Kolumna góra

Słuchy z Krainy
Aktualny rok: 1846

Na ulicach słychać szepty o wielkim wyścigu mającym ciągnąć się przez całą Krainę – za wygraną przewidywana jest gigantyczna suma pieniędzy, amnestia wszystkich przestępstw oraz zapewnienie bezpieczeństwa na okres roku. Co ambitniejsi już poszukują wierzchowców na ten morderczy wysiłek.

W Saint Thomas w niewyjaśnionych okolicznościach zniknął kolejny szeryf. Za każdą przydatną informację przewidziana jest nagroda.

Już niedługo w Jackburg: cyrk! Kobieta-guma, linoskoczkowie i najsilniejsi ludzie w całej Krainie. Przyjedzcie zobaczyć to na własne oczy.

Aktualnie poszukiwani są: Otelia Crippen
Dziękujemy za pomoc w schwytaniu Clide'a 'Smiley' Byersa. Aktualnie oczekuje na wyrok sądu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mae Alston. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mae Alston. Pokaż wszystkie posty

26.10.2021

Od Mae do Adama

Ściągnęła rude brewki, wciąż niezbyt świadomie, wciąż pogrążona w głębokim śnieg. Silny ucisk na jej chucherkowatym ramieniu nie ustępował, z każdą kolejną sekundą przybierając jedynie na sile. Pokręciła głową, uszka spróbowała zasłonić dłońmi. Wtedy jednak, zupełnie niespodziewanie, ręka nieznajomego podciągnęła plecy dziewczynki do pozycji siedzącej, tym samym sprawnie zwracając na siebie uwagę zaspanej, młodziutkiej Mae. Niebieskie, dziewczęce oczka błysnęły w ciemności, cień wyraźnego strachu wprosił się do modrych tęczówek.
— Mae, wstawaj, nie mamy czasu.
Młoda Alston zadrżała w przerażeniu, wpatrując się pytająco w swego opiekuna.
— Co- Co się dzieje? — zapytała cichutko, wciąż pogrążona w nocnych ciemnościach namiotu, słysząc jedynie wydostające się z zewnątrz szmery, kroki niezwykle raźne i jakby nieco poddenerwowane. Głuche napięcie wkradło się do klatki piersiowej, ścisnęło za płucka, ścisnęło i za serce. Cokolwiek miało właśnie miejsce, nie mogło zwiastować niczego dobrego.
— Musisz stąd uciekać. Jak najszybciej. — Mężczyzna podniósł się z kucek, łapiąc zaraz za dłoń rudogłowej i jednym, sprawnym ruchem wyciągnął jej szczupłe ciałko spod grubego koca, bez jakichkolwiek wyjaśnień ciągnąc Mae w stronę wyjścia. W ostatniej chwili zdołała sięgnąć po swój kapelusz, a Serwus zapiszczał bezradnie, pospiesznie wdrapując się na ramię dziewczynki.
— Ale papo-
— Proszę, Mae. To dla twojego dobra.
Światło pochodni łysnęło niebezpiecznie wprost w modrość młodych ocząt, rażąc nieprzyjemnie, niemalże kłując swym gorącem, teraz rozświetlającym ich niewielki, pochłonięty nocą obóz; bądź to, co z niego zostało. Sylwety jej współtowarzyszy niknęły gdzieś w ciemnościach, gdzieś w tym niewyobrażalnym i wciąż nie do końca dla Mae zrozumianym, pośpiechu oraz chaosie. Bobbie pomagała w pakowaniu wszelakich ubrań, koców, czy namiotowych materiałów, Harvey zajął się przenoszeniem rzeczy cięższych, jak kufry z ich dobytkami, czy stoły oraz krzesła. Anselmo, bez swego, a tak niezwykle mu charakterystycznego, podekscytowania, znajdywał się właśnie przy koniach, przygotowując je odpowiednio do nagłej, niespodziewanej podróży. Rudogłowa szybko dostrzegła na jego twarzy napięcie oraz powagę; coś, czego nigdy wcześniej tam nie widziała.
Zimny dreszcz przebiegł po całej długości chudych plecków, wzdłuż wystających kosteczek kręgosłupa, gdy raz jeszcze zwróciła spojrzenie w stronę Alstona, pragnąc jakichkolwiek wyjaśnień, cokolwiek co pozwoliłoby jej całą tę sytuację choć odrobinę lepiej zrozumieć. Nikt jednak nie uważał, by było to coś, czym czternastolatka musiałaby zawracać sobie główkę.
Mruknęła coś z niezadowoleniem, gdy ręka mężczyzny ponownie pociągnęła ją w wybranym przez siebie kierunku, nieco już za mocno i zbyt natarczywie, na co Mae ściągnęła rudę brewki, przeklęła pod nosem. Bez słów minęli sylwetę ciemnoskórego elfa, a nim Mae zdołała dostrzec, gdzie właściwie jest prowadzona, dłonie jej opiekuna wylądowały na chudziutkich biodrach, sprawnie podnosząc ciałko dziewczynki ku górze, tym samym usadowiając ją w twardym i nieco już zniszczonym siodle. Izabelowaty wałach prychnął z niezadowoleniem, czując na grzbiecie dodatkowy ciężar.
