Kolumna góra

Słuchy z Krainy
Aktualny rok: 1846

Na ulicach słychać szepty o wielkim wyścigu mającym ciągnąć się przez całą Krainę – za wygraną przewidywana jest gigantyczna suma pieniędzy, amnestia wszystkich przestępstw oraz zapewnienie bezpieczeństwa na okres roku. Co ambitniejsi już poszukują wierzchowców na ten morderczy wysiłek.

W Saint Thomas w niewyjaśnionych okolicznościach zniknął kolejny szeryf. Za każdą przydatną informację przewidziana jest nagroda.

Już niedługo w Jackburg: cyrk! Kobieta-guma, linoskoczkowie i najsilniejsi ludzie w całej Krainie. Przyjedzcie zobaczyć to na własne oczy.

Aktualnie poszukiwani są: Otelia Crippen
Dziękujemy za pomoc w schwytaniu Clide'a 'Smiley' Byersa. Aktualnie oczekuje na wyrok sądu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adam Walsh. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adam Walsh. Pokaż wszystkie posty

30.01.2022

Od Adama cd. Ojca Kruka

— Blisstown, mówisz — mruknął rewolwerowiec. — Ciekawe miejsce. — dodał, raczej kurtuazyjnie, w rzeczywistości tej zaśmierdłej, obrzydliwej dziury nienawidząc; może było to winą wspomnień. — W sumie może mógłbym się z tobą zabrać. Skorzystałbym z bardziej przyjaznych — rozejrzał się dookoła, rozłożył ręce, ale nie na tyle szeroko, by utracić dostęp do swojej broni — warunków.
Walsh podrapał się trochę pod brodą, orientując się, że już dawno należało się ogolić. Stłuczone lustro i tępa brzytwa w jukach jednak niezbyt pomagały w doprowadzaniu się do ewentualnego porządku, a zawsze pedantyczny i doprowadzony do należytego porządku Walsh przypominał po kilku tygodniach podróży zarośniętego, ale jeszcze niebrodatego pustelnika wyciągniętego prosto psu z gardła, a może i samej Gardzieli, kto wie. Bo czy nie kwestią jedynie czasu było wyrośnięcie jakichś zakręconych, krowich rogów czy ewentualne podmienienie ludzkich kończyn na zgrabne raciczki? Wydawało się to raczej prawdopodobnym, mając na uwadze to, co w jukach, prócz tego nieszczęsnego lustra oraz tępej brzytwy, spoczywało, połyskując nieśmiało zielonym światłem, które, w tym przypadku dzięki Jedynemu, tłumione było przez smoczą skórę.
Brwi rewolwerowca ściągnęły się nagle, nie wiadomo czy w trwodze, czy może w rozterce, która teraz zyskiwała na kształtach, malowała się w całkiem kuszących, ale jaskrawych i niebezpiecznych barwach. Jeszcze przed chwilą strzygący uszami Krowa prychnął teraz, położył je po sobie i wyciągnął łeb w kierunku okropnego stwora. Prychnął, końskie nozdrza rozszerzyły się gwałtownie i nawet przednia noga poszła w ruch, grzebiąc kopytem w piachu. Pył uniósł się trochę powyżej kostek, działając na wyobraźnię, jakoby dwa czteronogie organizmy szykowały się do skoku ku cudzemu gardłu. 
— E, Krowa! — ryknął Adam, skacząc ku ogierowi. Jedyna ostroga kliknęła, ledwo trzymając się butów. Nie dociągnął odpowiednio paska. — Bez popisów. — Pochwycił za wodze, szarpnął za nie odpowiednio.
Koń odpowiedział uniesieniem łba, pokazaniem białek oczu. Nafukał się, prychnął po raz ostatni i przestępując z nogi na nogę, po prostu odpuścił, może i z odrobiną rozczarowania. W końcu lubił się popisywać.
Trzepnął więc na podkreślenie swojej irytacji ogonem.
— Uważaj, Natanielu. — Walsh uśmiechnął się niebezpiecznie, dłonią pogłaskał karą sierść tworzącą jedną z łat na końskiej szyi. Drapnął przy grzywie, szorstki lok owinął wokół palca. — Nie daj Jedyny, mój wierny wierzchowiec weźmie twe słowa do siebie — stwierdził, lekko przedrzeźniając księdza. — A mogę ci zagwarantować, że jest zdecydowanie wygodniejszym od — omiótł nadal niepewnym spojrzeniem jaszczura. Rewolwer znajomo opierał się o biodro — twojego jaszczura. Z całym szacunkiem, oczywiście, nie chciałbym nikogo, ani niczego urazić — parsknął śmiechem, puścił końskie wodze, po czym skłonił się nisko, niby porządny aktor w porządnym teatrze.
Przedstawienie skończyło się niezwykle prędko. Krowa parsknął, pchnął dużym łbem Walsha w przód. Rewolwerowiec zakołysał się niebezpiecznie, zdążył jednak podstawić nogę, unikając w ten sposób widowiskowego upadku. Przeklął pod nosem, gwałtownie obracając się do swojego konia.
Czarne jak węgliki oczka połyskiwały bardzo wesoło, ogier zastrzygł uszami.

