Kolumna góra

Słuchy z Krainy
Aktualny rok: 1846

Na ulicach słychać szepty o wielkim wyścigu mającym ciągnąć się przez całą Krainę – za wygraną przewidywana jest gigantyczna suma pieniędzy, amnestia wszystkich przestępstw oraz zapewnienie bezpieczeństwa na okres roku. Co ambitniejsi już poszukują wierzchowców na ten morderczy wysiłek.

W Saint Thomas w niewyjaśnionych okolicznościach zniknął kolejny szeryf. Za każdą przydatną informację przewidziana jest nagroda.

Już niedługo w Jackburg: cyrk! Kobieta-guma, linoskoczkowie i najsilniejsi ludzie w całej Krainie. Przyjedzcie zobaczyć to na własne oczy.

Aktualnie poszukiwani są: Otelia Crippen
Dziękujemy za pomoc w schwytaniu Clide'a 'Smiley' Byersa. Aktualnie oczekuje na wyrok sądu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Henrietta Ravenswood. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Henrietta Ravenswood. Pokaż wszystkie posty

5.04.2022

Event: Od Claire - Przyszłość

— Mam co do tego złe przeczucia.
Chester zapobiegliwie zapiął pasy, zerkając z niepokojem na siedzącą na fotelu pilota Claire.
Ich statek, Daedalus, mknął przez pustkę przestrzeni kosmicznej, mając wokół siebie jedynie blask odległych gwiazd. Tak daleko od centrum Układu Słonecznego nie było już niczego - była tylko surowa, bezlitosna próżnia, a najbliższa stacja kosmiczna znajdowała się boleśnie daleko. Stanowiła ledwie nic nieznaczący, srebrny punkcik wśród aksamitnej nicości, równie kruchy i maleńki, co i cała załoga statku Claire.
Daedalus był konstrukcją niespotykanej klasy - wyposażony w najnowsze zdobycze technologii, zaprojektowany do najtrudniejszych, najdłuższych wypraw, stanowił cud ludzkiej myśli technicznej. Stary Ravenswood, potentat zajmujący się odwiertami na asteroidach, nie chciał słyszeć o tym, że jego urocza, słodka córeczka, będzie wyprawiała się w podróż czymkolwiek poniżej najdoskonalszej technologii. Technologii, którą Claire oczywiście ulepszyła i poprawiła po swojemu, czyniąc Daedalusa statkiem zdolnym do wszystkiego.
Jednak chociaż parametry sprawiały, że każdy inżynier czy kapitan przebierał nogami w ekscytacji, to jednak potęga kosmosu była poza wszelkimi wyobrażeniami. Wymykała się rubryczkom i cyferkom, przytłaczała swoim bezmiarem, miażdżyła pozbawioną krzty litości obojętnością właściwą wyzbytym świadomości zjawiskom fizycznym.
— Nie panikuj, Chester. Poradzimy sobie.
Claire - nie bała się. Kobieta nie bała się nikogo i niczego, zaś jej pewność siebie nie wynikała bynajmniej z beztroski i lekceważenia, tak charakterystycznych dla wielu poszukiwaczy przygód, próbujących wziąć się za bary z samym kosmosem. Nie, Claire była naukowczynią, zaś jej pewność siebie była głęboko zakorzeniona w faktach. W dokładnym, skrupulatnym sprawdzeniu każdego elementu, w posiadaniu planów na każdą ewentualność, w doświadczeniu, które zdobywała każdego dnia i podczas wszystkich swych poprzednich wypraw.
— Poradzimy sobie — powtórzyła kobieta, poprawiając uchwyt na sterach. — Tak samo, jak poradziliśmy sobie wcześniej - za każdym razem.
Światła w kokpicie zgasły, autopilot ucichł, Claire przeszła na ręczne sterowanie. Zasłona hełmu jej skafandra opadła - podobnie postąpiła cała załoga. Gdyby doszło do jakiegokolwiek rozszczelnienia kadłuba, byli bezpieczni, nikomu nie stanie się żadna krzywda.
Claire uśmiechnęła się, utkwiła wzrok w zbliżającym się z każdą chwilą dysku barw i pyłu. Gardziel, niezbadana dotąd anomalia, leżąca tuż poza granicami znanego ludzkości Układu Słonecznego, właśnie otwierała przed nią swe podwoje.
— Cała naprzód — mruknęła pod nosem.
Silniki odpowiedziały jej równie głębokim pomrukiem, statek przyspieszył i pomknął przed siebie. Ku przyszłości i nieznanemu.