— Papo, powiedz mi, co się dzieje, proszę — wymamrotała cichutko, z nutką wyraźnego przejęcia. Chudziutkie dłonie mimowolnie złapały za wodze, a zbierające się w modrych oczkach łzy, błysnęły w świetle księżycowej tarczy. Pokręciła głową.
— Mae, słuchaj mnie uważnie. — Dłoń mężczyzny złapała za tę jej, teraz jednak łagodnie, bez zbędnych nerwów, z ojcowską, tak dobrze jej znaną czułością. Dziewczynka zamrugała kilka razy, a słone łezki znalazły swą drogę na rumiane poliki. — To tylko kolejne kłopoty, z których łatwo wybrniemy, niczym się nie musisz martwić. Ale nie pozwolę, by cokolwiek ci się stało. Dlatego musisz uciekać. Odette z synkiem ruszyli na północ, może zdołasz ich jeszcze dogonić. Jeśli nie, w torbie — wskazał na uwiązaną przy siodle kieszeń — znajdziesz pieniądze na jedzenie, nocleg, wszystko, co potrzeba. Wiem, że sobie poradzisz. Bystra z ciebie dziewczynka.
— Ale- Ale ja nie chcę uciekać! — zaprotestowała, w każdej chwili gotowa wyskoczyć z końskiego grzbietu, biorąc się do pracy. — Mogę wam pomóc. Przecież wiesz, że mogę wam pomóc. Potrafię strzelać, strzelam bardzo dobrze. Zawsze mówiłeś, że strzelam najlepiej. Więc zostanę i pomogę. Nie stchórzę, nie zostawię was samych!
Dziewczęce dłonie zacisnęły się w drobne piąstki.
— To nie jest żadne tchórzostwo. Przecież doskonale wiem, co potrafisz, Mae. Tym razem nie pozwolę ci tu jednak zostać. Obiecałem cię chronić i taki mam właśnie zamiar. No, już, ruszaj.
Dłoń Alstona znalazła się na zadzie wałacha, tym samym zachęcając go do wystartowania.
— Zaczekaj! — W ostatniej chwili zacisnęła łydki i pociągnęła wodzę, chcąc raz jeszcze spojrzeć w twarz temu, któremu od zawsze przecież ufała. — Gdy to wszystko się skończy… Jeszcze się zobaczymy, tak? Znajdziesz mnie, prawda?
Czuły uśmiech wymsknął się na twarz mężczyzny.
— Oczywiście, że znajdę.
Sylweta młodej Mae zniknęła za horyzontem.
Nie była już do końca pewna, ile dni minęło, odkąd wsiadła na tego przeklętego konia. Odette dogonić nie zdołała, do żadnego, mniejszego miasteczka również nie dotarła, mijając jedynie gąszcza i równiny, wioski z dwoma, zapewne dawno już opustoszałymi, chatkami. Jedyne, co chłonęły te modre oczyska to gęstość lasów, z wolna ustępująca gorącym kamieniom, czerwonym kanionom, ich ogromie ciepła oraz pustki.
Była głodna. Głodna i spragniona, zmęczona nieustającą ucieczką, kiedy w całym tym zmieszaniu, w przerażeniu i okropnej, zimnej samotności, bez ustanku pędziła tylko przed siebie, co najwyżej pozwalając biednej Kremówce – bo tak swego wierzchowca postanowiła nazwać, w pośpiechu i nerwach zapominając, jak wołała na niego cała reszta – na skubnięcie trawy, napojenie się przy niewielkim, mijanym źródełku. O tym pamiętała. O tym, by zająć się koniem, o tym, by znaleźć nieco odpowiednich dla Serwusa jagód, które być może wcinał mniej chętnie niż kawałki żółtego sera. Lecz w tym wszystkim, w ucieczce, która wciąż dziewczęcego umysłu nie opuszczała, mamiąc, martwiąc, niemal ogłupiając, zapomniała zadbać o samą siebie.
Wtuliła się w jasną, końską grzywę, obejmując rączkami szyjkę swego wierzchowca. Noce na Bezkresach bywały niewiarygodnie mroźne.
— Kremówko, mój drogi, gdybyś tylko wiedział, jak bardzo chce mi się spać — wymamrotała cichutko, bez jakichkolwiek sił, pozwalając swemu ciału bezwładnie zwisać z siodła. Chowający się w kieszeni kamizelki Serwus zapiszczał przeraźliwie, jakby nie chcąc, by jego właścicielka zapadła przypadkiem w sen. Opalone powieki wydawały się coraz to cięższe. — Chcę wracać. Chcę do domu. — Niewinne łezki raz jeszcze błysnęły w niebieskim oku, już po chwili parząc swym ciepłem zmarzniętą twarzyczkę rudogłowej.
I wtedy, dłużej sprzeciwiać się swemu organizmowi nie potrafiąc, powieki przysłoniły dziewczęce spojrzenie, młode ciałko z hukiem posyłając na ziemię.

