Kolumna góra

Słuchy z Krainy
Aktualny rok: 1846

Na ulicach słychać szepty o wielkim wyścigu mającym ciągnąć się przez całą Krainę – za wygraną przewidywana jest gigantyczna suma pieniędzy, amnestia wszystkich przestępstw oraz zapewnienie bezpieczeństwa na okres roku. Co ambitniejsi już poszukują wierzchowców na ten morderczy wysiłek.

W Saint Thomas w niewyjaśnionych okolicznościach zniknął kolejny szeryf. Za każdą przydatną informację przewidziana jest nagroda.

Już niedługo w Jackburg: cyrk! Kobieta-guma, linoskoczkowie i najsilniejsi ludzie w całej Krainie. Przyjedzcie zobaczyć to na własne oczy.

Aktualnie poszukiwani są: Otelia Crippen
Dziękujemy za pomoc w schwytaniu Clide'a 'Smiley' Byersa. Aktualnie oczekuje na wyrok sądu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ojciec Kruk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ojciec Kruk. Pokaż wszystkie posty

27.12.2021

Od Ojca Kruka cd. Adama

Jedyny, chwała mu na wieki, był najlepszym przyjacielem, jakiego człowiek mógł pragnąć. Ojciec Kruk był gotów głosić to wszystkim, którzy chcieli słuchać. Dawał mu bezpieczeństwo i pieniądze, w zamian za kilka modlitw i poważnych wyrazów twarzy.
Łaskawe bóstwo, które pozwalało mordercą przyjmować dary w jego imieniu. Dawał nadzieje na lepsze życie w świecie, który nie miał prawa im go dać. Adam nie wydawał się być jednak szczególnie religią zainteresowany. Rozumiał to. Przez lata unikał tematu. Na Bezkresach otwarte oko Jedynego wydawało się być jedynie bajką dla dzieci. Dopiero po spotkaniu mieszczuchów zaczął mu się zmieniać ten pogląd. Z nieinteresującej bajki, Jedyny stał się zadziwiającą ciekawostką. Znacznie potężniejszą, niż kiedykolwiek podejrzewał.
Stał wyprostowany, pozwalając się obserwować. Nie miał nic do ukrycia. A przynajmniej nic, co Adam mógłby zauważyć. Czarne szmaty, które doprowadzały go w gorące dni do staniu przepocenia, dobrze ukrywały wszystko. Blizny nie wychodziły poza nadgarstki czy kark. Może to był prezent od Jedynego.
 — Dokąd? Do domu  — odpowiedział, śmiejąc się ciepło, świetnie wyuczonym śmiechem.  — Odwiedziłem już, kogo miałem odwiedzić i teraz muszę wracać do Blisstown. Mam tam mały kościółek. I pokoik, jeżeli będziesz potrzebował miejsca do zatrzymania się  — dodał uprzejmie, bo tak wypadało. Dobry pleban zawsze zaoferuje trochę własnego jedzenia i miejsce do spania.
Nieprzyzwyczajony był do imienia Nataniel. Nie przemyślał tego, gdy je sobie dawał. Mógł wziąć takie miano, które już wcześniej używał. Na szczęście łatwo dało się zrzucić to na nieprzyzwyczajenie. W końcu tak  niewiele osób pozwalało sobie na mówienie do księdza na ty.
Ojciec Kruk chętnie by oferował możliwość przejścia na pierwsze imię, ale mało kto wydawał się na to gotowy. Gdyby któraś ze znajomych staruszek usłyszałaby, że nie musi mówić do księdza per ojcze, zapewne dostałaby zawału. Tego naprawdę nie potrzebował w swoim życiu.
Sam nawet nie zauważył hałasu za nim. Czyżby się starzał? Zmysły mu siadały? Odwrócił się, a jego ręka samoistnie zawędrowała do biodra. Zamiast człowieka zauważył znajomy pysk.
 — Moje —uśmiechnął się, podchodząc do zwierzaka.  — Niezwykle wierne zwierzę. Lepszy od każdego wierzchowca, którego zdarzało mi się dosiadać. Jeżeli kiedyś będziesz mieć szanse, to polecam zamienić konia na jaszczura.
Pogłaskał Gadzinę po łbie. Zwierzę patrzyło się wciąż na jeźdźca, mrugając powoli oczami. Leniwie oblizało pysk długim jęzorem. Było to posłuszne stworzenie. Dobrze wyuczone. Wiedział, że po odpowiednim sygnale rzuci się na Adama. Liczył, że do tego nie dojdzie. Nie chciał ryzykować uszkodzeniem swojego ulubionego stworzenia.