Zewnętrzne czujniki Daedalusa raportowały wartości, w które trudno było uwierzyć.
Claire przeczuwała, że po drugiej stronie Gardzieli czekać ich będą koszmarne warunki, które poddadzą zewnętrzny pancerz statku prawdziwej próbie. Spodziewała się bliskiej obecności czarnej dziury, może jakiegoś magnetara, zdolnego usmażyć cały system łączności jednym celnym kichnięciem. Spodziewała się porywów wiatru solarnego, może potężnej garści pyłu kosmicznego, pozostałego po rozerwanej na części planecie. Ale na pewno nie spodziewała się, że znajdzie tu całą, zwyczajną planetę skalistą. Na dodatek otoczoną atmosferą składającą się w głównej mierze z azotu i tlenu, mającą relatywnie normalne ciążenie i znajdującą się w takiej odległości od swojej gwiazdy, że temperatura ani nie zamrażała wody, ani nie denaturowała białka.
— Wyślemy łazika — powiedziała Claire, nadal nie otwierając hełmu skafandra, nadal nie odpinając pasów i nie ruszając w stronę włazu statku. Przezorny zawsze ubezpieczony.
Chester skinął głową, wcisnął kilka guzików na konsoli.
Brzuch Daedalusa prychnął, rozwarł się klapą, wypuszczając ze swego wnętrza niewielkich rozmiarów autonomiczną jednostkę, wyposażoną w lśniące nowością gąsiennice zdolne transportować ją po najprzedziwniejszych terenach, a także w sporą garść dokładnych czujników, zdolnych wykryć każdą anomalię, jaka mogła zagrażać człowiekowi.
Łazik zaterkotał i wyprysnął spod Daedalusa, odważnie ruszając w stronę dziwnych krystalitów wyrastających z powierzchni planety, do złudzenia przypominających ziemskie rośliny. Gąsiennice zatrzymały się, górna pokrywa łazika odskoczyła, wypuszczając cienkie, kanciaste witki chwytaków. Końce zacisnęły się na krystalitach, ułamały końcówkę. Na panelu we wnętrzu Daedalusa pojawił się pasek postępu, gdy łazik przeprowadzał analizę pobranej próbki i przesyłał dane na statek.
— Przecież to jest niemożliwe — wyrwało się Chesterowi, gdy jego wzrok padł na liczby i wykresy.
— Ha, wiedziałam, że tak będzie! — wykrzyknęła Claire, sięgając w końcu do pasów i odpinając się od fotela pilota. — Życie oparte na krzemie! Takie, jak nasze - ale zamiast węgla budującego każdy możliwy element, mamy tam krzem!
Światła znów rozpaliły się we wnętrzu statku, zgasły wszystkie ostrzegawcze diody, zaś Daedalus przeszedł w tryb czuwania, w jaki przechodził dokując na zwyczajnym lądowisku. Claire ruszyła w kierunku włazu, Chester następował jej na pięty.
— Panienko, może chociaż poczekajmy jeszcze, niech minie pełna doba i wtedy będziemy wychodzić…?
Claire potrząsnęła głowa.
— Doba trwa tu ponad czterysta godzin, na pewno nie będziemy tyle czekać. Według odczytów z czujników nie potrzebujemy tu nawet skafandrów, ale rzecz jasna nie zamierzam pozwolić nikomu niczego zdejmować. Tyle zabezpieczeń wystarczy - być ostrożnym to jedno, ale nie można popadać w paranoję.
To mówiąc kobieta otworzyła właz. Daedalus wysunął krótki trap, koniec opadł w miękki pył, wzbijając niewielki obłoczek kurzu. Claire wyszła na zewnątrz, stawiając pierwsze kroki na powierzchni nieznanej planety.
— To jest mały krok dla człowieka… — zacytowała, rozglądając się z zaciekawieniem wokół siebie.
Ze wszystkich stron otaczała ją kryształowa dżungla mieniąca się nienazwaną barwą w świetle błękitnawego słońca. Po nieboskłonie płynęły leniwie zielone chmury, podbarwiające się po bokach rozmigotanym różem. Claire przekrzywiła głowę. Choć skafander miał własny zbiornik powietrza i do wnętrza nie dostawały się nawet pojedyncze molekuły z atmosfery, kobieta miała nieodparte wrażenie, że gdyby zdjęła hełm i wzięła oddech, poczułaby ten charakterystyczny, kwiatowy zapach, występujący w oryginale jedynie na Ziemi. To było takie dziwne uczucie - dotrzeć w miejsce, gdzie nigdy jeszcze nie było człowieka i zobaczyć, że wcale nie jest ono groźne.
Do tej pory kobieta przygotowywała się na wrogie środowisko zdolne zetrzeć ją w pył - takie, z jakim ludzkość musiała sobie radzić, starając się oswoić i ucywilizować każdą piędź ziemi wydzieranej kosmosowi. I choć proces zasiedlenia Układu Słonecznego nastąpił wiele lat przed jej narodzeniem, Claire bardzo dobrze znała historię pierwszych wypraw międzyplanetarnych. Z zapartym tchem czytała opowieści o tym, jak kolejne ekipy inżynierów i budowniczych wznosiły części stacji pokrywających teraz całą powierzchnię Księżyca, albo jak terraformowano Marsa tak, by nadawał się do zamieszkania przez ludzi. Potem były budowy stacji orbitujących wokół trudnych do zamieszkania planet, jak chociażby gazowego Jowisza. A potem stacje otulające księżyce tych planet - wodną Europę albo tak przyjaznego Ganimedesa.
Tymczasem zaś reszta ekipy zaczęła powoli opuszczać bezpieczne wnętrze Daedalusa - ludzie niespiesznym, ostrożnym krokiem dołączali do Claire, ich niepewny wzrok błądził po otoczeniu, szukając najmniejszych oznak niebezpieczeństwa.
Zaś Claire podążała w kierunku kryształowej dżungli, sycąc oczy niesamowitymi barwami i kształtami. Krok za krokiem, oddalała się od bezpiecznego otoczenia Daedalusa, jednak mimo gnającej ją do przodu ciekawości, siłą woli kobieta starała się pohamować pęd ku nieznanemu, przedkładając bezpieczeństwo ponad wszystko inne.
W tym momencie dioda zapiszczała na panelu jej skafandra, alarmując Claire o nieodległym źródle promieniowania. Wynalazczyni zmarszczyła brwi, podążyła spojrzeniem w stronę źródła. Tam, wśród przedziwnych, krzemowych tworów, znajdowało się coś, co kobieta znała z Ziemi, znała też z wnętrza asteroid, i co sprawiało, że wszystkie statki kosmiczne były w stanie oderwać się od ziemi.
Cyprnait.
Ten charakterystyczny połysk i barwa były niemożliwe do pomylenia z żadnym innym materiałem, jednak tu, na tej przedziwnej, krzemowej planecie, leżącej poza granicami niezbadanej Gardzieli, cyprnait miał inną formę. Zamiast leżeć grzecznie zagrzebanym w najgłębszych warstwach kopalni, zamiast pojawiać się w formie fosforycznych żył przecinających litą skałę, tutaj formował dziwnie organiczne, zawinięte struktury, które łatwo byłoby określić mianem roślin.
— Mili państwo - oto nasze odkrycie. Gratuluję uwiecznienia imion w annałach historii — powiedziała do komunikatora, uśmiechając się pod nosem.


Claire żyła przyszłością. W każdym tego słowa znaczeniu.
To, co przeminęło, było ważne tylko dlatego, że pchało ją naprzód, ku nieznanemu i niezbadanemu, stanowiło motor i napęd przyszłych działań. Kolejną cegiełkę dołożoną przez ludzkość do tego olbrzymiego budynku, jakim była całość ludzkiej wiedzy.
Gdy kobieta siedziała w kambuzie, popatrując po raz kolejny na przedziwną, cyprnaitową „roślinę" kwitnącą w doniczce, zamkniętej w terrarium z kwarcu i ołowiu, jej myśli nie potrafiły biec nigdzie indziej, niż tylko ku kolejnym pomysłom tego, jak ową roślinę wykorzystać. Pewnie, że była niebezpieczna - promieniowanie było toksyczne dla człowieka, niosło w sobie energię grożącą wybuchem, jeśli ktoś się z nią nieostrożnie obchodził. Jednak Claire z całego serca wierzyła, że wszystko jest dla ludzi. Dopóki jest się uważnym, dopóki to rozum, a nie serce, prowadzi na drodze kolejnych odkryć, nie było się czego bać.
Oczami wyobraźni widziała już nowe typy statków kosmicznych, zasilanych nie kawałkami bezdusznej, żarzącej się skały, ale żywymi roślinami, które - jak na razie udało jej się sprawdzić - do wzrostu i wydzielania swego wysokoenergetycznego promieniowania potrzebowały jedynie wody i tlenu. Uśmiech błąkał się po twarzy kobiety, gdy w zamyśleniu bębniła palcami po ochronnym szkle, w umyśle już szkicując pierwsze projekty nowego typu statków kosmicznych.