7.12.2021

Od Adama cd. Margaret

Ciężkie powietrze tego wieczoru kleiło się do sylwet w saloonie, atmosfera wydawała się ciążyć na barkach zmęczonych całym dniem, nafukanych przez uciekające im krowy kowbojów i styranych prostytutek. Te cały czas udawały swe zainteresowanie potencjalnymi klientami, którzy w ich ramionach na pewno mogliby całkiem przyjemnie się zrelaksować, ale nawet kobiece palce krążące po ramionach, opuszki muskające karki wydawały się w tamtej chwili wyjątkowo niesubtelne, wcale nie tak kokieteryjne, jak zwykle.
Kosteczki chudych palców zastukały o drewniany blat szynkwasu, ukazując zniecierpliwienie swojego właściciela, który czym prędzej chciał ugasić swoje całodniowe pragnienie – srokatym ogierem jego własności już dawno się zaopiekowano, wypadało więc, by i o niego, jak zapowiadano mu, gdy przekazywał wodze ze swoich rąk w cudze, dosyć delikatne, ale brudne, odpowiednio zadbać.
Znudzony, lekko poddenerwowany tą niecierpliwością wielkiego i ważnego w jedynie własnym mniemaniu panicza, jak i prawdopodobnie całkiem utyrany tą gęstą atmosferą barman o krzaczastych brwiach podszedł do mężczyzny, udając, że trzymane przez niego szkło właśnie jest polerowane idealnie nadającą się do tego szmatką – sądząc po jej stanie oraz brudzie, który już uczynił ją sztywną, nie nadawała się do tego nawet w najdrobniejszym stopniu. Te krzaczaste, charakterystyczne brwi uniosły się w niemym pytaniu, a Adam Walsh odpowiedział tym samym, jak to w swym zwyczaju miewał, bo przecież lubował się w podjudzaniu, które rzadko kiedy wychodziło mu na dobre, ale przecież nie o to w tym wszystkim ostatecznie chodziło.
— Czego? — zapytał w końcu ten nieszczęśliwy, teraz równie zniecierpliwiony co rewolwerowiec, barman, a Walsh, ponownie kierując się własnymi rytuałami, uśmiechnął się ślicznie, wyjątkowo proste zęby, jak na te okolice, w tym cudnym grymasie ukazując.
Pochylił się nad drewnem, zmrużył oczy, zmarszczył czoło i obaj panowie wiedzieli, co się święci i że rozmowa ta wcale przyjemną, ale przede wszystkim krótką wymianą zdań nie będzie.
— A co macie?
Barman nafukał się nagle, dwukrotnie lub nawet i trzykrotnie napompował się w barach, co przy wątłym rewolwerowcu wyglądało bardzo widowiskowo, pochylił się nad blatem i bardzo niewiele brakowało, by czoła obu panów zetknęły się ze sobą, spięcie w atmosferze saloonu jedynie potęgując. Walsh schował swe piękne ząbki, twarz trochę spoważniała. I tylko niebezpieczna iskra przeskoczyła w błękitnym oku, pytająco, jakby oczekując podjęcia przez barmana decyzji – czy woli, by nos mu prędko i trochę boleśnie odstrzelić, czy może jednak ten nieproporcjonalnie mały czubek należałoby na twarzy pozostawić w świętym spokoju oraz grzecznie pana bardzo zmęczonego Walsha obsłużyć.
Bardzo zmęczony Walsh miłym bowiem nie bywał, bardzo zmęczony Walsh wolał bowiem szukać zaczepki. 
— Powtórzę się ładnie, co macie? No przecież nie zgadnę.
Barman otworzył usta, coś powiedział, rewolwerowiec nie wiedział, czy słowa jednak okazały się odpowiedzią na zadane pytanie – uderzono w pianino. Obaj mężczyźni podskoczyli, oczy szerzej otwierając i po odpowiednim namyśle decydując się, wyjątkowo zgodnie, że przedstawienie na podeście bardzo chętnie przez chwilę poobserwują. Barman z czysto zawodowych pobudek, by wesołe, umuzykalnione towarzystwo prędko w odpowiednim momencie doprowadzić do porządku, a Adam Walsh, jak to Adam Walsh lubujący się w niecodziennych wybrykach wśród otaczających go zazwyczaj nudnawych person, ze zwykłej ciekawości, która, jak mu może kiedyś dawno zapomniana matka raz czy dwa na ucho szepnęła, miała nie pozwolić duszy chłopaka zaznać świętego spokoju, a miast tego doprowadzić jego biedne, wątłe ciało do ostatecznego rozkładu oraz pożarcia przez wstrętne i obślizgłe robactwo.
Okropna wizja, rewolwerowiec jednak już od dawien dawna miał się nią nie przejmować – zbyt wiele zła wyrządził, by dało się ją z pisanego mu losu przepędzić, pominięcie błękitnym okiem sylwet interesującej śpiewaczki i trochę mniej interesującego mężczyzny więc też by nic nie zmieniło. Adam Walsh może i uśmiechnął się szeroko na ten kobiecy grymas, równie bezczelny co i jego, co z tego, że nigdy nie miał być skierowany ku niemu, może parsknął pod nosem śmiechem, który przygłuszono przez saloonową wrzawę.
Poklepał po ramieniu nadal niezbyt chętnego do tego typu znaku pokoju barmana, ale co z tego, gdy humor rewolwerowca odrobinę i na chwilę się poprawił. 
— Najlepsza whisky, jaką macie. — I puścił mu oko, a gdy powieka dotknęła tej dolnej, gdy rzęsa musnęła polik, pomieszczeniem zatrzęsło, pianino zapiszczało, wszyscy goście podskoczyli, czy to na swych nogach, czy na tyłkach usadowionych na drewnianych, skrzypiących krzesłach. Mężczyzna stojący przy pannie żachnął się, krzyknął, twarz mu pobrzydła we wstrętnym grymasie, ciało skurczyło się w bolesnym wstrząsie, ręka wręcz wygięła pod zupełnie nienaturalnym kątem. Ucichło w całym saloonie, wszystkie oczy, bardziej zaszklone i te mniej, zwróciły się w kierunku podestu.
Walsh zagwizdał w podziwie, ciszę przerywając, uniósł dłoń ku barmanowi, przekazując mu nieme ta whisky to za chwilę, mam świat do uratowania.
Do dwójki zbliżył się powoli, bo nigdy nigdzie się nie spieszył, a przynajmniej żył z dnia na dzień w takiej słuszności, błękitnego spojrzenia nie zdejmując z szanownego państwa na podeście nawet na chwilkę.
Rewolwer proroczo uderzył o drewniane pudło, niezbyt subtelnie swą lufę kierując ku mężczyźnie. Kątem chłodnego oka zlustrował te jego biedne palce, przeklnął w myślach, stwierdziwszy, że zaboleć, zabolało. 
— Matka nie nauczyła, że narzucać się kobiecie po prostu nie wypada? — rzucił, zerknął na stojącą obok dziewczynę. 
W ciszy słychać było każdy szmer, każde przełknięcie gęstej śliny. Ktoś poruszył się niespokojnie na krześle, to zaskrzypiało, inny przestąpił z nogi na nogę, zaskrzypiała więc i podłoga. Adam Walsh wiedział, że chwila moment, a powinien zacząć się przygotowywać na ewentualną pięść lub szklankę lecącą prosto ku jego głowie. Wziął głębszy oddech, kciuk w groźbie zatańczył na kurku broni. 
Nikt dawno nie pierdolnął go porządnie w ryj i kto wie, czy właśnie tego tego wieczoru po prostu nie potrzebował. 