<Adam?>

19.11.2021

Od Ojca Kruka cd. Oriona

 — Obraziłeś jedynego swoimi czynami —zaczął Kruk, bo zawsze tak zaczynał spowiedź. To była formułka, której każdy się od niego spodziewał. Następnie zatrzymał się, szukając dalej odpowiednich słów.
Jedną zasadą kierował się w swoim fałszywym kapłaństwie. Była to szczerość. Oczywiście nie pełna, bo na taką by się nie odważył. Jego imię, którekolwiek imię, miało złą sławę ciągnącą się za nim cieniem. Starał się nie ukrywać swoich uczuć, jeśli nie były one kompletnie sprzeczne z wizerunkiem dobrego kapłana, który wytworzył się w ich głowach.
— Nie odprawiłeś pokuty. Jak mam wierzyć w twoją spowiedź, jeśli ostatnim razem nie posłuchałeś duchownego?
Zastanawiał się, czy owym duchownym był jego poprzednik. Los księdza, który niegdyś tu rezydował, był nieprzyjemny. Ojciec Kruk potrzebował jednak swojej własnej parafii i domu, a nie mógł tego osiągnąć z przełożonym dyszącym mu nad karkiem. Chyba nawet odprawił za niego mszę albo dwie, w końcu tak wypadało.
—Nie będę cię karcił ani za lekkomyślność, naturalną jest chęć zabawy. Nie jesteś stary, możesz sobie na nią pozwolić. Kłamstwa musiałbym usłyszeć, by je ocenić. Teraz robić tego nie będę. Postanawiam wierzyć, że naprawdę starałeś się robić odpowiednią rzecz. A jeśli chcesz bym skarcił cię za nieczystość, to muszę odrzucić tą pokusę —stwierdził. Odwrócił się w stronę Jedynego, chciał patrzeć w jego oko, gdy mówił następne słowa. Co jakiś czas rzucał mu takie wyzwanie, czekał, aż strzeli w niego piorun, aż ziemia rozstąpi się na dwoje. To nigdy nie nastąpiło. —Nie dostrzegam nic złego w odrobinie przyjemności fizycznej. Nawet takiej, której dokonuje się za pieniądze.
Ziemia się nie rozstąpiła. Wciąż siedział na ławce.
— A co do twojej godności, to nie tobie decydować, a mi, czy rozgrzeszenie otrzymasz.
To była prawdziwa moc, jaką dawała mu sułtana. Pieniądze były bardzo miłym dodatkiem, ale prawdziwa siła tkwiła w słowach. Mógł ukoić zbłąkane dusze albo zaprowadzić je do jeszcze gorszego piekła. Parę bzdur wypowiedzianych w chwili uniesienia, mogły przemienić się w unoszącą na duchu przemowę. Nigdy nie był szczególnie wybitnym mówcą, ale uczył się szybko.
—A na pokutę... —Rozejrzał się, a jego uwagę przykuł widok za progiem. —Zbierz kwiaty, które rosną przy drzwiach. Ledwo się już trzymają. Zrób z nimi dalej co chcesz. To twoja nauka. Nie każda kara jest dotkliwa.