28.09.2021

Od Mae CD. Loretty

Dziarski uśmieszek zabłąkał się gdzieś na piegowatej twarzyczce młodej dziewuszki, opalone powieki opadły na modre spojrzenie, dla chwili wytchnienia, dla głębszej rozkoszy w wypowiadanych przez nieznajomą kobietę słowach. Bo przyjemność czerpała niezwykłą z nagłego mężczyzny zmieszania, z warg, zaciśniętych ze złości w cienką linię, ze ślepi buchających gniewem, który nigdy już nie miał wydostać się z klatki męskich oczu – nawet jeśli, to nie tutaj, nie w tej chwili. Nie, kiedy tak wielu obserwowało Lawrence’a poczynania, kiedy wzrok potężniejszego wylądował na jego sylwecie, karcąc, ostrzegając. A wzrok był to nie byle jaki, bo tych fioletowych, krasnych tęczówek, bo należący do panny Randall, doskonale w Blisstown znanej i respektowanej. I nawet jeśli sama Mae nie miała do końca pojęcia, z kim właściwie przyszło się jej mierzyć, w głosie ciemnowłosej kobiety zaraz dosłyszała wyraźny autorytetu pierwiastek. Młodej nieznośnicy raz jeszcze niewyobrażalnie się poszczęściło.
— Witam piękną panią — odpowiedziała, skłaniając się w pas, zupełnie nie zważając na odgrywaną przed całą resztą klienteli, szopkę. Przedstawienie już dawno się rozpoczęło, a Alston uwielbiała być w centrum uwagi. Kiwnęła głową na znak zrozumienia, ściągając wreszcie z głowy swój szeroki, przybrudzony kapelusz – nie wypadało w końcu przy damie chować się tak pod nakryciem głowy – i ruszyła za sylwetą Loretty, z wolna wspinając się po schodach. Zatrzymała się jeszcze w ostatniej chwili, przywierając stopami do skrzypiących, ciemnych desek, a spojrzenie niebieskich ocząt ponownie padło na osobę niejakiego Lawrence’a, spoglądając na mężczyznę z góry. Wyciągnęła język, rzucając ów gestem prosto w starucha gębę, znikając zaraz za drzwiami prowadzącymi do gabinetu właścicielki zamtuzu.
Przekroczyła próg pomieszczenia i zaraz, bez zbędnego zaproszenia, usiadła naprzeciw kobiety, dokładnie wsłuchując się w kolejne jej słowa. Gorący powiew wiatru dostał się do środka, wsuwając się przez otwarte okiennice i muskając swym ognistym dotykiem zarumienione policzki piętnastolatki. Kiwnęła głową, paluszki prawej ręki złapały za daszek kapelusza, który z powrotem znalazł się na dziewczęcej głowie, zakrywając gęste kosmyki rudych włosków.
— Rozumiem — odparła krótko, przeciągając niepotrzebnie samogłoski, tak dla lepszego wydźwięku, tym samym dając sobie odrobinę więcej czasu na odpowiedni pomyślunek. Sprawa do prostych nie należała, a sama Mae nie spodziewała się do końca, że będzie musiała zaczynać od zera. Modre tęczówki, w czystym zamyśleniu, wylądowały na niedopalonej świecy, brudzącej woskiem swą podstawkę, jak i samo biurko, aż wreszcie wstała z miejsca, pozwalając sobie na krótki spacerek wokół całego gabinetu. — A więc, po kolei. Myślę, że najlepiej byłoby zacząć od samego miejsca zabójstwa. Ustalenie, czy to dokładnie tam została zamordowana — ucichła na moment, poszukując odpowiednich słów — cóż, nasza zamordowana, czy też jej ciało zostało tam przeniesione po wydaniu wyroku, mogłoby nam naprawdę pomóc. Kto wie, może uda się nam jeszcze dostrzec jakieś ślady? Wtedy mogłybyśmy założyć, że nie mamy do czynienia z wprawionym mordercą, a śmierć kobiety być może była zupełnie przypadkowa. Wystraszony zabójca, nie myśląc za wiele, ukrył ciało w najgorszym, możliwym miejscu i uciekł, nie zdając sobie sprawy z tego, jak wiele zostawił za sobą śladów.
Kiwnęła głową, jakby zgadzając się z własnymi słowami.
— Następnie chciałabym przesłuchać tą całą Mary. Nie sądzę, by miała bardzo nam pomóc, skoro swoją koleżankę znalazła już martwą, jednak pominięcie rozmowy z nią, byłoby z mojej strony straszliwym niedopatrzeniem. A ja podchodzę do swojej pracy poważnie i mam zamiar trzymać się tej sprawy dopóty, dopóki nie dotrzemy do samego jej sedna. — Zaciśnięta w pięść rączka wylądowała na dziewczęcej piersi, na znak całkowitego oddania.
— Potem wybierzemy się do domu pogrzebowego, żebym dokładnie obejrzała ciało zamordowanej. O ile pracujący tam nieudacznicy nie spartaczyli sprawy, nieostrożnie obchodząc się z naszą denatką. Tak, tak zrobimy. — Wreszcie zatrzymała się w miejscu, spojrzenie rudogłowej pognało w stronę Loretty. — Mam jednak jeszcze jedno pytanie. Czy zamordowana wynajmowała tutaj pokój? A jeśli nie, to czy wiesz może, gdzie mieszkała? Przeszukanie należących do niej rzeczy wydaje mi się jednak dość kluczowe.