28.02.2022

Od Claire cd. Stanleya

Claire zajmowała się wieloma rzeczami, najczęściej wszystkim na raz i po trochu. Większość z tego, na co szły fundusze jej ojca, była nie do objęcia rozumem przez zwykłego zjadacza chleba, była też co najmniej niejasna i niebezpieczna dla tych, którzy rano jedli ciepłe bułki i czytali do tego książki w ładnych oprawach. Panienka Ravenswood była niebezpiecznym połączeniem umysłu wykształconego, a także zaopatrywanego regularnie we wszystkie środki potrzebne do realizacji najbardziej oryginalnych pomysłów. Jej jedynym ograniczeniem było ogólne bezpieczeństwo wszelkich prac i eksperymentów, ale zdrowy rozsądek nie był aż takim ograniczeniem, jak chociażby „panel ekspertów", którzy decydowali o tym, czy akademickie pieniądze przeznaczyć na dany projekt, czy też nie.
Claire nie musiała niczego nikomu udowadniać, i to też czyniło z niej osobę o niekonwencjonalnym podejściu, nieprzejmującą się kosztami i brakiem zwrotu kapitału, skupioną jedynie na swym nieco abstrakcyjnym celu. Bo przecież wiedzy, choćby i nawiezionej w beczkach, nie dało się wprost przerobić na zupę, którą można byłoby wypełnić żołądek, prawda? Nawet nie od razu dało się ją przekuć w wynalazek, który przyniósłby jakiś zysk. Ale panienka Ravenswood nie musiała się tym przejmować.
— Zajmuję się budowaniem maszyn zasilanych energią cyprnaitu — powiedziała, gotowa na każdą możliwą reakcję, jaką Stanley mógł ukazać.
Wiadomo, cyprnait był niebezpieczny, maszyny też były niebezpieczne, więc reasumując - Claire zajmowała się niebezpieczeństwem nadziewanym niebezpieczeństwem, co czyniło całe przedsięwzięcie wyjątkowo niebezpiecznym. Ale również interesującym, jeśli ktoś nie panikował, tylko podchodził do całości z logiką i rozwagą.
— Liczę na to, że zrozumienie działania cyprnaitu przyczyni się do wymyślenia lepszych sposobów jego wykorzystania. To źródło energii - co prawda problematyczne i niebezpieczne w użytkowaniu - ale na pewno im lepiej się je zrozumie, tym lepiej dla nas wszystkich. Kto wie, może okaże się, że prócz wysadzania rzeczy w powietrze albo mutowania wszystkiego, z czym ma kontakt, cyprnaitu będzie też można użyć w medycynie?
Na razie były to tylko luźne pomysły, ale naukowa intuicja Claire podpowiadała jej, że przyjdzie jeszcze czas, gdy i to się dokona.
— Zaś co do zapasów i tym podobnych - o nic nie trzeba się martwić, ja wszystko zapewniam, na zakładkę. Więc nawet, jak się trochę pogubimy, to nie będzie źle. Ważne tylko, żeby nie zgubić się dokumentnie — zakończyła.


Moment wyjazdu w stronę Gardzieli zbliżał się z każdą chwilą. Claire doglądała ostatnich przygotowań, gospodarskim okiem mierzyła wszystkie pakunki, które ekipa miała ze sobą zabrać. A trochę tego jednak było, zaś sam dobór sprzętu i plany wyprawy trzeba było starannie przemyśleć i przygotować.
Wiadomo, przezorny zawsze ubezpieczony i nigdy nie wiadomo, czy w trakcie wyprawy potrzebny nie okaże się dodatkowy zwój liny czy para czekanów. Ale każdy dodatkowy element wyposażenia był też dodatkowym pakunkiem, który trzeba było transportować i który czynił cały bagaż jeszcze cięższym, a wyprawę - jeszcze bardziej mozolną. Osobną kwestią pozostawało to, że Claire najchętniej zabrałaby do swojego warsztatu całą Gardziel, wraz ze wszystkim, co się tam znajdowało, jednak i to nie było możliwe. Cel musiał być konkretny, plan - wykonalny. Wszystkich srok nie dało się przecież złapać za ogon. Panienka Ravenswood niestety o tym wiedziała, bo nie raz próbowała.
Ale wiadomo - mądry wynalazca po szkodzie, więc teraz nic takiego Claire nie groziło.
Kobieta objęła wzrokiem ekipę, którą zamierzała zabrać wprost do Gardzieli. Patrzyły na nią sterane życiem twarze ludzi, którzy towarzyszyli jej w jej karierze naukowej od dłuższego czasu. A także te, które pojawiły się niedawno i które dopiero teraz miały sprawdzić się w boju.
— Dobrze, drużyno. Możemy ruszać.

