Kolumna góra

Słuchy z Krainy
Aktualny rok: 1846

Na ulicach słychać szepty o wielkim wyścigu mającym ciągnąć się przez całą Krainę – za wygraną przewidywana jest gigantyczna suma pieniędzy, amnestia wszystkich przestępstw oraz zapewnienie bezpieczeństwa na okres roku. Co ambitniejsi już poszukują wierzchowców na ten morderczy wysiłek.

W Saint Thomas w niewyjaśnionych okolicznościach zniknął kolejny szeryf. Za każdą przydatną informację przewidziana jest nagroda.

Już niedługo w Jackburg: cyrk! Kobieta-guma, linoskoczkowie i najsilniejsi ludzie w całej Krainie. Przyjedzcie zobaczyć to na własne oczy.

Aktualnie poszukiwani są: Otelia Crippen
Dziękujemy za pomoc w schwytaniu Clide'a 'Smiley' Byersa. Aktualnie oczekuje na wyrok sądu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nathaniel i Ezra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nathaniel i Ezra. Pokaż wszystkie posty

7.11.2021

Od Nathaniela cd. Ezry

Zawiązał na twarzy ciasno chustę i wkroczył do sypiącego się budynku. Drzwi zaskrzypiały nieprzyjemnie, a podłoga trzaskała pod jego delikatnym krokiem. Zmierzył swoimi oczyma obdarte z nędznie niebieskiej farby ściany i skrzywił się na widok pleśni pnącej się do sufitu. Stare i nieco nadgryzione przez czas i korniki meble stały tu i ówdzie, dodając temu ciemnemu miejscu swoistego… uroku, o ile można to ująć w ten niekonwencjonalny sposób. Jednak Nathaniel nie przejął się tym wszystkim. Podróżując po tej krainie spotykał miejsca gorsze i bardziej zaniedbane niż to. W końcu bieda zdawała się dotykać każdego i wszędzie, a jako lekarz tani i przystępny, bo z jako takim dobrym sercem, odwiedzał chorych w takich rodzinach dość często. Co prawda wiele więcej, jak zbadać nieszczęśnika, nie mógł, ale czasem i to przynosiło ulgę tym, którzy bywali w potrzebie.
Domek ten kawałek od miasta okazał się mieć jedynie trzy, mocno zestarzałe pokoiki i w jednym z nich zapewne leżał jego przyszły pacjent. Nie był także zaskoczony, kiedy w chwilę po jego przybyciu w progu stanęła pulchna, ale widocznie zmęczona życiem kobieta. Zapewne była głodna i brakowało jej pieniędzy na wykarmienie rodziny. Zatem co kusiło takich jak ona na zapraszanie w swoje progi doktora? Prawda, jak już wspomniał, był tani, więc szeroko dostępny. Jednak brutalną rzeczywistością było, że jedyne co robił w tych rodzinach to rzucał okiem z dala na ofiarę choroby i z westchnieniem kręcił głową.
— Witajcie — jej cichy i zachrypły głos przebił panującą przez sekundy ciszę. Nathaniel jedynie kiwnął jej głową na powitanie w swojej zwyczajowej małomówności. – Medyku. Tędy! Tędy! — zawołała, widząc że wiele słów z niego nie wydobędzie. 
Jego buty ponownie zastukały na drewnianej posadzce. Nieodstępujący go na krok płaszcz zaszeleścił kiedy wkroczył do rozświetlonego świeczką pomieszczenia, z jednym, małym, mizernym oknem, rzucającym na ściany złote smugi słońca. Wewnątrz było także niemiłosiernie duszno, a kurz tańczył małymi obłoczkami widoczny gołym okiem. Pod ścianą ułożone były cztery posłania, a chory leżał naprzeciw nich ułożony chyba w jedynym łóżku. To właściwie też był jedyny mebel w tym miejscu. Pośród brudnej pościeli, widocznie ciepłej i zużytej użytkowaniem przez pokolenia leżało dziecko. Błękitne oczy Nathaniela zabłyszczały w niemym zrozumieniu, gdyż przypatrując się rodzinie nie zauważył innego dzieciaka niż ten nieszczęśnik zmożony przez chorobę. Babka, widocznie stara i równie schorowana, siedziała na brzegu łóżka i przesuwała swoimi kościstymi palcami po włosach gorączkującego chłopca. Ojciec za to smutnym wzrokiem przyglądał się widokom za oknem. I był jeszcze on. Widocznie ślepy na jedno z oczu chłopak. Jako pulchna twarz, poraniona i ubliźniona byłaby idealnym odbiciem tej jego matki, która rozpaczliwym spojrzeniem mierzyła medyka.
Nathaniel zbliżył się do chorego, poprawiając swoją chustę i powoli rozpoczął badanie. Gorączka, kaszel, krew w ślinie. Rzucając samym okiem wiedział, że nie będzie potrzebował żadnego badania, ale upewnianie się nigdy nikomu nie zaszkodziło.
— Gruźlica — jego głos był miękki i łagodny, zupełnie pasujący do jego urody, ale niekoniecznie do sytuacji. Jednak przywykły do swojej pracy przestał już starać się brzmieć współczująco. Jedyne co właściwie wzbudzało w nim uczucie zgorzknienia to fakt, że chorowała i umierała tak młoda osoba. Gdyż ile to dziecko mogło mieć lat? Dziesięć? Trzynaście? Tyle czasu było jeszcze przed tak młodym człowiekiem, a już został przypieczętowany. — Polecam wezwać kapłana. Długo… nie pociągnie — mruknął wstając. Był tu tylko na badanie. — Leki mu już nie pomogą. — O ile bylibyście w stanie je w ogóle kupić. 
W odpowiedzi otrzymał jedynie żałosne łkanie matki i nieszczęśliwe westchnięcia babki.
Otrzymał zapłatę, niewielką, ale wystarczającą. I odszedł. Jak zawsze. Pozostawił za sobą nieszczęsną i zapyziałą wioseczkę, prowadząc się na koniu, gdzie ich droga poniosła.

