Kolumna góra

Słuchy z Krainy
Aktualny rok: 1846

Na ulicach słychać szepty o wielkim wyścigu mającym ciągnąć się przez całą Krainę – za wygraną przewidywana jest gigantyczna suma pieniędzy, amnestia wszystkich przestępstw oraz zapewnienie bezpieczeństwa na okres roku. Co ambitniejsi już poszukują wierzchowców na ten morderczy wysiłek.

W Saint Thomas w niewyjaśnionych okolicznościach zniknął kolejny szeryf. Za każdą przydatną informację przewidziana jest nagroda.

Już niedługo w Jackburg: cyrk! Kobieta-guma, linoskoczkowie i najsilniejsi ludzie w całej Krainie. Przyjedzcie zobaczyć to na własne oczy.

Aktualnie poszukiwani są: Otelia Crippen
Dziękujemy za pomoc w schwytaniu Clide'a 'Smiley' Byersa. Aktualnie oczekuje na wyrok sądu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Odette i Horyzont. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Odette i Horyzont. Pokaż wszystkie posty

7.12.2021

Od Odette cd. Horyzonta

Mówił coś, słowa tańczyły na krawędzi świadomości, ale ich sens jej umykał. Przeliczyła się, sądząc, że jest już na dobrej drodze do ogarnięcia się i opuszczenia niewielkiego obozowiska. Nadal potrzebowała pomocy, nadal potrzebowała stróża. Odette, nauczona całe życie radzić sobie sama, w niewielkim stopniu opierając się to na bandzie, czy na Donarze, nie mogła zbytnio pogodzić się z myślą o byciu tak uzależnioną od kogoś, kto był jej kompletnie obcy.
Ciepły, wilgotny język musnął wierzch jej dłoni, wyrwał z otępienia. Zamknęła palce w pięści na krótki moment, nie miała siły na to, by dłużej napiąć mięsień. Uchwyt rozluźnił się, palce musnęły włochaty pyszczek fretki. Musiała bardzo solidnie dostać gdzieś po drodze w głowie, przecież fretki takich rozmiarów nie istnieją. Albo nie istniały. A może jednak?
Słowa mieszały się ze szmerem wody, niknęły na wietrze, nie trafiały do niej. Mimo solidnego wsparcia w postaci dłoni mężczyzny, czuła jak mocno kręci jej się w głowie, dokuczały skutki odwodnienia. Trudno było zebrać myśli, jeszcze trudniej wyłuskać z nich coś sensownego. Wydawało jej się, że słyszy głos, inny niż ten męski, ten całkiem mimo wszystko jej znajomy.
Czysta woda musnęła wargi, chłodem opadła w gardło. Ciałem targnął lekki dreszcz, zniknęło nieprzyjemne uczucie suchości w ustach i tylko tyle było jej potrzeba, by znów osunąć się w miękki niebyt, stracić prawie całkiem kontakt z rzeczywistością.
― Hej, zostań ze mną.
Skrzywiła się, rana odezwała się starym bólem; tępym, pulsującym, na nowo przypominając o minionych wydarzeniach, choć w sposób zdecydowanie pozbawiony sensu, ładu i logiki. Pod powiekami mignął jej obraz znanych twarzy, w uszach huknął strzał, choć wokół było tak cicho i spokojnie. Zmusiła się do tego, by na niego spojrzeć, choć jedyne na co miała w tej chwili ochotę to sen.
Obcy, z niewiadomych przyczyn, uśmiechał się nieznacznie.
― Wiem, że cię męczę i że chcesz odpocząć, ale powinnaś… Czy jesteś głodna? Chcesz coś zjeść? Kurczak, owoce, orzechy?
― Coś… prostego do zjedzenia ― mruknęła sennie, spojrzenie opadło z jego twarzy na płonące nieopodal ognisko, zaszło mgłą. Odette milczała dłuższa chwilę, niezdolna do wypowiedzenia słowa. Dopiero kolejna fala bólu sprawiła, że w miarę oprzytomniała.
― Rana ― wychrypiała, ruszyła nieznacznie ramieniem, chcąc obmacać bolące miejsce, ale nic z tego. Skrzywiła się znów. ― Jak to wygląda? Czuję się… okropnie ― zdołała dodać coś od siebie, poza tym najbardziej palącym pytaniem, od którego w zasadzie zależało jej być albo nie być.
― Chrupek? ― kolejne pytanie, kolejna paląca kwestia. Zarejestrowała już tą absurdalnie wielką fretkę, zaakceptowała jej rzeczywiste istnienie, ale nigdzie nie widziała swojej kobyłki. Przez jedną, bardzo krótką chwilę miała przykre wrażenie, że pora na nowego Chrupka. Nie spodobała jej się ta myśl.