18.09.2021

Od Ojca Kruka cd. Adama

 Ojcu Kruków brakowało porządnych spodni. Taka oto myśl go dopadła, gdy mężczyzna mierzył do niego z pistoletu. Jeżeli kogoś to interesowało, to owszem, nosił pewne pod sutanną, bo inaczej jazda konna (nie znalazł lepszego określenia na podróżowanie na swoim nietypowym rumaku) byłaby dość nieprzyjemna. I tak nie miałby zamiaru chodzić do jakiegoś przydrożnego doktora z otarciami, nie zarabiał aż tak wiele, by wydawać to na głupoty.
Jego spodnie odzienie było wełniane, lekko już wytarte z tyłu, ale z racji rzadkiego kontaktu ze słońcem, wciąż miały dobry kolor. Kupił je po taniości, bo akurat jeden z wiernych sprzedawał za grosze, a on postanowił go wspomóc i sobie dopomóc. Nie lubił marnowania pieniędzy, więc nigdy nie zebrał się, by kupić takie, jakich pragnął. Może powinien to zrobić, jak tak się zastanawiał. Raz na jakiś czas można pozwolić sobie na dodatkowe wydatki. Jedyny szczególnie nie płakał za straconym złotem.
Takie to też myśli ubraniowe siedziały w głowie Kruka, a przy okazji wpatrywał on się spokojnie w Adama. To nie było najlepsza reakcja, ale nie miał jeszcze kulki w żadnej części ciała, więc nie powinien również narzekać. Narzekanie to bezsensowna czynność, tylko mózg się marnuje.
Chociaż wierzył najbardziej w siłę pieniądza, to uważał, że uśmiech też miał jakąś moc. Dlatego właśnie, zamiast drżeć w przerażeniu albo sięgać po broń, stał nadal spokojnie i starał się wyglądać uprzejmie. Mamusia nie wychowała głąba, który miałby dać się zastrzelić, bo źle reagował.
— A czemu miałbym zmawiać? — zaśmiał się lekko. Zauważył, że broń była bardzo ładna. Gdzieś tam pojawiła się nawet w jego głowie myśl, że można by ją zabrać właścicielowi, gdyby podejść go odpowiednio. Uznał szybko, że to zupełnie bezsensowny pomysł, bo zbyt niebezpieczny a i tak nie ma się komu chwalić. Widać, że posiadacz tak ładnego rewolweru nie był laikiem w kwestii strzelania — palce zbyt sprawne, postawa zbyt rozluźniona. Dlatego poczuł się ciut lepiej, gdy broń znów trafiła na swoje miejsce, do kabury.
Może to i stan niedokładnego ubrania doprowadził Kruka do wcześniejszych przemyśleń odzieżowych. Może słowo “gotować” było zbyt skrajnym określeniem, ale z pewnością było mu gorącej niż standardowemu człowiekowi w rozpiętej koszuli. Że też musieli akurat czerń wybrać na kolor kapłański, zawsze utrudniają życie ci na górze.
— Cieszę się, każdy o własną dupę dbać powinien. Jest to w końcu część ciała niezbędna — odpowiedział, wielce starając się, by brzmieć całkowicie poważnie. Wiele czasu zajęło mu wypracowanie, by sarkazm zniknął z jego głosu. Niegdyś był nieodłączną częścią każdej wypowiedzi, gdy jeszcze jego twarz była przykryta pod długimi włosami. Księdzu w końcu nie wypada, by brzmiał, jakby kpił z wiernych, nawet jeśli naprawdę tak było.
Uśmiech mężczyzna też miał ładny, gdzieś w pierwszej dziesiątce widzianych w ostatnim czasie by go uplasował. Trochę uwierało Kruka to, że trafił na niewiernego. Nie żeby wielu jeszcze młodych i wiernych pozostało. Adam nie musiał wiele mówić, wystarczyło, że nie zaczął od razu przepraszać. Z wiernymi zawsze rozmowa była prostsza, nawet jeśli nudniejsza. Kruk usilnie starał się wmówić sobie samemu, że jest zadowolony z prostoty.
Skoro broń nie była już wycelowana w niego, mógł się rozluźnić. Odchylił lekko do tyłu, gdy ręce spokojnie wisiały po jego bokach. Też obserwował drugiego uważnie, bo toż nikt mu w tej sytuacji nie może zarzucić paranoi. Każdy duchowny pozostawałby uważny w tej sytuacji.
— Żyjemy w nieprzyjemnym miejscu. Myślę, że na wiele rzeczy Jedyny przymyka oko — zaoferował, jako wytłumaczenie.
Grzechów słyszał wiele, niektóre gorsze, inne nudniejsze. Jakaś część niego czuła się nieprzyjemnie, gdy o nich wspominał. Może czuł jednak jakieś dziwne związanie z tymi ludźmi. Nawet jeśli okłamywał ich w kilku kwestiach, tutaj sumienie miał czyste i tego, co na spowiedzi mu powiedziano, nigdy nie zdradzał. To, że Adam odpowiedzi nie oczekiwał średnio go obchodziło, bo Kruk lubić mówił.
— A i owszem, gotuje świetnie — potwierdził. — A jeżeli poczujesz się lepiej, możesz mi mówić po imieniu. Niewiele osób nazywa się Natanielem, ale zdarzają się.
To było kłamstwo. Tak rzadko używał tego imienia, że zdarzało mu się zapominać, jak ono brzmi.  Czasem myślał, że nie zgubi go wcale jego przeszłość, a zapominalstwo.