Kopyta jego klaczy zaryły w ziemi, kiedy zatrzymała się z impetem. Przed nimi wzrastało miasto, wielkie, piękne. Nathaniel skrzywił się, widząc jego tłoczne ulice, jednak cóż mógł na to najlepszego zaradzić. Jego dobra przyjaciółka sama postanowiła zaprowadzić go pomiędzy ludźmi w miejsce oczywiste tylko dla niej. Poklepał ją więc po karku w niemym podziękowaniu i skupił się na rozglądaniu za miejscem do ułożenia głowy choćby na godzinę. Wyklinał się i przeklinał wewnątrz głowy, że nie wykorzystał czasu pobytu w gęstwinie lasu aby zdrzemnąć się. W końcu dla niego twarda i zimna ziemia była lepszym rozwiązaniem niż łóżko w zapyziałym mieście pełnym złodziei i oszustów.
— Dwa orły! Tylko dwa orły!
— To niesprawiedliwe!
— Wypierdalaj!
— Złodziej!
— Oszust!
— Sprzedam za trzy orły!
— Najtaniej w mieście!
Ludzie przekrzykiwali się, a Nathaniel jedynie wzdychał ciężko próbując wyciszyć swoje otoczenie, nieumiejętnie. Hałas zawsze był dla niego wrogiem, przypomnieniem przeszłości, o której nie chciał wspominać. Tłumy ludzi rzucający na niego pobieżne spojrzenia także nie należały do jego ulubionych miejsc. Jednak mus to mus.
Zadekował się na noc w jakimś szemranym hoteliku z czterema łóżkami na krzyż. Przynajmniej miał gdzie pozostawić swoją droga przyjaciółkę na noc i gdzie ją nakarmić. Jednak sam odmówił sobie mizernej przyjemności spania w łóżku i udał się ponownie do miasta. Pomimo mijających godzin nocnych główne ulice nadal były w miarę żywe, jednak nie na tyle aby on sam nie wybijał się ze swoją obcą urodą. Teraz spojrzenia nie były jedynie pobieżne. Pijani ludzie przyglądali mu się, myląc go z dziewczyną, wyzywając z daleka niezbyt wymyślnymi przezwiskami lub najzwyczajniej w świecie wskazując go sobie palcami. No coż. Na pijanych ludzi istnieje jedno rozwiązanie, zostawić ich w świętym spokoju.
Zastanowił się chwilę co ze sobą począć. Noc nie była porą na szukanie klientów. Dlatego wbrew samemu sobie wkroczył do jednego z barów. Muzyka, tańce i śpiewy przywitały go już od progu. Zrzucił kaptur z głowy poprawiając blond kosmyki i przysiadł na pierwszym wolnym stołku.
— Coś lekkiego — mruknął. Pomimo, że z chęcią schlałby się do nieprzytomności i zapomnienia jak reszta, nie przepadał za posmakiem alkoholu. Zwyczajnie obrzydzał go i odpychał nie ważne ile go pił. — I najlepiej słodkiego – westchnął, wiedząc, że pewnie dostanie jakieś nędznie rozwodnione piwo. Ale lepsze to niż nic. Postawiona przed nim szklanka zabłyszczała na czerwono, zapłacił.
— Ile… Ile to bym n-nie oddał, żeby znowu być tak… szczęśliwym. Tak, tak szczęśliwym. Słuchaj… — osoba obok niego mówiła dość głośno, odwracając głowę w jego stronę. Jego oczy z niemym zaciekawieniem wbiły się w tego starszego faceta, wyraźnie pijanego. Ach. No tak. Niektórzy pijani ludzie nie bywali wulgarni, a wylewnymi lub niekiedy śmiesznymi. Nathaniel czasami zapominał, że alkohol naprawdę miesza człowiekowi w głowie na różne sposoby. Widząc jego wzrok, uniósł też brew nie do końca przekonany czy aby na pewno to do niego zwrócona była wypowiedź.
— Jak wi-widzisz, nie jestem aż taaak stary, jak brzmię, po prostu za dużo wy-piłem i opowiadam taaakie dowcipy, że ludzie u-ciekają, jak to piani… piani… pijani ludzie… robią. Chcesz usłyszeć żart? Wie-działem, nikt nie chce — jego monolog przerwało westchnięcie. Ciężkie i tak bardzo pasujące do pijanego oblicza mężczyzny.