19.11.2021

od Horyzonta cd. Odette

Chociaż ciemne oko wiedziało, że nie musi dłużej doglądać poszkodowanej, robiło to. Podążało mimowolnie za klatką piersiową, która unosiła się i opadała w subtelnym cyklu, ledwo dostrzegalnym za okryciem ze skóry. Kontrolowało ruchy jej dłoni, martwiąc się już nie tylko o nią, którą to siłą przytargał zza drugiej strony, ale samego siebie, bo przecież mógł przypadkowo prześlizgnąć palcami nad skrytym za pazuchą nożem, przegapiając go. 
Nic się jednak nie działo. Przez kobiecą twarz przebiegł jedynie cień rozczarowania, nieme warknięcie, obruszenie całą sytuacją, aż w końcu podniosła się ociężale. Spojrzenie Horyzonta prędko uciekło na ledwo tlące się już ognisko, nie zdołał bowiem zebrać jeszcze sił, ani chęci, by dorzucić do niego drewna. Potrzeba udawania, że nie spędził ostatnich kilku godzin, doglądając poszkodowanej, była wyjątkowo silna, wynikająca tylko i wyłącznie z obawy do utraty resztek godności.
Usiadła skrzywiona, trochę niepewna, dalej zdecydowanie oderwana od rzeczywistości, gdy jej wzrok chaotycznie przebierał po otoczeniu. Dopiero po chwili, jak rażona piorunem, zerknęła na mężczyznę, który rozdzielał właśnie pojedyncze listki i gałązki od garści owoców, które zdołał zerwać z górskiego krzewu rosnącego nieopodal. Jeśli dobrze pamiętał z nauk, które zaczerpnął od podróżnych, których miał przyjemność spotkać na swojej drodze, były jadalne, na więcej mięsa nie mógł sobie w końcu pozwolić. Wystarczy, że poprzedniego wieczoru pozwolił sobie zjeść podpieczoną nóżkę kurczaka, którą przygotował dla kobiety, ta jednak nie zdołała wypocząć na tyle, by wybudzić się na posiłek. Liczył się z faktem, że kolejne porcje będą już do podzielenia tylko i wyłącznie między Paprotką i poszkodowaną, będąc świadomym, że poprzednia okazja była zwykłym zbiegiem okoliczności i pierwszym takim przypadkiem od kilku tygodni, na który pokręcił nosem, nie będąc przyzwyczajonym do smaku i zapachu pieczonego mięsa, które jednak przyjemnym ciepłem rozeszło mu się po żołądku, a na rozgrzewający posiłek nie miał zamiaru narzekać. 
Nagły zlep słów, który wypluła z takim impetem, jakby przynajmniej zalegały w słabym gardle od tygodnia, zaskoczył go na tyle, by powrócił do niej wzrokiem, zaopatrzonym tym razem w delikatną nutę zaniepokojenia. Nie odpowiadał, przypatrywał się jej jedynie z cierpliwością i dopiero gdy ta wydusiła z siebie ostatnie "przepraszam" i ponownie padła, podniósł się z miejsca, chwytając przy tym bukłak z wodą i podszedł do kobiety. Gdy zdołał unieść delikatnie jej głowę, podpierając ją dłonią, zauważył, jak ledwo przytomne, szkarłatne oczy drgają w nieregularnym rytmie, szukając światła, czegoś znajomego, stałego.
― Chcesz się napić? ― spytał, przywołując na chwilę jej uwagę. Usta rozwarte w niemej odpowiedzi, drgnęły bardzo delikatnie, w niezrozumiałym, niesłyszalnym dla Horyzonta zdaniu. Zmarszczył brwi. ― Chodź, napijesz się ― dodał w końcu, podnosząc ją jeszcze wyżej z należytą ostrożnością, a następnie przywarł szyjkę skórzanego bukłaka do suchych warg i przechylił go delikatnie, by poznała najpierw znajomy, przyjemny chłód krystalicznej wody, zaczerpniętej z pobliskiego strumienia. Rzeczywiście, napiła się, ale jedynie odrobinę.
Horyzont pstryknął dwa razy przed jej oczami, gdy zauważył, że ponownie traci kontakt z rzeczywistością.
― Hej, zostań ze mną. ― szepnął, ściskając delikatnie jej kark. Ciekawska fretka również musiała dorzucić swoje trzy grosze, muskając noskiem bladą, kobiecą dłoń, co było prawdopodobnie najmniej inwazyjnym posunięciem, na jakie zdecydowała się w przeciągu ostatnich kilkunastu godzin, zważając na to, że zdążyła już wylizać spocone czoło kobiety, prawie zgnieść jej nogi i ułożyć się przy ciele, dbając o jej ciepło. Czerwone spojrzenie skupiło się na chwilę na horyzontowej twarzy, na co delikatnie się uśmiechnął, chociaż zmarszczone brwi zdradzały supeł nerwów wiążący się w jego żołądku. ― Wiem, że cię męczę i że chcesz odpocząć, ale powinnaś… Czy jesteś głodna? Chcesz coś zjeść? Kurczak, owoce, orzechy? 