26.08.2021

Od Mae CD. Loretty

Modre ślepia błysnęły pod ciężarem miejskiego słońca. Zakurzone, brudne powieki podskoczyły raz, dwa, kiedy młoda, rudowłosa dziewucha spróbowała wyostrzyć wzrok, z wyraźnym zainteresowaniem wpatrując się w pożółkły, przyozdobiony starannym pismem skrawek papieru, wiszący na rynkowej tablicy. Alston pociągnęła nosem, niedbale wycierając jego opalony czubek rękawem kraciastej koszuli.
Raz jeszcze znaleźli się w Blisstown. Znowu. Choć jeszcze nie tak dawno Dorsey ostrzegał, iż przez długi czas będą musieli omijać jakiekolwiek, większe aglomeracje, wystarczył niecały miesiąc, by ponownie przekroczyli granicę największego miasta Krainy, gdzie głodnych kopano po żebrach i gdzie smród wylewanej do Melipawa Lake ropy, mdlił przez pierwszy tydzień każdego, kto postanowił tutaj zawitać. Mae, zbyt przyzwyczajona do ciszy Bezkresów czy słodkich zapachów borów i lasów Gęstwiny, nigdy nie przepadała za mdłymi kolorami Blisstown – za szarością i malującą się w oczach miejscowym pogardą, zawsze tak niezwykle dla niej zatrważającą.
Wybór kolejnego przystanku nie należał jednak do niej, a że starszy, poczciwy Dorsey miał na miejscu do załatwienia kilka, mniej lub bardziej moralnie ambiwalentnych spraw, cała ich grupa musiała zatrzymać się właśnie tutaj – nad spokojnymi wodami Malipawa Lake. Ostatecznie, nie mogąc sobie znaleźć żadnego, lepszego zajęcia w mieście będącym dla młodych tak wyjątkowo niebezpiecznym, bezsłownie ruszyła śladami Harveya, którego dzisiejszym zadaniem było uzupełnienie niezbędnych do dalszej podróży zapasów. Mae grzecznie zaoferowała pomocną dłoń. Drobne kradzieże były w końcu jej cichą specjalnością, lecz tym razem nie było modrookiej dane się popisać. Mieli na głowie wystarczająco dużo kłopotów. Kolejne były zupełnie zbędne.
Zerknęła kątem oka w stronę swego młodego towarzysza, teraz próbującego targować się o lepszą cenę puszkowanej fasoli. Łobuzerski uśmiech wkradł się na lico dziewczyny, drobna dłoń powędrowała w stronę tablicy, pospiesznie łapiąc za pożółkły skrawek nietypowego ogłoszenia. Morderstwo, zamtuz, a w samym środku ona, nieznośne dziewuszysko próbujące jakkolwiek odgonić ogarniającą ją nudę.
