Kolumna góra

Słuchy z Krainy
Aktualny rok: 1846

Na ulicach słychać szepty o wielkim wyścigu mającym ciągnąć się przez całą Krainę – za wygraną przewidywana jest gigantyczna suma pieniędzy, amnestia wszystkich przestępstw oraz zapewnienie bezpieczeństwa na okres roku. Co ambitniejsi już poszukują wierzchowców na ten morderczy wysiłek.

W Saint Thomas w niewyjaśnionych okolicznościach zniknął kolejny szeryf. Za każdą przydatną informację przewidziana jest nagroda.

Już niedługo w Jackburg: cyrk! Kobieta-guma, linoskoczkowie i najsilniejsi ludzie w całej Krainie. Przyjedzcie zobaczyć to na własne oczy.

Aktualnie poszukiwani są: Otelia Crippen
Dziękujemy za pomoc w schwytaniu Clide'a 'Smiley' Byersa. Aktualnie oczekuje na wyrok sądu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ezra i Dennis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ezra i Dennis. Pokaż wszystkie posty

17.10.2021

Od Dennis, cd. Ezry

    Dennis miała to do siebie, że wprost uwielbiała mówić. O wszystkim i niczym, byle tylko mówić, choć faktycznie dla niej każda informacja była istotna – zaczynając od tego, gdzie mieszka i jak się nazywa, a kończąc na tym, że jej ulubionym kolorem jest zielony, bo miło jej się kojarzy, ale zielonych jabłek za bardzo nie lubi, jej bracia natomiast uwielbiają placek z takich jabłek, a Grzywa zdecydowanie bardziej woli te czerwone, które rosną na trzeciej jabłonce od lewej, tuż za pierwszym płotem, który odgradza zabłocone podwórze od tej części, gdzie rosną owoce i warzywa.
    Niekoniecznie kogokolwiek to obchodziło, więc w ogólnym rozrachunku mało kto wyłapywał w tej niekończącej się paplaninie tych informacji o Dennis, które rzucały zupełnie nowy obraz na tę rozkosznie uśmiechniętą dziewczynę.
    Obraz w rodzaju tych, które malował jeden z tajemniczych podróżnych artystów przemierzających całą Krainę wzdłuż i wszerz, szukając nowych wrażeń, nowych inspiracji oraz nowych odbiorców swojej sztuki.
    Dennis już nie pamiętała, jakie imię nosił. Pamiętała, że był wysoki, miał długie, czarne włosy i kapelusz z nadszarpniętym rondem. Przybył do Jackburga w jakąś słoneczną niedzielę jakieś dwa, może trzy lata temu. Rozstawił swoje obrazy przy drodze między saloonem a pracownią krawiecką, niemalże w centrum miasta, gdzie zawsze był duży ruch. Dziewczyna chodziła między obrazami i zagadywała o wszystko, co tylko przyszło jej do głowy, podczas gdy autor malowideł odpowiadał jedynie półsłówkami oraz cichymi mruknięciami. Chociaż wiedziała, że na pewno żadnego nie kupi, choćby najmniejszego obrazka, bo po prostu nie miała ani monety na tego rodzaju zbędne wydatki, nie przeszkadzało jej to w tym, by po prostu cieszyć się zobaczeniem czegoś nowego. Tony, który tamtego dnia jej towarzyszył, potrafił myśleć tylko o tym, że jest głodny i niespecjalnie interesowały go wymalowane na płótnie krajobrazy przedstawiające różne zakątki Krainy.
    I w sumie pewnie by go to nie obeszło wcale aż do końca tych oględzin, kiedy to w końcu zabrał Dennis na szybki obiad w saloonie, gdyby nie to, że jedno miejsce wydało mu się bardzo znajome. Przyglądał się dobrą chwilę, starał się dopatrzeć każdego szczegółu widniejącego na płótnie, chcąc w pełni poznać, a przede wszystkim rozpoznać to, co widział, ale im dłużej patrzył, tym większy smutek odczuwał. Trudno stwierdzić, co go wywołało, ale w tym niezwykle wesołym, sielskim krajobrazie po długim czasie dało się zobaczyć coś takiego, co zupełnie nie pasowało do jego całokształtu i w głębi tego wszystkiego tkwiło coś bardzo przykrego.
    Ale raczej mało kto to potrafił zauważyć.
    W związku z tym, że Dennis właśnie lubiła opowiadać i rozmawiać, chętnie paplała do Walrotha, gdy jechali ubitą drogą po obcych terenach. Sama powiedziałaby raczej, że rozmawia jej się z nim naprawdę dobrze, chociaż mężczyzna należał do tych zdecydowanie mniej gadatliwych rozmówców. Zrobiło jej się nawet przykro, gdy machał dłonią na znak, że powinna się już zamknąć.
    Nie zmieniło to jej stosunku do niego — nadal miała o nim dobre zdanie, nawet jeśli przejawiał swoim zachowaniem zdecydowanie więcej wad czy zalet. Szczególnie biorąc pod uwagę to, co wydarzyło się potem.
    Trzeba przyznać, że nie rozumiała za bardzo sytuacji, w której się znalazła, chociaż przeczuwała, że to raczej nic miłego, o czym upewniła się niedługo później. Ezra wyglądał na, delikatnie mówiąc, niezbyt zadowolonego. Po jakimś czasie próbowała wypytać, o co chodzi, co się stało i dlaczego, ale Walroth po prostu co i raz ją uciszał lub zbywał, nie odpowiadając ani słowem, więc ostatecznie zrezygnowała, chociaż myślała bardzo intensywnie, przy okazji ciągle mrucząc pod nosem coś do samej siebie. Doszła do jakichś tam wniosków, czegoś się domyślała, ale że Dennis była z tych, którzy po prostu nie lubili niedomówień, z ostatecznym werdyktem chciała poczekać, aż jej nowy towarzysz niedoli zechce jej w końcu cokolwiek wyjaśnić.
    Posłusznie wykonywała jego polecenia, więc nawet do głowy jej nie przyszło, żeby jakkolwiek się sprzeciwić, kiedy Walroth kazał jej zostać z końmi, gdy znaleźli się na peronie. Stanęła w takiej odległości, jaką mężczyzna uznał za stosowną, po czym poczekała cierpliwie.
    Ostatecznie Ezra nie załatwiał swoich spraw jakoś szczególnie długo, ale dla samej Dennis trwało to prawie wieczność. I to nie dlatego, że była niecierpliwa.
    Chodziło raczej o tego faceta z papierosem w ustach, który stał z boku, patrzył na nią ciężkim wzrokiem i uśmiechnął się pod nosem, gdy Walroth w pewnym momencie nie tylko zaczął szarpać mężczyznę, w którego brązowych oczach odbijał się już czysty strach, ale także go uderzył. Zaniepokoiło ją to trochę, chociaż "trochę" to mało powiedziane. Była absolutnie przerażona i zaskoczona przy okazji również do tego stopnia, że aż trudno jej było złapać oddech. Odruchowo zasłoniła usta dłońmi.
    Zerkała kątem oka na tamtego mężczyznę, chowając się za Grzywą, potem znów w stronę Walrotha. I tak sekundy ciągnęły się w nieskończoność, a koń, przy którym stał obserwujący ją mężczyzna, zrobił się bardzo nerwowy. Gwałtownie machał łbem, uderzał kopytami o ziemię, ryjąc w niej przy okazji, a właściciel wydawał się być tym zachowaniem zupełnie niewzruszony. Po prostu obserwował otoczenie, jakby zachowanie jego wierzchowca zawierało się w absolutnej normie, chociaż nawet Dennis, nie potrafiąca oderwać wzroku od lśniącej, doskonale głęboko czarnej sierści zwierzęcia, wiedziała, że to nie jest normalne zachowanie. Ani trochę.
    Tak samo jak to, że również dwa konie, przy których stała, zaczęły wykonywać nerwowe ruchy. Dziewczyna próbowała uspokoić Grzywę, głaskała ją chętnie, z czułością i oddaniem, ale na niewiele się to zdało. Nic na nią nie działało, chociaż dotyk Hoover zazwyczaj wiele potrafił zdziałać.
    Dennis odetchnęła z ulgą, gdy zobaczyła Walrotha idącego w jej stronę, który wydawał się być jeszcze bardziej wściekły, niż kiedy tu jechali. Już chciała otworzyć usta, żeby zadać kilka pytań, na które i tak by pewnie nie otrzymała odpowiedzi, ale akurat na to nie zważała, bo spróbować przecież warto, ale nie zdążyła, bo usłyszała to krótkie, lecz bardzo radosne zdanie wypowiedziane niezbyt radosnym tonem.
    "Z rana wyjeżdżamy do Jackburga".
    Jasne! Tak, tak jak najbardziej.
    Dennis pokiwała głową z entuzjazmem, jednak uśmiechnęła się zaledwie delikatnie, po czym znów zerknęła w stronę mężczyzny z papierosem.
    Widziała tylko tyle, jak znikał za jednym z budynków. Jego koń zachowywał się tak, jakby był już zupełnie spokojny i w pełni opanowany. Dennis nie zdążyła się przyjrzeć, ale gdyby faktycznie miała te kilka sekund więcej, zobaczyłaby, że zwierzę wygląda na bardziej zastraszone, zmuszone do tego, by było spokojne, niż faktycznie było. Bo w istocie w środku bało się bardzo. Jeszcze nie zdążyło przyzwyczaić się do swojego właściciela pomimo kilku spędzonych razem miesięcy. A im dalej byli, tym Grzywa oraz Pokurcz bardziej się uspokajali. Tym razem naprawdę.
    Przez następne minuty Hoover zupełnie milczała. Jechała ze spuszczoną głową i wbijała wzrok w jakiś trudny do zlokalizowania punkt. Takie zachowanie zdarzało jej się niezwykle rzadko, bo nawet wtedy, gdy się nad czymś zastanawiała, myślała głośno. Nierzadko mówiła do siebie, raczej nie pracowała w ciszy. A nawet jeśli, to ciągle chciała coś mówić. To po prostu leżało w jej naturze i nikt nie nauczył jej, że w pewnych sytuacjach należy trzymać język za zębami. Biorąc to pod uwagę, jej milczenie oraz brak chęci do wszczęcia rozmowy był cholernie niepokojący dla każdego, kto znał ją trochę bardziej niż "trochę".
    Nie trwało to długo, bo zaledwie kilka minut, a kiedy do głowy wpadło jej pytanie, zadała je od razu. Jeszcze zanim zdążyła się zorientować, że chciałaby o coś zapytać.
    — Panie Walroth — zaczęła, chcąc zwrócić na siebie jego uwagę. — Widział pan tamtego mężczyznę?
    Spojrzała na niego. W oczach Dennis iskrzyła ciekawość pomieszana z niepokojem. Nadal miała przed oczami niespokojnego konia i jego tajemniczego właściciela.
    — Miał taki czarny płaszcz, chyba ze skóry, ale nie jestem pewna, palił papierosy. Stał razem ze swoim koniem, który miał naprawdę piękną sierść, w życiu nie widziałam tak czarnej sierści, swoją drogą, ten koń był bardzo niespokojny, nie wiem, o co chodziło, ale wydawało mi się, że Grzywa i pana koń też robią się jakieś takie niespokojne... W każdym razie stał tuż obok peronu, gdzie pan… — odchrząknęła; nie potrafiła dobrać odpowiednich słów.
    “Pobił tego biednego człowieka”.
    — Obserwował pana, w ogóle całą… sytuację. Zna go pan? Ja pierwszy raz widziałam na oczy!
    Dennis zerknęła na niebo i słońce chylące się ku zachodowi coraz bardziej z każdą chwilą.
    — I co teraz? — zapytała nagle znowu, patrząc na profil Walrotha.
    Trudno stwierdzić, jaką odpowiedź chciałaby w tym momencie usłyszeć.
    — Co ma pan zamiar teraz zrobić? Mogłabym panu jeszcze jakoś pomóc? Jak na razie nie byłam chyba zbyt przydatna, ale… no.