ochuj on żyje

12.09.2021

Od Odette cd. Horyzonta

Na granicy słyszalności pojawia się czyiś głos; zdecydowanie obcy, zdecydowanie nigdy wcześniej nie zasłyszany. Odette usiłuje dodać jeden do jednego, fakt do faktu, nieudolnie nawet próbuje uchylić powiekę lewego oka, ale jakoś nie za bardzo to się wszystko spina i nie za bardzo działa; powieka się unosi, ale prawa, czerwona tęczówka błądzi gdzieś bez celu, nawet nie odróżniając pochylonego nad nią człowieka od pobliskiego drzewa. Po krótkim pobycie w lodowatej wodzie ciężko jej złapać pełny oddech, mimo to uparcie próbuje i nie ma zamiaru godzić się z ewentualnym końcem własnej przygody. Jest ciężko, owszem, ale nie beznadziejnie. Bez paniki, jakoś z tego wyjdziesz, Warren, powtarza sobie dobrze znane słowa, którymi wiecznie raczył ją Donar – bandzior, dzięki któremu sama została wcielona do bandy i którego to próbowała obrabować z wierzchowca. Dawno, dawno temu mieli nawet jakąś dziwną, nieco pojebaną, relację na zasadzie ojciec-wkurwiająca latorośl, ale później odszedł, zaszył się gdzieś na granicy Krainy w okolicach Jackburga i tyle go widzieli. Niebywale irytującym jest więc dla Warren fakt, że w tak kryzysowym momencie znów słyszy jego głos w głowie, kiedy tak dobrze zdążyła sobie wmówić, że przecież porzucenie wcale nie bolało i wcale jej go nie brakuje.
Mocniejszy ruch ramion wybawcy wydusza z koniokradki jęk, obolałe ramię boli jeszcze bardziej. Kobieta traci kompletnie kontakt z otaczającym ją światem, pogrąża się w całkiem przyjemnej ciemności w której już nic nie boli i nikt nikogo nie wkurwia. Stan ten nie trwa jednak długo, ledwo Horyzont dotyka ramienia, a cały proces trzymania się przy życiu zaczyna się na nowo. Ciałem targa wstrząs, Odette resztką sił usiłuje się przewrócić, lub wyrwać (zależy od interpretacji, bo ona sama nie jest pewna czego w tej chwili oczekuje od swojego ciała), ale próba ta spełza na niczym. Wciąż jest zbyt słaba, wciąż za bardzo kręci jej się w głowie i co chwilę traci rozeznanie wokół siebie. Jest ciepło czy zimno? Jest dzień, czy noc? Została sama, czy jeszcze nie? Stan majaków utrzymuje się jeszcze przez jakiś czas, ostatecznie zaś wycieńczone ciało poddaje się w momencie nakładania koszmarnie śmierdzącej papki, ułatwiając tym samym łaskawemu pielgrzymowi wykonywanie swoich równie łaskawych czynności.
