Kolumna góra

Słuchy z Krainy
Aktualny rok: 1846

Na ulicach słychać szepty o wielkim wyścigu mającym ciągnąć się przez całą Krainę – za wygraną przewidywana jest gigantyczna suma pieniędzy, amnestia wszystkich przestępstw oraz zapewnienie bezpieczeństwa na okres roku. Co ambitniejsi już poszukują wierzchowców na ten morderczy wysiłek.

W Saint Thomas w niewyjaśnionych okolicznościach zniknął kolejny szeryf. Za każdą przydatną informację przewidziana jest nagroda.

Już niedługo w Jackburg: cyrk! Kobieta-guma, linoskoczkowie i najsilniejsi ludzie w całej Krainie. Przyjedzcie zobaczyć to na własne oczy.

Aktualnie poszukiwani są: Otelia Crippen
Dziękujemy za pomoc w schwytaniu Clide'a 'Smiley' Byersa. Aktualnie oczekuje na wyrok sądu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Loretta i Mae. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Loretta i Mae. Pokaż wszystkie posty

16.11.2021

Od Loretty cd. Mae

Loretta coraz częściej miała dość prowadzenia tego przybytku rozkoszy. Odkąd wszystko było na jej głowie pojęcie wolnego czasu właściwie przestało dla niej istnieć. Z każdym problemem musiała mierzyć się sama i prawdę mówiąc brakowało kobiecie pomocy, ale czy komukolwiek mogła zaufać na tyle, by powierzyć biznes choć częściowo w jego ręce? Przez lata spędzone w zamtuzie wiele widziała i słyszała. Obserwowała jak jej znajome po fachu dawniej będące przyjaciółkami po zerwanej przyjaźni posyłały sobie wrogie spojrzenia i cieszyły przy okazji porażek tej drugiej. Obawiała się podobnej sytuacji, obrócenia zaufania przeciwko niej, wykorzystania słabości.

Idąc po schodach zerknęła na Mae i przyłapała ją na wystawianiu języka do gburowatego klienta, z którą chwilę wcześniej miała styczność. Zazdrościła dziewczynie takiej beztroskości. Co prawda w jej wieku nie była zahukana, ale również nie bezczelna. Raczej naiwna i nieświadoma wielu rzeczy, o których przekonała się z biegiem czasu. Czy ona też kiedyś tak bardzo się zmieni? Kto wie, może wędrowny tryb życia pełen niebezpieczeństw wreszcie się jej znudzi albo ją zmęczy i zostanie stateczną damą? Ciężko było Lottcie wyobrazić sobie Mae w wytwornej sukni, z jakimś wąsatym eleganckim jegomościem u boku, a tym bardziej ją otoczoną gromadką dzieci. Lotta nie lubiła za tym stereotypem kobiet muszących założyć rodzinę, ale wiedziała, że jest on wciąż żywy wśród wielu mieszkańców Krainy.

Siedząc przy stole wysłuchała przechadzającej się rudowłosej. To co mówiła brzmiało logicznie i całkiem przekonująco. Może była młoda i jeszcze nie do końca zachowywała się dojrzale, ale wyglądało na to, że wie co robi. Pokiwała głową, dając w ten sposób znak, że rozumie jej plan i przytakuje mu. Miała szczerą nadzieję, że uda im czegoś dowiedzieć, ale podobnie jak Mae nie liczyła na to, by przełom miał się pojawić od Mary. Mimo wszystko zgodzie z życzeniem dziewczyny zmierzała ją zaprowadzić do pracownicy.

