Kolumna góra

Słuchy z Krainy
Aktualny rok: 1846

Na ulicach słychać szepty o wielkim wyścigu mającym ciągnąć się przez całą Krainę – za wygraną przewidywana jest gigantyczna suma pieniędzy, amnestia wszystkich przestępstw oraz zapewnienie bezpieczeństwa na okres roku. Co ambitniejsi już poszukują wierzchowców na ten morderczy wysiłek.

W Saint Thomas w niewyjaśnionych okolicznościach zniknął kolejny szeryf. Za każdą przydatną informację przewidziana jest nagroda.

Już niedługo w Jackburg: cyrk! Kobieta-guma, linoskoczkowie i najsilniejsi ludzie w całej Krainie. Przyjedzcie zobaczyć to na własne oczy.

Aktualnie poszukiwani są: Otelia Crippen
Dziękujemy za pomoc w schwytaniu Clide'a 'Smiley' Byersa. Aktualnie oczekuje na wyrok sądu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nathaniel Awa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nathaniel Awa. Pokaż wszystkie posty

11.04.2022

Event: od Nathaniela – Stara Ziemia

TW: Krew, śmierć, okrucieństwo i wojna.


Gdyby ktoś spytał się ciebie kiedykolwiek o śmierć, co byś powiedział? Jak wiele obrazów bliskich pojawiłoby się przed oczyma. Jak wiele dusz zdartych z ciał przyszłoby na myśl. Ból, cierpienie. Jest tyle sposobów żeby umrzeć. Żeby stracić głowę, krew, serce. Kto wie, jak wiele trzeba przecierpieć zanim osiągnie się ulgę. I jak daleko rzeczywiście dusza ucieka. Czy rzeczywiście istnieje ten zaświat, w którym następuje sąd ostateczny, czy może jest tylko raj dla zmęczonej życiem duszy. A kto wie, może to świadectwo ludzkiej wyjątkowości powraca na ziemię pod inną postacią. Wraca tam gdzie się narodziło i naradza się na nowo. Czy ktokolwiek będzie w stanie cokolwiek potwierdzić, kiedykolwiek? Zapewne nie. Człowiek może zdobywać kosmos i odległe światy, tworzyć gwiazdy, przenosić ludzkość ze zniszczonego świata aby zniszczyć następny, ale szlaki śmierci i nieuniknionego przemijania są niezbadane nawet dla najtęższych umysłów.

Gdzieś w oddali rozległ się wybuch. Parę kamieni wraz z chmurą dymu uleciało w powietrze. Jego niebieskie oczy powoli przeniosły się w tamtym kierunku. Smutek rozsiał się po sercu. Jego świat umierał. Wszystko, co znał i wszyscy, których kochał przepadali w wybuchu złości ludzkiego serca. Ale kim on był jak nie kolejnym człowiekiem. Więc jaka była różnica?

Rebelia, gdyż takie imię nosiła ich słodka brygada „Nowego Pokoju”. Pokój czy wojna, kto wie, czy chce czy nie. Każdy słyszał. Ich siedzibą była Stara Ziemia — pozycja kompletnie stracona, gdyż porzucona przez ludzkość na rzecz oswojonego wielkoluda, Jupitera. Wiele się zmieniło od czasu dnia Zagłady. A jednak życie na Ziemi dalej istniało. Składało się co prawda z przeciwników kolonizacji kosmosu oraz wolontariuszy zajmującymi się tymi nieszczęśnikami. Świat się zmienił. Przepadł porządek, który znaliśmy i kochaliśmy. Walka szczurów przeszłą na zupełnie nowy poziom.

Ale skąd wybuchy. Skąd wojna? Gdzie cała radość z życia i obiecany pokój na tym wysypisku jądrowym? A otóż wszystko przepadło jak Rebelia śmiała podnieść bunt na Marsie. I co się stało? Każdego rebelianta, który stawiał się przeciwko eksploatacji czerwonej planety zsyłano na Ziemię. Bardzo szybko, Nathaniel, wolontariusz, lekarz, stał się świadkiem uczynienia z zapomnianej planety więzienia. Jednak zdawało się, że to nie wystarcza. Bardzo szybko zaczęły się bombardowania domów i dużych skupisk ludzi, aby „eliminować” bunt w zalążku. Nikt nie bardzo dbał o ludzi, którzy zostali przy swoim starym domu. Co prawda każdy kto miał Ziemski paszport mógł po pewnych procesach uciec z tego padołu nieszczęścia, ale Nat niewiele mógł zrobić. Kim bowiem był? Lekarzyną od siedmiu boleści, który utknął w samym centrum największego do tej pory ostrzału. Bać się czy nie, trochę mu już w sumie na życiu nie zależało. W teorii nie powinno strzelać się do bieli fartuchów, ale kto by tam tego przestrzegał. Nie na tej nietypowo prowadzonej wojnie, o ile jednostronną walkę można tak było określić.

