blokował się wraz z momentem, w jakim dziecko gotowe było zgrzeszyć przeciwko Jedynemu. Ręka Pana wydawała się ciążyć dziecięcych żebrach, na barku i obu nadgarstkach, jak gdyby lada moment miało upuścić jeszcze poojcowską broń. Szepty pierwszego ginęły w eterze, zagłuszane szumem krwi w uszach drugiego.
Brzdęk pustego do połowy bukłaku uderzającego o poły wytartej kurtki wybudził dziecko z letargu. Dźwięk wybrzmiał w jego głowie, odbijając od przeciwległych ścianek umysłu, ostatecznie zmuszając drugiego do przyciśnięcia spustu i wybudzenia skrzypiącego mechanizmu. Pocisk ze świstem przeszył, zdawało się, skostniałe, rzadkie powietrze, lawirując między opadającymi nieśpiesznie płatkami śniegu. Żałosny ryk, który wydobył się z pyska konającego jelenia, zdjął bielmo z oczu Ezry i uzmysłowił mu, iż po raz pierwszy wyręczył Jedynego i samodzielnie odebrał czemuś życie.
— Nieźle, młody. — Harvey poczłapał do niego i złapał go za ramię z bizonowatą siłą. Abraham wpatrywał się w cielsko martwego jelenia, zesztywniały i do cna przesiąknięty strachem. — Naprawdę nieźle.

luty 1814

ESTHER WALROTH
[1806-]



Mała dziewczynka poprawiła swoją czereśniową sukieneczkę splamioną brązem błota, z którego raptem przed momentem się wygrzebała. Chłopiec, już trochę większy, bo sięgający wysoko ponad jadalniany stół, przyciskał do nieustannie krwawiących ran najbardziej sterylną szmatkę, jaką znalazł w chacie, wypowiadając pod nosem słowa pocieszenia. Kościste policzki dalej spływały łzami, choć znacznie rzadszymi, niżeli chwilę wcześniej, a czarne, poharatane buciki spadły z łoskotem na uklepaną glebę, pozdzierane i rozpadające się na części. Maskowała szloch, pochlipując najciszej, jak tylko potrafiła.
— Gdzie jest mama? — wyszeptała, zerkając na poobdzierane kolana, z których leniwie sączyła się krew regularnie ścierana przez jej brata. Rozejrzała się po starym wozie bez jednego koła, chorej szkapie, stodole z mnóstwem dziur w dachu i porośniętej bluszczem chatce, jak gdyby z nadzieją.
Chłopiec wiedział, gdzie była mama. Nie był jednak pewien, czy ta wiedza przeznaczona była dla nieskalanego kłamstwem ani świadomości przykrego zobowiązania serca młodej dziewczynki. Mama była więc w ogrodzie za domem, sadziła pomidory i umazała się cała w ziemi, stąd nie przyszła na pomoc swojej córce. Mała pokiwała głową, niby ze zrozumieniem, niby bez przekonania, ale zdawało się, że tyle jej wystarcza.
Zdawało, w istocie. Ezra miał marną intuicję.
— Chcę do mamy. — Zarzuciła ramiona na barki swojego brata i pochyliła się, żeby przylgnąć do jego piersi. Syknęła, gdy jej nagie kolano zetknęło się z szorstkim materiałem chłopięcej kurtki, a w kącikach jej kasztanowych oczu na powrót pojawiły się łzy. — Chcę do mamy — powtórzyła słabym głosem.
Jak my wszyscy, miał chęć dodać, ale stłumił ją gdzieś w swoim wnętrzu, wciskając między wątrobę i pęcherzyk żółciowy tak, aby nie znalazła się, nie daj Jedyny, na języku. W końcu matka i tak poświęcała im zanadto czasu — całej szóstce, nawet najstarszemu, który, na ojcowskie podobieństwo, co trzeci poranek zostawiał rodzinę w opiece młodszego brata, coby udać się do miasta. Zwoził wówczas jedzenie i wydawało się, iż było go wystarczająco — chociaż bynajmniej tak nie było, niemniej jednak dla zabiedzonych Walrothów było go aż po pachy — a mimo to Maude Walroth co drugi wieczór jeździła tam raz jeszcze w celach nikomu nieujawnianych.
— Jesteś uparta, Esther — wymamrotał brat, przewracając nasiąknięty krwią materiał na drugą stronę. — Mogę poszukać Harveya.
Esther zawsze lubiła Harveya. Lubiła go ponad wszystkich innych i Harvey kochał ją równie mocno. Pokiwała więc głową, a Ezra podniósł się z ziemi z ciężkim westchnieniem.
— Dociskaj tutaj, dopóki nie wrócę — poinstruował ją, po czym odszedł w kierunku bramy, o którą opierał się najstarszy z rodzeństwa Walrothów. Pogawędzili dłuższy moment, a gdy odwrócili się, coby wrócić do małej Esther, stół, na jakim usadził ją Ezra, stał pusty, wyłączając leżącą nań czerwoną szmatkę i parę czarnych bucików obok drewnianych, wyszczerbionych nóg.
Ezra zostawił za sobą Harveya i, czym prędzej, pognał ku ogrodowi. Wbiegł przez otwarte na oścież drzwi prowadzące do chaty, skąd zamierzał wyskoczyć na ogródek, jednak zatrzymała go opierająca się o futrynę matczynej sypialni Esther.
— Chodź, Esther — powiedział najdonośniej, ale i najłagodniej, jak był w stanie. Zagłuszyły go jednak jęki i pomrukiwania dochodzące z sąsiedniego pokoju. — Esther. — Złapał dziewczynkę za ramię i delikatnie pociągnął w stronę wyjścia.

marzec 1813




credits