— Tak, Agnes mieszkała tu od kilku lat. Przygarnęłam ją z ulicy. Uciekła z sierocińca i nie miała dachu nad głową, a nie chciała tam wracać. Zaproponowałam jej pokój w zamian za pracę — wyjaśniła krótko Lotta. Historie większości dziewcząt trudniących się nierządem w jej przybytku nie należały do wesołych ani łatwych. Niektóre z nich z zaoszczędzonych pieniędzy decydowały się zakupić walizkę i bilet w jakieś odległe miejsce, by odciąć się od przeszłości i zacząć od nowa. Większość jednak była na tyle młoda, że wolały wydawać pieniądze na zwiewne sukienki, kwiatowe perfumy oraz drogie kosmetyki. Lotta nigdy nie próbowała zarządzać ich finansami. Miała wystarczająco problemów na głowie, jeśli chodzi o kwestię zliczania tego, która dziewczyna ile zarobiła w ciągu ostatniego miesiąca.

Otworzyła szufladę pod biurkiem i wyciągnęła z niej ciężki pęk kluczy. Z zaskakującą łatwością odnalazła jeden z nich, po czym wstała i stukając obcasami skierowała się do wyjścia z gabinetu. — Chodźmy zatem. Pokój Agnes znajduje się naprzeciwko Mary. Musi być wstrząśnięta. Były nie tylko sąsiadkami, ale też przyjaciółkami. Tutaj wszystkie dziewczyny się znają przynajmniej z imienia — dodała, idąc długim korytarzem zatopionym w półmroku. Przez otwarte po obu stronach okna panował lekki przeciąg, dzięki czemu było nieco chłodniej.

Lotta zatrzymała się przed drzwiami z numerem 5. Już zza nich dało się słyszeć ciche szlochanie. Właścicielka domu publicznego spojrzała na swoją rudowłosą towarzyszkę, ale odchrząknęła z lekkim zmieszaniem, po czym zapukała. W pierwszej chwili zamiast spodziewanej odpowiedzi mogły usłyszeć jak ktoś głośno dmucha nos, a potem chyba myje dłonie lub ochlapuje sobie zapłakaną twarz wodą. Kiedy Mary uchyliła im drzwi wyglądała jak siedem nieszczęść. Bez przesadnego makijażu i nastroszonej fryzury trudno było ją poznać. Po zaczerwienionych oczach od razu było widać, że płakała, ale mimo tego odsunęła się, by wpuścić dwie kobiety do środka. Nieco nerwowym gestem zaczęła uprzątać pokój. Zarzuciła kołdrę i narzutę na łóżko, by zakryć to, że pościel była w nieładnie, a potem szybko zgarnęła kilka drobiazgów stojących na toaletce.

— Przepraszam za ten bałagan. Przez tę całą sytuację nie miałam głowy do sprzątania. — wychrypiała, zatrzaskując szafę. — Nie wiem czy mogę jakkolwiek pomóc w rozwiązaniu zagadki śmierci Agnes. Nie miała rodziny ani amanta. Odwiedzał ją tylko Lawrence.