niech szklanki latają, niech leje się krew, a później wszyscy usiądźmy w kółeczku i po prostu się napijmy

20.11.2021

Od Adama cd. Jane

Błękit tęczówek przez kilka sekund zawisł na biednej Susan, młodej i o buźce bardzo dla oka przyjemnej. Ale tylko tyle. Przyjemnej i nic więcej. Westchnął, spojrzeniem podążył i dalej, ku wspomnianej przez panienkę Helen, mającej zająć się, jak dane mu było zrozumieć, Krową. Zmarszczył czoło, odchylił się trochę od blatu – ku niej. Przez twarz prześlizgnęła się jakaś szelmowskość, jakaś niezbyt bezpieczna iskra. 
— Tylko uważaj — mruknął ku kobiecie, uniósł dłoń, chcąc ją na chwilkę wstrzymać w jej zabieganiu, zawiesić za pomocą jednego, drobnego gestu palcem w całej czasoprzestrzeni. — Jest trochę narowisty. Jakby się zbytnio narzucał, to krzyknij do niego per Krowa i zdziel go po chrapach lub pomiędzy uszami, jeżeli nadto głowy nie zadrze. Powinien się uspokoić, masz moje błogosławieństwo. — Bo to on był tu od udzielania zbawienia. Od podejmowania decyzji, komu los miał być przychylny, a komu troszkę mniej.
On, Adam Walsh, ponownie prezentujący się w swojej świetności. On, Adam Walsh, ponownie wymykający się spod kobiecego pantofla, choć nadal utrzymujący swą głowę nisko, wzrok barwiąc na usłużność oraz pokorę – nie chciał w końcu cudzej śliny w piwie.
Obrócił się ku barmance i uśmiechnął się ku niej życzliwie, może i parsknął śmiechem na tę doskonale czytelną sugestię w jej głosie. Ukrytą w lini obojczyków, w wyciągniętej szyi. W pasmach włosów przypadkiem układających się na wcześniej wspomnianej szyi, na bardzo ładnych barkach wręcz idealnie.
— Przespałbym się — stwierdził zgodnie z prawdą, bardzo uprzejmie, w podziękowaniu za to sycące dla oka przedstawienie, skinął głową. Zastukał kilka razy kosteczkami palców o blat, zmarszczył czoło, zastanawiając się. Rozejrzał się dookoła, poszukując w saloonowym towarzystwie jakiejkolwiek grupi skupionej na jakiejkolwiek grze. Najchętniej karcianej. Najchętniej takiej, w której do wygrania były pieniądze. Najchętniej, by stanowiłaby dla niego jakiekolwiek wyzwanie, by za prędko się nie znudził, by nie ogołocił towarzystwa ze wszystkich pieniędzy po jednej partii. — Na ten moment, jak podejrzewam, stać mnie tylko na ten na parterze, ale… — zawahał się przez chwilę, chłód oczu ponownie zlustrował kobietę — ale jeszcze przecież się nie kwateruję. Kto wie, co zdarzyć się może tej nocy — mruknął, coś w błękicie zaiskrzyło. — W końcu długa, a ja nie zamierzam na razie iść spać. Dobrze gram w karty. I całkiem nieźle strzelam, gdybyście potrzebowali kogoś do prędkiego wprowadzenia porządku.
Obrócił się całym sobą do baru, opuszki zatańczyły na kuflu. Bez wahania, choć to w umyśle się pojawiło, wziął łyk piwa. Westchnął.
— Oprowadzenie brzmi bardzo dobrze. Skorzystam, jeżeli oczywiście będziesz mieć czas i chęci — mruknął. — Ale nie chciałbym się narzucać. W końcu to nieeleganckie.

im sorry too

11.11.2021

Od Adama CD. Mae

— Walsh, kiedy zapłacisz? — Starzec zlustrował chuderlaka surowym spojrzeniem.
Ledwo trzymał się na nogach. Wychudły, z zapadniętymi polikami, które, w niby przyjemnym dla panieńskich ocząt akcie, miały podkreślać te jego kości policzkowe. Garbił się obrzydliwie. We włosach ni blasku. Z oczu też mu okropnie patrzyło. Chłodne, błękitne, pozbawione jakiejkolwiek empatii dla drugiego człowieka. Podkreślone jedynie worami pod oczami.
I był chytry, zbyt chytry, a starzec nie przepadał za chytrymi ludźmi.
Rewolwerowiec wzruszył ramionami, niedbale i zbywająco, jak to miał w swoim zwyczaju. Zadawano mu za dużo pytań, na które nigdy nie mógł, nie chciał lub nie potrafił odpowiedzieć. W tym przypadku szło o to ostatnie, decyzja ta podjudzona była również przez ból głowy związany z alkoholem wypitym dnia poprzedniego.
— Nie wiem — stwierdził w końcu, dzięki Jedynemu, w którego przecież nigdy nie wierzył, że choć konkretnie. I że wyjątkowo nie skłamał. — Pewnie jak znowu tu zajrzę — mruknął, odbierając swoje rewolwery od mężczyzny, by następnie wcisnąć je do kabury. Przed tym potrzymał je przez chwilę w dłoniach; leżały, jak zawsze, doskonale.
A więc nic się nie zmieniło.
— Walsh, do wszystkich kurew. A niby kiedy zajrzysz? Wisisz mi już za…
— To trzeba było mi pozwolić grać w karty. Przy okazji spłaciłbym twoje długi.
— Ty? — Mężczyzna podniósł brew, pomarszczone czoło zmarszczyło się jeszcze bardziej, o ile było to możliwe. — Taki dobroduszny? Przecież ciebie zna…
Adam prychnął, ponownie przerywając wywód starca.
— Kurwa, czy będziesz łaskawy i przestaniesz mi cały czas przeryw… — przerwał, orientując się, że rewolwerowiec już nawet na niego nie patrzy. Bo ten nie odpowiedział, nie czekał na jakąkolwiek wymierzoną w jego kierunku broń, na pięść lecącą w kierunku chudego polika czy nawet środkowy palec. Zamiast tego Adam Walsh po prostu obrócił się na pięcie w połowie słowa starca, poprawił pas z rewolwerami, tak na wszelki wypadek, po czym uniósł dłoń, w pożegnalnym geście pokazując jedynie jej grzbiet. Nawet nie zerknął przez ramię, stwierdziwszy, że nie ma na to czasu.
— Do zobaczenia — burknął pod nosem starzec, gdy żegnały go skrzypiące drzwi. Powinien był je już dawno naoliwić.