Od Ojca Kruka cd. Oriona

 Dni Kruka przemijały w dość spokojnym tempie. Był już przyzwyczajony do nie idealnego stanu kościoła. Uważał go za całkiem odpowiedni. Z jednej strony nie było tu tak źle, by odganiać od siebie wątpiących, a z drugiej na tyle nieciekawie, by móc zbierać datki na jego przebudowę. Wątpił, by za jego życia udało się zarobić z tego jakąś porządną kwotę, ale lubił każdy grosz.
Spojrzał raz przez okienko do nawy, by dostrzec tam tylko jedną kobietę i postać, która wchodziła do środka. Wzruszył na to ramionami. Jeżeli czegoś od niego potrzebują, nie ma zbyt wielu miejsc, gdzie można go szukać. Wierni na szczęście sami potrafili znaleźć sobie zajęcie w takich momentach dnia. Już starczyło, że musiał wymyślać kazania, nie miał siły na przeżywanie ich kryzysów wiary.
Przeczesał włosy w brudnym lustrze, bo Kruk lubi wyglądać dobrze dla samego siebie. Uważał, że został wynagrodzony, za ciężki początek życia, ładną twarzą. Mimo to należało jej przecież pilnować, bo inaczej rozczochrane włosy lub zły zarost mogły ją skrzywdzić.
Nucił pod nosem melodyjkę, którą nie wiedział skąd pamiętał i bez specjalnego pośpiechu zaczął przemieszczać się w stronę głównej części kościoła. Jego mały pokoik przy ołtarzu był bardzo przyjemny, ale jednak trochę duszny i nużący.
Zauważył, że kobieta zniknęła, co jednak nie było wielką stratą, bo z pewnością wróci w przeciągu tygodnia. Druga z osób za to została. Ponieważ do perfekcji opracował sztukę patrzenia bez patrzenia,  podczas standardowej krzątaniny przy ołtarzu, starał się złapać jak najwięcej.
Kruk, w przeciwieństwie do Oriona, do ślepych nie należał. Dlatego właśnie zauważył, że do jego kościoła trafiła całkiem niebrzydka osoba. Zawsze miał jakąś słabość do elfów, jedna z jego pierwszych byłych należała do tej rasy i posiadał z nią w większości dobre wspomnienia. Niski jakiś, ale włosy miał ładne i twarz. Trudno spodziewać się, by prostytutka była brzydka.
Może Kruk nie odwiedzał takich przybytków, ale doskonale wiedział, jak się takie osoby rozpoznawało. Można powiedzieć, że to dzięki wielokrotnemu korzystaniu z ich usług. Wszystko miało w końcu swoją cenę, a i on czasem pragnął, by ktoś uzdolniony się nim zajął. Niestety od przyjęcia tej nowej postaci, nie mógł korzystać z usług. Znalezienie sobie drugiej osoby do stosunku również nie było łatwym zadaniem, bo nikomu nie ufał na tyle, by pozwolić na takie zbliżenie.  Wystarczy kilka bezmyślnych słów i katastrofa gotowa. Na razie starczyły mu jednoosobowe metody.
Postanowił nie podchodzić do elfa, nauczony już doświadczeniem, że większość sama nie zacznie rozmowy, nawet jeśli bardzo jej potrzebują. Ten jednak postanowił przerwać ciszę panującą w domu Jedynego. Dziwnym słowami, żeby być dokładnym.
— Jestem do twojej dyspozycji — odpowiedział, podchodząc bliżej. Gdzieś tam na krańcu języka kryło się słowo dziecko. Używał go tylko, gdy chciał z kogoś zakpić. Nazywanie dziećmi osób w jego wieku bądź też niewiele starszych, było dla niego dziwnym wybrykiem religii.
Rozejrzał się, ale nie wyglądało na to, że nadchodzą tłumy, a konfesjonał tak daleko. Uznał, że nikomu nie zaszkodzić sposób twarzą w twarz.
Zasiadł na ławce obok Oriona, na tyle daleko, by przypadkiem nie stykać się którąś z części ciała. Splótł dłonie na kolanach i pochylił się do przodu, by lepiej słyszeć.
— Opowiedz Panu, co cię trapi.