28.09.2021

Od Mae CD. Loretty

Dziarski uśmieszek zabłąkał się gdzieś na piegowatej twarzyczce młodej dziewuszki, opalone powieki opadły na modre spojrzenie, dla chwili wytchnienia, dla głębszej rozkoszy w wypowiadanych przez nieznajomą kobietę słowach. Bo przyjemność czerpała niezwykłą z nagłego mężczyzny zmieszania, z warg, zaciśniętych ze złości w cienką linię, ze ślepi buchających gniewem, który nigdy już nie miał wydostać się z klatki męskich oczu – nawet jeśli, to nie tutaj, nie w tej chwili. Nie, kiedy tak wielu obserwowało Lawrence’a poczynania, kiedy wzrok potężniejszego wylądował na jego sylwecie, karcąc, ostrzegając. A wzrok był to nie byle jaki, bo tych fioletowych, krasnych tęczówek, bo należący do panny Randall, doskonale w Blisstown znanej i respektowanej. I nawet jeśli sama Mae nie miała do końca pojęcia, z kim właściwie przyszło się jej mierzyć, w głosie ciemnowłosej kobiety zaraz dosłyszała wyraźny autorytetu pierwiastek. Młodej nieznośnicy raz jeszcze niewyobrażalnie się poszczęściło.
— Witam piękną panią — odpowiedziała, skłaniając się w pas, zupełnie nie zważając na odgrywaną przed całą resztą klienteli, szopkę. Przedstawienie już dawno się rozpoczęło, a Alston uwielbiała być w centrum uwagi. Kiwnęła głową na znak zrozumienia, ściągając wreszcie z głowy swój szeroki, przybrudzony kapelusz – nie wypadało w końcu przy damie chować się tak pod nakryciem głowy – i ruszyła za sylwetą Loretty, z wolna wspinając się po schodach. Zatrzymała się jeszcze w ostatniej chwili, przywierając stopami do skrzypiących, ciemnych desek, a spojrzenie niebieskich ocząt ponownie padło na osobę niejakiego Lawrence’a, spoglądając na mężczyznę z góry. Wyciągnęła język, rzucając ów gestem prosto w starucha gębę, znikając zaraz za drzwiami prowadzącymi do gabinetu właścicielki zamtuzu.
Przekroczyła próg pomieszczenia i zaraz, bez zbędnego zaproszenia, usiadła naprzeciw kobiety, dokładnie wsłuchując się w kolejne jej słowa. Gorący powiew wiatru dostał się do środka, wsuwając się przez otwarte okiennice i muskając swym ognistym dotykiem zarumienione policzki piętnastolatki. Kiwnęła głową, paluszki prawej ręki złapały za daszek kapelusza, który z powrotem znalazł się na dziewczęcej głowie, zakrywając gęste kosmyki rudych włosków.
— Rozumiem — odparła krótko, przeciągając niepotrzebnie samogłoski, tak dla lepszego wydźwięku, tym samym dając sobie odrobinę więcej czasu na odpowiedni pomyślunek. Sprawa do prostych nie należała, a sama Mae nie spodziewała się do końca, że będzie musiała zaczynać od zera. Modre tęczówki, w czystym zamyśleniu, wylądowały na niedopalonej świecy, brudzącej woskiem swą podstawkę, jak i samo biurko, aż wreszcie wstała z miejsca, pozwalając sobie na krótki spacerek wokół całego gabinetu. — A więc, po kolei. Myślę, że najlepiej byłoby zacząć od samego miejsca zabójstwa. Ustalenie, czy to dokładnie tam została zamordowana — ucichła na moment, poszukując odpowiednich słów — cóż, nasza zamordowana, czy też jej ciało zostało tam przeniesione po wydaniu wyroku, mogłoby nam naprawdę pomóc. Kto wie, może uda się nam jeszcze dostrzec jakieś ślady? Wtedy mogłybyśmy założyć, że nie mamy do czynienia z wprawionym mordercą, a śmierć kobiety być może była zupełnie przypadkowa. Wystraszony zabójca, nie myśląc za wiele, ukrył ciało w najgorszym, możliwym miejscu i uciekł, nie zdając sobie sprawy z tego, jak wiele zostawił za sobą śladów.
Kiwnęła głową, jakby zgadzając się z własnymi słowami.
— Następnie chciałabym przesłuchać tą całą Mary. Nie sądzę, by miała bardzo nam pomóc, skoro swoją koleżankę znalazła już martwą, jednak pominięcie rozmowy z nią, byłoby z mojej strony straszliwym niedopatrzeniem. A ja podchodzę do swojej pracy poważnie i mam zamiar trzymać się tej sprawy dopóty, dopóki nie dotrzemy do samego jej sedna. — Zaciśnięta w pięść rączka wylądowała na dziewczęcej piersi, na znak całkowitego oddania.
— Potem wybierzemy się do domu pogrzebowego, żebym dokładnie obejrzała ciało zamordowanej. O ile pracujący tam nieudacznicy nie spartaczyli sprawy, nieostrożnie obchodząc się z naszą denatką. Tak, tak zrobimy. — Wreszcie zatrzymała się w miejscu, spojrzenie rudogłowej pognało w stronę Loretty. — Mam jednak jeszcze jedno pytanie. Czy zamordowana wynajmowała tutaj pokój? A jeśli nie, to czy wiesz może, gdzie mieszkała? Przeszukanie należących do niej rzeczy wydaje mi się jednak dość kluczowe.