Względny spokój wydaje się trwać i trwać, a niektórzy mądrzy ludzie mogliby się nawet zacząć zastanawiać, czy coś tu czasem nie jest nie tak. Nim jednak równie mądrzy ludzie zechcieliby podejść bliżej i upewnić się co do niektórych (wciąż trwających) czynności życiowych, kobieta sama budzi się na tyle, by uznać, że jest cholernie i absurdalnie wręcz głodna. Nauczona jednak doświadczeniem – nie daje za bardzo znać, że już się obudziła. Ot, leży wciąż jak kłoda i analizuje. Czuje piękną woń pieczonego mięsa (która to woń wydaje jej się absolutnie najlepszym co człowieka może spotkać w takiej chwili), czuje też to pierdolone ramię, które jej prawie odstrzelili, czuje też i specyficzny zapach ziół. Niewielka skóra staje się nie tylko okryciem, ale i kamuflażem; Odette bardzo powoli i ostrożnie sięga dłonią w stronę pasa i kabury by zaraz przekonać się, że dzisiejszy dzień to mieszanina pecha i szczęścia w stosunku 90:10. Wędrująca dłoń ze zrezygnowaniem opada z powrotem na ziemię, trybiki w głowie kręcą się na najwyższych obrotach. Nim jednak na coś wpadnie, równie ostrożnie sprawdza czy ma przy sobie cokolwiek; noże, scyzoryki, widelce, łyżki, ewentualnie podkowę. Proporcje pechowości rosną do 95 punktów, Odette w międzyczasie uznaje, że jest w naprawdę chujowym położeniu i zdana całkowicie na łaskę obcego. A jeśli istnieje coś, czego Warren nie lubi bardziej niż błyszczącej, szeryfowej odznaki, to bycie zdanym na kogoś innego.
Skóra gładkim ruchem zostaje odsunięta nieco w bok, ofiara własnego wierzchowca z trudem podnosi się do siadu i z bardzo ciężkim westchnieniem oficjalnie wita świat bardziej żywych niż martwych. Chwilę jeszcze sobie myśli, chwilę główkuje, nim w końcu przerzuca spojrzenie na swojego wybawcę.
― Długo to trwało? ― pyta nieco schrypniętym głosem, po pytaniu odkaszluje. Ciało znów upomina się o wodę, Warren znów ma spięcie dwóch ocalałych neuronów w mózgu. Prosić, czy nie? Pytać, czy nie? Może ukraść? Nie, może lepiej nie…
― Widziałeś… mojego konia? ― drugie pytanie ulatuje spomiędzy jej warg, choć to wymówione z jeszcze większym trudem niż to poprzednie. Magiczne słowo podziękowania za ratunek więźnie w gardle i bije się z wyuczoną bezczelnością, ostatecznie zaś bandytka mięknie i dostosowuje się do sytuacji, która stawia ją w bardzo nieprzyjemnym miejscu.
― Ja… dziękuję ― pada w końcu, a Warren z tego niesamowitego wysiłku wypowiedzenia ośmiu słów znów opada na plecy. Ramię znów odzywa się bólem, w głowie znów się kręci, choć mogłoby już przecież przestać.