Jęknął, próbując wdrapać się na Krowę, niezbyt przejmującego się tymi nieudanymi próbami swojego właściciela starającego się czym prędzej zasiąść na swoim rumaku i wyjechać z kolejnej dziury, w której dane mu było przenocować. Puślisko stęknęło, jęknęło, gdy strzemię wzięło na siebie ciężar mężczyzny, siodło trochę się przechyliło, a Krowa prychnął z oburzeniem i położył po sobie uszy, bo przecież zazwyczaj dosiadano go z gracją i elegancją, a nie z kacem oraz wątpliwą równowagą. Ogier przestąpił z nogi na nogę i trzasnął ogonem, ten obił się o drewniany płot.
— Krowa, spokój — syknął Adam, ściągając gwałtownie wodze. Koń w końcu się podporządkował, choć parsknął, swe niezadowolenie nadal w sposób oczywisty ukazując – bo przecież mógłby ganiać na pobliskim padoku za kobyłami, a nie ruszać dalej w drogę, nadwyrężać mięśnie w niezbyt sprzyjających warunkach.
Łydki docisnęły się do końskich boków, a mężczyzna zostawił miasto za sobą, stwierdzając, że należy o nim zapomnieć, by i jego mieszkańcy zapomnieli raz, a na zawsze o Adamie Walshu, który nawiedził je kilka razy niby duch, zmora i zapowiedź jakiegoś nieszczęścia. Kilkudomowa dziura złożona z jednej, szerszej ulicy spłonęła kilka dni później, czyszcząc rewolwerowca z jego wszystkich grzechów, zaniedbań oraz długów.

Gdy ją znalazł, dym nadal widoczny był na horyzoncie.
Leżała na ziemi, a, jak się domyślał, jej kobyła o całkiem inteligentnym spojrzeniu pasła się kilka kroków dalej. Uniosła łeb, zastrzygła uszami, uszami w ekscytacji zastrzygł i Krowa. Walsh przeklnął pod nosem.
— Tylko spróbuj — syknął, ściągając wodze. Koń zatańczył pod siodłem, dzięki Jedynemu, że nie za blisko nadal leżącej na ziemi dziewczynki.
Rewolwerowiec westchnął ciężko, zeskoczył z siodła. Krowę przywiązał – oczywiście dalej, nie chcąc, by ten wskoczył na grzbiet pobliskiej klaczy. Jakiś kamyk uciekł spod skórzanej podeszwy buta, ostrogi zabrzęczały, a Adam Walsh ukucnął. I dotknął dłonią, oczywiście bez rękawiczki, bo przecież rękawiczek od dawien dawna już nie miał, policzka dziewczynki, przy okazji mrużąc oczy, ściągając brwi, marszcząc czoło.
— Hej — mruknął, mocniej przyciskając palec do miękkiego, dziecięcego polika. — Hej — powiedział głośniej, pstryknął w niezdrowo bladą skórę. Nie ruszyła się, ale, dzięki Jedynemu, oddychała.
Choć rzadko kiedy chował nawet swoich przyjaciół, o ile tych w ogóle posiadał, tak nie wiedział, czy chowanie obcego mu dziecka nie przysporzyłoby mu kolejnych koszmarów. Kraina była miejscem bezwzględnym, dla każdego i bez wyjątku, niesprawiedliwą, okropną. Nadal czasami jednak spoglądał w niebo, zastanawiając się, czym sobie niektórzy zasłużyli.
Z zamyśleń wyrwały go jakieś bardzo ostre ząbki na opuszku palca wskazującego.
— Kurwa! — krzyknął.
Konie zadarły łby, on sam odskoczył od dziewczynki, w pobliskich krzakach zaszeleściło – uciekły z nich ptaki. Adam Walsh uniósł swoją dłoń na wysokość twarzy, teraz przyozdobionej grymasem bólu.
Na opuszku wisiał szczur.

przepraszamy za tak chaotycznie pourywane scenki ;w;