6.09.2021

Od Loretty cd. Mae

Choć Loretta zamieszkiwała Blisstown od lat, wciąż nie wyściubiła nosa za miasto. Na początku było to spowodowane zaborczym zachowaniem męża. Podporządkowywała mu się, bo wiedziała jakie spotkają ją konsekwencję za niesubordynację. Siadała więc w bujanym fotelu, zakrywała się kolorowym, tak niepasującym do tego szaroburego miasta, kocem i zatapiała się w lekturze. Im dłużej czytała, tym żywsze obrazy pojawiały się w jej głowie. Rzeki tak czyste, że można dostrzec w nich przepływające ryby najróżniejszych gatunków, zwierzęta niespotykane w tych stronach, ludzi, których próżno szukać nawet pośród licznych przyjezdnych. Niektóre opisy zamieszczone w książkach przypominały jej o domu, o Gęstwinie, która choć w niektórych wywoływała niepokój dla niej zawsze stanowiła azyl i oazę spokoju. To tam uciekała przed agresywnym ojcem i mogła wypłakać się bez obawy o kpiące spojrzenia.

Teraz jednak nie miała zbyt wiele czasu na czytanie. Zwykle kładła się spać wykończona. Ledwie zdążyła przykryć się kołdrą, a już po chwili odpływała w objęcia Morfeusza. Czasami miewała koszmary, ale nigdy nie widziała w nich twarzy zmarłego męża, zupełnie jakby jego śmierć nie wywarła na niej żadnego wrażenia. Choć na początku naprawdę go kochała lub też uważała, że darzy mężczyznę tak silnymi uczuciami, potem otrząsnęła się z tego przekonania. Na powrót stał się dla niej obcym człowiekiem, a może nawet co gorsza potworem. Jak inaczej nazwać człowieka toksycznego, ograniczającego i bezpodstawnie zarzucającego zdrady?

Oczywiście, w jego zabójstwie próżno poszukiwać pierwiastku dobra. Dopuściła się zbrodni z czysto egoistycznych pobudek. Tak potwornego czynu nie dało się niczym wyjaśnić ani usprawiedliwić. Pewnie gdyby była swoją matką, zostałaby przy tyranie do śmierci — swojej lub jego. Jednak nie poszła w ślady cichej, spokojnej i zahukanej kobiety jaką pamiętała z przeszłości jak przez mgłę. Przypominała ją sobie ostatniego dnia za życia, wpatrującą się w pustkę rozbieganym spojrzeniem, oblaną zimnym potem, zmożoną gorączką, ale boleśnie świadomą zbliżającego się końca. Pamiętała też siebie, zaciskającą pięści z bezradności i poczucia żalu. Przecież przez lata była znachorką, ale mimo tego nie potrafiła pomóc samej sobie w sądnym dniu. Wiedza, którą przekazała Lottcie nie była wystarczająca, aby powstrzymać nieuniknione. Dziewczynce nie pozostało w końcu nic innego, niż pożegnać się z rodzicielką i poprzysiąc, że nigdy nie będzie taka jak ona.

Została wyrachowaną morderczynią, a teraz sama poszukiwała winnego podobnej zbrodni. Uśmiechnęła się kwaśno pod nosem, zdając sobie nagle sprawę z hipokryzji jaka za tym się kryła. Obróciła twarz, słysząc męski głos. Przez moment obserwowała rozwój sytuacji. Taka smarkula miała rozwiązać sprawę potwornej zbrodni na (zapewne) niewinnej niczego kurtyzanie? Na początku uznała to za pomyłkę lub ponury żart, ale dostrzegając broń, którą miała przy sobie dziewczyna, postanowiła dać jej szansę.