8.12.2021

Od Claire cd. Julesa

Ubabraną dłonią się nie przejmowała - nie było niemal dnia, by nie musiała wypłukiwać smaru z włosów, albo nie znajdowała ciemnych smug w najgłupszych możliwych miejscach - chociażby za uchem albo w zgięciu kolana. Trochę dodatkowego syfu tu czy tam nie robiło jej już różnicy.
Wybałuszyła nieco oczy widząc, że Jules nie do końca został jedynie wytytłany i zwichrowany przez akcję z samolotem. A przynajmniej tak się jej wydawało, że rana była spowodowana walką z ogniem i maszyną.
— To teraz tak się zrobiło? — spytała średnio składnie, wskazując na ramię.
Jules próbował właśnie jakoś ogarnąć się tym, co miał pod ręką. A że tuż po katastrofie lotniczej nie było tego wiele, to i z ogarniania nie za dużo wychodziło. A przynajmniej nie za dużo wychodziło w oczach Claire. Bo o ile kobieta była przyzwyczajona do lekkiego bajzlu jeśli chodzi o warsztat - do brudnych maszyn, do fruwających wszędzie wiórków drewna albo pirzgniętych na stół śrubek i nakrętek - o tyle jeśli przychodziło do rzeczy związanych z szeroko pojętym zdrowiem i medycyną, to Claire przechodziła w tryb „panienki z dobrego domu". I wtedy raną miał się zająć lekarz, który dyplom dostał na Poważnym Uniwersytecie w Dużym Mieście, nie zaś popylał po świecie ze świstkiem z Krowiej Wólki, albo szył ludzi i przepisywał im ziółka „na gębę". Bandaże miały być bialutkie i puchate, podobnie i gaziki, wszystkie narzędzia - nowe i błyszczące, a leki - certyfikowane i z dobrym terminem ważności.
W warsztacie, jak to w warsztacie - wypadki się zdarzały. Mimo lekkiego nieporządku, który tam panował, Claire dbała o bezpieczeństwo swoich pracowników, także akcji w postaci nogi zmiażdżonej imadłem, albo przerobienia dłoni na krwawy naleśnik za pomocą prasy hydraulicznej nie było. Jednak zdarzały się rzeczy w rodzaju palca, w który ktoś przyskrzynił młotkiem, był też i pomniejsze otarcia, albo oparzenia, jeśli jeden z panów niefrasobliwie oparł się dłonią o rozgrzaną obudowę jakiegoś kolejnego ustrojstwa.
— Nie, to już wcześniej… — próbował odpowiedzieć Jules, jednak Claire średnio słuchała.
Bądź co bądź, była nie tylko panienką przyzwyczajoną do tego, że chodziła wokół niej służba i wszystko było tak, jak sobie tego zażyczyła. Była też szalonym naukowcem, który podążał za swymi pomysłami z siłą schodzącej z gór lawiny, i niewiele było w stanie ją choć spowolnić, nie mówiąc już o tym, by kobietę powstrzymać. Toteż gdy Claire wykoncypowała, że Jules jest ranny i to w jej obowiązkach należy zapewnienie mu z tego tytułu pomocy medycznej, pozostało jej jedynie działanie.
— Chester — zaczęła, kowboj spojrzał na nią z niepokojem. Wiedział, co oznacza ten ton. — Biegnij do warsztatu i powiadom doktora Paxtona, że będzie miał pacjenta.
Biedny Chester nie takie akcje już dla panienki Claire uskuteczniał, także chcąc nie chcąc, przetarł tylko przepocone czoło.
— To ja już pójdę — odparł i poleciał truchtem tam, skąd przyszedł, szybko oddalając się od miejsca katastrofy lotniczej.
— Tam uspokój wszystkich, że przeżyłam — zawołała za nim Claire, a następnie odwróciła się do Julesa. — No, a nam pozostaje chyba pójście na piechotę. Dasz radę przejść, nie będziesz mdlał?
Jules się obruszył.
— Chyba aż tak źle nie wyglądam, prawda?
Claire nieco się rozluźniła, parsknęła lekkim śmiechem.
— No nie, źle nie jest. Ale powiedzmy, że nas oboje przeczołgało.


Droga do warsztatu, samolotem pokonana chyba poniżej minuty, na piechotę zajęła o wiele za dużo czasu. W gorącym słońcu, wśród rozgrzanego niczego - pustej prerii otaczającej warsztat bezpiecznym pasem ziemi - każdy krok wydawał się być postawionym w miejscu, nie przybliżać do celu ani o milimetr. A jednak, ciemna plama hangaru pośrodku niczego przybliżała się i przybliżała, wychynęła w końcu zza kolejnego wyschłego na wiór krzaka, aż w końcu ukazała się w całej okazałości.
Wielkie drzwi były wciąż rozwarte, wywalony ozór rampy ledwie chwilę temu wypluł przecież samolot wprost w przestworza. Tu i tam kręcili się jacyś ludzie, do hangaru tuliło się kilka krzywych przybudówek. Z boku całego kompleksu - góra niewiadomego przeznaczenia żelastwa, która wkrótce miała stać się nowym projektem kolejnej maszyny.
— Witam w moim królestwie — Claire objęła gestem teren.

1.12.2021

Od Claire cd. Stanleya

Na spacerki po Gardzieli nie można było zabierać byle kogo. Claire wiedziała to bardzo dobrze - środowisko tam było zbyt niebezpieczne, by częścią ekipy był gość, na którym nie można polegać. Jeśli już ktoś chciał tam iść i mówić, że idzie z panienką Ravenswood, to naprawdę musiał wiedzieć, co robi. Cały zespół stanowił przecież coś na kształt precyzyjnej maszyny, w której każdy element musiał do siebie pasować, każda śrubka musiała pasować i każda zębatka - chodzić bez żadnych zgrzytów. Jeśli którykolwiek element nawalił, wszystko szło w drzazgi. Wiadomo, jeden obluzowany gwint i samolot tracił część poszycia, a stamtąd człowiek się nawet nie obejrzał, gdy maszyna zarywała w ziemię i stawała w ogniu.
Zupełnie podobnie mogło być z wyprawą do Gardzieli, jeśli brało się na nią gołowąsów, amatorów, albo tych niby steranych życiem kolesi, którzy uważali, że nie dość, że pozjadali wszystkie rozumy, to jeszcze to ich życie najbardziej skopało i mieli najtwardsze dupy. I największe jaja, bo wiadomo - tylko siedzący w saloonie nad szklaneczką whiskey macho ma cojones wystarczające, żeby zasuwać do Gardzieli.
Gdy Claire pierwszy raz popatrzyła na Stanleya, zastanawiała się, czy to czasem nie jest ten typ gościa, który chętnie widziałby siebie jako bohatera wszystkich heroicznych piosenek o kowbojach odjeżdżających w stronę zachodzącego słońca, gdy już wszystkie czarne charaktery poległy od wyciągniętego w okamgnieniu rewolweru. Na szczęście jednak słowa mężczyzny rozwiały dość szybko to wyobrażenie. Prawda, wyglądał na gościa, który z niejednego pieca chleb jadł i nie raz dostał w tyłek od życia, ale przynajmniej zamiast biadolić i robić z siebie ofiarę, to otrzepywał portki i szedł dalej.
Dobrze się składało też, że w miarę wiedział, co się w tej Gardzieli znajdowało, zaś jego słowa pokrywały się z doświadczeniem Claire i z wieściami na temat najnowszej topografii Gardzieli. Które to, swoją drogą, trzeba było aktualizować najlepiej raz w miesiącu, miejsce robiło co chciało, choć pewne główne trendy nadal były i raczej się utrzymywały. To była ta mała wysepka stabilności pośród morza chaosu.
— W biznesie? Nie powiedziałabym — odparła Claire na ostatnie pytanie mężczyzny.
Cóż, wielu wyprawiało się do Gardzieli po to, by napchać sobie kieszenie bezcennym cyprnaitem, jednak Claire uważała, że to przedziwne miejsce oferuje zdecydowanie więcej, niż tylko te świecące, kolorowe skałki. I chociaż wyprawy Claire do Gardzieli nie przynosiły wprost wymiernych zysków - w końcu kobieta raczej musiała włożyć wysiłek i środki w to, by się tam wybrać, zaś to co z Gardzieli przywoziła, zdecydowanie nie nadawało się na rynek - to jednak młoda panienka Ravenswood ze szczerego serca uważała, że jej wyprawy są jednymi z najbardziej intratnych, jakie można sobie wymyślić. W końcu ona przywoziła materiały i wiedzę, które potencjalnie można było przekuć w wynalazki, te zaś - pchając ludzkość na drodze rozwoju technologicznego - były przecież bezcenne.
— Chodzi mi o coś o wiele bardziej intratnego, niż tylko wydobycie cyprnaitu. Prawda, gdybym go potrzebowała, wysłałabym górników i nie fatygowała się sama. Czas jest cenny, a narażanie się bez potrzeby mi się nie uśmiecha. Ale ta wyprawa wymaga mojej obecności, bo z Gardzieli przyniesiemy coś nieskończenie cenniejszego. — W oczach Claire zabłysły te charakterystyczne ogniki szalonego naukowca. — Przywieziemy stamtąd wiedzę — powiedziała z mocą, nachylając się do Stanley'a, zaciskając dłoń w pięść.
Stanley oszczędnie uniósł brew.
— Ale bez nerwów — kontynuowała Claire, porzucając swój poważny ton i znów siadając prosto na swym stołku. — Płacę z góry, więc nie będzie tak, że jak coś pójdzie w diabły, to będziesz stratny.