5.10.2021

Od Adama CD. Jane

Zlustrował kobietę wzrokiem, bo to zawsze było w jego zwyczaju. Bo po prostu lubił to robić, nieważne, czy miał do czynienia ze starszą, miłą panią w okolicach kościoła pragnącą przepędzić go swoją drewnianą, pogiętą laską, czy może, jak w tym konkretnym przypadku, zbyt pewną siebie barmanką. Bo był to istny rytuał, który musiały wykonać dwa chłodne, błękitne ogniki, nim na dobre skupiły się na twarzy swojego rozmówcy. Oceniały, analizowały, szukały punktów zaczepienia – czasami owymi stawały się całkiem ładne obojczyki, zbyt odkryte ramię, głęboki jak na wszelkie standardy dekolt.
Nie miał sobie nic do zarzucenia, nie wstydził się tego i nigdy nie było mu przykro. Odwdzięczał się dokładnie tym samym, czym go obdarowano, tak jak, niby w prezencie, jasne oczęta spłynęły po nim od góry do dołu – nie żeby się tym przejął.
Adam Walsh przejmował się jedynie sobą.
Pokręcił głową, z płuc wydostało się po cichutku powietrze. I nawet się uśmiechnął, i choć uśmiech był całkiem zmęczony, to szczery. Palce zatańczyły w namyśle na drewnie blatu, a rewolwerowiec parsknął śmiechem. Całkiem ładnie i dźwięcznie, śmiech wręcz wpasował się w wyśpiewywane przez alcik pseudoarie, w niosące się po pomieszczeniu szmery i chichy, w brzęczące ostrogi, w skrzypienie drzwi. Poruszył ramionami. Adam Walsh, jak zawsze zresztą, czuł się jak u siebie. Grający obywatela świata z przelewającą się w wątłym naczyniu pewnością siebie oraz pychą. Tak było wygodniej, tak, zazwyczaj, więcej dało się ugrać.
— Bourbon na pewno byłby dobrym wyborem — szepnął, błękit oka błysnął zadziornie.
Mężczyzna poprawił dłoń na blacie, przysunął się ciutkę, na tyle, by oprzeć łokieć. By palce zbliżyły się do dłoni kobiety, ale by nigdy jej nie musnęły. W końcu był dżentelmenem. Rewolwerowiec cmoknął.
— Problem w tym, że chętnie bym się tutaj też przespał i — głowa sugestywnie poruszyło się w kierunku wejścia — mam konia, któremu trochę owsa oraz świeżego siana na pewno by nie zaszkodziło. No i wypadałoby coś od siebie dorzucić. — Uniósł brwi, ponownie zawiesił wzrok na barmance. — Więc bourbon zostawię sobie na kolejny raz, a teraz… — zawahał się przez chwilę, w teatralnym akcie zmarszczył czoło i wydął wargi. — Piwo oraz mniejszy pokój całkowicie mi wystarczą.
Uśmiechnął się w pojednawczym geście. Uśmiech, choć jak spojrzenie był chłodny, dało zaliczyć się do tych ładnych.
— No chyba, że nie macie wolnych miejsc. Dosłownie wystarczy mi jakiś boks i miska z wodą, prześpię się z koniem.
Dosyć uwłaczająca prośba, która kiedyś prawdopodobnie nie przeszłaby mu przez gardło. Ale teraz należało sobie radzić, a czyste siano ostatecznie wcale nie wydawało się takim złym pomysłem – dostarczało ciepło, może i trochę drapało skórę. Ale na pewno było zdecydowanie lepszym od powycieranych koców, od ubitej ziemi. 
Rewolwerowiec podrapał się po poliku, ściągnął brwi, orientując się, że przydałoby się ogolić. Musiał wyglądać jak obdarty bezdomny. W pewnym sensie nim był.

hot obdartus gotowy do podboju serc niewiast

29.09.2021

Od Adama CD. Ojca Kruka

— Żyjemy w nieprzyjemnym miejscu. Myślę, że na wiele rzeczy Jedyny przymyka oko.
Adam parsknął typowym jak na niego, ślicznym i czystym śmiechem, zgadzając się z całością wypowiedzi. Przymknięte oko Jedynego, które dla zabójców, złodziei i wszelakich ludzi, należących do grup definitywnie przestępczych, miało być całkiem wygodną wymówką, teraz stało się argumentem człowieka, który z religią do czynienia miał na codzień. Jak więc się z nim nie zgodzić, zwłaszcza, gdy Adam Walsh zdecydowanie należał do wcześniej wymienionych osobistości; nawet jeżeli miał się do tego nie przyznawać.
Adam Walsh w końcu miał niepojętą tendencję do zamiatania spraw pod dywan – czy to prywatnych, czy tych, które ujrzały oczęta wszechobecnej publiki gotowej, by go ocenić. Adam Walsh nienawidził być ocenianym, bo za sędzię godnego wydawania na niego wyroków uważał jedynie siebie. Kto wie więc, czy to nie w tej kwestii zdawał się leżeć problem niemożności oddania się, zaufania Jedynemu. Jedno, boskie oko, te zawsze otwarte, wystarczająco drażniło rewolwerowca, by już od dawien dawna nie postawić swej nogi w kościele.
Jakby kiedykolwiek to zrobił. Jakby aktualnie miał w ogóle taką możliwość.
Błękitne oczy zjechały po księdzu niby woda po kaczce, tym razem na spokojnie oceniły jego sylwetkę. Pewną siebie, świadomą gestów, wiedzącą, kiedy klatka piersiowa powinna się poruszyć, a kiedy należało zatrzymać ją w jednym miejscu. Wszystko spowite żałobną czernią, którą Adam Walsh zaliczał do kolejnych religijnych wymysłów nie do pojęcia.
W białych, bawełnianych koszulach wyglądało się zdecydowanie lepiej; dopóki nie przykleiła się do nich czyjaś jucha, oczywiście. 
— Natanielu, gdzie zmierzasz? — zapytał prosto, przy okazji powtarzając imię księdza.
Och, jak dziwnie było zwracać się do księdza per ty. Łamało to odpowiednie granice, było niczym przeskakiwanie rozpadającego się, spróchniałego płotu. Wydawać by się mogło, że odgórnie ustawiona hierarchia społeczna miała im uniemożliwiać taką poufałość.
Ale czy poufałością nie było mierzenie z własnego, pięknego rewolweru prosto w centrum samego czoła biednego duchownego? Adam Walsh takie gesty uważał zawsze za niezwykle zbliżające do siebie. Łamiące lody, można by rzecz.
— Chętnie się z tobą zabiorę — dodał, wzruszając ramionami. Schylił się po swoje rzeczy, zaczynając je powolutku zbierać, zwijać, podnosić. Należało w końcu się spakować. — O ile, oczywiście, miejsce, w które zmierzasz, będzie sensowne. — Chłodny błękit ukryty w tęczówkach błysnął zawadiacko. — W niektórych ośrodkach, załóżmy, nie jestem zbyt lubiany.
Parsknięcie śmiechem miało opuścić usta – szelest w pobliskich krzakach przerwał jednak wesoły dźwięk. Mężczyzna spiął się, stał na dwóch nogach w przeciągu kilku sekund. Ponownie, celował.
— Ktoś z tobą był? — zapytał księdza, swą drugą dłoń utrzymując przy drugiej z kabur. Zawsze w gotowości.
W krzakach zaszeleściło ponownie, a zza listków wysunął się ogromny, jaszczurzy łeb. Zwierz wysunął swój charakterystyczny, rozcięty język, posmakował powietrza. Walsh ściągnął brwi, prędko analizując tę unikatową sytuację.
— Twoje?