Przechyliła kieliszek z whiskey, a następnie wstała z wysokiego stołka barowego, na którym przysiadła by ukoić nerwy przy odrobinie alkoholu. Kroki zbliżającej się brunetki zwiastował głośny stukot wysokich obcasów. Długa suknia o rzadko spotykanych w tych stronach kolorach szurała po ziemi ozdobną koronką. Loretta skrzyżowała ramiona na klatce piersiowej, a następnie zmarszczyła brwi, co nadało jej nieprzyjemnego wyrazu twarzy.

— Jeszcze jeden taki komentarz w moim lokalu, a jedyne cyce jakie zobaczysz to krowie wymiona w stodole — wycedziła przez zęby. Nie zważała na to, że Lawrence był stałym klientem. Nawet jeśli płacił, nadal powinien się jakoś zachowywać. Właśnie dlatego nie znosiła mężczyzn. Większość z nich takich była. To zapewne niesprawiedliwe i stereotypowe stwierdzenie, ale Lotta doszła do tego faktu po wielu podobnych sytuacjach. To zachowanie sprzed chwili nie stanowiło odosobnionego przypadku.

— Nazywam się Loretta Randall, to ja jestem właścicielką i autorką ogłoszenia o którym mowa — przedstawiła się rudowłosej, przyglądając się jej z góry. Pomyślała, że zapewne nastolatka ma nie więcej niż siedemnaście lat. W podobnym wieku Lotta trafiła do domu publicznego, to też nie było dobrym zajęciem dla podlotka, ale czasami życie pisało przykre scenariusze. — Zapraszam ze mną do gabinetu, porozmawiamy o szczegółach na osobności — dodała, zachęcająco wskazując ruchem ręki na schody prowadzące na górę.

Na poddaszu po zamknięciu drzwi muzyka była niemal niesłyszalna, podobnie jak męski rechot i dziewczęcy chichot prostytutek. Lotta popchnęła drewniane okiennice, wpuszczając do pomieszczenia więcej światła i świeżego powietrza. Zasiadła przy biurku, lekko pochylając się nad uprzątniętym blatem, na którym znajdowała się teraz tylko niedopalona świeca.

— Obawiam się, że niewiele będę w stanie pomóc przy rozwiązaniu sprawy. Nie dalej, niż kilka godzin temu usłyszałam krzyk jednej z dziewcząt. Wzięłam broń i zbiegłam na pomoc, ale było już za późno. Ciało leżało w krzakach za budynkiem, nieopodal ustępu. Jedna z kurtyzan znalazła nieboszczkę i ze strachu wrzasnęła z całych sił. Okropny widok, nigdy w życiu czegoś takiego nie widziałam. Pełno krwi, naprawdę ciężko mi o tym mówić — westchnęła ze wstrząśniętym wyrazem twarzy. — Ciało wysłałam do zakładu pogrzebowego, żeby nie straszyć klientów. Jeśli chcesz, możesz je obejrzeć. Poprosiłam, aby kilka dni zatrzymali je w nienaruszonym stanie, choć zgodzili się niechętnie ze względu na ten nieznośny upał. Podejrzewam, że biedaczka musiała leżeć tam już od rana, a może od zeszłej nocy, była zimna, a wokół niej zebrały się całe stada much… — zrelacjonowała w skrócie. — Jeżeli chcesz, mogę zaprowadzić cię do Mary, to ona znalazła zwłoki, choć pewnie nie powie wiele więcej, niż ja — mruknęła ze smutkiem. Chciała jak najszybciej załatwić tę sprawę w obawie o kolejne ataki. Obojętne jej było kto się podejmie rozwiązania zagadki, kluczowa była skuteczność.