2.10.2021

Od Ezry cd. Dennis

Dennis Hoover.
Powtórzył jej imię bezgłośnie, w zaciszu własnego umysłu, od którego ścianek odbijało się, żeby nieustannie powracać na myśl. Oczyma wyobraźni dokładnie nakreślił jej imię paskudnymi literami swojego niedbałego pisma i pełnym od drzazg kołkiem przytwierdził do pustej, poharatanej tablicy, tuż obok nazwiska Runty’ego i Shadle’a, z tą różnicą, iż należące do nich karteczki były już pogniecione i zdążyły pożółknąć, naznaczone piętnem mijających lat, a ta Dennis zdawała się nienaruszona. Powypalane weń otwory przypominały spalane cygara, a niezliczone dziury po wbijanym i wyciąganym szpicu — niepewność Walrotha względem nich, ponieważ pojawiały się, ilekroć zdejmował owe karteczki z tablicy i na powrót je przytwierdzał. Nie nosiła konkretniejszej nazwy, nijak na nią nie wołał, a mimo to funkcjonował z pełną świadomością jej istnienia, jak i tego, jak skromna była — mógł w końcu wymienić nazwisko każdego, z kim nieprzyjemność miał gawędzić dłużej niż piętnaście minut w ciągu ostatniego miesiąca. Dopisanie imienia Dennis do tej przykrótkiej listy nie należało do najrozsądniejszych rzeczy, niemniej jednak Ezra, wydawało się, zrobił to z ukrywaną satysfakcją.
Dennis Hoover.
Nie poznał nigdy żadnej Dennis, to i wiedział, że młoda Hoover wyznaczy imieniu nową definicję. Czy tego chciał, czy nie chciał, w każdej kolejnej Dennis będzie doglądał gestów charakterystycznych dla Dennis Hoover, kosmyki wystające z warkocza, zepsuty wóz, krzepkość. Abraham zapamiętywał ludzi i rzeczy pozornie pozbawione znaczenia. Był sentymentalny i przyłapywał się na tym, gdy zwracał się do pozbawionego konkretniejszego znaczenia Ulyssessa nazwiskiem Ulyssessa z dzieciństwa. Ot, drobne pomyłki.
Odchrząknął, wystawiając prawą rękę.
— Ezra Walroth — wymamrotał i uścisnął delikatnie drobną dłoń Dennis Hoover.
Choć przytłaczała go z całą swoją dynamicznością i ekspresją, uśmiechnął się półgębkiem. Dennis Hoover fakt, iż się nie przedstawiła, potraktowała kuriozalnie jak dla Abrahama poważnie, jak gdyby istniał cień szansy, że dbała o dobre wrażenie wywarte na posiniaczonym, siwiejącym sprzedawcy cygar w skórzanej kamizelce i przetartej koszuli z materiału grubszego, niż poniektórzy burmistrzowie okolicznych miejscowości. Spuścił prędko głowę, coby ukryć powód do zażenowania, i zamknął za sobą drzwi sklepu, blokując je dokładnie. Bał się, co trzeba oddać, że klienci wybiją w nich dziurę, szargani przez nałóg, ale był gotów na pokrycie ewentualnych kosztów, byle sprowadzić do Blisstown cholerne pudełka piętrzące się w spruchniałej stodole na wschód od stacji. Wschodniej stacji. Ezra nie znosił wschodów. Ani słońca, ani geograficznych.
Ezra Walroth, jakby nie patrzeć, nie znosił niczego.
W szczególności kulawego Pokurcza, dłubiącego w ziemi, zaaferowanego wystającą ponad nią kępą trawy. Pokurcz, w istocie, do najsprytniejszych nie należał, ale, jak to wołali, jaki pan, taki kram. Abraham przeważał na nim o tyle, że nikt nie wpadł na pomysł nadania mu imienia tak żałosnego, że śmiałyby się z niego inne dzieci. Walrothowi nie udało się zidentyfikować, czy szkapa Dennis zdążyła wykpić jego konia.
Gdy wreszcie udało im się zostawić za sobą najtłoczniejsze ulice, tętent kopyt uderzających o twardy bruk ustał i odtąd poruszali się w rytm uderzeń końskich nóg o ubitą ziemię poza miastowych duktów. Dennis Hoover zdążyła opowiedzieć już o swojej farmie i swoich plantacjach, pokrótce o koniu i o czymś, co wpadło Ezrze jednym uchem, a drugim wyleciało, ponieważ Pokurcz zdawał się nader zainteresowany szelestem rozlegającym się w oddali, w zaroślach porastających połacie poletek nieopodal lasu. Pomimo drobnych komplikacji, zaaferowanego znerwicowanym koniem Abraham z nienaturalną dla siebie przyjemnością słuchał o wszystkim, co miała do powiedzenia młoda Hoover. Nie czyniło go to nijak szczęśliwszym, nie zadawał niepotrzebnych pytań ani nie drążył, kiedy zdawało się, że właśnie tego jego rozmówczyni oczekiwała — przysłuchiwał się temu, o czym, według Dennis, powinien był usłyszeć. Przyłapał się na przelotnej myśli, czy zapas powietrza w jej płucach i słów w głowie jest jakkolwiek wyczerpywalny.
Zapomniał wół, jak cielęciem był, wypomniał sobie raz, i odtąd nie odezwał się już więcej.
Przynajmniej takie było założenie.
— A pan? — zakończyła swoją opowiastkę koślawym, acz nader urokliwym uśmiechem młodej dziewczyny. Walroth, niekoniecznie ze swojej winy, często łapał się na wiązaniu jej wigoru z młodzieńczością.
Chociaż nieustannie przyglądał się okolicy, nie musiała czekać na odpowiedź zbyt długo.
— Nie wiem — rzucił. — Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, które jabłka lubię najbardziej. — Na tym chciał zakończyć i, faktycznie, milczał przez kilka następnych uderzeń serca. Nie wiedział więc, co pokusiło go, żeby na powrót otwierać usta. — Ta twoja farma. To daleko od Jackburga?
— Nie wiem, ile dokładnie, nigdy nawet mnie to nie ciekawiło, mówiąc szczerze, ale jedzie się dobrą chwilę. — Zawahała się przez moment. — Chociaż tak naprawdę nie wiem nawet, ile czasu mi to zajmuje. W każdym razie Jackburg jest zdecydowanie najbliżej, chociaż też niezbyt blisko. To taka niekonkretna odpowiedź, ale to zawsze tak naturalnie mi przychodziło. Nie jestem w stanie powiedzieć, proszę mi wybaczyć. Jakieś kilkadziesiąt kilometrów w każdym razie. Dalej niż w obie strony, kiedy teraz jedziemy.
Walroth pokiwał ze zrozumieniem głową. W Jackburgu miał przyjaciela, być może dwóch, jeśli liczyć, że obaj wciąż żyją. Z drugim zapoznał się poprzez pierwszego, a gdy Ezra opuścił tamte okolice, zdawało się, że o sobie pozapominali. Być może to i lepiej, bacząc na to, że u jednego mógł narobić sobie długów przez swoje młodzieńcze skłonności do hazardu, ale nawet wyblakła sympatia dawała się we znaki, gdy w grę wchodziły przyjemne wspomnienia nieprzespanych letnich nocy.
Przez ułamek chwili odważył się wziąć pod uwagę wyjechanie z Blisstown na parę dni, ale prędko rozgonił mącące mu w głowie myśli — nie miał pracownika, a mimo pokaźnego przychodu, nie mógł pozwolić sobie na najdrobniejszy zastój.