— Nie chciałem takiego życia. Co ja robię? Co ja wyprawiam? Cholera jasna, dziecko — tyle emocji w jednym zdaniu, że Nat aż zawtórował mu westchnięciem i zmarszczeniem swojego małego noska. Tyle żalu i wątpliwości, ciekawa historia chowająca się za nieznanymi okolicznościami i to wszystko zawarte w kilku słowach. — Gdyby mnie tu zobaczyła… do kurwy nędzy. — Stracone życie? Rozwód? Zdrada? Czy może osoba posiadająca drugą obrączkę pozostałą w domu, kiedy on pił samotnie w barze? Tyle ciekawych wątków nędznego życia, ale tak długo, jak nie było jego, mógł spekulować i myśleć do woli. Chociaż na chwilę oderwać się od własnych problemów i słuchać innych pomimo wstrętu do tłumów i braku ufności w ludzkie zamiary.
— Zaczekaj. — Srebrna obrączka przesunęła się po blacie pozostawiona na pastwę losu. Nat delikatnie podniósł ją. Obrócił ją spokojnie w palcach, przyglądając się jak błyszczy się w tańczącym świetle baru.
— To, po-powiedz mi, kimkolwiek jesteś. Jakie… jakie jest twoje ma-marzenie? Chociaż, chociaż... wiesz co? Wcale mnie to nie obchodzi. Powiedz lepiej, jaki jest twój ulubiony mebel.
­­— Mebel? — jego głos tak bardzo nie pasował do tego miejsca. Dźwięczny i delikatny rozpłynął się wśród dźwięków muzyki. — Żaden. Meble są zbyt problematyczne. Trzeba o nie dbać, żeby były przyzwoite — odpowiedział szczerze i rzucił okiem na zaciągającego się dymem faceta. Jego twarz wskazywała na może 45 lat. Nat nie był najlepszy w określaniu wieku, więc nie zakładał tego odgórnie. — A w twoim przypadku?
—To ja… zada-ję pytania, więc n-nie udzie-lę …odpowiedzi. Ale.. Masz rację! Cho-ciaż jak masz…taki fotel. To przecież… możesz na nim u-siąść. – Ich oczy spotkały się na sekundę. Nathaniel miał szczerą ochotę uśmiechnąć się od ucha do ucha i zaśmiać, jednak jego twarz dalej wyrażała tylko zimną powagę, a jedynie oczy cieszyły się do tego obcego człowieka. Już miał dalej podroczyć tego człowieka, kiedy ten skrzywił się. Bardzo dobre działanie organizmu pobudzające jego wszystkie słabości i nieco zbyt łagodne serce. Westchnął, krzywiąc się lekko.
—Może już wystarczy na dzisiaj alkoholu przyjacielu? 
— Ach, tam, wystarczy. — Jego ręka przecięła niedbale powietrze. — Ni-nie będziesz mi mówił, kiedy wystarczy, gdy u-ważasz, że meble są niepotrzebne. 
—Ale…— Nat pokręcił głową. Te wypowiedzi mieszały się i kontrastowały ze sobą na przemian. Z cierpiętniczym westchnieniem wstał. — To nieistotne, przyjacielu. Piękny dzień dzisiaj mamy — próbował zmienić temat, wpatrując się w malowniczy widok tańczących na ludziach tkanin, które przewijały się ze sobą tworząc obraz radości i zapach łudzącego szczęścia. Ten widok wywoływał u niego mieszane uczucia. Z jednej strony było przytłoczenie przez tłum, duchota uwięzienia w społeczeństwie, ale z drugiej strony ludzka radość i uśmiech próbował uparcie wedrzeć się na jego twarz.
— Meble są… ważne – mamrotał jeszcze. Ta rozmowa wydała się młodzikowi zupełnie bezsensowna więc jedynie przytaknął, chcąc ją jednak zakończyć. Kolejna porcja alkoholu została podana i tym razem sięgnął po coś odrobinę silniejszego. Nie chciał się jednak upić, gdyż stałby się zwyczajnie jojczący i działałby na nerwy wszystkim wokoło.