26.08.2021

Od Mae CD. Loretty

Modre ślepia błysnęły pod ciężarem miejskiego słońca. Zakurzone, brudne powieki podskoczyły raz, dwa, kiedy młoda, rudowłosa dziewucha spróbowała wyostrzyć wzrok, z wyraźnym zainteresowaniem wpatrując się w pożółkły, przyozdobiony starannym pismem skrawek papieru, wiszący na rynkowej tablicy. Alston pociągnęła nosem, niedbale wycierając jego opalony czubek rękawem kraciastej koszuli.
Raz jeszcze znaleźli się w Blisstown. Znowu. Choć jeszcze nie tak dawno Dorsey ostrzegał, iż przez długi czas będą musieli omijać jakiekolwiek, większe aglomeracje, wystarczył niecały miesiąc, by ponownie przekroczyli granicę największego miasta Krainy, gdzie głodnych kopano po żebrach i gdzie smród wylewanej do Melipawa Lake ropy, mdlił przez pierwszy tydzień każdego, kto postanowił tutaj zawitać. Mae, zbyt przyzwyczajona do ciszy Bezkresów czy słodkich zapachów borów i lasów Gęstwiny, nigdy nie przepadała za mdłymi kolorami Blisstown – za szarością i malującą się w oczach miejscowym pogardą, zawsze tak niezwykle dla niej zatrważającą.
Wybór kolejnego przystanku nie należał jednak do niej, a że starszy, poczciwy Dorsey miał na miejscu do załatwienia kilka, mniej lub bardziej moralnie ambiwalentnych spraw, cała ich grupa musiała zatrzymać się właśnie tutaj – nad spokojnymi wodami Malipawa Lake. Ostatecznie, nie mogąc sobie znaleźć żadnego, lepszego zajęcia w mieście będącym dla młodych tak wyjątkowo niebezpiecznym, bezsłownie ruszyła śladami Harveya, którego dzisiejszym zadaniem było uzupełnienie niezbędnych do dalszej podróży zapasów. Mae grzecznie zaoferowała pomocną dłoń. Drobne kradzieże były w końcu jej cichą specjalnością, lecz tym razem nie było modrookiej dane się popisać. Mieli na głowie wystarczająco dużo kłopotów. Kolejne były zupełnie zbędne.
Zerknęła kątem oka w stronę swego młodego towarzysza, teraz próbującego targować się o lepszą cenę puszkowanej fasoli. Łobuzerski uśmiech wkradł się na lico dziewczyny, drobna dłoń powędrowała w stronę tablicy, pospiesznie łapiąc za pożółkły skrawek nietypowego ogłoszenia. Morderstwo, zamtuz, a w samym środku ona, nieznośne dziewuszysko próbujące jakkolwiek odgonić ogarniającą ją nudę.
Pewnie przekroczyła próg nie tak już pewnego przybytku, by zatrzymać się niemal w samym wejściu, ogarniając ciekawskimi oczyskami całe jego wnętrze. Jednak to nie czarne, połyskujące drewna czy szykowne, zdobione lustra przyciągnęły jej uwagę. Podróżowała wzrokiem po obcych sylwetach, tych kobiecych i tych męskich, które tak chętnie odkrywały zasłonięte rozkloszowanymi spódnicami cielska, swe dłoni zatrzymując dopiero w miejscach, które jakkolwiek ofiarowały im to drobne ziarenko władzy oraz wyższości. Mae przełknęła głośno ślinę, ściągnęła rude brewki, lecz nikt nie zwrócił na nią uwagi, póki sama nie postanowiła się odezwać.
— Ja rozwiążę zagadkę waszego tajemniczego morderstwa! — sprawnie przekrzyczała wylewającą się z pianoli melodię, swe rączki twardo opierając o niewyraźne jeszcze bioderka. Stanęła w lekkim rozkroku, wyczekując ze strony tłumu jakiejkolwiek reakcji i dopiero po kilku, dłuższych sekundach odwróciła wzrok w stronę baru, słysząc kroki zbliżającej ku niej, młodej blondyneczki. Nieznajoma, równie wystrojona co cała reszta znajdujących się na miejscu kokietek, posłała młodej Alston słodki, niewinny uśmieszek, pochylając się leciutko nad jej rudą czupryną.
— Słoneczko, to nie jest odpowiednie miejsce dla ciebie — wyszeptała cichutko, doskonale zdając sobie sprawę, iż niemal wszyscy zwrócili swe spojrzenia właśnie w ich stronę.
Mae prychnął z niezadowoleniem, kręcąc zaraz głową.
— Jestem wystarczająco duża, by oglądać gołe cyce.
— Możesz też pokazać swoje!
Po pomieszczeniu przelał się obrzydliwy rechot męskiej części owego towarzystwa. Modrooka przygryzła dolną wargę, dłonie zacisnęła w pięści, wszystko by jak najszybciej stłamsić rosnący w klatce piersiowej gniew. Wiadome jednak było, iż Alston nigdy nie potrafiła radzić sobie z własnymi emocjami. A tacy jak on, budzili w młodej pokłady największej złości.
— Lawrence! — Spojrzenie nieznajomej blondynki pognało w stronę starszego żartownisia.
— Wciąż ci mało bab, stary oblechu?!
I wtedy dostrzegła w ślepiach mężczyzny wyraźną dezaprobatę. Ten zacisnął mocniej dłonie na talii jednej z kurtyzan, brutalnie zrzucając ją ze swego kolana, by pospiesznie podnieść się z miejsca i ruszyć w stronę piętnastolatki z zamiarem nauczenia rudowłosej odpowiednich manier. Mae zrobiła krok w tył, unosząc powoli rączki mające ochronić ją przed nadchodzącym ciosem. Gotowa się bronić, jak i gotowa oddać. Stojąca nieopodal panieneczka westchnęła w poddańczym geście, pokręciła głową. Ten bałagan mogła uprzątnąć tylko jedna osoba.
szefowo pomusz