Ile to miało jeszcze trwać? Kto wie. Jakiś wybuch, wcale już nie tak daleko rozbił w powietrze ziemię. Nie było do kogo strzelać, a strzelano tylko dla pozoru. Dla postraszenia. Może to był czas na poddanie sie i ucieczkę. W końcu co można ocalić z miejsca skazanego na stratę. Jego blond włosy pociemniały od pyłu. Jego brudna ręka powoli przesunęła po śliskiej powłoczce paszportu w kieszeni kitla. Tak. Już czas. Bez ludzi nie ma pracy. Bez pracy nie ma kołaczy czyż nie?
Niekoniecznie, ale tego świata nie warto było już bronić.

Skazany na zniszczenie jak za dawnych lat, porzucany przez dusze i ludzi, którzy próbowali go odbudować. Dobro znowu przegrało z chciwością i chęcią władzy. Ironiczne czyż nie. Już raz przez to ta nieszczęsna planeta przeszła.

Jego bose stopy powoli przesunęły po uklepanej ziemi, skropionej resztką gazów i kwaśnego deszczu, którzy zakończył się w chwilę przed kolejnymi zrzutami ludzi i bomb. Z dala już wiedział samolot, statek. Jak wola to nazwać tak wola. Jego podwózka na Marsa. Dom nowy i skolonizowany, przystosowany do nowego człowieka. Nowa Ziemia. Druga z trzech zajętych przez ludzkość planet. Jego wzrok powoli przesunął po horyzoncie. Ogień płonął w oddali puszczając smugi dymu po spłowiałym niebie. Czarne chmury unosiły się ku niebu, jakby w milczącym błaganiu o pomoc. Słońce świeciło, błyszczało się i raziło oczy, zabójczo. Nathaniel po cichutku szedł między górami śmieci i resztek ciał, a dziurami pozostawionymi przez zabójcze bomby. Gdzieś w oddali kolejna wybuchła. Tym razem musiała trafić w ludzi, gdyż pomimo że odległa była o dobry kawał drogi, krew spadła z nieba niczym błogosławiony deszcz. Parę części ciała głucho uderzyła wokół niego. Przywykł. Tak wyglądało tutaj życie. Raz stoisz bezpiecznie z dala od ludzi, a chwilę potem jesteś papką miękkiego mięska rozrzuconego po polu. Zaraz po krwi spadł pył i przeszło powietrze, nieco poruszając jego kitelkiem, który nie był już wcale taki biały, jak za dnia , którego go otrzymał. Z głośnym westchnięciem starł czerwoną ciecz z czoła mrużąc oczy. Podróż musiała trwać dalej. Paru ludzi w popłochu przebiegło niedaleko. Inny wybuch rozniósł się pomiędzy kupami gratów i ... oh... czyżby kupce martwych ludzi. Do czego to doszło. Nawet grobu nie szło wykopać w tej udeptanej i zalanej łzami ziemi, która niegdyś miękka, teraz przypominała twardy kamień.

Był blisko. Widział jak wyrzucali ludzi, niczym worki. Bezużyteczne części wyrzucone z „perfekcyjnego” społeczeństwa. Powoli podchodził. W ręce trzymał paszport. Jednak daleko nie zaszedł.

Ból był znikomy, szybciej pojawiło się oszołomienie. Potem mdła świadomość niedalekiego wybuchu i ogłuszającego dźwięku. Nie było nawet piszczenia w uszach, tylko cisza. Kompletna cisza, a jednak w oddali jakby słyszalny był płacz i krzyk zdało się mu. Siła odrzutu była silna. Na tyle że zrzuciła go z nóg i przeciągnęła po twardym podłożu. Chwilę trwało zanim pozbierał się po tym szoku. W głowie kręciło się mu, oczy zaszły mgłą, a i wyraźnie czuł jak bardzo bolą go kości. Nie było wątpliwości że krew lała się z niego zapewne litrami. Ogień, tak niedaleki. Pozostałość nieszczęsnego samolotu, jego nadziei. Martwe ciało i puste oczy osoby leżącej obok niego. Rozerwana twarz, jego pewnie nie wyglądała lepiej, ale o musiał przejść jeszcze przez minuty jeśli nie godziny cierpienia, zanim skona. Westchnął. Położył się w bezruchu. Czuł ten metaliczny smak krwi między zębami i proch. Nie słyszał już nic, świat powoli się zamazał.