27.08.2021

Od Adama do Jane

— Kiedyś to nie było takich jaszczurów na drogach. Ani fretek. Ani niedźwiedzi. I bizonów — rzucił ktoś do niego, tak jakby od niechcenia. Walsh nie znał tego głosu, wiedział jednak, że ów dobiegał do niego tuż zza pleców, lewego ramienia konkretniej.
Rewolwerowiec zmrużył oczy i zmarszczył czoło, oglądając się przez swoje ramię. Krowa zastrzygł uszami, niby szykując się na podsłuchanie rozmowy swojego właściciela i tajemniczego jegomościa.
— Co?
— No mówię. Nie było dziwactwa na drogach. Tylko konie i muły, czasami osły.
— No i co z tego? — burknął jeździec, orientując się, że zagaduje go najwidoczniej bardzo znudzony, stary człowiek, którego jedynym codziennym zajęciem, jak Adam mógł się domyślić, miało być zagadywanie obcych, którzy pojawili się na tej konkretnej ulicy i o tej konkretnej godzinie – tuż po południu, gdy słońce przekroczyło zenit, ale jeszcze nie chyliło się ku horyzontowi.
— Ja to uważam, że ktoś by świństwem mógł się zająć.
Walsh ściągnął gwałtownie wodze wierzchowca, praktycznie zatrzymując go w miejscu. Lewa dłoń zatańczyła niebezpiecznie blisko biodra rewolwerowca oraz broni, która się tam znajdowała.
— Usłyszę jeszcze jedno słowo, a świństwo dostanie kulkę w stopę lub kopa od mojego konia. Do wyboru, do koloru — syknął, zerknąwszy przez swoje ramię.
Mężczyzna zamrugał kilka razy i, na jego szczęście, ucichł na dobre. Walsh ścisnął końskie boki i ruszył dalej, przez miasto i byle do przodu, chcąc jak najszybciej znaleźć miejsce, w którym poza kwaśną, rozcieńczoną alkoholową cieczą można napić się czegoś jeszcze, w którym będzie mógł się przespać na materacu, na którym, miał przynajmniej szczerą nadzieję, jeszcze nikogo nie zamordowano. Marne szanse, ale przecież marzyć zawsze można. Nigdy nie przepadał za pobudkami z twarzą tuż przy dawno zaschniętej, brunatnej plamie krwi.
Doskonale wiedział, że wycieczka do Blisstown będzie wycieczką raczej ryzykowną – w mieście znalazłoby się za wiele osób, które mogłyby rozpoznać chłodny błysk w błękitnym oku czy zwinne palce, kiedyś zajmujące się szybkim wykładaniem swoich kart na obity w atłas stół, teraz jeszcze szybszym naciskaniem na spust. Ale przecież zawsze go tu ciągnęło, do tych tłumów i do tych brzydko uśmiechających się ludzi święcie przekonanych o swojej świetności oraz przebiegłości, do tych nieszczęsnych dzieciaków poszukujących w przeklętym mieście szans i nadziei, tych samych dzieciaków, które ostatecznie kończyły w jakiejś bocznej uliczce z pulchnymi twarzami zanurzonymi w błotnistych kałużach.
I może nawet po cichu liczył na to, że znajdzie tutaj dawno pochowaną we wspomnieniach twarz, trochę ciemniejsze tęczówki od tych jego, trochę głębsze, trochę cieplejsze. Adamowi Walshowi zdecydowanie brakowało tego charakterystycznego uczucia, gdy poczuwasz się za władcę i gdy każdy kłania ci się w pas. Tej obrzydliwej, przerysowanej dumy, którą dzielili wtedy pomiędzy siebie, bo za wiele jej było, by pomieściła się w jednym naczyniu.
Zatrzymał Krowę i zlustrował budynek po swojej prawej, chcąc ocenić w ten sposób jakiekolwiek szanse na czyste łóżko. Przybytek najwidoczniej się nadawał, bo rewolwerowiec już zaraz stał obok wierzchowca, zdejmując wodze z jego szyi. Konia przywiązał, w myślach modląc się – a Adam Walsh robił to niezwykle rzadko – że przez te kilka minut, podczas których planował zorientować się, czy aby na pewno tu zostanie, nikt Krowy nie ukradnie.
Skrzypnięcie drzwi oraz stukot obcasa postawionego na drewnianym parkiecie zagłuszyły rozchodzące się po pomieszczeniu szmer rozmów, głos stojącej w kącie śpiewaczki oraz dźwięki odbijanych od siebie kufli. Walsh niezbyt po swojemu zgarbił się odrobinę i czym prędzej znalazł się przy barze, niezbyt chcąc rzucać się w oczy, choć i tak został dostrzeżony przez czujniejszych klientów saloonu.
Rewolwerowiec o dziwo i bez zwyczajowego mu obrzydzenia zastukał palcami o blat szynkwasu, kątem oka cały czas obserwując pomieszczenie.
— Można się tu napić czegoś, co przejdzie bez bólu przez gardło?