23.08.2021

Od Loretty

To był wyjątkowo upalny dzień. Nawet najwytrwalsi staruszkowie siedzący godzinami na gankach na bujanych, drewnianych fotelach pochowali w budynkach swe starcze, pomarszczone głowy, aby ukryć się przed palącym słońcem. Ciuchy lepiły się do ciała bardziej niż zwykle, a od upału ludziom dokuczało pragnienie. Nic dziwnego, że w Blisstown akurat dziś pojawiło się więcej przejezdnych.

Podobnie jak kilka okolicznych saloonów, zamtuz również pękał w szwach. Na każdym kroku można było spotkać rozbawionych mężczyzn, cuchnących gryzącym w nos dymem, kwaśnym potem i żytnią whiskey, prawdopodobnie najbardziej popularnym alkoholowym trunkiem w tych okolicach. Loretta starała się nie schodzić na dół, nie chcąc być zaczepianą przez podpitych, napalonych oprychów, którzy myśleli, że za pełną orłów sakwę mogą mieć każdą kobietę, na jaką wskażą brudnym paluchem. Zamiast tego zajęła się papierkowymi sprawami, choć szczerze ich nie znosiła. Jej księgowy z powodu ostatniego zasłabnięcia przebywał pod troskliwą opieką znajomej znachorki, dlatego Lotta musiała radzić sobie sama. Wszystko spadło na jej głowę i prawdę mówiąc, niezbyt się w tym odnajdywała.

Wodziła wzrokiem po pożółkłych kartkach, sprawdzając czy wszystkie liczby się zgadzają, szacując jak duży dochód przyniósł dom publiczny i czy żadna z dziewcząt nie próbuje jej oszukać. Większość z nich znała jeszcze z czasów, gdy sama była kurtyzaną, więc wiedziała czego się po nich spodziewać. Chociaż uważała, że są godne zaufania, wolała się kierować rozsądkiem. Łączenie pracy z przyjaźnią często źle się kończyło, a poza tym w przeszłości już spotkała ją kara za naiwność, wyciągnęła z tego lekcję. Ludzie potrafili przekreślać wieloletnie znajomości dla połyskujących monet, jeśli znajdowali się pod bramką. Traktowała więc wszystkich pracowników tak samo, skrupulatnie sprawdzając dokumenty z ostatnich miesięcy.