Sorry za błędy, usypiam już

23.08.2021

Od Ojca Kruka CD. Adama

Wyszedł na zewnątrz, trzymając w ręce martwego zająca pokaźnych rozmiarów. Od razu uderzyło w niego suche, gorące powietrze. Całe życie spędzone na pustyni, a on jednak preferował wieczory. Osłonił oczy od słońca i przeszedł przez plac, w stronę wylegującego się jaszczura. Ten uniósł łeb, ale nie ruszył się z miejsca. Leniwie tylko się przeciągnął, długie łapy przejechały mu ziemi, wzbudzając drobinki pyłu do lotu.
Nigdy nie nadał mu imienia. Nie nazywał wierzchowców, bo nie widział takiej potrzeby. Zbyt łatwo coś im mogło się przytrafić i trzeba było szukać kolejnego. Do jaszczura jednak się przyzwyczaił, gładził czule po łbie i czasem zwracał się per gadzino. Zwierz był wytrwały i spokojny. Jego kaprawe oczy wydawały się dziwnie znajome, jakby patrzyli na niego przestępcy z Bezkresów, wśród których dorastał. Był lojalny jak dobry pies, którego trudno przekupić, ale nie jest to niemożliwe. Dlatego Kruk karmił go mięsem zajęczym, jeśli tylko jakiegoś udało mu się upolować.
To bydle nie musiało jeść często, ale porcje miał ogromne. Czasem, jeśli znajdowali się odpowiednio daleko od miasta, a noc była dostatecznie ciemna, wpuszczał go na czyjeś pastwisko. Nigdy nie pozwalał mu zabijać więcej niż jednej krowy, a resztki wsadzał na grzbiet i zostawiał na później.
Zwierzę było nagrzane, gdy wkładał na niego siodło. Czuł temperaturę, nawet jeśli od łusek oddzielał go materiał i skóra. Sutanna przyklejała się do jego skóry, czuł jak pot zaczyna ściekać pod długimi rękawami. Nucił pod nosem piosenkę, której znajomość nie przystoi kapłanowi, ale też nikogo nie dziwiła. Jeśli chciał znaleźć się w tawernie przed zapadnięciem zmroku, musiał wyjechać odpowiednio wcześnie. Noce na pustyni były piękne, ale dziś wolał znaleźć się w towarzystwie innych ludzi, nie bezkresnych piasków.
Pani Robertson czekała na niego przed domem, z rękami splecionymi na piersi. Była starszą kobietą, która narodziła się na tej farmie, wychowała potomstwo i miała zamiar zostać pochowana na tej ziemi. Nie mogła sobie pozwalać na wizyty w kościele w każdy święty dzień, ale starała się przybywać regularnie. Poza tym, jej datki zawsze były hojne i często dawała domowy ser w podzięce za służbę. Niektórych wiernych mógł ignorować, ale pani Robertson za bardzo przykładała się do jego wygody.
Jej oblicze rozchmurzyło się nieco, ale zmarszczka między brwiami pozostawała widoczna, gdy Kruk przywiązał swojego wierzchowca do słupa. Kobieta zaprowadziła go do środka. Jej pierworodny leżał w łóżku z wysoką gorączką.
Znachorka odsunęła się, gdy wszedł do pomieszczenia. Kiwnął na nią głową. Nigdy nie ważył się wątpić w jej umiejętności, sam był często leczony przez matkę lub przypadkowych znawców, którzy zgodzili się na tak niewielką zapłatę. Tym razem jednak choroba zdawała się wykraczać poza jej zdolności, dlatego wezwali jego.
Uklęknął przy mężczyźnie i przyłożył rękę do jego czoła. Ten zdawał się nawet nie zauważać jego obecności. Kruk zmówił modlitwę, tak jak mu przykazano. Nie pamiętał wszystkich słów, więc szeptał je niewyraźnie pod nosem, gdy kobiety powtarzały. Następnie powstał, by potem wziąć ciężką rękę mężczyzny w swoje. Prosił Jedynego o łaskę, by pozwolił mężczyźnie wrócić do zdrowia. Wiara niewiele zdziałać mogła, więc błagał też boga, tym razem bezgłośnie, by dał mężczyźnie szybką śmierć.