jak zawsze, z góry przepraszam za tego prostaka

23.08.2021

Od Adama CD. Ojca Kruka

Westchnął w końcu, jak to miał w swym zwyczaju, gdy wypuszczał irytację z całego ciała – przez swe łydki, po biodra, by mogła w końcu zakołysać się gdzieś w okolicach żołądka, póki emocja nie dotarła do płuc, gdzie mogła opuścić swego właściciela z przetworzonym już powietrzem. Zostawała jedynie w napiętych mięśniach przedramion, w czujnych palcach i aktywnych, aczkolwiek rozluźnionych nadgarstkach. Bo ręka musiała chodzić miękko, musiała podążać za poleceniami łokcia, łopatki, jeżeli kula miała polecieć ku swemu celowi, którym, jak teraz się okazało, kapłańska koloratka. 
— Ojciec i nie zmawia modlitwy, widząc wycelowaną w siebie broń? — prychnął Walsh, a palce prędko zatańczyły na kolbie, jakby akcentując, że rewolwer cały czas grzecznie i posłusznie leżał w jego dłoni, będąc w gotowości na nawet najdrobniejszy, nieprzyjacielski gest.
Broń zatańczyła w końcu w dłoni, zrobiła całkiem zgrabnego fikołka, niby popisując się swoją zwinnością, bo była bronią całkiem ekscentryczną – w końcu walshową – po czym trafiła do kabury u prawego boku; ruch ten jednak do doskonale wypracowanych, prawie że automatycznych wyjątkowo nie należał. Pas owej jeszcze nie był ściśnięty, luźno zwisając u biodra właściciela, co jedynie podkreślało jego jeszcze niezbyt gotowy do drogi stan. Koszuli nie włożył w spodnie, cztery guziki były rozpięte, bo przecież przed nikim nie musiał się osłaniać, pokazując w ten sposób swe obojczyki czy długą szyję – choć teraz odczuwał niemałą presję, widząc człowieka w kapłańskich szatach.
Nie ukrywał, że świdrował go wzrokiem. Bo przecież mógł to robić, bo nikt nigdy mu tego nie zabronił, bo mama nie powiedziała małemu Adasiowi, że nie wolno gapić się na ludzi. I nawet jeżeli w rzeczywistości o tym wspomniała, karcąc go za niewybredne, błękitne i zbyt przeszywające spojrzenie, to już dawno o tym zapomniał, tak jak o drzewie, pod którym ją pochował. 
Bo w ten sposób czytał ludzi, chłonął ich potknięcia i ewentualne przekłamania. Czerń, za którą skrywał się ksiądz, wszelkie niedoskonałości maskowała jednak idealnie. Pochłaniający wszelkie skazy kolor.
— Nie dbam o dobre sposoby, dbam o własną dupę, Kruku — odpowiedział w końcu na zadane na powitanie pytanie, tak ładnie zaakcentowane bardzo ładnym uśmiechem.
Szkoda, że takie uśmiechy marnować się miały za tą doskonałą czernią religijnych szat, ale przecież to nie do Adama Walsha należała decyzja o poświęceniu się dla niewidocznego, niemego i bezcielesnego bożka. Rewolwerowiec zdecydowanie wolał modlić się do tych, którym mógł spojrzeć prosto w oczy, których mógł musnąć swą dłonią, przy których zmawiał swój prywatny pacierz wprost do cudzego ucha. Z Jedynym nigdy tak blisko nie był i, jak przynajmniej uważał, nigdy miał nie być.
Widoczne na kościelnych ikonach podobizny mężczyzny z przymkniętym, jednym okiem nigdy nie leżały w jego guście. Rewolwerowiec poruszył ramionami, chcąc pozbyć się z nich odrobiny nadal utrzymującego go w swym uścisku spięcia. Kto by pomyślał, że stanie się takim paranoikiem, kiedyś będąc pewnym siebie, zbyt wysoko noszącym swój nos młodzieńcem brylującym po najlepszych salonach. Z ambitnej, potrafiącej ograć każdego w karty osobistości w nieobliczalnego rewolwerowca. I to w kilka lat.
Nieźle.
— Aczkolwiek muszę przyznać, że księdza udającego się w potrzebie na stronę na swoim rachunku nie chciałbym mieć. — Mężczyzna potarł kciukiem wierzch przeciwnej dłoni, ponownie uświadamiając sobie, że powinien załatwić sobie nowe rękawiczki. Nawet jeżeli miałyby nie dorównywać tym starym. — Nic godnego pochwały, choć wydaje mi się, że mało kto w tych okolicach sięga po czyny godne pochwały. Mylę się, Ojcze? Czy nie nosisz pod swym sercem góry cudzych grzechów? — zapytał, kątem oka obserwując Kruka. Prawa brew uniosła się pytająco, czoło odrobinę zmarszczyło. W końcu machnął ręką, zbywając jakąkolwiek odpowiedź, która miała nadejść tuż za chwilę lub wcale. — Nieważne. Adam Walsh — przedstawił się i skinął już bardzo ładnie oraz elegancko głową, jak wypadało robić to przy powitaniach.
Błękitne oko błysnęło przekornie, polik jednak zagryziono, chcąc się powstrzymać od ewentualnych komentarzy, czy to na temat ekstrawaganckiego, aczkolwiek pasującego ptasiego przydomku, czy to dosyć niecodziennego miejsca na spotkanie księdza.
— I nie jestem głodny, dziękuję za serdeczność. Nie mam najmniejszego pojęcia, kim jest pani Robertson i prawdopodobnie nigdy jej nie poznam, ale wierzę, że gotuje doskonale. — I w końcu na walshowej twarzy pojawił się uśmiech.
Uśmiech ładny, ale zbyt chłodny, by mógł być uśmiechem szczerym. Wytrenowany i przemyślany do perfekcji, jak każdy ruch rewolwerowca.

Kruku przepraszamy za nieudane wychowanie A.W.