— Czas… iść. — Ich rozmowa, która toczyła się dalej wbrew zabiegom Nathaniela, nagle została zakończona. Niebieskooki przyjrzał się mężczyźnie i westchnął.
— Prawda — przyznał mu rację, nie pierwszy raz tego wieczoru. Mieli się rozejść, już oboje wychodzili z nieszczęsnego baru, który był świadkiem jakże ważnej rozprawy o meblach, gdy w Nathanielu zbudziła się ta kochana strona.
— A tak właściwie przyjacielu, gdzie mieszkasz? — Miał zamiar odrobinę odprowadzić zataczającego się „staruszka”.
— Nie wiem. — Krótko, zwięźle i na temat, czyż nie. 
Ale jak to nie wiem? Nat zmarszczył czoło, ale zanim zdążył o cokolwiek zapytać starszy z mężczyzn zwyczajnie ruszył przed siebie. Za jakie grzechy. Czemu ja muszę być taki miękki? Westchnął delikatnie i podążył za zataczającym się facetem. Dalej w miasto i dalej. Czy on w ogóle wie dokąd idzie? Bo Nat nie wiedział. Co prawda drogę do nieszczęsnego baru znał, bo przecież musiał jakoś wrócić, ale co z tym upitym człowiek począć. Resztki cierpliwości jakie w sobie miał jakoś pomogły mu naprowadzić tego człowieka do jakiegoś hoteliku. Rzucił parę monet na ladę i właściwie nie było już większego problemu. Mamroczący i zataczający się ciężar na jego sercu miał gdzie spać. Muszę przestać dbać o innych. Powtórzył sobie niemożliwe postanowienie w głowie, kiedy wychodził, zostawiając pamięć o tym człowieku za sobą. Prawdopodobnie nigdy więcej go już nie zobaczy, więc należało sobie wmówić, że ten grzecznie położył się w łóżku i wszystko będzie z nim jak najbardziej w porządku. Przynajmniej nikt go nie okradnie na tych obrzydliwych ulicach. A pieniądze? Nadrobi, zanim mrugnie okiem, w końcu nie płacił za luksusowy zamek z miękkim łożem usłanym różami, tylko jakiś zapyziały kawałek materaca wypchanego zapewne słomą.