19.11.2021

Od Claire cd. Stanleya

Wyprawa do Gardzieli to, generalnie, nie w kij dmuchał. Claire była tego boleśnie świadoma - wbrew opiniom osób, którym wydawało się, że skoro nie przekroczyła jeszcze pięćdziesięciu wiosen, a między nogami nie dynda jej nic odpowiednio długiego, to nie ma prawa wypowiadać się w tej kwestii. Kobieta nie zamierzała nawet słuchać tego typu kretyńskich wynurzeń. Jeśli ktoś uważał, że lepiej zna się na Gardzieli od niej, to niech idzie zebrać ekipę i sam tam śmiga. Psy szczekają, karawana idzie dalej.
Mapy Gardzieli można było śmiało o kant dupy potłuc. Miejsce ustawicznie się zmieniało, coś nowego cały czas tam wyrastało, a co raz wyrosło, potrafiło dostać nóżek i gdzieś sobie pójść. Chyba. Nawet to nie było pewne. W każdym razie sprawa była nietrywialna, bo chociaż dla Claire nie byłaby to pierwsza wyprawa, najpewniej nie będzie mogła polegać na własnych wspomnieniach z tego miejsca. Im bliżej w miarę „ cywilizowanych" i normalnych terenów, tym i Gardziej była normalniejsza, ale im dalej się szło, tym bardziej zmieniała się definicja normalnego i człowiek nie mógł być już pewien niczego.
Gardziel ją wzywała. Claire nie wyobrażała sobie, by mogła pozostać oddzielona od tamtego miejsca dłużej, niż to konieczne, niż zajęłoby jej przygotowanie kolejnej wyprawy. To tam czekały na nią odkrycia, czekało nienazwane i niepojęte, co tak bardzo ją fascynowało. Kobieta pozbawiona była jednak tych dziecięcych złudzeń, których pełno było w głowach jej podobnych, a które nigdy nie narodziły się w jej głowie. Zdawała sobie świetnie sprawę z tego, że Gardziel nie jest miejscem przyjaznym człowiekowi, że te wszystkie barwne rośliny mogą być trujące albo mięsożerne, a człowiek wyglądał dla nich jak smakowity kąsek. Również żyjące tam zwierzęta, o ile zwierzętami można było to nazwać, najczęściej nie były zbyt przyjazne, choćby przyjmowały kształt uroczych, barwnych kulek.
Wielu było takich, którzy wybrali się do Gardzieli, nie będąc tego świadomymi, albo zwyczajnie nie przejmując się takimi „szczegółami", bo te nie pasowały im do planów i zamierzeń. Woleli ruszyć w dziką krainę, która więcej miała wspólnego z marzeniami, niż z Gardzielą z prawdziwego zdarzenia - a potem rzeczywistość weryfikowała podejście takich ludzi. Brutalnie i bez litości.
Claire kończyła właśnie projekt nowej maszyny, która miała jej się przydać w Gardzieli. Jak na razie trudno było powiedzieć, na ile całość działała, a na ile nie - Claire nie do końca miała możliwość, by ją przetestować. Cóż, jedyną możliwością testowania maszyny przydatnej w Gardzieli było udanie się do Gardzieli i eksperymentalne sprawdzenie, czy całość się do czegokolwiek nadaje, czy też nie. Innej opcji nie było, z resztą sama Claire była zwolenniczką sprawdzania wszystkiego w rzeczywistości, za pomocą dobrze opracowanego eksperymentu, a nie tylko obliczania wszystkiego= na papierze, gdybania i myślenia. Dowód to miał być konkret, a nie matematyczne wynurzenia.
Wracając jednak do jej wynalazku - Claire umyśliła sobie lampę, nie była to jednak zwykła lampa. Jej światło miało odstraszać wraże stwory z Gardzieli, a jak na razie jedynym „stworem z Gardzieli" jaki udało się Claire przywieźć z poprzednich wypraw, był jakiś żółty porost, który otwierał i zamykał jakieś dziwne ślepia na szypułkach. Faktycznie, gdy poświeciło się na niego lampą, ślepia się zamykały, szypułki chowały, porost zdawał się doświadczać dyskomfortu i próbował cofnąć ze swego kamienia. Zaś gdy tylko lampa gasła, porost na powrót się rozwijał i ciekawskim wzrokiem swoich szypułkowych oczu badał otoczenie.
Eksperyment wykonano więc na jednym przedstawicielu jednego gatunku - Claire musiała przyznać, że była to absolutnie mordercza liczba, wyśmianoby ją w dowolnym czasopiśmie naukowym. I właśnie dlatego, by jej badania miały jakąkolwiek sensowniejszą podstawę, musiała udać się do Gardzieli na poszukiwanie nowych, innych gatunków i ich przedstawicieli. By im wszystkim świecić latarnią w oczy.
Na dźwięk głosu oderwała się od rzeczy, przy której pracowała, spojrzała na właściciela owego głosu. Był jakiś podejrzanie żółty.
Claire oderwała od pracy nie tylko siebie, ale i swój umysł. Zdjęła z oczu gogle, mężczyzna od razu stracił tę podejrzaną, żółtą barwę.
— Tak, to ja. We własnej osobie — podeszła, wyciągnęła rękę, cofnęła ją, zdjęła ciężką rękawicę i wyciągnęła dłoń ponownie. — Henrietta Ravenswood, proszę mówić mi Claire.
Uścisk jej dłoni był silny, szorstki, zdradzał częste trzymanie klucza francuskiego w dłoni.
— Rozumiem, że chciałby się pan ze mną wybrać do Gardzieli? Jakie ma pan doświadczenie? — spytała, wskazała gestem jeden ze stołków. W warsztacie i tak nie było wiele miejsc do siedzenia, a stołki zdawały się najstabilniejsze.