Pewnie przekroczyła próg nie tak już pewnego przybytku, by zatrzymać się niemal w samym wejściu, ogarniając ciekawskimi oczyskami całe jego wnętrze. Jednak to nie czarne, połyskujące drewna czy szykowne, zdobione lustra przyciągnęły jej uwagę. Podróżowała wzrokiem po obcych sylwetach, tych kobiecych i tych męskich, które tak chętnie odkrywały zasłonięte rozkloszowanymi spódnicami cielska, swe dłoni zatrzymując dopiero w miejscach, które jakkolwiek ofiarowały im to drobne ziarenko władzy oraz wyższości. Mae przełknęła głośno ślinę, ściągnęła rude brewki, lecz nikt nie zwrócił na nią uwagi, póki sama nie postanowiła się odezwać.
— Ja rozwiążę zagadkę waszego tajemniczego morderstwa! — sprawnie przekrzyczała wylewającą się z pianoli melodię, swe rączki twardo opierając o niewyraźne jeszcze bioderka. Stanęła w lekkim rozkroku, wyczekując ze strony tłumu jakiejkolwiek reakcji i dopiero po kilku, dłuższych sekundach odwróciła wzrok w stronę baru, słysząc kroki zbliżającej ku niej, młodej blondyneczki. Nieznajoma, równie wystrojona co cała reszta znajdujących się na miejscu kokietek, posłała młodej Alston słodki, niewinny uśmieszek, pochylając się leciutko nad jej rudą czupryną.
— Słoneczko, to nie jest odpowiednie miejsce dla ciebie — wyszeptała cichutko, doskonale zdając sobie sprawę, iż niemal wszyscy zwrócili swe spojrzenia właśnie w ich stronę.
Mae prychnął z niezadowoleniem, kręcąc zaraz głową.
— Jestem wystarczająco duża, by oglądać gołe cyce.
— Możesz też pokazać swoje!
Po pomieszczeniu przelał się obrzydliwy rechot męskiej części owego towarzystwa. Modrooka przygryzła dolną wargę, dłonie zacisnęła w pięści, wszystko by jak najszybciej stłamsić rosnący w klatce piersiowej gniew. Wiadome jednak było, iż Alston nigdy nie potrafiła radzić sobie z własnymi emocjami. A tacy jak on, budzili w młodej pokłady największej złości.
— Lawrence! — Spojrzenie nieznajomej blondynki pognało w stronę starszego żartownisia.
— Wciąż ci mało bab, stary oblechu?!
I wtedy dostrzegła w ślepiach mężczyzny wyraźną dezaprobatę. Ten zacisnął mocniej dłonie na talii jednej z kurtyzan, brutalnie zrzucając ją ze swego kolana, by pospiesznie podnieść się z miejsca i ruszyć w stronę piętnastolatki z zamiarem nauczenia rudowłosej odpowiednich manier. Mae zrobiła krok w tył, unosząc powoli rączki mające ochronić ją przed nadchodzącym ciosem. Gotowa się bronić, jak i gotowa oddać. Stojąca nieopodal panieneczka westchnęła w poddańczym geście, pokręciła głową. Ten bałagan mogła uprzątnąć tylko jedna osoba.
szefowo pomusz