Łóżko, jakie przed nim stało, wydało mu się zupełnie obce, zwłaszcza kiedy na nim siadał. Przywykły do spania w siodle i na twardej ziemi naprawdę nie potrzebował do szczęścia tej „miękkości” posłania na czterech skrzypiących nogach. Jednak zapłacił, więc miał. Zdjął swoje buty, elegancko odkładając je obok mebla i poskładał płaszczyk, jedyną pozostałość po przeszłym domu. Jedyna rzecz, która tak naprawdę była mu bliska, oprócz ukochanej klaczy. Odłożył go na chwiejny stolik nocny i położył się zakrywając cienką imitacją pierzyny. Ostatni raz poprawił włosy i ubrania, kiedy coś małego wybiło się na tle jego kieszeni w spodniach. Zaskoczony wsunął rękę do środka i wyjął pierścionek, który w świetle jeszcze palącej się świecy zabłyszczał na srebrno.
— Kso — uciekło mu z ust, kiedy patrzył tak na ten przedmiot.

Czy można okraść kogoś przypadkiem?
Najwyraźniej tak.

15.09.2021

Od Ezry

Dzień dobry, przewijali się od świtu po zmrok dopóty, dokąd nie zatrzasnął im drzwi przed nosem, choć zwykł nie narzekać na mrowia. Nużą go już rutynowe, bezbarwne powitania, toteż poprzestaje na pozbawionych namiętności pomrukach niewyrażających niczego poza informacją, iż zauważył wchodzącego do jego przybytku klienta. Bujał się wówczas na swoim skrzypiącym krześle, zadzierał nogi nieco zbyt wysoko i zaciskał dłoń na uchwycie niewielkiej szuflady ukrytej pod blatem świeżo pomalowanego biurka. Sprzedawał piętnastolatkom cygara, wołając dwukrotnie więcej, co było zabiegiem aż zanadto przemyślanym, ponieważ dzięki temu mógł przynajmniej wmawiać sobie, że w pewnym momencie dzieciaki zrezygnują z tejże rozrywki z dziurawymi kieszeniami — niefortunnie dla jego moralności, nieletnich przybywało jak chrabąszczy majowych na maj. Podwojone jednak zyski pozwoliły odrestaurować całą Walrothową siedzibę, toteż nie skarżył się zbyt głośno, w szczególności, gdy po raz siódmy, lub siedemnasty, w tym tygodniu podnosił ceny. Moralność społeczna bywa wątpliwa, jak to zwykli mawiać ci z wątpliwą moralnością.
Chociaż „wtorek” wcale nie rymował się z „whisky” ani nawet z „alkohol”, czynienie z niego dnia degustacji sprawiało, że rzeczywistość cygararza stawała się krztynę znośniejszą, niżeli miało się to w przypadku pozostałych dni powszednich, bo niedziela miała to do siebie, iż od poranka chodził z posępną miną, marszcząc brwi, ilekroć słyszał kościelne dzwony. W każdym razie, świątek, piątek czy niedziela Ezra nastrój do picia miał wyborowy, to i zmiana w cygarowym eldorado zdawała się ciągnąć, niby monolog matki, która tłumaczy, dlaczego nie możesz jeść trawy ani obsikiwać pobliskich płotów, jak robi to Burek. Świat był pełen niesprawiedliwości bliźniaczych do tej przedziwnej zależności, że ty już musisz chodzić do pracy, żeby nie ścigali cię ze skarbówki, ale Burek już nie.