Czasami sobie rozmawiali, on i bóg, w którego nie wierzył i któremu nie ufał. Uznawał, że mieli dobrą umowę. On zapewniał mu wiernych, a w zamian zabierał wszystkie pieniądze, których Jedyny i tak przecież nie potrzebował. Pani Robertson namówiła go na ciepły posiłek, przed którym bronił się tylko ze względu na zwyczaje. Jedli, prowadząc ciche rozmowy, gdy jej syn stękał za jego plecami. Miał ochotę go dobić, ale nie mógł sobie na to pozwolić.
Wizyta okazała się dłuższa, niż przypuszczał. Pogłaskał zwierzę po pysku, zanim na nie wsiadł. Byłoby mu żal stracić gadzinę, zwłaszcza teraz, jak przyzwyczaił się do dziwnego tempa jaszczura. Podejrzewał, że wróci w te okolice w przeciągu parunastu dni. To nie byłby pierwszy pogrzeb, który przeprowadzał. Zastanawiał się, czy pani Robertson wygoniła gdzieś młodsze potomstwo, czy po prostu kryło się po kątach i nie chciało widzieć, jak ich brat oddycha coraz słabiej z każdą chwilą.
Znów dostał jedzenie w podzięce i jakaś część jego nawet chciała skonsumować je w drodze, ale jaszczur zaraz zacząłby się wyginać i wyciągać swój długi jęzor. Kruk marzył o kuflu zimnego piwa, ale na niego musiał jeszcze chwile poczekać. Duchowny nie był ponad problemami zwykłych ludzi. Takimi problemami, jak pęcherz. Przypomniał sobie o nim, gdy przejeżdżali niedaleko ładnych krzaczków.
Zostawił zwierzę za sobą, nie przywiązane, bo nie planował znikać na długo. Nie planował również, że ktoś zareaguje na niego poprzez groźby i wyciągnięcie rewolweru. Podciągnął więc spodnie i wyszedł na spotkanie. Gdyby ubranie na to pozwoliło, schował ręce do kieszeni, a tak to musiał zadowolić się tym, że wiszą po jego bokach. Kciukiem sprawdził tylko, czy wyczuwa pod nią znajomy kształt rewolweru.
— Czy to jest dobry sposób, by witać podróżnego, który wraca z ostatniego namaszczenia? — zapytał, uśmiechając się. Uśmiech został mu jeszcze z czasów, gdy był Luką. Podobno był ładny. Nie za szeroki, by nie wyjść na nieszczery, ale ładny. — Nie znamy się jeszcze, prawda?
Problem zawsze był taki, że Ojca Kruka ludzie mogli kojarzyć, co nie oznaczało, że on kojarzy ludzi. Niektórzy przewinęli się przez kościół raz i nigdy nie wrócili. Inni spotkali go w tawernie i byli jednymi z wielu, którzy zapytali “A co ojciec robi w takim miejscu?”. Oczywiście istniała jeszcze inna grupa, której obawiał się najbardziej. Ci którzy naprawdę go znali, zanim jeszcze ukradł jaszczura, ściął włosy i zgolił brodę. Takich na szczęście spotykał rzadko i jeszcze rzadziej był zmuszony rozmawiać.
— Nazywam się Ojciec Kruk i jednak wolałbym nie skończyć z dziurą w głowie. Jeżeli słowa cię nie przekonują, to mogę co najwyżej poczęstować cię jedzeniem od pani Robertson. Może to starczy, by zaświadczyć o moich dobrych intencjach.
Jego głos pozostawał uprzejmy i łagodny. Nauczył się tak mówić, niczym do owieczek, dopiero jako Kruk. I nawet jeśli pozostawał spokojny, to gdzieś z tyłu głowy zastanawiał się, jak szybko wydobędzie broń, w razie takiej potrzeby i czy gadzina da radę dorwać mężczyznę, jeśli ten jednak postanowi strzelić. Raczej w to nie wierzył. 