— Naprawdę cieszę się, że mogłam pomóc, bo wydawało mi się, że...
— Hej, Walroth! — Męskie zawołanie rozległo się z oddali wraz z momentem, w którym Pokurcz pokręcił nerwowo łbem. Galopujący, kasztanowy koń prędko dorównał im tempa, a siedzący nań mężczyzna z bujną brodą i gładko przystrzyżonym wąsem skinął na Ezrę kapeluszem. Abraham wyciągnął więc rękę do Dennis, gestem polecając, aby, na jego podobieństwo, przystanęła i zamilknęła. — Tym razem nie było ci śpieszno, co, bracie? Odkąd ten twój skurwiel od dostaw przypalił mi spodnie, zdążyło minąć paręnaście dobrych dni, a sam wiesz, jak tamten dziad nie lubi, gdy się ociągasz i stodołę mu zajmujesz.
Postawny kowboj poprawił poły swojej skórzanej kamizelki, podobnej do tej Abrahamowej, i zarechotał, jak to starsi mężczyźni mieli w zwyczaju, z chrypą w sponiewieranym głosie. Ezra zmierzył go posępnym spojrzeniem spod ściągniętych brwi, wypuszczając powietrze z płuc.
— A ja nieszczególnie lubię, gdy się wtrącacie — odpowiedział. — Pratchett nie jest głupi. Z całą pewnością nie tak, jak poniektórzy z was. — Odruchowo zerknął ku stacji, gdzie dwóch umundurowanych dotykało się palcami wskazującymi i odskakiwało.
Drugi mężczyzna uniósł kąciki ust, uśmiechając się wesoło.
— Pierwsze dni zawsze są najśmieszniejsze. Potem człowiek zdaje sobie sprawę z tego, że resztę życia spędzi na tym samym, dzień w dzień modląc się do Jedynego, żeby zabił we śnie, byle bezboleśnie. No, to co? — Poruszył się gwałtownie, z werwą. — Mówiłem ci jak tam u mojej Mary? Jej siostra powiła ostatnio kolejnego dzieciaka. Wiesz, jak go nazwali? Geralt! Co za durne imię, na Jedynego, nazwali go Geralt, więc teraz biedak będzie musiał męczyć się całe życie. — Zerknął ku wschodowi.
— Słuchaj, musimy jechać da-...
— Walroth, Walroth, mój druhu, co ci się tak spieszy? Za to, ile cię nie widziałem, winien mi jesteś parę bukłaków, co? Nawet nie zaprzeczaj, widzę, żeś sam zawstydzony. — Wtem rozległ się gwizd, ogłaszając odjazd pociągu. — No, nie będę cię zatrzymywał, Walroth, trzymaj się na szlaku i pamiętaj, żeby nie jebać kóz, choćbyś był sam na środku prerii.
Abraham rozluźnił mięśnie całej twarzy, gdy mężczyzna oddalał się ku stacji.
— Pieprzy od rzeczy — powiedział jeszcze do Dennis, zanim zmusił Pokurcza do kłusu. — Jak wszyscy ludzie stąd.
Panna Hoover rzuciła coś w odpowiedzi, ale Ezra nie skupiał się nad tym zanadto, zdeterminowany, by jak najprędzej wrócić do miasta. Najlepiej z wozem pełnym cygar.
Nie wszystko poszło jednak po jego myśli. Siarczyste przekleństwo wydarło się spomiędzy jego ust, gdy już z oddali dostrzegł otworzone na oścież drzwi stodoły i ludzi z niej wychodzących. Zacisnął palce na uździe Pokurcza i wystrzelił do przodu, jeszcze zanim Dennis zdążyła przyspieszyć swojego konia. — Co się dzieje? — Założył ręce na piersi, podchodząc do hordy umundurowanych młodzieńców z czapkami wciśniętymi mocno na głowy. Jeden był młodszy od drugiego, a Ezrze wydawało się, że, jakby tego było mało, wychodzili zewsząd, i im dłużej przyglądał się okolicy, tym liczniejsza była ich horda. — Zapytałem, co się, do cholery, dzieje?
Chłopak o rudawych włosach niemal podskoczył na widok rozsierdzonego Abrahama i złapał się mocniej za kurtkę.
— Doniesiono nam, że zna-znajduje się tu nielegalny skład ty-tytoniu. Przyszliśmy sprawdzić. Czy je-jest pan właścicielem?
— Nie, do kurwy nędzy, tylko przejeżdżałem i zapytałem z troski. — Wyrzucił ramiona w powietrze. — Gdzie jest Pratchett?
— Pra-Prachett?
— Wła-właściciel, du-durnoto. Stary, siwy, trochę ponad pięć stóp wzrostu, śmierdzi jak stary ser. — Rudzielec zgarbił się i nieustannie odwracał wzrok w stronę stodoły, nawiązując kontakt wzrokowy z kręcącymi się mężczyznami. — Dobra, pocałuj mnie w dupę.
Okrążył spanikowanego chłopaka, który usilnie starał się powstrzymać Walrotha przed wejściem do środka. Nie odpuszczał nawet wówczas, kiedy Abraham podchodził do pakujących jego zapasy.
Przecież się umawiali. Ezra nie mógł zrozumieć, skąd wziął się nagły nalot. Oficer obiecywał. Czego oczy nie widzą, tego ręka nie dosięgnie.
A później, w jednej chwili, wszyscy się rozpierzchnęli i odjechali, zdawałoby się, w popłochu. Ezra stał w opustoszałej, zdemolowanej stodole zupełnie sam i nawet stukot butów o drewno nie zdołał wyrwać go z transu. Usilnie starał się doprowadzić do porządku chaotyczne przemyślenia i doprowadzić umysł do stanu względnie trzeźwego i rozsądnego.
— Gdzie są…
— Nie mów — przerwał Dennis, ledwo otworzyła usta. — Wsiadaj na konia i jedź za mną.
Pojechała więc, a drogę spędziła na próbach dowiedzenia się, co zadziało się przed momentem. Ezra nie chciał rozmawiać. Marszczył oczy i ściskał uzdę, aż zbielały mu palce. Wiedział, co stanie się za moment i chociaż wiedział też, że osoba, do której zmierzali, także miała tego pełną świadomość, nie dawało mu to ani krzty satysfakcji. Żałował Hoover, która została niejako przymuszona do obserwowania tej sytuacji, ale wówczas odsunął to na dalszy plan.
Odnaleźli go na peronie. Przyciśnięty do ściany nie mówił jednak za wiele. Brązowe oczy wpatrywały się w Abrahama z przerażeniem weń wypisanym.
— Powiedz mi, gdzie jest Pratchett — syknął Walroth, zaciskając w dłoniach poły felernej kamizelki.
— R-romantycznie, nie? — zdążył wysapać mężczyzna, zanim Ezra, w przypływie furii, uderzył go pięścią prosto w nos. Drugi ryknął więc z bólu i złapał Abrahama za koszulę. — Jesteś niepoważny. Przysięgam, na Jedynego, jesteś nienormalny. — Odchylił głowę w obawie przed następnym ciosem. Grymas na jego parszywej twarzy tylko potęgował zdenerwowanie Abrahama. — Jackburg. Pojechał pociągiem do Jackburga.
Uścisk zelżał, a mężczyzna osunął się na ziemię, ciężko dysząc. Walroth nie marnował na niego już ani spojrzenia, w zamian odwrócił się, wzrokiem odszukując Dennis. Została z końmi, przypomniał sobie.
Pokurcz skubał trawę, a sama Hoover gładziła swoją szkapę. Abraham pośpiesznie wytarł zakrwawioną pięść o ciemne spodnie.
— Z rana wyjeżdżamy do Jackburga.