Ezra poderwał się leniwie z ledwo poskładanego krzesła, stukając zabrudzonymi od błota butami o podłogę. Dzieciak, który raptem przestąpił próg „Świata cygar. Wszystko dla ciebie, twojego uzależnienia i chorych płuc”, zadrżał.
— Dzień dobry. — Spuszczony wzrok wbity w deski wzorcowo świadczył o tym, iż delikwent nie był bynajmniej zadowolony ze swojej obecności w ulubionym miejscu jego rówieśników. Speszony, postąpił krok naprzód, lecz zrobił to na tyle niezgrabnie, że Ezra pewnie uśmiechnąłby się półgębkiem, z politowaniem, ale tylko i wyłącznie ze względu na to, że był wtorek. W niedzielę zgromiłby go spojrzeniem. — Chciałbym… Chciałbym kupić… — Koścista dłoń zanurkowała w kieszeni, skąd po krótkim momencie wydostał brzęczące monety. Zacisnął je w pięści i niemrawo powłóczył nogami, żeby stanąć tuż przy ladzie. — Chciałbym kupić…
— Pomidory.
Chłystek spojrzał na Ezrę spode łba.
— Pomidory?
Specjalista od sprawy cygar wzruszył ramionami.
— Widzisz, żebym miał tu pomidory? — odparł sucho. — Chcesz kupić cygara, bo niczego innego na sprzedaż nie mam. Parejo?
Młodzik wbijał speszony wzrok w Abrahama, który odwrócił się ku półce za sobą, skąd zdjął szczelnie zamknięte pudełko i postawił je przed chłopakiem, kiwając głową ku pokrywce.
— Słucham?
— Parejo, rodzaj cygara, najpowszechniejszy, jak sądzę. Palisz?
— Palę.
— Dużo?
— Dużo? No… niedużo.
— W takim razie się nie udusisz.
Młody delikwent nieśmiałym gestem pochwycił trzy cygara, odłożył je na blat i dołożył monety, które z łoskotem obiły się o drewno. Ezra odstawił pudełko i, zanim zdążył oznajmić, ile wynosi należność, gałgan zbiegł — Walroth podliczył jednak pieniądze i, chociaż w każdym innym wypadku nie zamierzałby ścigać za chłopakiem, z zadowoleniem zauważył, że pozostawione pieniądze znacznie przekraczają kwotę rachunku. Z ociężałym westchnieniem wydobywającym się z czeluści przestarzałych, nadgniłych płuc, zacisnął je w poprzypalanej od płomienia zapałek dłoni.
Musztardowa suknia posunęła się po zakurzonej podłodze, zbierając z niej resztki błota, piachu i zmarnowanych nadziei Abrahama Walrotha. Ze wzrokiem wbitym w meblościankę, za której drzwiczkami oczekiwał go rudawy trunek, przylgnął barkiem do drzwi i kiedy zaniósł się z zamiarem przekręcenia kluczyka, rozległo się donośne, pełne werwy pukanie. Niechętnie odsunął się, otwierając je na oścież.
— Cygara dla małych i dużych, których interesuje karmienie swojego raka. W czym mogę szanownym panom pomóc? — Założył ramiona na piersi i wbił w jegomościów pełne wyczekiwania spojrzenie.
— Tak ciepłe przywitanie ma sugerować, że przeszkadzamy?
Wyższy zdjął kapelusz i skinął naprędce, szczędząc im obu napuszonej serdeczności. Z chustami pod szyją i skrupulatnie wygolonymi szczękami, wypinali piersi, dając tym samym do zrozumienia, jaką funkcję pełnią w komicznej rzeczywistości zachodniego cyrku na kółkach.
— Absolutnie. Tylko zamykałem.