3.11.2021

Od Claire cd. Julesa

I tak oto długie miesiące pracy w pocie czoła, nieprzespane noce, odciski na palcach, podrapane dłonie, spodnie podarte o wystającego gwoździa i tony materiałów - płonęły. Bezpowrotnie i nieodwracalnie, samolot zmieniał się w pył i stopiony metal, zaś Claire, jedyne co mogła zrobić, to bezsilnie patrzeć. Nigdzie nie było żadnej studni, by chociaż chlusnąć we wrak wiadrem wody - może i byłoby to bezcelowe, ale Claire mogłaby chociaż powiedzieć żarłocznemu żywiołowi „nie, nie zgadzam się!". Piasku wokół też nie było wystarczająco dużo, by nim próbować cokolwiek zasypywać, zaś sam żar płonącej konstrukcji był tak wielki, że nie dało się podejść chociaż na pół kroku.
I chociaż Claire w tej jednej chwili tak wiele straciła, to jednak wiele też zyskała. Bo samolot jednak wzniósł się w przestworza, jednak przeleciał dobry kawałek. I choć nie wszystko było idealnie, choć nie udało jej się normalnie wylądować, to jednak start był dobry, a i zasięg maszyny - robiący wrażenie. Na dodatek obyło się bez ofiar śmiertelnych, więc nie było tak, że ktoś przyjdzie i zakaże Claire dalszych prac nad jej maszyną. Z resztą - czy gdyby faktycznie ktoś zginął, to czy szeryf by się pofatygował? W tym brutalnym świecie wypadki przecież się zdarzały.
Kobieta ochłonęła w końcu, przytomniejszym i bardziej rzeczowym okiem popatrzyła na mężczyznę, który stał obok niej.
Przyjrzała mu się nieco uważniej, wcześniej tylko przepłynęła wzrokiem po jego twarzy, nie rejestrując niemal niczego. Co wpadło do głowy, to od razu wypadło i Claire patrzyła na niego - w sumie - pierwszy raz.
Nie no, dobrze - pamiętała jego twarz tuż przed wypadkiem - te rozszerzone przerażeniem oczy, wyraz kompletnego szoku na twarzy. Czyli to była niedoszła ofiara pierwszej w historii świata katastrofy lotniczej. I o ile Claire lubiła być tą, która robi coś pierwszy raz na świecie, o tyle katastrof lotniczych z ofiarami nie chciała jednak mieć na swoim koncie.
Umysł Claire szybko połączył wątki. Skoro prawie wylądowała samolotem na tym człowieku, i skoro jakimś cudem po owym „lądowaniu" nie była w trawionym płomieniami kokpicie, mężczyzna widać musiał ją z tego kokpitu wyciągnąć. No innej opcji nie było, nikogo innego w okolicy Claire nie widziała.
Chester przygalopował, sapiąc niczym miech kowalski, z twarzą czerwoną jak dorodny pomidor - czerwieńszą nawet, niż ta jego niedołączna chustka. Kapelusz gdzieś dawno zgubił, jednak mężczyzna zdawał się tym nie przejmować, będąc całkowicie skupionym na tym, jak to się Claire teraz czuje. Zdołał wykrztusić z siebie tylko jedno zdanie, nim stanął w rozkroku i oparł dłonie na udach, dysząc ciężko.
— No nic mi się nie stało, a wszystko to zasługa tego dzielnego człowieka — powiedziała, wskazując na stojącego obok mężczyznę. — Nawet płaszcz postradał, żeby mnie ratować, widzisz, Chester? Są jeszcze dobrzy ludzie na świecie, może czasem się trochę ukrywają.
Claire wsparła dłonie na biodrach i zwróciła się do nieznajomego.
— Jestem Henrietta Ravenswood, ale proszę mówić mi Claire — Ściągnęła rękawiczkę, otarła jeszcze dłoń o portki (nie, żeby to wiele pomogło), a następnie wyciągnęła ją do mężczyzny w geście powitania. — Dziękuję - gdyby nie pan, byłabym już skwarką.
Zerknęła w stronę wciąż płonącego samolotu.
— No, i tyle z mojego podboju niebios — westchnęła ciężko, splunęła w pobliskie krzaki. — Następne podejście w przyszłym miesiącu, do tego czasu powinnam zdążyć zbudować nowy model. O ile dostawy nie nawalą i przywiozą mi wystarczająco dużo blachy.
Znów zwróciła się do mężczyzny.
— Pana chyba też trochę poturbowało to wszystko… No dużo tak teraz nie mogę zaoferować, ale tam dalej mam swój warsztat, to chociaż by pan sobie usiadł — Wskazała gestem stronę, z której tak dzielnie przybiegł Chester. — Mamy coś na ząb, coś na suche gardło i na nadto czyste płuca.