hello there

24.08.2021

Od Horyzonta CD. Odette

Bukłak na wodę był pusty. 
Możliwe, że nie uznałby tego za tak wielki problem, gdyby nie tępy posmak pyłu w ustach, ciągłe charczenie Paprotki i świadomość tego, że najbliższe miasteczko znajduje się dwa dni podróży stąd. Dźwięki wydobywające się z wiszącego nisko pyska fretki wzbudzały w nim wyjątkowo okrutne poczucie winy, był świadomy, że ich obecny stan wynikał tylko i wyłącznie z jego niedopatrzenia. Święte przekonanie o tym, że uzupełnił zapasy, bo przecież była to jedna z pierwszych rzeczy, o jakie dbał przy postoju, szybko okazało się jedynie złudzeniem. Najwidoczniej to dość głośna sprzeczka pomiędzy dwoma pijusami, która przeniosła się na suchą, zapiaszczoną ulicę z saloonu naprzeciwko wybiła go z dotychczasowego rytmu, sprawiła, że skierował kroki w zupełnie inną stronę i zapomniał o bukłaku. 
Zanim dotarliby do kolejnej wioski, albo nieszczęsny wierzchowiec, albo on padłby na twarz z wycieńczenia i chyba bardziej niż oczywiste było to, że nie mógł do takiego obrotu spraw dopuścić. Zbyt dobrze pamiętał momenty słabości na Bezkresach, piach w oczach i między zębami, huk zimnego wiatru otulającego prerię w nocy i szukanie wody w sukulentach, które oddalone od siebie o odległości przypominające kilometry w drżącym spojrzeniu, poddawały się ostrzu jego katany. Tym razem nie mógł liczyć na łaskę Richardsonowej, a wyjść z tej podprogowej sytuacji miał niewiele.
Dlatego stał teraz, boso, z nogami zanurzonymi do kostek w lodowatym, górskim strumieniu. Kilka metrów od niego Paprotka wylegiwała się, doszczętnie wycieńczona, z pyskiem otulonym przez krystaliczną wodę. Bukłak ciążył mu na biodrze, obły, wypełniony po brzegi, świadomy tego, że nigdy nie zawita na kolejnej podróży do połowy pusty. 
Wiedział, że nie ruszą się przynajmniej do następnego popołudnia. Ociężałe, leniwe stworzenie padło bowiem zamroczone głębokim snem, z którego i przemarsz wojsk by go nie wybudził. Miał więc prawie całą dobę do własnej dyspozycji, mógł trzy razy upewnić się, że bukłak na wodę jest tym razem wypełniony aż po brzegi, do stopnia, gdzie krople wylewały się ponad krawędziami i nie pozwalał się domknąć. Mógł nazbierać jagód, o których wiedział, że są zdatne do jedzenia, a w okolicach podejścia była ich niezliczona ilość.
Ewentualnie mógł zająć się tym nagłym, przeszywającym na wskroś wybuchem, który dość skutecznie spłoszył tutejsze ptactwo, trzy sarny i jednego, osiodłanego konia bez jeźdźca, co nie mogło wskazywać na nic dobrego. Nigdy nie wskazywało. Mimo palącej potrzeby zrobienia czegoś, czegokolwiek, zatrzymania stworzenia, czy uspokojenia go, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że runięcie przed tak potężne stworzenie, pędzące z tą prędkością nie mogło skończyć się niczym innym, jak staranowaniem i zadeptaniem na śmierć. Szczególnie zważając na to, że nigdy nie miał najlepszej ręki do tych stworzeń. Był śmiały, nie głupi, dlatego jedynie usunął się w bok, a gdy tylko poczuł, z jaką siłą uderzyło go powietrze rozrywane przez zwierzęce ciało, upewnił się w przekonaniu, że podjął prawidłową decyzję. 