Stara Ziemia upadła.

Hail Nowy Porządek. Hail Mars.

5.04.2022

Od Nathaniela CD. Stanleya

Czasami świat stawia cię naprzeciwko wyzwań, które ciężko przekroczyć jednym porządnym krokiem jak ma się często w zwyczaju. Jedno rozwiązanie nie wystarcza i trzeba się nagłowić jak rozegrać całą akcję tak aby nie zabić, siebie, nikogo innego i przy tym tego innego nie zabić samemu. Przed taką właśnie ścianą stanął Nathaniel. Uparty, stary mężczyzna przed nim zachowywał się jakby jego prosty umysł wiedział znacznie więcej o medycynie niż doświadczony od wielu lat lekarz. Hah. Cóż za nieprzyjemne zrządzenie losu, kiedy pacjent który ledwo stoi na nogach i zapewne widzi na oczy z bólu, kłóci się z tobą że z nim wszystko w porządku i jakoś sam dojdzie do domu. Że ma „lekarzyna” się odczepić od pacjenta, bo pacjent wie lepiej, choć pacjent pewnie zdechłby w lesie po spotkaniu z niedźwiedziem.
Jakby się tak zastanowić w sumie to może by i przeżył. Parę dni, aż by go ten niedźwiedź nie znalazł znowu i nie zżarł słabego od zakażeń czy innego gówna. Ale nie. Pacjent wie lepiej. Pacjent będzie się kłócił!
—życie Ci nie miłe? Nie można poleżeć dwa dni! Dwa dni bez ruchu pod drzewem przy ogniu. Człowieku, padniesz po dwóch krokach. — Nathaniel zawył w końcu. Czy do tego zakutego łba tak ciężko było przemówić. Blondyn nie wiedział ile lat był młodszy, ani ilu ludzi spotkał, ale tak upartego osła to jeszcze nie widział. A nawet osły jakie minął były bardziej kooperatywne niż ten facet.
—Nie... — i nie skończył swojego genialnego argumentu gdyż ich uwagę zwróciło szeleszczenie. Oboje skupili swoją uwagę całkowicie na tym fakcie. Zapewne z dwóch różnych powodów. Kara klacz parsknęła gdzieś w tle, posyłając jedynie cały przemarsz ciarek po plecach blond doktorka. Cóż bowiem mogło się kryć w osłoniętych liśćmi gęstwinie? Otóż wszystko, włącznie z nadchodzącą ich, możliwą, śmiercią. Chociaż Nathaniel może zdążyłby dosiąść konia w największym popłochu porzucając nieszczęsnego, aczkolwiek zapewne znacznie bardziej ogarniętego, faceta w tle. Cóż. Byłby to tylko jedna więcej skaza na tle każdej kropli krwi jaka spłynęła mu po rękach. Czy to z winy choroby, czy ta należąca do niego samego, kiedy delikatna jeszcze skóra napotykała się na kamienie. Kto wie. Może niewiele by to znaczyło dla jego dobrego serca, gdyby to nie było takie... dobroduszne. Po co mu było więc w ogóle zatrzymywać się przy tym upartym, głupim... nie ważne. Ważne było jak jego serce powoli przystanęło swojej szarży kiedy spomiędzy liści wyłoniła się ludzka głowa. Mała ludzka głowa pragnę dodać. Za zaraz za nią następna.
Dwójka dzieci, jak gdyby nigdy nic wkroczyła na tą jakże przytulną polankę, skrytą w cieniu drzew i powoli schodzącego ze swojego tronu słońca. Blondyn zamrugał dwa razy i odetchnął może odrobinę za głośno, gdyż zdało mu się że echo odbiło mu ten prosty dźwięk tysiące razy w głowie.
zaraz potem „pacjent” splunął głośno przez własne ramię. Błękitne oczy medyka powoli zaczynały blednąć w poddaniu się. Cóż. Na niektórych nie ma lekarstwa.
Minęła chwila ciszy. Godziła ona może trochę w uszy, ale Nathowi zupełnie nie przeszkadzała. Była wręcz na rękę, gdyż nie za bardzo wiedział skąd te dzieciaki się tu wzięły. Chociaż przyznać trzeba było, że strachu przed tym napakowanym i opatrzonym facetem jakiegoś zbyt mocnego to nie miały. Podobnie jak przed chuderlawym medykiem, bo w końcu jedno z nich podeszło dwa kroki bliżej zaglądając na niego z ciekawością... czy może oceniając jak dobrać się do jego kości? Kto to wie. Ludzie tej Krainy czasem byli nieprzewidywalni.
—Jestem.. — zaczęła. Nieco kultury jakby przemówiło przez to młode serce.
—Zamknij się. — ale nie skończyła. Oczywiście. Kultury za grosz, a uparty jak diabeł.
—Nie spoufalaj się z jegomościem, szturchać go zacznij. — No jakby mu jednego niekulturalnego poobijanego worka treningowego niedźwiedzi brakowało. I dzieci nastawiał przeciw niemu. Czy sens był jeszcze trzymać się tu i czy może już nie zgłupiał w tym lesie? To o to. To było bardzo dobre pytanie dla jego biednej świadomości zgubionej we własnym istnieniu.
—O nic się wujku nie martw! — dziewczynka, wnioskując z głosu, wydobyła prawie jak znikąd nóż. Nóż? Kto wie. Na pewno nie medyk, który najwięcej co umiał to strzelać z łuku, szyć igłą i płynnie władać sarkazmem. Jednak ostrze błysnęło wesoło w świetle promieni tańczących na wietrze.
—Oh jak miło... Rodzina wariatów. — wywnioskował, a że jego słowa w milczeniu poniósł wiatr, nikt ich nie dosłyszał.