27.09.2021

Od Dennis, cd. Ezry

    Dennis wsłuchiwała się w słowa pana Walrotha z ogromnym skupieniem, co poskutkowało lekkim przechyleniem głowy. Warkocz i wypadające z niego kosmyki jeszcze zgrabniej ułożyły się na materiale jej zdecydowanie zbyt dużej, kraciastej koszuli, którą Jackson Hoover nosił jeszcze w czasach, zanim którykolwiek w chłopców zdążył przyjść na świat.
    Kiedy złożył propozycję, w jaki sposób dziewczyna mogłaby zadośćuczynić to, że zmarnowała już zdecydowanie zbyt wiele jego cennego czasu, zmarszczyła nieco brwi i zamyśliła się na kilka niewielkich sekund, a mimo to na jej twarzy nadal kwitł ufny, pełen życzliwości uśmiech, który w pewnych sytuacjach mógł być nawet nieco przytłaczający. Pokrótce rozważyła każdą z wymienionych możliwości.
    W tamtym momencie była już pewna, że nie wróci na noc do domu. Jej serce rozdzierało się na drobne fragmenty, ilekroć przychodziła jej do głowy zaledwie namiastka tej myśli, ale wiedziała, że choć ojciec będzie zawiedziony, chłopcy głodni, a farma niedoprowadzona do porządku, była to winna Walrothowi. Była pewna, że nie zniosłaby wyrzutów sumienia i poczucia, że go wykorzystała, jeśli nic by dla niego nie zrobiła. Tym bardziej, że nie wiedziała, kiedy mogłaby spłacić swój dług. Szczególnie, że trudno było określić jednoznacznie, jakie konsekwencje poniesie, gdy już spotka się z ojcem.
    Chociaż Hoover kochał swoje dzieci nad życie i nie pozwoliłby zrobić im jakiejkolwiek krzywdy, miał w sobie coś nieprzewidywalnego. Pustka, która została w jego sercu po ponownym odejściu żony, tym razem była jeszcze szersza, jeszcze bardziej bolesna, a co najgorsze – czasami pojawiało się w niej coś, co przesączone goryczą i rozdzierającą, bolesną tęsknotą, bardzo oddziaływało na całą ich rodzinę. Dennis nigdy nie potrafiła tego czegoś nazwać, ale wielokrotnie odczuła to aż nazbyt dotkliwie, choć, na szczęście, Jackson nigdy nie podniósł ręki ani na nią, ani na chłopców. To właśnie to coś będzie odpowiedzialne za wszystko, co zrobi i powie jej ojciec, gdy już wróci pełna skruchy, z przeprosinami na ustach, nawet jeśli jej jedyną winą było to, że nie posłuchała Tony’ego.
    — Nie jeżdżę może konno zbyt dobrze, ale dwadzieścia mil w jedną stronę powinnam wytrzymać — odparła, bezceremonialnie odbierając koc z jego dużych, szorstkich dłoni. — Do domu mam o wiele dalej, wiem, że bym sobie nie poradziła, ale tyle dam radę!
    Była już zdecydowana, o czym niewątpliwie świadczyła wesołość w jej głosie i nikła iskierka w zielonych oczach.
    — Ojciec nigdy nie chciał, żebym uczyła się jeździć konno, chociaż sam świetnie jeździ — dodała, ruszając w stronę wyjścia. — I tyle, co umiem, nauczył mnie Tony, ale on też zawsze był trochę niechętny, żeby mnie przyuczyć. Nie mam pojęcia, o co chodziło. Kiedyś go zapytałam. Coś się tam tłumaczył, że niby nie powinien, bo jego rodzice kręcą nosem, ale czy ja wiem? — mówiła dalej w taki sposób, jakby była to najbardziej zajmująca opowieść w historii, a nie tylko paplanina wiejskiej dziewuchy. — Długo pan już jeździ? Chyba tak, bo widziałam, że świetnie sobie pan radzi!
    Dennis zgrabnym krokiem podeszła do Grzywy, która prychnęła lekko na jej widok i wbiła w nią spojrzenie, tak jakby patrzyła na nią z ogromnym politowaniem.
    — Wiem, że jesteś już zmęczona, Grzywciu. To był długi dzień, ale jeszcze się nie skończył i wiem, że damy radę…
    Strasznie było jej żal tego biednego konia i nie chciała zmuszać go do drogi po nieznanych terenach, co i tak już poskutkowało niezbyt przyjemnym wypadkiem, ale przeczuwała, że jako zastępca w sklepie z cygarami nie poradzi sobie ani trochę. Miała chyba zbyt miękkie serce, niewielkie problemy z liczeniem i zupełny brak wiedzy na temat wyrobów tytoniowych. Żadnego z nich nie trzymała nigdy w dłoni, a co dopiero w ustach!
    Dziewczyna przymocowała koc do swojego konia, po czym pogłaskała klacz, znowu spoglądając na Walrotha.
    — A myśli pan, że byłaby jakaś możliwość, żeby dostarczyć jakąś wiadomość do domu przed zmrokiem? — zapytała niby spokojnie, chociaż poczucie winy już zaczynało jej ciążyć. — Mieszkam kawałek drogi za Jackburgiem, na Prerii, mamy tam taką maleńką farmę. Chciałabym jednak jakoś dać znać, że nie uda mi się wrócić wcześniej niż jutro. Chociaż nie mam pomysłu, jak by dało radę to zrobić. Kiedy wracaliśmy od pana Shadle’a, pomyślałam o jakimś liście może, ale pewnie by nie dotarł na czas, a ja i tak strasznie koślawo piszę…
    Przez jej twarz przemknął jakiś pełen smutku cień, a że Dennis miała to do siebie, że było widać po niej prawie wszystkie emocje, trudno byłoby tego nie zauważyć.
    — W czym będę mogła panu pomóc w takim razie? — zapytała jeszcze, zanim zupełnie zmieniła mimikę.
    Jej radosne oczyska stały się szerokie jak monety, delikatne usta, jak dotąd rozciągnięte w słonecznym uśmiechu, rozchyliły się lekko, a brwi podniosły. Dziewczyna właśnie zdała sobie sprawę z czegoś absolutnie strasznego!
    — Bardzo pana przepraszam! — jęknęła, po czym uśmiechnęła się znowu, tym razem zdając sobie sprawę ze swojego ogromnego nietaktu. — Zapomniałam się panu przedstawić! A miałam to już zrobić kilka razy, myślałam o tym dosłownie przed chwilką — dodała, po czym wyciągnęła w jego stronę swoją dłoń.
    Jedną ręką nadal głaszcząc Grzywę, drugą skierowała w stronę Walrotha. Na jej policzkach pojawił się niewielki rumieniec zawstydzenia związany z tym, że zapomniała o tak ważnej sprawie jak przedstawienie się.
    — Dennis Hoover — wyjawiła, znowu przechylając lekko głowę.