Może jednak był głupi, bo zamiast odwrócić się na pięcie i wrócić do obozowiska, które wyznaczał jeden tobołek, przebrzydle wielka fretka i zaczątek ogniska, ruszył dalej, w górę strumienia, w stronę, z której dobiegł go dźwięk wybuchu i z której przypałętał się wierzchowiec bez swojego jeźdźca. Mógł przynajmniej przyznać, że podczas karkołomnej wycieczki starał się zachować wszelkie środki bezpieczeństwa, trzymając dłoń na rączce katany i stawiając stopy tak miękko i tak cicho, jak się tylko dało; koniec końców było to zbędne, bo nie musiał maszerować wcale długo, by natrafić na domniemanego właściciela konia. Ledwo poruszająca się kobieta, wygrzebywała się właśnie resztkami sił z górskiego potoku i Horyzont mógł poprzysiąc, że nawet posłała mu znaczące spojrzenie, zanim jej głowa opadła bezwładnie na ziemię. 
Jako łaskawemu, a może nawet i dobremu pielgrzymowi, więcej mu nie było potrzebne, by w jednym, czy dwóch susach pokonać dzielący ich dystans i nachylić się nad kobietą, której włosy, zdecydowanie bielsze od tych horyzontowych, teraz trwały sklejone przez wodę i odrobinę rzecznego mułu, który dalej unosił się w miejscu, w którym najwidoczniej musiała zostać zrzucona przez wierzchowca. Na ich wspólne nieszczęście, była ranna, wpółprzytomna i raczej niezdolna do podjęcia współpracy.
Jako dobremu, a może jednak tylko łaskawemu pielgrzymowi, po kilku próbach nawiązania z nią kontaktu, pozostało mu jedynie się zaprzeć i modlić, żeby okazała się niewiele cięższa od cieląt. Dźwignął ją, jednym silnym, trochę rwącym ruchem, notując w głowie, że jego modlitwy nie zostały wysłuchane. Bezwładne ciało ciąży mu na rękach, obija się nieregularnie, na szczęście nie sztywnieje, jednak motająca się gdzieś dłoń wyraźnie utrudnia mu robotę. Obozowisko nie jest daleko, jednak droga dłuży mu się w nieskończoność, a rozwarte usta panienki pozostają wyraźną zachętą dla duszy, aby jak najprędzej uciekła ze słabego ciała. Horyzont nie lubi oglądać, jak ktoś umiera, dlatego upewni się, aby do tego nie doszło. 
Uważnie przemywa ranę na umięśnionym ramieniu, wcześniej krzywo obandażowanym, pozornie czystym materiałem. Uważnie wygniata korzenie, liście i dziwny, opalizujący proszek w moździerzu, który wyciągnął z juki wiszącej u boku śpiącej fretki. Uważnie wsmarowuje dziwną, obrzydliwie śmierdzącą papkę we wciąż broczące się krwią uszkodzenie, a najuważniej oklepuje nieprzytomną kobietę dłońmi, obdzierając ją z każdej broni, na jaką tylko natrafi, od kabury z rewolwerem, przez nożyki i scyzoryki. Horyzont nauczył się nie ufać wszystkim bezgranicznie, nie chciał powtórki sprzed kilku miesięcy, gdy wyratowany przez niego jegomość pierwsze co, to przystawił mu kontrabandę do skroni. 
Uważne oko przypatruje się kobiecie po rozpaleniu ogniska, wybudzeniu jej do tego stopnia, by można było ją napoić i przykryciu jej jakąś resztką skóry, którą wygrzebał z dna pokaźnej torby. Bruzda na czole wskazuje na zaniepokojenie, do którego sam nigdy nie miał zamiaru się przyznać. Pozostało mu jedynie czekać, zarówno na nią, jak i na dopiekające się nad ogniskiem udko z kurczaka. 