23.08.2021

I don't want to set the world on fire

Sierpień 14, 1831
Alston,
ty pieprzony sukinsynu, nigdy ci nie ufałem. Ale teraz nie mam innego wyjścia. Nie proszę byś pomógł mi, ale pomóż jej. Pozwól małej na wolność, której ja się wyparłem. — Tilghman
Mae Al
ston.
Spogląda w słońce. Mruży opalone powieki, ściąga rude brewki. Pozwala, by gorąc otaczających ją pustyń pochłonął młode cielsko, zabierając modrookie dziewczę na skraj ludzkiej egzystencji, nad przepaść, przy której stawiała się już nieraz, zawsze jednak dając radę zrobić ten jeden, bezpieczny krok w tył. Nasłuchuje niedalekiego pisku samotnego bielika, skomlenia kojotów, już nie tak samotnych, nie tak śmiałych, by pojedynczo przemierzać zdradliwe tereny krasnych Bezkresów. Zniecierpliwiony grzechotnik chowa brunatne łuski pod niewielkim cieniem unieruchomionego przez głaz biegacza, raz po raz wygrywając swym zwinnym niczym wstążka ogonem wysokie, alarmujące o niebezpieczeństwie dźwięki. I tylko nawoływania, te dobrze jej znane i przyjemnie ciepłe, jednak nieparzące jak powietrze, które wypełniało młode płuca, wybudzają ją z ciężkiego snu upalnego popołudnia. Odwraca wzrok, gruby warkocz przerzuca przez ramię i kiwa leciutko głową. Czas wracać do domu.
Mierzy obce sylwety. Wyłapuje nieznajome twarze, obserwuje reakcje i zachowania, a zimne spojrzenia traktuje niczym zaproszenie, by raz a dobrze mogła ustalić, kto już dawno zrezygnował ze słuchania o ludzkim nieszczęściu, a kto być może, choć okrucieństwo drugiego znała zbyt dobrze, zachował w ostatniej szufladce zgorzkniałego serca jakiekolwiek pokłady faktycznego współczucia. Spogląda w stronę barmana, wąsatego i starego, który nie zdołał jeszcze dostrzec w dziewczęcym licu ostatnich rys niedojrzałości, które sprawnie chowała pod cieniem przydużego kapelusza, po czym pozwala smukłym paluszkom objąć szkło niedomytej szklanki, zaraz przesuwając jej krawędź do młodych, zaróżowionych warg. Alkohol pali niemiłosiernie – Harvey postanowił zapewnić panience odpowiedni trunek dla nieco lepszej wiarygodności – a ona, ukrywając grymas zniesmaczenia w kołnierzu błękitnej koszuli, podnosi się wreszcie z miejsca, ruszając ku jednemu z miejscowych, który dorobił się majątku na nielegalnym pędzeniu księżycówki. Potyka się leciutko, ramię obija o rękę mężczyzny, ustka układają się w ciche przeprosiny. Nikt jeszcze nie wie, że jego sakiewka wylądowała właśnie na dnie skórzanej, należącej do młodziutkiej Mae torby. Uśmiech zdobi piegowatą twarzyczkę, pełną przesadnego samozachwytu, kiedy to kieruje się w stronę wyjścia z saloonu. Czas wracać do domu.
Obserwuje drogę księżyca. Liczne gwiazdy, drobne punkciki pokrywające czarny nieboskłon niby to jedyne źródło światła w cieniach otaczających ją lasów, odbijają się w przeszklonych, modrych źrenicach, gdy siedzi tak w zupełnej ciszy, kolejną noc nie będąc nawet w stanie zmrużyć oka. Nasłuchuje pohukiwań siedzącej na świerku obok sowy, cichych westchnień śpiącego po jej prawicy, maluczkiego Shauna. Pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno sama była w stanie wyzbyć się niepokoju oraz lęków, pozwalając sobie na te kilka, krótkich godzin wytchnienia w towarzystwie przyjemnie ciepłych, pomarańczowych języków ogniska. Nie teraz jednak dana jej była podróż do zony snów słodkich i przebrzydle niewinnych. Nie, kiedy ukryty w najciemniejszych zakamarkach umysłu lęk, zaciskał swe szpony na dziewczęcych płuckach, kiedy łapał za krtań, paraliżując młode cielsko, nie pozwalając na upragniony wdech. Stary, krótki list, dawno już zżółkły i dawno już zmięty, spoczywa między bladymi, kościstymi paluszkami, kiedy raz po raz spogląda na malujące się w dolnym, prawym rogu nazwisko. Młodziuchna Margaret Tilghman nigdy już nie wróci do domu.
one. two. three. four.
Margaret Mae Tilghman / 15 lat, 23.06.1831 / bandytka / Blisstown