26.09.2021

Od Ezry cd. Dennis

— Posłuchaj, Shadle. — Abraham oparł się o drewnianą stertę wznoszącą się ku górze coraz to bardziej, ilekroć odwiedzał starzejącego się przyjaciela. Blaine Shadle miał na karku już pięćdziesiąt trzy lata — raptem o dziewięć więcej, niżeli Walroth, a mimo to zdawało się, jakoby te nadprogramowe, dzielące ich jesienie obejmowały znacznie szerszy przestrzał czasu, a sam Shadle na pewnym etapie postarzał się o lat co najmniej sześć za jednym zamachem. Chociaż Ezra nie przyznawał się do tego zanadto często, jak do większości rzeczy ściśle powiązanych ze spektrum emocji zresztą, z bólem serca obserwował, jak pełen krzepy stelmach gaśnie w oczach zdecydowanie zbyt wcześnie. Z tego też względu cygareciarz starał się traktować jego skłonność do zapominania o istotnych sprawach znacznie łagodniej, niż jakby miało się to w przypadku młodzików. — Shadle, spójrz na mnie, ty cuchnący drewnolubie. — Shadle uniósł zmęczony wzrok, w milczeniu odkładając dłuto. — Parę mil stąd stoi zepsuty wóz i byłbym wdzięczny, gdybyś się nim zajął. Moje życie nie jest na tyle nużące, żebym dla rozrywki wpatrywał się w obrobione truchła drzew, więc nie powiem ci, co dokładnie jest nie tak, ale dziewczyna, która do mnie przyszła, mówi, że wóz nijak nie chce jechać.
— Ma wszystkie cztery koła? — wciął się Shadle, zanim Ezra dokończył.
— Nie, jedno odpadło.
— I ty się, kurwa, dziwisz, że nie chce jechać?
W krótkim momencie Walroth uświadomił sobie, jakim skurwysynem potrafił być Shadle — była to jedna z nielicznych rzeczy, którą szczerze w nim lubił. W tym też byli do siebie podobni — obaj nie mówili zbyt dużo, a gdy już zabierali głos, z reguły nie pieprzyli się z rozmówcą i odzywali z bezceremonialną bezpośredniością.
— Streszczaj się, Walroth, widzisz, że mam robotę — wymruczał stelmach, biorąc do ręki kawałek nieobrobionego do końca drewna.
Ezra skinął głową.
— Kawałek stąd, na południowy-zachód. Weź krzepkiego konia, droga nie jest najlepsza. Nie dziwię się, że wóz nawalił, pewnie trzeszczał gorzej od łóżka Grubego Billa. — Gruby Bill był dosyć gruby, gwoli wyjaśnienia. „Dosyć” można definiować tak, iż nie mieścił się w drzwiach sklepu z cygarami. — O rachunku porozmawiamy, gdy zrobisz to, o co cię proszę.
Shadle słynął z zadłużania się u swoich klientów lub — mówiąc kolokwialnie — z opierdalania ich na pieniądze tak, że dopiero dojeżdżając do domu, orientowali się, że ich złoty zegarek zniknął, a drogie, importowane cygaro zdążyło utkwić między spierzchniętymi wargami starego stelmacha. Abraham miał jednak to szczęście, iż mieszkał raptem dwie dzielnice od niego, toteż z nieukrywaną satysfakcją składał mu wizyty, ilekroć okazywało się, że wpłacona suma znacznie wykraczała poza przewidywaną.
Blaine Shadle pokiwał jednak głową ze zrozumieniem i wrócił do dłubania w drewnie.
— Zawołaj mi tu tę dziewuchę, jeśli wziąłeś ją, he, ze sobą. — Wyszczerz ukazał pokrzywione, wybrakowane gdzieniegdzie uzębienie stelmacha. — Pewnie i głupia, skoro wóz zepsuła.
— Nie jest głupia — zaprotestował ze spokojem Ezra. — Jest za to młoda. Zbyt młoda, żebyś patrzył na nią jak na swoją dziwkę.
To była druga rzecz, której nie lubił w Shadle’u Abraham — pociągała go każda kobieta posiadająca parę sprawnych nóg i usta, koniecznie młodsza, choć najstarsza, jaką posiadł, miała raptem szesnaście lat, on — dwadzieścia trzy. Co do wszystkich partnerek seksualnych Blaine’a, jest to kwestia, jaka mogłaby nurtować Ezrę, gdyby tylko nie miał w serdecznym poważaniu prywatnego życia zaprzyjaźnionego stelmacha — cholera jedna wiedziała, czy ten drań miał kiedykolwiek żonę, i ile dzieci spłodził.
Dennis przywitała się z Shadle’em tak, jak z Walrothem — wpierw rozciągnęła usta w urokliwym, promiennym uśmiechu, żeby spomiędzy warg wypuścić słowa ciepłego powitania. Wystarczyło, aby stanęła pomiędzy nimi, a wtem zrobiło się jakoś jaśniej, atmosfera zrzedła, a Blaine nawet powstrzymał od wypowiadania rzeczy, jakich wypowiadania spodziewał się po nim Ezra. Mimo tego, w geście naturalnej dlań baczności, gwoli ostrożności, ściągnął ostrzegawczo brwi.
Kobieta obróciła się na pięcie, nieco spochmurniała.
— W takim razie do zobaczenia jutro… — wymamrotała, gdy rozmowa wyraźnie dobiegła końca.
Zostawili za sobą Shadle’a i w ciszy wrócili przed budynek. Ezra przycisnął bok do Pokurcza. Koń zarżał nerwowo i przestąpił z nogi na nogę.
— Nie wiem, co bym bez pana zrobiła. Jak mogłabym się odwdzięczyć?
Ezra uniósł ku dziewczynie zmarnowane spojrzenie. Zrobił już zanadto, żeby była mowa o „drobnej przysłudze”, jaką świadczyć można sąsiadowi czy napotkanemu przechodniowi w potrzebie. Wiedział więc, że gdyby pokręcił głową, ucinając tym samym temat rekompensaty, jego rozmówczyni byłaby co najmniej niepocieszona, a jej moralność domagałaby się czegoś więcej, niż płonnego „Nie jesteś mi nic winna”. Jednocześnie jednak uderzyło w niego wspomnienie dziecinności, gdy sam, z wozem równie poharatanym lub nawet gorzej, wlókł się ulicami miasta, brudny od kurzu i błota, ze starą szkapą ledwie dotrzymującą mu kroku.
Wbrew emocji, nie pokręcił głową ani nie odmówił — popatrzył za to na nieskalane żadną chmurą niebo i słońce nań górujące. Popołudnie jawiło się charakterystycznym dla tych okolic ciepłem i wiatrem wystarczająco nienachalnym, żeby między budynkami nie zwracać na niego większej uwagi. Jak na podróż, pogoda była odpowiednia.
— Za pół godziny wyjeżdżam i jadę na wschód, na stację. — Złapał za siodło i wdrapał się na grzbiet konia, przerzucając przez niego nogę. Rozejrzał się wówczas po okolicy, z dozą zdrowej powściągliwości. — Wracam do sklepu. Jeżeli faktycznie chcesz zająć czymś ręce, załatw wszystko, czego potrzebowałaś od Blisstown możliwie jak najszybciej i przyjedź do mnie, kiedy będziesz gotowa. Nie przeprowadzimy co prawda skoku na bank, ale wolałbym omówić to prywatnie.
Gdy skręcił w główną ulicę, usłyszał za sobą miarowy tętent kopyt. Chociaż w tamtym momencie wciąż nie znali swoich imion, Dennis Hoover znajdowała się tuż za nim.
Pod drzwiami sklepu z cygarami stał rozsierdzony klient, którego Walroth odprawił niedbałym machnięciem dłoni. W pośpiechu niemal trzasnął drzwiami, zapominając o kobiecie posłusznie podążającej za jego plecami. Rozległo się uderzenie pięścią o drewno, które niewątpliwie pochodziło z zewnątrz, ale Ezra nie przejął się tym szczególnie, tylko zniknął w przejściu prowadzącym na zaplecze, skąd przyniósł kraciasty koc pełen słomy poprzyczepianej do splotów.
— Mam interes, dwadzieścia mil na wschód — zaczął. Usiadł na skrzypiącym krześle i oparł łokcie o kolana. — Nie będzie mnie do wieczora, więc skoro chcesz się przysłużyć, możesz zostać w sklepie i zastępować mnie przez jeden wieczór. Jeśli wolisz uniknąć bezpośredniego kontaktu z napalonymi nastolatkami, którzy będą komplementować twoje — odchrząknął, jakby sam był dzieckiem — piersi, bylebyś sprzedała im najtańsze cygaro, weź ten koc, swojego konia i zabierz się ze mną. Powiedzmy, że przyda mi się pomoc. — Podniósł się ociężale, poprawiając kamizelkę. — Jednak zawsze też możesz zająć się swoimi sprawami i wrócić tu jutro o poranku.
Abraham Walroth sam nie wiedział, czy pożądał czyjegokolwiek towarzystwa. Czuł jednak, że kobieta, choć gadatliwa, przyda się znacznie bardziej, gdy wróci do Blisstown z zapasami cygar wówczas oczekującymi Ezry w stodole nieopodal poza miastowej stacji.