Właśnie zabierała się do sporządzania notatek, aby nic nie umknęło jej pamięci, gdy nagle jej uszu dobiegł przeraźliwy krzyk, wysoki, kobiecy i urwany, pewnie przez gwałtowne zasłonięcie ust. Lotta spłoszona hałasem potrąciła kałamarz, w efekcie czego czarny tusz rozchlapał się na posegregowane papiery. Czarnowłosa zdusiła przekleństwo i wstała od biurka zaalarmowana niepokojącym dźwiękiem. Rytmiczne pogrywanie banjo oraz mandoliny dwa piętra niżej nie ustały, więc zapewne świetnie bawiące się towarzystwo nawet nie zauważyło, że na zewnątrz działo się coś niepokojącego.

Loretta podjęła szybką decyzję, otworzyła szafę zamykaną na klucz i wyjęła z niej strzelbę. Do przepastnej kieszeni rozkloszowanej spódnicy wrzuciła paczuszkę z nabojami, po czym zamknęła szafę i pomieszczenie, a następnie szybko zeszła po schodach i opuściła lokal tylnym wyjściem. Wystarczyło przejść kilka metrów, aby zobaczyć blondynkę z mocno ufryzowanymi włosami oraz przesadzonym makijażem. Błękitne wytrzeszczone oczy wpatrywały się w leżące nieopodal ciało jej koleżanki po fachu. Ruda, piegowata młoda kobieta leżała obok ciernistych krzewów. Pomalowane na czerwono wargi miała rozchylone, jednak nie wydobywał się spomiędzy nich oddech. Mimo urodziwej twarzyczki w tym momencie wyglądała upiornie, pobladła, zakrwawiona i z podkasaną sukienką. Jej zesztywniałe kończyny były rozrzucone w dramatycznej pozie, a irytujące stadko much zebrało się nad ciałem, bzycząc przy tym.

Lotta poczuła falę mdłości, ale zacisnęła tylko mocniej palce na strzelbie. Rozejrzała się po okolicy, ale poza sparaliżowaną strachem Mary nie było w zasięgu wzroku żywej duszy. Brunetka wzięła kilka głębokich wdechów, starając się zachować zimną krew. Chwyciła ramię kurtyzany i pociągnęła ją za ramię.

— Chodź, jej już nie pomożemy, a tutaj nie jest bezpiecznie — stwierdziła.

Uspokojenie Mary po takim traumatycznym widoku nie należało do łatwych. Lotta sama nie do końca wiedziała jak podtrzymać pracownicę na duchu, ale robiła wszystko, aby blondynka choć trochę poczuła się lepiej. Po wypiciu uspokajających ziółek wystraszona prostytutka zasnęła w jednym z pokoi dla gości.

Loretta nie rozumiała motywu tej zbrodni. Dlaczego ktokolwiek zdecydował się zabić jej pracownicę, skoro ta nawet nie miała przy sobie dużej sumy pieniędzy? Czy ciążył na niej jakiś dług, którego nie mogła spłacić, a o którym nie wspomniała ani słowem? Może to sprawka jakiegoś niezadowolonego klienta lub impuls nieznajomego szaleńca? Albo zwykły wypadek, choć w to powątpiewała. Postanowiła jednak nie bawić się w detektywa, uznając, że sama ma marne szanse na rozwiązanie tej makabrycznej zagadki. Czym prędzej zgłosiła sprawę szeryfowi, a następnie wysłała chłopca na posyłki, aby wywiesił na tablicy ogłoszeniowej kuszącą ofertę zapłaty za pomoc w odkryciu okoliczności śmierci rudowłosej kurtyzany oraz ukarania jej mordercy.

Z duszą na ramieniu czekała na kogoś, kto zechce podjąć się tego intratnego, choć pewnie niełatwego zlecenia.


ktosiu, uratuj damę z opresji