Adam?

20.08.2021

In what order to abandon this life?

Ojciec KrukSzczerze wierzący w potęgę pieniędzy
Miano podawane:Nataniel Crow Miano prawdziwe:Luca Love
Płeć:Mężczyzna Wiek:29 lat Data urodzenia:26.08 Wzrost:188 cm Zawód:Kapłan Pochodzenie:Bezkresy

Jedyny
Nazwisko Love dostałeś, jak miałeś 9 lat i matka wysłała cię do szkoły, byś nauczył się czytać. Ona nigdy jednego nie miała, a o tym ojca nikt nie chciał słyszeć. Straciłeś je, jak miałeś 14 lat i pierwszy raz kłamałeś przed szeryfem. Zostawiłeś sobie imię, ale wkrótce i ono się zmieniło. Potem rzucałeś nimi jak kartami. W jednej spelunie bywałeś Edmundem, w innej Peterem. Na Bezkresy wracałeś, póki matka żyła. Nie było cię przy niej, gdy choroba odebrała jej ostatni dech. Czasami o tym myślisz, zwykle zapominasz. Łapiesz się czasem, że nie pamiętasz, jak się przed chwilą przedstawiłeś. Za dużo tożsamości, za dużo kłamstw. Postanowiłeś się ustatkować, ale tam gdzie inny mężczyzna wybiera żonę, ty założyłeś czarną szatę, którą ukradłeś martwemu kapłanowi.

Zbaw nas
Przedstawiłeś się jako Kruk, bo tego jeszcze nie używałeś. Ściąłeś włosy, zgoliłeś niewielki zarost. Twoja twarz nagle zaczęła wyglądać młodziej, gdy zmyto z niej warstwę piasków z pustyni. Nie uważasz Ojca Kruka za fałszywe miano. Nie umiałbyś określić, jakie jest prawdziwe, chociaż jedyny dowód twojej egzystencji jest podpisany „Luca Love, nauka w szkole, ponaglenie do zapłaty”. Nie wierzysz, ale oni nie muszą tego wiedzieć. Nikt i tak cię nie zna, ale kłaniają się i starsi wrzucają datki. To łatwiejsze niż kradzież. Oddają ci to przecież z własnej woli. Czasem zatrzymasz się wieczorem i zmówisz krótką modlitwę. Uważasz, że tyle jesteś Mu winny. Modlitwę zawsze składasz za rzezimieszków, paserów i złodziei, bo jesteś jednym z nich i nawet w tych paru słowach chcesz coś ugrać.

Od złego
Jeździsz na wielkim jaszczurze z Gardzieli. Zabrałeś go śmiałkowi, który myślał za mało, mówił za dużo i za bardzo wierzył w potęgę grosza. Nosisz rewolwer, ale tego nikt nie musi wiedzieć, bo zawsze jest ukryty pod długą sutanną. Rzadko ją zdejmujesz, bo wtedy znowu jesteś nagi. Ona daje ci więcej mocy niż wszystkie naboje przy pasie. Starasz się wykonywać swoją role. Uśmiechać, rozmawiać, rozgłaszać. Ale wieczorami zaglądasz do spelun i tylko siła woli pozwala ci zatrzymać się na niewinnych flirtach i nie iść o krok dalej. Woła cię Gardziel, wołają cię Bezkresy, ale myślisz, że lubisz to życie. Proste. Stałe. Wiesz, że kiedyś przestanie ci wystarczać. Kiedy głosy staną się cichsze, a każde z twoich imion zapomniane, zrzucisz z siebie też miano Kruka. Nawet nie jest twoim ulubionym.
Emme