19.09.2021

Od Dennis, cd. Ezry

    Trudno opisać, jak bardzo Dennis ucieszyła się, gdy mężczyzna wysilił się na najmniejszy ruch, kiedy przedstawiła mu swoją sytuację. W tamtym momencie, gdyby jej słoneczny uśmiech mógłby naprawdę grzać, całe Blisstown spłonęłoby w trybie natychmiastowym. Ale w związku z tym, że nie było to możliwe (na szczęście!), dziewczyna po prostu odwróciła się lekkim krokiem i ruszyła w stronę Grzywy, która wykazała się godnym podziwu posłuszeństwem, bo stała dokładnie tam, gdzie dziewczyna ją zostawiła.
    Wóz zepsuł się stosunkowo niedaleko, ale i tak Dennis nie potrafiła odmówić sobie wszczęcia miłej, niezobowiązującej pogawędki, nawet jeśli, trzeba przyznać, jej nowy towarzysz, wybawiciel dam w potrzebie, nie był zbyt rozmowny. Mało tego – był przytłaczająco nierozmowny, ale niekoniecznie ją to zraziło.
    Uśmiech z jej ust zniknął dopiero wtedy, gdy mężczyzna oznajmił, że nie jest w stanie naprawić tego od ręki.
    I przy dobrych wiatrach, wóz będzie gotowy dopiero na jutro.
    Jutro.
    Przecież ona nie miała tyle czasu!
    — Ale jak to... "jutro"?
    Dennis wbijała spojrzenie w mężczyznę, mając nadzieję, że zaraz powie, że to był przecież taki żart, a tak naprawdę naprawa to kwestia godziny, maksymalnie dwóch. Ale sekundy mijały nieubłaganie, a on nic takiego nie powiedział…
    — Przecież sam pan mówił, że to nic takiego. Że trzeba wymienić tylko… No, to. Przecież to nie może zająć tyle czasu!
    Głos jej się załamał.
    — Czy moglibyśmy już wracać?
    Szybko wskoczyła na konia i, nawet nie czekając na swojego nowego towarzysza niedoli, ruszyła w drogę do Blisstown, kontrolując, czy mężczyzna jedzie za nią, czy może już zostawił ją samą na pastwę losu. Na szczęście, jeszcze jej nie zostawił.
    I tak jak jeszcze przed chwilą te kilka niewielkich minut drogi do zepsutego wozu minęło jej bardzo szybko, tak teraz, kiedy miała świadomość, że sytuacja staje się coraz gorsza, każdy przebyty metr zdawał się nie mieć końca.
    W drodze powrotnej nie odezwała się ani razu. Jedynie patrzyła przed siebie w martwy punkt, marszczyła brwi i zaciskała usta w cienką linię. Jej twarz wydawała się być wręcz okrutnie ponurą, co nawet obca osoba jak mężczyzna, który jechał na swoim koniu gdzieś obok niej, mogła odebrać jako coś, co zupełnie do niej nie pasowało. Przecież jeszcze przed chwilą tak serdecznie się uśmiechała!
    W pewnym momencie mężczyzna ją wyprzedził, a ona snuła się za nim, mając wrażenie, że każda sekunda rozciąga się męcząco i nieubłaganie. Miała wrażenie, że jedzie na wyrok, chociaż w istocie był to tylko zepsuty wóz, który można naprawić do jutra. Usterka, która nie zmieni jej życia, a większość osób pewnie by się tym nawet nie przejęła. Ale wizja tego, że nie wróci do wieczora do domu wypełniała jej serce tak ciężkimi, nie do końca zrozumiałymi uczuciami, że trudno było jej utrzymać właściwą jej pogodę ducha. Ale zanim zdążyła w ogóle pomyśleć o reakcji ojca czy braci, jej towarzysz, chociaż chciałaby móc go nazwać rozmówcą, nagle się zatrzymał i zsiadł ze swojego konia.
    Byli w jakiejś uliczce Blisstown, ale Dennis zupełnie nie kojarzyła tego miejsca. Dom stał między innymi, bardzo do siebie podobnymi, i jedyne, co akurat ten jeden wyróżniało, był niewielki, drewniany znak zawieszony nad drzwiami, który przedstawiał koło wozu, a pod nim napisano jakieś nazwisko. Raczej nic wielkiego i dziewczyna była przekonana, że gdyby nie to, że mężczyzna najwidoczniej wiedział, gdzie iść, w życiu nie znalazłaby tego miejsca i na pewno by je ominęła. Nie wyróżniało się.
    Mężczyzna przeszedł przez wąską, drewnianą furtkę upchniętą między ścianami budynków.
    Dennis tymczasem nadal cierpliwie czekała, mieszając się gdzieś pomiędzy myśleniem o domu a myśleniem o niczym. Znowu plątała sobie włosy, co było dość nachalnym nawykiem, bo ilekroć nie miała, co robić z rękami, jej dłonie od razu kierowały się do włosów, a zgrabne, smukłe palce znowu bawiły się ciemnymi kosmykami.
    Cały czas miała naiwną nadzieję, że jednak wróci do domu przed nocą. I nikt się nie dowie, że z własnej głupoty doprowadziła do takiej sytuacji.
    Minęła krótka chwila, gdy zza budynku wyszedł mężczyzna, który ją tu doprowadził. Spojrzał na nią, mruknął coś pod nosem i wykonał charakterystyczny ruch głową, który wołał "ej, chodź no tu na chwilę". Dennis pogłaskała Grzywę i już kilka kroków później przekraczała furtkę. On tymczasem został przy swoim koniu.
    Trafiła w ten sposób na coś, co właściciel bardzo dumnie nazywał podwórzem, a nawet pracownią, chociaż w obu przypadkach z tymi z prawdziwego zdarzenia nie miało to miejsce nic wspólnego. Trochę drewna, trochę narzędzi, jakieś wozy i części, nic wielkiego. A gdzieś przy jednym z kół siedział mężczyzna po pięćdziesiątce z cygarem w ustach i majstrował coś przy szprychach.
    — Dzień dobry — przywitała się Dennis z naturalnym uśmiechem.
    — Dobry — odparł stelmach swoim przepalonym głosem. — Walroth mówił, że masz wóz do naprawy.
    — Dokładnie tak!
    — No, to mów co i jak.
    Hoover odpowiedziała na każde pytanie, które zadał mężczyzna, a na które Walroth, tak przynajmniej mówił o nim stelmach, nie odpowiedział. Starała się być konkretna i spokojna, ale trochę niepokoiły ją te tajemnicze skinienia głową, trudne do odczytania pomruki.
    — Poślę po ten wóz — machnął ręką. — Jeśli jest tak, jak mówisz, to zrobię do południa.
    Mina jej trochę zrzedła.
    — Bardzo dziękuję, ale nie dałoby rady na dzisiaj? Nie mogę czekać do jutra.
    — Nic nie poradzę — odparł, wzruszając ramionami. — U mnie najszybciej do południa. Wątpię, że ktokolwiek zrobi go szybciej.
    Westchnęła cicho, czując jak w oczach zbierają jej się łzy.
    — Dziękuję — skinęła głową. — W takim razie do zobaczenia jutro…
    Wyszła z podwórza zgarbiona, spanikowana i niewiele brakowało, żeby zaczęła płakać.
    Zaczęła zastanawiać się, gdzie ewentualnie może zacząć szukać kogoś, kto zechciałby ją zawieźć do domu, ale pieniędzy miała niewiele, więc musiałaby to być osoba o naprawdę dobrym sercu. Tym bardziej, że powoli robił się wieczór, a droga do Jackburga, a potem jeszcze na farmę, zajmie dobrych kilka godzin. Już nie wspominając o tym, że nie czuła się na tyle dobrze w jeździe konnej, żeby dać radę dojechać aż na prerie.
    Nocowanie poza domem nie wchodziło w grę. I to nie tylko dlatego, że nie miała gdzie się podziać, bo gdyby zaczęła błagać Smithów o przyjęcie na noc, zapewne by się zgodzili, a ich ranczo znajdowało się gdzieś między Blisstown a Jackburgiem, a tyle to by jeszcze dała radę przejechać, ale dlatego, że ojciec w życiu by jej tego nie wybaczył.
    Oczami wyobraźni już widziała jego smutne spojrzenie i ten wielki zawód. Rozdzierało to jej biedne serce.
    A mimo to, kiedy zobaczyła Walrotha, który nadal stał przy swoim koniu z tą samą zbolałą miną, uśmiechnęła się szeroko, podchodząc do niego. Nie tak wyobrażała sobie jego pomoc – nie ukrywała, że miała nadzieję, że naprawi wóz, a ona będzie mogła jechać do domu i tyle. Sprawa trochę się skomplikowała, ale była mu wdzięczna. Gdyby nie on, pewnie nadal błąkałaby się po mieście bez żadnego kroku naprzód.
    — Bardzo panu dziękuję — odezwała się wyjątkowo wesoło jak na sytuację, w której się znalazła. — Nie wiem, co bym bez pana zrobiła. Jak mogłabym się odwdzięczyć?