A gdzieś w oddali jedynie słyszeć się dało pomruk, jakby coś wielkiego zirytowane żaliło się bogom.

26.02.2022

Od Nathaniela CD. Vasi

ja tylko przypomnę że to nadal poza krainą :v
Noc. Słodka noc. Przeminęła kiedy tylko światło dnia spokojnie wyjrzało przez korony drzew, oświetlając scenerię swoim złotym blaskiem. W pewnych sytuacjach można by powiedzieć, że zabiera dech w piersiach, jednak Nathaniel nie za bardzo miał tego dnia na to ochotę, a ten dopiero się zaczął. Jego kości, przywykłe do spania w siodle upominały się o rozprostowanie ich, podczas kiedy umysł jeszcze ospale notował pojawienie się słońca na niebie. Barki bolały go od pochylania się i utrzymywania głowy w górze przez cały czas od kiedy tylko zamknął oczy. Jego ręka powoli przejechała po grzywie klaczy, która dzielnie pozwoliła mu przespać noc w spokoju. Dopiero potem, kiedy jego oczy nabrały nieco jasności w źrenice i raczyły przywyknąć do poziomu nasłonecznienia wokół, rozbudził się. Jego myśli odleciały w poprzedni dzień, wiec w ten sposób i jego głowa zwróciła się w stronę poszkodowanego żołnierzyka. Jego oczka napotkały te nieznajomego. Dobrze, że jego umysł był na tyle przejrzysty żeby rozejrzeć się za bronią. Chory nie pochwycił jej, i dobrze. Nathanielowi za dobroć nie śniło się jeszcze umierać. Dużo życia miał przed sobą.
Jego stopa stanęła na ziemi kiedy zszedł z siodła. Jego droga towarzyszka zatrzepała głową i pochyliła się szukając odrobiny rozmokłej trawy. Pacjent, o ile można tak było nazwać poszkodowanego mężczyznę, podniósł się do siadu. Powoli. Jego ręka zbadała ospale wczorajsze działo lekarzyny.
Blondyn nie podchodził za blisko. Mimo wszystko mężczyzna miał sprawne ręce i zapewne, ba, na pewno miał więcej krzepy niż poczciwy podróżny. Westchnął może odrobinę zaskoczony kiedy silna ręka, zamiast sięgnąć w jego kierunku dobyła notatnika lub innego rodzaju kartek, po wydaniu niewyraźnego pomruku. Parę kartek rozsypało się na kocu. Niektóre były puste, niektóre zapełnione może nieco niedbałym, ale z pewnością czytelnym pismem, a jeszcze inne były rysunkami. Twarze, ręce, ciała. Nie zdążył się jednak dobrze przyjrzeć gdyż właściciel kartek pozbierał je, wpychając z powrotem między strony, najprawdopodobniej szkicownika.
Kto by pomyślał. Żołnierz z ołówkiem w kieszeni. Obraz tak rzadki jak rzadkie są osoby o dobrym sercu w tym parszywym świecie. Niknąca w oczach bezinteresowność stawała się coraz to zjawiskiem niespotykanym. Ale co Nathaniel mógł o tym wiedzieć? Był jedynie lekarzem zmieniającym stale swoje położenie, płaconym za swoje usługi jedzeniem, może kocem. W maleńkim stopniu ledwie, rozumiejącym ten parszywy świat.