14.08.2021

Od Adama

Ostroga błysnęła ponownie, bo zwrócono jej dawny blask i pozwolono cieszyć się łapaniem iskr w swą srebrzystą powłokę. Palec przejechał po jej delikatnym łuku, ku końcowi, gdzie paznokieć zahaczył o gwiazdkę. Tej ramię uciekło, umknęło przed pochwyceniem, jak to gwiazdy miały w swym gwieździstym zwyczaju. Zakręciła się, zadrżała, a właściciel owej westchnął cicho, garbiąc się ciut bardziej, bo dzięki czystym, srebrzystym i pięknie brzmiącym, gdy stukało się nimi o siebie, ostrogom w ostateczności nic nie zyskiwał. Nie miał człowieka po swojej prawicy, który parsknąłby i rzucił pytaniem, na cóż to i po cóż tak się stroi, nie miał nawet cudzego uważnego spojrzenia na własnych plecach czy niezwykle upierdliwych docinków, które zasugerowałyby mężczyźnie, że jednak jakąś drobną, zaschłą plamkę ominął.
Adam Walsh ponownie był sam i, jak przynajmniej podejrzewał, tak miało zostać na dłuższą chwilę. I tak miało być lepiej. I może należało w końcu się do tego przyzwyczaić, zająć się wędrówką, poszukać sensowej roboty. Na pewno znalazłoby się stado, którego należałoby dopilnować czy obronić przed ewentualną grabieżą. Bez trudu zerwałby z tablicy ogłoszeń mniejszej, prześmierdłej stęchlizną dziury przypadkowy list gończy z niezwykle prostym celem poszukiwanym za, załóżmy, kradzież kufla z pierwszego lepszego saloonu. Adam Walsh nie miał zielonego pojęcia po chuj komukolwiek brudne i nadtłuczone szkło, ale przecież nie z takimi przypadkami miał już do czynienia, nie do takich ludzi swą bronią celował – nie zawsze do nich strzelał, ale za spust w odpowiednim momencie pociągnąć też ostatecznie potrafił.
Jednak na wszystkie te propozycje kręcił nosem, odpowiadając tak, jak zawsze. Nie brudzę sobie rąk dla marnych pobudek. I miesiąc temu może jeszcze by w to uwierzył, ale teraz sakiewka z pieniędzmi zrobiła się wyjątkowo lekką, a ewentualnych przyjaciół, którzy poratowaliby go pieniędzmi, w tych okolicach po prostu nie miał – jeżeli gdziekolwiek znalazłby jakichkolwiek. W dodatku wielki Adam Walsh zbyt dumnym był, by kogokolwiek błagać o drobną monetę.
Mężczyzna wyciągnął się na kocu i wziął się za zakładanie ostróg. Należało ruszać dalej, a Krowa, która w rzeczywistości krowę przypominała jedynie w swym umaszczeniu machnęła łbem, niby zmuszając jej właściciela do szybszych, zwinniejszych ruchów, bo stanie w miejscu zaczynało jej się nudzić. Muchy nieustannie atakujące biedny łeb jedynie przyspieszały ten proces.
Krową w rzeczywistości zwany był nie najwyższy, aczkolwiek dobrze zbudowany ogier o karosrokatym umaszczeniu. Teraz, wyjątkowo spokojny jak na siebie, stał przywiązany do pobliskiego, lekko przyschniętego drzewa, które w każdej chwili mogło runąć – czy to pociągnięte przez nagle spłoszonego judziciela, czy to pochylone przez mocniejszy powiew wiatru, choć tego w tamtej chwili było jak na lekarstwo, a okropna duchota jedynie pogłębiała walshową irytację. Ta, nie do końca wiadomo czym spowodowana, z każdą mijającą sekundą oraz każdym wykonanym przez mężczyznę ruchem wydawała się być coraz większą.
Rewolwerowiec przeklnął przed nosem, gdy srebrna ostroga ponownie zablokowała się na obcasie jego buta. Pociągnął więc mocniej.
Ramię pękło. Ułamało się. Odłamek prysnął, dzięki losowi, że nie prosto w jego twarz. Coś zaszeleściło w krzakach po jego prawej, czymś jednak nie był kawałek ostrogi, który leżał teraz na jednym z rogów koca. 
Adam Walsh zerwał się na nogi, pochwycił za broń i wycelował. Szybko i na pewno tam, gdzie lufa powinna była być skierowana.
— Wyjdź i spróbuj tylko coś odpierdolić, a odstrzelę ci stopę. Lub łeb — warknął, gdy drewno rewolweru paliło go w dłonie. — Jeszcze nie zdecydowałem, ale nie stresuj się, decyzje podejmuję wyjątkowo szybko i trafnie.
Połyskujący zielenią wisior znajdujący się w jednym z walshowych tobołków obił się o znajdującą się tuż obok sakwę z wodą. Dar losu, że biżuteria cały czas bezpiecznie spoczywała w objęciach smoczej skóry. Krowa zastrzygł uszami i będąc szczerze zainteresowanym całym tym niespodziewanym zamieszaniem, przestąpił z nogi na nogę w nieskrywanej ekscytacji.
Adamowi Walshowi niezwykle brakowało jego rękawiczek.

ktosiu, wyjdź z krzaczorów

9.08.2021

You haven't met me, I am the only son

Adam Walsh
a ja jestem tylko jeden
to nieszczęść siedem
Przedziera się przez bezkresy, a te łydki go palą, będąc zmęczonymi kilkudniową wędrówką. Mężczyzna prze byle do przodu, byle czym prędzej oddalić się od spalonego obozowiska, w którym pozostali ci znający te błękitne oczy, wiedzący, jak prędko potrafią poruszać się palce, jak szybko przeskakują na spust rewolweru, którego drewno pali go w te dłonie, przypominając o tym dawno pochowanym pod piachem, o krwi klejącej się i niechcącej sprać się z kiedyś eleganckiej koszuli, o kompletnym upadku z wyżyn łańcucha pokarmowego, który kiedyś, w tamtych czasach, gdy czuł się zbyt pewnym siebie i gdy chodził po skorumpowanym mieście niczym król, ubzdurał sobie w głowie. Zawiniątko w smoczej skórze grzeje w kieszeni powycieranych, dawniej prasowanych w kant spodni, a Adam Walsh zastanawia się, czy w ogóle było warto i czy te szybko podejmowane decyzje hazardzisty wpisane w jego czerwoną krew nie zrzuciły go wprost do bezdennego kanionu.
Pada w końcu pod jakimś drzewem, kuli się i modli, po raz pierwszy modli się, ale tylko do sobie znanych bóstw, by ten jeden raz uratowały go z opresji. By został przysłonięty przez cień, gdzie skryje się niczym jadowity wąż czekający na swoją ofiarę. Nie lubi tego robić, bo nie lubi widoku, który pozostawia po sobie kula w centralnym punkcie czoła – ale gdy będzie potrzeba, to wyceluje. I strzeli pomiędzy te słodkie, bursztynowe oczy, które mu zaufały, nie wiedząc jeszcze, że Walshowi po prostu się nie ufa, nieważne, czy ów stoi na szczycie, czy dopiero co podnosi się z ziemi.
Ma trzydzieści trzy lata i czuje się osaczony, a osaczone zwierzęta wbijają swe kły prosto w cudze tchawice.
Brakuje mu ładnych rękawiczek, w tym momencie wrzuconych przez właścicielkę bursztynowych ocząt do tlącego się jeszcze obozowiska.
11.11.1813 • Blisstown • wysoko urodzony hazardzista
11.11.1813 • Bezkresy • rewolwerowiec o wątpliwej moralności
  • 1838
  • 1839
  • 1840
  • 1841
  • 1842
  • 1843
  • 1844
  • 1845
  • 1846

30.08.2000

I think I've died this morning

Adam Walsh
33 • 11.11 • nieznane • rewolwerowiec
Listki są do klikania, to one prowadzą do tekstu. Na buźce Adamka art GigiCave.
Prosimy o konsultację przed używaniem tego pana i... zapraszamy do wątkowania!
MG może wtrącać się w działania A.W.
Discord: rawrawr#3178
Ostatnia aktualizacja: 24.08.2021