18.09.2021

Od Ezry cd. Dennis

Ezra nie miewał gości.
No, wyłączając te felerne odwiedziny strażników Teksasu, którzy pojawili się u niego tego samego dnia, w którym miał przyjemność poznać Horyzonta.
Poza tym gości wcale nie gościł.
Na uprzejme pytania, czy posiada w obfitej ofercie sprzedaży cygara, z kpiną zwykł odpowiadać, że na ogół kupują od niego ogórki konserwowe, a szyld zawieszony ponad drzwiami znalazł w śmietniku i nie trudził się już z przemalowywaniem go. Ta część, która wolała nie podejmować trudu ciągnięcia rozmowy, wychodziła wówczas, mrucząc pod nosem słowa konsternacji. Inni zdobywali się na zażenowany uśmiech, a ich skonfundowane spojrzenia uciekały gdzieś ku szafkom. Walroth dziwił się, gdy się zaśmiewali i, bez krzty zawahania, składali zamówienia — wtedy, choć nie przyznawał się do tego zanadto głośno, podawał te symbolicznie wyższej jakości, które zajmowały specjalne miejsce na szóstej półce od dołu szafki z numerem dziewięć. Obserwowanie ludzi sprawiało, że jego nużące życie nabierało bladych barw. Lubił widzieć, jak reagują na poszczególne bodźce, kwestie, zachowania, lubił widzieć, jak na ich ustach kwitnie grymas niezadowolenia, a brwi marszczą się na czole, jak nerwowo ruszają nogą albo splatają ręce za plecami, jakby nie chcieli, żeby ktokolwiek na nie patrzył.
W każdym razie Ezra Walroth nie przyjmował gości.
Najzwyczajniej w świecie okupował swoje skrzypiące krzesło, z nogami zadartymi gdzieś na biurko, przeżywając następny najzwyczajniejszy dzień w najzwyczajniejszym mieście, o jakim można było w tych okolicach usłyszeć. Wrócił przed momentem z najzwyczajniejszego sikania i odpoczywał, zmęczony drogą, którą pokonał, udając się do cuchnącego wychodka, a to wszystko w atmosferze zatrważającej niechęci do życia — w końcu lada moment wróci do sklepu i spędzi w nim całe popołudnie, żeby, gdy tylko zajdzie słońce, położyć się na twardej pryczy.
Dzień dobry po raz kolejny poniosło się po sklepie i odbiło od jego ścian. Tym razem w dzień dobry było znacznie więcej wesołości, niźli w każdym innym, którym go tamtego dnia przywitano. Nie zdarzało się, żeby ludzie aż tak cieszyli się wizją zakupu cygara u pana marudy, więc uniósł spojrzenie i utkwił je w kobiecie zatrzymującej się za progiem uchylonych drzwi. Nieco zgarbiona, ale uśmiechnięta, patrzyła na niego wzrokiem zdającym się pełnym nadziei, z dłońmi wplecionymi w warkocz i zabrudzonymi od kurzu butami. Walroth szczerze chciałby być na tyle zajęty, żeby Przepraszam, że przeszkadzam było konieczne, ale nie wtrącał się jej wpół zdania i posłusznie czekał, aż sformułuje, co miała do powiedzenia.
Ezra westchnął ociężale, gdy skończyła mówić.
— Może i nie wyglądam na stelmacha… — Zdjął nogi z biurka i opuścił je leniwie na podłogę, opierając łokcie o swoje kolana. — Jakby nie patrzeć, byłoby dziwnie, gdybym na niego wyglądał, bo wcale nim nie jestem. — Splótł dłonie. — Gdzie jest ten wóz? Nie widzę go za oknem.
W jednej chwili dziewczyna wyprężyła się, zaniechała nękania własnego warkocza i uśmiechnęła się jeszcze promienniej, niż przed momentem.
— Tylko kawałek stąd, na początku drogi. Pokażę panu — powiedziała, odzyskawszy rezon. Głos miała wyraźnie szczęśliwszy i tyle wystarczyło, żeby dla Walrotha stała się dziwacznie przytłaczająca. Tak już miał z natury, zgorzkniały Ezra z reguły nie lubił ludzi. Można by było dodać, jakich dokładnie, bo na szczycie tej prowizorycznej piramidy znajdowali się ci radośni, ale, na dobrą sprawę, Ezra po prostu nie lubił ludzi.
Ledwo zdążył się poderwać, dziewczyna zniknęła za futryną z charakterystycznym tupaniem przecinających mały taras butów. Walroth stąpał znacznie ciężej niż ona i nieświadomie zaczął zwracać uwagę na lekkość, z jaką kobieta się porusza. Nijak to zaskakujące, zważywszy na to, że Ezra, jak na wzorowego piwniczaka z dziewiczym wąsem, Ligą Legend odpaloną na dwudziestosiedmiocalowym monitorze i streamem na drugim, mniejszym, z kobietą nie obcował od co najmniej kilku miesięcy — co dopiero mówić o jakiejkolwiek rozmowie.
Dziewczyna odnalazła swojego konia i zgrabnym ruchem nań wsiadła, gdy w międzyczasie Ezra przyprowadził swoją szkapę, coby nie biec za kobietą, a całą sprawę zamknąć w możliwie jak najkrótszym czasie. Chociaż Pokurcz zarżał, pokornie podążał za drugim koniem.
— Nie myślałam, że to się naprawdę może zdarzyć, chociaż Tony mówił, że walnie, przepraszam za brzydkie słowo. Ale nie chciałam mu zawracać głowy, przepraszam, że panu również zawracam głowę — podjęła temat, kiedy wyjechali z najtłoczniejszej ulicy, przenosząc się na przedmieścia miasteczka.
Było dla Ezry za wczas, żeby wyrokować, iż dziewczyna może mówić zbyt wiele — ale z całą pewnością nadkładała słów, chcąc przekazać prostą informację, więc, dla równowagi, nie planował odzywać się inaczej niż zdawkowo, rozwlekle. Ba!, planował nie angażować się w zupełności, pocieszony myślą, że przeprosiny będą ostatnią rzeczą, która wydostanie się z ust jego towarzyszki.
— Zdarzyło się kiedyś panu coś podobnego? — zapytała nagle, tym samym kopiąc grób dla nadziei Ezry.
Rozluźnił ciało i chwyt lejców, odwracając głowę ku wozom stojącym pod zawalającym się budynkiem banku. Dwaj woźnice spierali się ze sobą, od czasu do czasu, dla zasady i ze względu na obyczajowość dzikiego zachodu, wyzywali się od tępych chujów i pieprzących się z bizonami skurwysynów; rzeczywistość Blisstown w pełnej krasie.
— I mnie, i nawałowi ludzi, którzy mają swój wóz — rzucił niedbale.
Ponownie zacisnął lejce i przyspieszył Pokurcza. Szkapa dziewczyny dogoniła konia Ezry, wyrównując krok. Niemrawa odpowiedź sprawiła, że dziewczęce usta zamknęły się na krótki czas, jednak ledwo Walroth zdążył wziąć oddech, ponownie zabrała głos. Nie mógł jej tego zabronić.
— Jest pan z Blisstown?
Zacisnął usta. Jak srający pies, gdyby to było ważne.
— Nie. — Zbyt mało. Będzie dociekać. — Z daleka — dodał po chwili zawahania. — Z północy.
Pokiwała głową ze zrozumieniem.
— Ja z południa.
Wiedział. Miała akcent taki, jak tutejsi i wyglądała tak, jak tutejsi. Nie była z Blisstown, ale z całą pewnością miasto nie było jej obce. Daleko jej było do kobiet z północy, a kobietom z północy było daleko do niej. Ezra nie zastanawiał się wcześniej nad jej wiekiem — była młoda, zdecydowanie zbyt młoda, żeby radzić sobie na trakcie bez strachu, że ktoś przestrzeli jej pierś. Chyba że potrafiła się bronić, w co Walroth zwątpił. Nie zapytał, co tutaj robiła, skoro do domu tak daleko, ani gdzie dokładnie mieszka, bo, tak czy inaczej, nie robiło mu to większej różnicy. Wolał już nie mówić nic, niż powiedzieć za dużo.
Wóz stał pod płotem, przechylony i wyraźnie niezdolny do wykonywania swojej roboty. Trzy stopy dalej leżało koło, a kolejne trzy — deski, które jakimś cudem musiały odpaść. Ezra nie żartował — nie był stelmachem, a ostatni wóz naprawiał w dwudziestym trzecim, więc nawet nie sprawiał pozorów, obchodząc wóz dookoła z zamyśloną miną. Tu zastukał, tu przejechał palcem, podniósł i przyjrzał się kołu.
— I jak? — Dziewczyna podeszła parę kroków bliżej, pochylając się nad usterką.
Walroth odłożył koło i wsparł się na kolanie.
— Cóż, doszedłem do jednego wniosku — rzucił, patrząc na kobietę spod ściągniętych brwi.
— Jakiego?
Jak to zwykł robić, potarł się po zaroście.
— Wóz jest bez dwóch zdań zepsuty.
Cisza, która zaległa między nimi, dobitnie uświadomiła Ezrze, że kobieta zauważyła to bez jego pomocy, zanim w ogóle zdecydowała się na jej zasięgnięcie. Odchrząknął.
— Koło jest w miernym stanie, ten… — zatrzymał się, doszukując się w odmętach umysłu słowa, którym nazywano tę część wozu — ...ten układ nie wydaje się sprawny i podejrzewam, że będziesz musiała kupić nowy. To kwestia wymiany tego… czegoś i śrubek, które trzymają to coś przy wozie. Znam jednego stelmacha. — Otrzepał dłonie z kurzu i wstał z klęczek. — Pójdę do niego, gdy wrócimy do Blisstown. Wóz powinnaś mieć z powrotem na jutro.
— Jutro? — Wbiła wzrok w swój powóz i z nieukrywanym zawiedzeniem zwiesiła ramiona.
— Tak, tak powiedziałem. Jutro. Znajdź sobie przytulną ławkę na noc.