Zdawało się, że obaj zrozumieli, co Ezra chciał im wystarczająco dobitnie oznajmić, niemniej jednak, równocześnie, zignorowali to, wpraszając się do lokalu dziarskim krokiem uprzywilejowanych, zgorszonych nieznacznie mniej — lub, paradoksalnie, stokroć bardziej — od reszty społeczeństwa stróżów prawa. Rozejrzeli się — po nieszczelnych oknach domagających się naprawy, wymienianych niedawno framugach, jasnobrązowej ławce z odzysku i półkach uginających się pod ciężarem wypełnionych po brzegi cygarami sprowadzanymi, jak na prawdziwego patriotę przystało, spoza kraju.
— Ładny lokal — rzucił niższy, przechadzając się wzdłuż dłuższej ze ścian. — Odnawiany?
— Niedawno.
— Szkoda, gdyby przyszedł nakaz zamknięcia.
Ezra pokiwał głową.
— Szkoda. Cieszę się w takim razie, że mnie odwiedziliście, panowie. Jestem pewny, że jesteście ludźmi nader zajętymi ściganiem niebezpiecznych rewolwerowców — aż dziw, iż znajdujecie chwilę na nękanie sprzedawców wyrobów tytoniowych.
Skonsternowani popatrzyli po sobie. Wyższy odchrząknął.
— Właściwie, jesteśmy tu z powodu drobnego wykroczenia, panie Waroth.
— Waroth? Nietuzinkowe nazwisko — wymamrotał oschle.
— Walroth — naprostował z niechęcią niższy, wyraźnie znużony. — Dobrze wiesz, że o to chodziło, przestań rżnąć głupa.
Abraham wydał z siebie przeciągły pomruk, podważenie śmiałej tezy niższego. Rozrywka jego dnia codziennego ograniczała się do słownych przepychanek z władzami, toteż zwykł nie szczędzić sobie durnych, zaczepnych odpowiedzi.
— Tak czy inaczej, panie Abrahamie Walroth, przychodzimy z, mówiąc wprost, upomnieniem. — Wyższy, jak się niewiele później okazało, Lank, zacisnął usta w przerwie na oddech.
— Masz minę jak srający pies.
— Daj spokój albo stracisz robotę szybciej, niż ci się wydaje. — Niższy i wyższy zazwyczaj mówili na zmianę, jednak w tamtym momencie ten drugi zdecydował się na zamknięcie swoich opuchniętych warg. — Spotkaliśmy dzieciaka, który miał twoje cygara. Stchórzył, zatrząsł portkami i powiedział, że sprzedałeś mu za dwa dolary więcej, niż kupiłby za rogiem. Rynek jest wolny, ale mógłbyś przynajmniej odpuścić sobie wyzyskiwanie Jedynemu ducha winnych dzieci.
— Masz rację. — Ezra podrapał się po zaroście. — Wystarczy przecież, że wydadzą krocie na leczenie chorych płuc.
— Nie to miałem na myśli. Mimo wszystko cieszę się, że się rozumiemy.
Nie bacząc już na obecność wizytatorów, Abraham poczłapał do szafki i wydobył z jej wnętrza na wpół pustą butelkę, w której przelewał się rudawy trunek o zagrażającym godności stężeniu etanolu. Odkręciwszy kurek, cygareciarz uniósł dno, a jego gardło rozgrzała niewysokich lotów whisky. Nie wzdrygnął się ani nie skrzywił, przyzwyczajony do palącego posmaku.
— Postaraj się nie pić w pracy — rzucił przez ramię niższy.
— Jest wtorek.
— Popołudnie.
— To prawda. — Ezra przełknął whisky raz jeszcze. — Do zobaczenia wieczorem.
Niski poklepał ramę drzwi i zamknął je z łoskotem, pozostawiając Ezrę w niepewnych rękach irlandzkiej.