11.10.2021

Od Claire cd. Julesa

Chester przebierał nogami z taką prędkością, że wydawało mu się, że zdoła prześcignąć parowóz. Gnał ile tchu starczyło, ziemia umykała mu spod stóp, kapelusz już dawno gdzieś odleciał i tylko ta czerwona chustka pod szyją powiewała dziko, niczym szarpana wiatrem flaga.
Chester gnał i gnał. Może i przegoniłby parowóz, ale w starciu z samolotem - nie miał szans. Mężczyzna wiedział, że pomysł panienki Claire to samobójstwo - po prostu czuł w kościach, że coś pójdzie nie tak, że coś się posypie, i jeśli ktoś będzie poszkodowany, to właśnie Claire. I teraz, kiedy jego przeczucia stały się rzeczywistością, nie mógł darować sobie, że nie naciskał bardziej, że nie opierał się mocniej i że nie doprowadził do tego, by za sterami tej wrażej maszyny siedział ktokolwiek inny.
Chester pędził, podążając wytrzeszczonymi oczami za tą koszmarnie czarną smugą dymu wyłaniającą się z maszyny. Zakreślającą łuk na nieboskłonie, ostry i kanciasty, niczym niewprawnie pociągnięta węglem kreska. Łuk kończył się niemożliwie daleko, dla Chestera niemalże za horyzontem. Nie zdąży!
Tymczasem Claire zarejestrowała tylko przerażone spojrzenie jakiegoś człowieka na drodze, a potem - gwałtowny wstrząs i kompletna ciemność.
Nie poczuła swądu palącego się paliwa, nie poczuła też z każdą chwilą coraz bardziej rozgrzewającego się metalu kadłuba samolotu. Nie poczuła, jak jakiś nieznajomy wyciąga ją z kabiny pilota, jak niesie te parę długich kroków od samolotu, byle dalej od coraz mocniej rozpalającego się ogniem inferno.
Wisiała, zanurzona w kompletnej ciemności i bezruchu, gdzie nie dochodziły żadne dźwięki ani wrażenia. Było to kompletne i absolutne nic. Idealna, kosmiczna pustka nieistnienia.
I wtedy bystry umysł Claire przypomniał sobie, że coś miała zrobić. Coś ważnego, na co czekała tyle czasu. Iskra świadomości błysnęła w owej ciemności, zgasła, a potem błysnęła znowu - nie wiedząc nawet, że ów migoczący rytm dopasowuje się do biegnących z zewnątrz odgłosów pstryknięcia.
To był pierwszy krok. Przez nieosłonięte goglami powieki przeświecało słońce - padało Claire prosto na twarz, rozganiało ciemność. I był jeszcze głos, dochodzący z oddali, jakby zza grubej szyby, wykrzykiwał jakieś słowa, jednak Claire nie wiedziała, jakie.
Z głębi swojej nieświadomości, zaczęła powoli, powoli, pełznąć ku przytomności. Jej umysł nie znosił próżni, nie znosił ciemności i marazmu, sam podążał za tym, co obie te rzeczy przeganiało.
Samolot.
Coś kliknęło i zaskoczyło, niczym rozpalający się silnik. Claire gwałtownie otworzyła oczy.
Pierwszym, co zobaczyła, był bezkres błękitu nieba - jasny, oślepiający, nieskalany ani jedną chmurką. Na jego tle - czyjaś twarz. Blada, przecięta czarną opaską, okolona lekko wzburzonymi włosami o zapadającej w pamięć barwie. Mężczyzna popatrzył na nią, chwilę chyba mu zajęło by zarejestrować, że Claire już oprzytomniała. Dłuższą chwilę zajęło Claire połączenie wszystkich kropek - choć nie było ich wiele, zadanie niemal ją przerosło. Niemal.
— Panien…
Claire zerwała się do siadu, niemal przyskrzyniła mężczyźnie w nos. Z przerażeniem popatrzyła w bok, jej oczy rozszerzyły się na widok stojącej w ogniu maszyny.
— Mój samolot! — krzyknęła rozpaczliwie, gramoląc się na nogi. Niewiele to dało, te ugięły się pod nią i Claire wylądowała na klęczkach. — Nieee!!!
Wokół nie było niczego, żeby wziąć się za gaszenie, płonące paliwo dokonało reszty dzieła zniszczenia. Od skrzydła oderwała się kolejna część poszycia, a następnie cała konstrukcja zapadła się do wewnątrz w fontannie iskier.
Claire odwróciła się do nieznajomego mężczyzny. Usta wygięte miała w podkówkę, ciemne oczy pełne łez.
— Mój samolocik…

22.08.2021

Od Claire

Claire usiadła na siedzisku, pewnie postawiła stopy na pedałach. Naciągnęła mocniej rękawiczki, następnie założyła gogle i ścisnęła mocniej pasek, by na pewno jej nie spadły. Była gotowa. Długie tygodnie spędzone nad projektem, mozolne obliczenia, doświadczenia, aż w końcu budowa prototypu i - pierwszy test. Co prawda jej ludzie usilnie próbowali ją namówić, by za sterami usiadł ktoś inny, żeby ona sama się nie narażała, że maszyna nie jest przecież bezpieczna i tym podobne. Ale Claire wiedziała lepiej. Poza tym - nigdy by sobie nie darowała, gdyby ktoś inny, nie zaś ona, pierwszy w świecie naprawdę wzniósł się w przestworza! Co tam balony i sterowce - jej projekt był inny, lepszy, bardziej innowacyjny! Jeśli zadziała, zrewolucjonizuje cały transport!
Maszyna była gotowa - obite starannie nawoskowanym materiałem skrzydła lśniły w popołudniowym słońcu, złote refleksy tańczyły w metalowych śmigłach. Claire skinęła głową, a jej główny mechanik, Chester, zakręcił korbą w silniku. Zębatki zawirowały, powietrze rozdarł napad kaszlu i rzężenia, czarny dym wylał się z rury wydechowej. Przez fotel przebiegła ta charakterystyczna fala wibracji, gdy silnik zaskoczył. Śmigła ruszyły. Samolot zaczął powoli toczyć się po rampie.
Chester odskoczył, zamachał ręką. Trochę po to, by reszta ekipy odsunęła się na bezpieczną odległość, a trochę do Claire. Kobieta nie zwróciła na niego najmniejszej uwagi - liczyło się teraz tylko to, co przed nią. A przed nią była sława i uznanie, było zapisanie jej imienia na kartach historii!
Ale najpierw - trzeba było pokonać rampę.
Claire szarpnęła dźwignią, silnik znów kaszlnął, a maszyna przyspieszyła tak, że kobietę wgniotło w fotel. Ale to nie był koniec, to było za mało! Claire przesunęła kolejną dźwignię, i jeszcze następną. Za każdym razem ryk silnika stawał się coraz głośniejszy, pęd powietrza bezlitośnie smagał twarz. Samolot mknął w dół po rampie, nabierając prędkości w zastraszającym tempie, mknął szybciej, niż najszybszy koń czy nawet pociąg.
— Rozbije się, no nie ma opcji! — Chester złapał się za głowę.
Samolot śmignął po wywiniętym końcu rampy, a Claire poczuła, jak poranny posiłek wywija w jej żołądku karkołomne salto. Poczuła jednak jeszcze coś innego.
Nie było już podłoża.
Maszyna mknęła przez przestworza. Odważnie, niczym fantastyczny okręt, zwracała dziób ku bezkresowi błękitu. Chmury zdawały się nagle bliskie, niemal na wyciągnięcie ręki, a spieczona słońcem ziemia uciekała hen daleko.
— To działa! Działa! — krzyknęła Claire, jej głos kompletnie utonął w wyciu wiatru i silnika. Leciała. Tylko to się liczyło.
Ciężka maszyna dygotała, silnik sapał, dyszał, pokasływał. Dygotały też skrzydła, gdy wiatr szarpał materiałem, a śmigła z wysiłkiem cięły powietrze.
— A cóż to takiego? — zapytała samą siebie Claire wyciągając z fałdów skórzanej kurtki jakiś metalowy przedmiot.
Małą śrubkę.
Taką akurat od poszycia samolotu.
Podniosła wzrok, zlokalizowała pusty nawiert i w tym momencie, jakby to wszystko było zaplanowane, od kadłuba oderwał się płat metalu. Zgrzytnęło, gwizdnęło, kawał blachy wyciął fikołka i wpadł w ramiona najbliższego śmigła. Claire bezsilnie obserwowała, jak oba elementy lecą w dół, ku spalonej słońcem ziemi i ostrym trawom.
Ona zaraz miała do nich dołączyć.
Pozbawiony jednego śmigła samolot tracił wysokość, a chmury, które jeszcze przed chwilą wydawały się tak bliskie, oddalały się gwałtownie. Maszyna spuściła nos na kwintę i obrała kurs prosto w dół, ciągnąc za sobą czarną chmurę dymu i spalin.
— Uwagaaaa! — krzyknęła tylko Claire widząc to, czego nie powinno tam być.
Podróżnego.
Na środku pustej drogi.
Patrzącego na nią okrągłymi oczyma.
„No to kaplica” zdążyła tylko pomyśleć.