No hej hej

16.08.2021

Od Odette

Pustkowie.
Pustkowie wszerz i wzdłuż, przecinane od czasu do czasu pędzonym przez wiatr wyschniętym krzaczorem, lub klimatycznym kaktusem. Przeschnięta ziemia, sucha trawa, niemiłosiernie palące grzbiet słońce i marna wizja końca jeśli szybko nie znajdzie się czegoś do picia; problem to spory, problem niebywale palący, ale nie znajdujący stosownego przełożenia na rzeczywistość. Kołyszący się w siodle jeździec jest przygarbiony, kapelusz już dawno temu zwiał wiatr, który – równie często jak krzaczorami – porusza wyblakłymi, zafarbowanymi włosami, tak samo jak porusza także przewiązaną na ramieniu teoretycznie czystą szmatą, której zadaniem jest zatamować krwawienie po ranie. Jeździec - którym w tym wypadku jest niejaka Odette Warren - jest w magicznym stanie pomiędzy życiem, a śmiercią, w którym to jest się boleśnie świadomym nadchodzącego końca, ale jednocześnie ma się zbyt wyjebane w to by jakkolwiek temu zapobiec. Odette nie zapobiega więc, lejce luźno zwisają dając kropkowanemu siwkowi pełne pole manewru. I z tego pola manewru Chrupek rzecz jasna korzysta; wybiera sobie drogę, czasem podjedzie do obiecująco wyglądającego krzaczka, czasem się spłoszy i przyśpieszy kroku, czasem stanie pośrodku niczego i nazbyt inteligentnie rozejrzy się po okolicy w poszukiwaniu… nie wiadomo za bardzo czego. Może wody? Może magicznego wyjścia z sytuacji? Kto wie, kto wie.
Góry.
W tle majaczą góry wyższe i niższe, górują nad okolicą i jednocześnie stanowią obietnicę czegoś więcej niż cholernych, wysuszonych krzaków, krążących nad głową sępów i wszystkich omenów śmierci jakie tylko można napotkać. Góry to jakaś tam ichniejsza górska roślinność, góry to strumienie, góry to życie, góry to trawa. Taką kalkulację rozumie nawet Chrupek – a może zwłaszcza Chrupek, będący obecnie kierownikiem całej tej wycieczki – i tam właśnie się kieruje. Stukot kopyt o podłoże jest miarowy, sucha ziemia wzbija się w obłoczki pyłu z każdym kolejnym końskim krokiem. Warren w tym czasie odnajduje pocieszenie opierając się na końskiej szyi, jedna stopa bezwiednie wymyka się ze strzemienia, druga zaś wjeżdża weń za głęboko i blokuje się w jakiejś dziwnej pozycji grożącej skręceniem kostki, no ale kto by się tam przejmował, bo na pewno nie Odette, która w tej chwili prócz upragnionego wytchnienia, odnajduje także parę całkiem solidnych halucynacji i urojeń, a spierzchnięte wargi mamroczą:
— Na wszystkich nieistniejących bogów, zostawcie tytoń i ciastka owsiane…
Chrupek ignoruje pozbawione sensu mamrotanie, słyszy już cel swojej podróży, a niedługo potem łagodny brzeg rzeki ukazuje mu się już w całej okazałości. Ostrożnie podchodzi bliżej, kopyta zanurza w wodzie i pochyla łeb by zaspokoić pragnienie. Gdzieś obok przelatują masywne ptaki, ale to by było na tyle jeśli chodzi o potencjalne niebezpieczeństwa. Żadnych kojotów, żadnych wilków od strony rzeki. Sielanka, można byłoby powiedzieć. I wtedy też, w całej sielankowatości tego obrazu, od strony gór rozlega się potężny huk – jakby od dynamitu, jakby od jakiejś bomby, czy legendarnej i nigdy niewidzianej magii. Siwek płoszy się gwałtownie, wierzga, ostatecznie staje dęba, a Warren – której do tej pory było wszystko obojętne – ląduje w wodzie po samoistnym, wyjątkowo bolesnym, uwolnieniu stopy ze strzemienia. Zimna, górska woda cuci ją na tyle by z krzykiem otrzeźwieć i nie ześlizgnąć się z bezpiecznej płycizny prosto w rwącą wodę. Zgrzytając zębami i przeklinając w myślach absolutnie wszystko co tylko przekląć można, gramoli się dalej na brzeg i bez sił obserwuje niknącego w oddali Chrupka. W czerwonych tęczówkach tli się irytacja i obietnica zamordowania absolutnie wszystkiego – nawet jeśli gołymi rękami… albo ręką, bo opuchnięte i zdecydowanie niesprawne ramię nie sprzyja posługiwaniu się obiema kończynami. — Kurwa mać — kończy się ostatecznie na burknięciu i przekręceniu z brzucha na plecy by rozważyć dalsze możliwe akcje. I kiedy tak Odetee przekręca się w tej płytkiej wodzie, tak dostrzega, że po drugiej stronie pojawił się intruz. Kto dokładnie – tego nie wie, bo wciąż czuje na sobie skutki przegrzania, rany, głodu i złego układu planet, przez który obraz skutecznie się rozmazuje i wiruje.

halko, ktosiu, proszę nas nie zabijać