17.09.2021

Od Dennis do Ezry

    — No, a jak tam ojciec?
    — Jak to ojciec — oznajmiła, zgrabnie wzruszając ramionami. — Milczący.
    Dennis uśmiechnęła się promiennie do Tony’ego, po czym skierowała wzrok na dość sporego, niezwykle kudłatego psa o łagodnym spojrzeniu, który merdał radośnie ogonem, odkąd tylko wyczuł, że dziewczyna pojawiła się w pobliżu. Miał już dziesięć lat i przez wiek węch zaczął mu już nieco szwankować, a mimo to zawsze potrafił wyniuchać młodą Hoover. Kudłacz zbliżył się do niej jeszcze trochę, domagając się pieszczot.
    Kucnęła, chcąc go porządnie wygłaskać, tak jak to robiła, kiedy był jeszcze szczeniakiem. Polizał delikatnie jej policzek na znak, że trochę się za nią stęsknił. Fakt faktem – nie bywała tu zbyt często.
    — A co u ciebie? Pauline i dzieciaki w domu? — zapytała, choć tak naprawdę wyglądało to tak, jakby mówiła do psa, a nie Tony’ego.
    — Mhm — mruknął tylko, chcąc się nie odwracać.
    Nie był głupi. Wiedział, że od jakichś dziesięciu, może piętnastu minut, jego żona nieustannie stoi przy oknie i obserwuje tę dwójkę z sobie tylko znaną przenikliwością i podejrzliwością. Czuł jej wzrok na sobie, odkąd tylko wyszedł na podwórze ogrodzone lichym płotem, przy którym teraz stał i gawędził z Dennis jak za starych dobrych czasów, kiedy oboje byli młodzi i bez większych zobowiązań. Dziewczyna tymczasem, chociaż bardzo chciała przywitać się z żoną Tony'ego i trójką jego uroczych dzieciaków, nie odważyła się przekroczyć ogrodzenia.
    Mimo to co chwilę posyłała serdeczne uśmiechy w stronę poruszającej się w oknie firanki.
    Pogawędzili jeszcze chwilę o wszystkim i niczym, mając świadomość, że nie powinni wdawać się w jakieś bardzo angażujące rozmowy, po czym dziewczyna wskoczyła na wóz z zamiarem wyruszenia w drogę.
    — Jesteś pewna?
    — Co masz na myśli?
    — To stary wóz. Na moje to któreś tylne koło zaraz walnie.
    — Daj spokój, jest niezniszczalny — zbyła go śmiechem.
    — Wejdź do domu, pogadasz z Pauline, a ja ci go ogarnę tak, że nic się nie stanie.
    — Naprawdę nie trzeba.
    Pożegnała się, pomachała w stronę domu Tony’ego, a potem odjechała, obiecując mgliście, że niedługo znowu wpadnie, chociaż jeszcze nie wie, kiedy dokładnie.
    Dzień był naprawdę piękny, a Dennis, chcąc z niego naprawdę dobrze skorzystać, postanowiła odwiedzić jeszcze Blisstown – miejsce jej stosunkowo nieznane, z którego powrót zajmie chyba pół dnia. Nie miała jakiejś szczególnej potrzeby obowiązku, żeby tam pojechać, bo wszystko, co chciała tam załatwić, mogłaby równie dobrze zrobić w znanym jej Jackburgu. Chodziło raczej o potrzebę serca i podróż przez okolicę z harmonijką w dłoni, wspominając stare czasy. Dokładnie te, zanim jeszcze Tony się ożenił i przeprowadził na ranczo odziedziczone przez Pauline. Nie było to wcale tak dawno, zaledwie parę lat temu, a mimo to dziewczyna miała wrażenie, że minęły całe wieki, odkąd przestali widywać się codziennie i mężczyzna już nie wpadał na kolację każdego wieczoru.
    I mimo tęsknoty, która wbijała szpilkę w jej biedne serducho za każdym razem, gdy przypomniała sobie kolejne miło spędzone chwile w towarzystwie młodego Smitha, nawet sprawy w Blisstown szły jej dość gładko, więc uznała dzień za bardzo udany i bezproblemowy.
    Aż do momentu, kiedy okazało się, że Tony, no, wykrakał.
    Wykrakał! Cholera, wykrakał!
    Dennis zdążyła jedynie usłyszeć gwałtowny trzask. Potem było już tylko rżenie przestraszonego konia i nierównomierny, pełen napięcia stukot kopyt. Gdy dziewczyna zeskoczyła z wozu, w pierwszej kolejności zaczęła uspokajać swojego towarzysza. Próbowała go głaskać, powtarzając cichym głosem, że nic się nie stało i wszystko jest dobrze.
    Chociaż w istocie tak wcale nie było.
    Przechodnie wszelkiej maści mijali ją bez słowa. Tylko niektórzy na nią spoglądali, to z zaciekawieniem, to z politowaniem, mimo wszystko najwyraźniej uznając dziewczynę z zepsutym wozem za mało angażujący widok.
    Od razu pożałowała, że odrzuciła propozycję Tony'ego.
    Dennis nachyliła się nad oderwanym kołem kolejny raz, mając nadzieję, że może chociaż tym razem wpadnie na jakiś genialny pomysł szybkiego i bezproblemowego naprawienia tej "niewielkiej" usterki. Niestety, im dłużej nad tym dumała, tym mniej potrafiła wymyślić, a na pewno nie pomagało to, że coraz częściej ktoś rzucał w jej stronę niewybredny komentarz, a ona z pełnym skruchy uśmiechem na ustach przepraszała każdego, kto zamiast jej pomóc, wolał ją jeszcze bardziej dobić.
    Trzeba przyznać, że zupełnie nie spodziewała się, że naprawdę wóz może się popsuć. W ogóle nie odczuwała tego, że coś jest nie tak, kiedy jechała całą drogę od rancza Smithów aż do Blisstown, a potem co rusz odwiedzała kolejne miejsca w mieście, którego nie znała do końca, bo bywała tu rzadziej niż częściej, przez co nadrabiała drogi, bo zdarzyło jej się raz czy dwa zgubić. Przez chwilę nawet zapomniała o dobrych radach Anthony’ego Smitha. Jak się okazuje – zupełnie niesłusznie. Trzeba było go posłuchać.
    A teraz Dennis stała na środku drogi jakaś taka bezradna, plącząc w palcach kosmyki, które w ciągu dnia zdążyły już wypaść z jej warkocza. Nie wiedziała, co począć, i w tamtej sytuacji miała w głowie tylko to, że, na szczęście, nie jest jeszcze zbyt późno, więc raczej powinna zdążyć do domu przed powrotem ojca, nawet jeśli naprawa zajmie dużo czasu. Najwyżej chłopcy zjedzą trochę później niż zwykle.
    — Grzywciu, zaraz przyjdę — oznajmiła spokojnym głosem, uśmiechając się do stojącej tuż obok niej klaczy. — Nigdzie nie uciekaj!
    Pogroziła jej palcem, a potem skierowała się do najbliższego budynku, prosząc pracujące tu osoby o małą pomoc.
    Okazało się, że tak jak wyjaśnianie kłopotliwej sytuacji i rozmawianie o tym było bardzo proste i wiele ludzi jej wysłuchało, tak już znalezienie kogoś, kto naprawdę poszedłby wspomóc damę w potrzebie, okazało się nie lada wyzwaniem. Trudno zliczyć, jak wiele odmów usłyszała, a złotych rad, co powinna zrobić i w jakiej kolejności, które nic jej nie dawały, w sumie niewiele mniej. Cały czas miała na oku Grzywę, nie chciała się za bardzo od niej oddalać, ale szła coraz bardziej w głąb ulicy, zaglądając do każdych drzwi ze skruszonym uśmiechem, mając nadzieję, że może tutaj znajdzie się jakiś wybawca.
    Trzeba jednak przyznać, że czuła się coraz bardziej zrezygnowana i zdemotywowana, w pewnym momencie nawet się cofnęła i wznowiła swoje próby samodzielnego poradzenia sobie z problemem, ale bez skutku.
    Dlatego też wróciła do poszukiwań kogoś, kto okaże jej trochę realnego współczucia i prawdziwej chęci pomocy, chociaż coraz bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że w tej okolicy nie ma co na to liczyć.
    Otworzyła drzwi do kolejnego sklepu, mając w sobie coraz mniej nadziei na cokolwiek, a mimo to nadal pięknie się uśmiechała. Ponad sto kilometrów od jej domu, długie godziny jazdy, z wozem, który nie nadawał się do użytku, nie spotkawszy jeszcze nikogo, kto chciałby jej pomóc – a mimo to nadal posyłała serdeczne uśmiechy na lewo i prawo.
    — Dzień dobry! — przywitała się wyjątkowo wesoło jak na problem, z którym przyszło jej się zmagać.
    Napotkała wzrok mężczyzny o dość surowej twarzy, co już samo w sobie przywoływało myśl, że powinna się wycofać, ale, jak to się mówi, wóz albo przewóz, a w tamtym momencie Dennis nie miała ani tego, ani tego.
    — Przepraszam, że przeszkadzam, ale… — zaczęła, zdając sobie sprawę z tego, że w sklepie nie było nikogo, oprócz, jak zgadywała, właściciela.
    Ustała dwa kroki od drzwi – wystarczająco blisko, żeby móc wyjść bez większego problemu i na tyle daleko, żeby faktycznie dać do zrozumienia, że bardzo liczy na dobre serce i ludzkie odruchy osoby, z którą rozmawia.
    — Koło od mojego wozu się urwało i… chciałabym zapytać, czy mógłby pan mi z tym pomóc, coś poradzić. Ja już sama nie wiem, co mam z tym zrobić, a do domu daleko…
    Cały czas przebierała palcami we włosach, wyjmując z warkocza coraz więcej niesfornych kosmyków. Wbijała spojrzenie zielonych oczu w mężczyznę i w napięciu oczekiwała na odpowiedź. Jakąkolwiek.