Sześć dolarów, które Abraham zyskał, sprzedając młodzikowi cygara, sprawiły, że barman nie wzbraniał się zanadto, kiedy jego klient, rasowa moczygęba, kiwająca się to na lewo, to prawo, z wdziękiem ulicznicy poprosił o jeszcze dwie dolewki — za zdrowie matki i ojca. Mętnym wzrokiem prześledził parę młodych, która, wyskoczywszy na stół, przeżywała najpewniej, jak wówczas sądzili, najlepsze momenty swoich żyć. Obu żyć, na dobrą sprawę, bo do takiej właśnie konkluzji doszedł zapijaczony Ezra.
— Miaałem kiedyś m-matkę — wymamrotał, zmroczony. — Mówiłem… mówiłem ci kiedy?
Runty, bo tak wołali na niskiego, zwęził oczy na podobieństwo dwóch cieniutkich kresek.
— Co najmniej pięćdziesiąt razy — odpowiedział, biorąc następny łyk whisky, a po nim trzy kolejne, zanim dodał to, co jeszcze miał do powiedzenia. — Pewnie chcesz opowiedzieć jeszcze raz, ale nie mam całej nocy, przyjacielu.
Siedzieli więc w milczeniu, patrząc pustym wzrokiem w dna swoich szklanek.
— Hej, Runty.
— Co?
Ezra uśmiechnął się półgębkiem, a robił to rzadko.
— Co jest białe i przeszkadza w śniadaniu?
Runty odwzajemnił pijacki gest, unosząc powoli kąciki ust.
— Nie wiem. Jajko?
— Nie.
— Larwy?
— Nie.
— To co, na Jedynego?
— Lawina.
Popatrzyli na siebie, wrócili do picia i pili dopóty, dopóki podróbka szeryfa nie przepadła, wiedziona pijackimi zachciankami natury, coby nie pozwalać sobie na niedomówienia, erotycznej. Abraham przelotnie zerknął na srebrną obrączkę zaciskającą się na jego serdecznym palcu i przycisnął przedramiona do baru, ściskając w dłoniach szklankę z grubego szkła. Śpiewał pod nosem zasłyszane piosenki i obserwował bawiącą się młodzież, wrzeszczących jeden przez drugiego chłopców i pląsające kobiety pijące tequilę za tequilą, na podobieństwo swoich mężów i kochanków.
Ezra spojrzał za siebie i, na nieszczęście delikwenta, pochylił się nad sąsiednim stołeczkiem, żeby upewnić się, że zostanie dosłyszany.
— Ile… Ile to bym n-nie oddał, żeby znowu być tak… szczęśliwym. Tak, tak szczęśliwym. Słuchaj… — Poprawił się na krzesełku, tym razem opierając o blat, z głową zwróconą ku klarownie skofundowanemu. — Jak wi-widzisz, nie jestem aż taaak stary, jak brzmię, po prostu za dużo wy-piłem i opowiadam taaakie dowcipy, że ludzie u-ciekają, jak to piani… piani… pijani ludzie… robią. Chcesz usłyszeć żart? Wie-działem, nikt nie chce. — Westchnął męczeńsko. — Nie chciałem takiego życia. Co ja robię? Co ja wyprawiam? Cholera jasna, dziecko. — Spuścił głowę jakby w pokucie. — Gdyby mnie tu zobaczyła… do kurwy nędzy. — Złapał za obrączkę i przecisnął ją przez długość palca. Podawał ją sobie z ręki do ręki, przyglądając się jej, jakby patrzył na nią po raz pierwszy. — Zaczekaj. — Posunął ją w stronę nowo poznanego towarzysza, wbijając dłoń w kieszeń. Wyciągnął z niej cygaro i zapałki. Cholerny wtorek sprawił, że nie był w stanie spojrzeć na nowego przyjaciela choćby kątem oka, dlatego nie trudził się już i zaufał, że pilnuje jego obrączki jak oka w głowie. — To, po-powiedz mi, kimkolwiek jesteś. Jakie… jakie jest twoje ma-marzenie? Chociaż, chociaż... wiesz co? Wcale mnie to nie obchodzi. Powiedz lepiej, jaki jest twój ulubiony mebel.

ktokolwiek?