Sprawdziłam starannie ten uderzający fakt...

... i nie mogłam wątpić, że jest prawdziwy. Zastanawiając się nad jego przyczyną, jedno tylko widziałam wyjaśnienie, a mianowicie, że musi istnieć w tych minerałach jakaś substancja nieznana, a bardzo czynna.
— Maria Skłodowska-Curie, o promieniowaniu toru i uranu
The Kissing Booth Girl © Reiko Murakami
26 lat | 10.10 | badaczka | Armadillo Springs
oficjalnie Henrietta Clarissa 'Claire' Ravenswood
przedstawia się jako Claire


Stary Leonardo Ravenswood zawsze pragnął, by jego ukochana córeczka, Henrietta, przejęła po nim biznes. Najinteligentniejsza z czwórki rodzeństwa, zawsze była oczkiem w głowie tatusia, ulubienicą jego znajomych i wynajętych nauczycieli. Siedziała grzecznie w swojej sukieneczce, z ciemnymi włosami związanymi różowymi tasiemkami i rzucała krótkimi wypowiedziami, po których dorośli wybuchali śmiechem. Złote dziecko. Radość taty. Podobna do niego kubek w kubek.
W miarę jak dorastała, Leonardo z niepokojem zauważał, że prócz jego uroczo niesfornych włosów i lekko zadartego nosa, Henrietta odziedziczyła też groźny zestaw cech pochodzący od reszty rodziny. Tak samo ciekawa świata, jak jej nieodżałowany dziadek - sławny poszukiwacz i odkrywca. Tak samo uparta, jak jej świętej pamięci matka - utalentowana śpiewaczka i artystka. Tak samo przebiegła, jak jej zaginiony wuj - znany krętacz i naciągacz.
Leonardo robił wszystko, by zainteresować Henriettę biznesem - starał się jej pokazać, jak polityka wpływa na giełdę, jak drobne decyzje wielkich ludzi potrafią całkowicie zmienić rynek. Jak przejąć firmę konkurenta, jak dobić intratnego targu wykorzystując słabość przeciwnika, jak zajmować pracowników, by nie tworzyli związków zawodowych. Wszystko na nic.
— Pieniądze się nie liczą, tato. Dzisiaj są, jutro ich nie ma — mówiła ku jego zgrozie. — Liczy się to, co można za nie kupić.
— Właśnie — podchwycił wtedy, gdy siedzieli oboje pewnego zimowego wieczoru przy kominku. — Jeśli nie będziesz miała pieniędzy i wpływów, nic nie będziesz mogła kupić, będziesz bezsilna!
Henrietta obdarzyła go słodkim uśmiechem swoich białych zębów.
— Przecież do tego nie dopuścisz. Prawda, tato?
Leonardo rwał włosy z głowy, gdy jego mała księżniczka postanowiła zająć się badaniem cyprnaitu. Ten kamień to był towar, na którym można było zrobić majątek, ale na pewno nie powinno się go dotykać ani się nim bawić! Do tego Gardziel! To przeklęte miejsce pochłonęło jej dziadka, przyciągało najbardziej szalonych ludzi i stanowiło inwestycję z największym odsetkiem ryzyka, jaką Leonardo tylko mógł sobie wyobrazić. Niedoczekanie.
Niestety, Henrietta już dawno wyszła poza wiek, w którym tatuś mógł jej czegokolwiek zabronić. Jak postanowiła, tak zrobiła - Leonardo widział ją ostatni raz, jak odjeżdżała w siną dal powożąc wypakowanym po brzegi dyliżansem.
Mijał czas, przychodziły listy. Jego krucha i delikatna dziewczynka postawiła sobie całą pracownię, najęła jakichś oprychów i nasprowadzała rzeczy, których nazwy umykały Leonardowi. Pisała, że pracuje nad jakimś wynalazkiem, który zrewolucjonizuje świat, ale mężczyzna nie rozumiał z tego po prostu nic. Rozumiał tylko te ostatnie akapity, gdzie Henrietta pisała o jakichś nowych zakupach i potrzebie większych funduszy.
— Nie wyślę jej pieniędzy, wtedy na pewno pójdzie po rozum do głowy i wróci do domu — mówił Leonard, wysyłając Henrietcie pieniądze o które prosiła, i dodając jeszcze jeden czek „na drobne wydatki”. Miał nadzieję, że chociaż czasem zakładała jeszcze sukienki.


Nowe wątki zawsze na propsie. Można używać w opowiadaniach po konsultacji ze mną (najlepiej przez Discord, nick mam ten sam).