”Dziękuję” napisane w znanym Nathanielowi pół na pół języku. Jego mózg chwile trawił to słowo na przemian myśląc i odlatując w głębiny serca. Zbliżył się do niego spoglądając na bandaże.
—Żaden problem. — lakoniczna odpowiedź padła z jego ust kiedy przyglądał się tkaninom. Zastanawiał się czy wymienić je teraz, kiedy pacjenta miał przytomnego. Zalazły krwią i kto wie czy nie śliną. Ciężko będzie mu nakarmić nowego znajomego w takim stanie. Zupy i... odbiegał za bardzo w przyszłość. Nie wiadomo czy nieznajomy nie zdecyduje się wrócić w szeregi czy do domu, jeśli takowy gdzieś miał. —Pozwolisz, że... zmienię ci opatrunek. — nie pytał. Twierdził. Cóż. Jeśli nie dałby mu tego zrobić dobrowolnie, zmusiłby go jakoś. Obezwładnić człowieka potrafił, chociaż mogliby pominąć ten etap leczenia, czyż nie?
Mężczyzna nie opierał się. Co więcej pozwolił sobie zmienić bandaże, może z odrobiną ochoty. „Gdzie jesteśmy?” padło pytanie. Szare litery na papierze doszły do jego oczu, a potem do umysłu. Gdzie byli?
— Zawiodę cię, bowiem nie mam bladego pojęcia gdzie jesteśmy. Zaszedłem może jedną czwartą dnia od miejsca gdzie cię znalazłem. Jako podróżnik nie bardzo znam ten kraj, państwo czy królestwo, gdziekolwiek zajechałem. — Westchnął. Może odpowiedź nie była zadowalająca, ale z pewnością szczera. Nathaniel poprawił jeszcze koc na mężczyźnie, w odruchu lekarza, a i odrobinę jak matka dbająca o dziecko.
—Głodny? — W odpowiedzi otrzymał jedynie pomruk. Nathaniel kopnął resztkę drewna, tam gdzie poprzedniego dnia tliło się odrobinę ognia. Dorzucił parę patyków i na nowo rozpalił. Miał nadzieję, że chociaż wodę zdoła zagotować wody. Jego oczy powoli uniosły się na nieszczęśnika. Zza dymu, zasługującego na żal i pogardę, wyglądał może trochę jak zagubione dziecko. Odebrane od matki, zrozpaczone światem dookoła. Jednak każdy ma w sobie trochę takiego dziecka. Nawet najtwardsi. Zamrugał dwa razy. Spojrzał w niebo.
Dzień płynął sodko i spokojnie. Chmury na niebie przesuwały się jakby niewzruszone ludzkim losem. Nie płakały, nie żałowały biegnąć wraz z wiatrem w daleki świat. Jemu też wkrótce czas będzie w drogę. Z dala od tego kraju. W miejsce gdzie może w końcu znajdzie dom i zapomni na dobre o cieniach przeszłości stąpających po jego karku.

<Vasi?>

27.11.2021

Od Nathaniela CD. Stanleya

Słuchając tego narzekania, powoli łapał z jaką osobą ma do czynienia. Nieco starawy facet bez żony i miłości, wdzięczny w niewdzięczny sposób. I prawda, obraza o matce nieco ubodła w słabe miejsce młodego chłopaka, jednak ton w jakim słowa uciekły z ust pacjenta mało go nie rozbawił, ba! Parsknął lekko, czując narastający w nim śmiech, którego tak dawno świat nie słyszał. Trzeba było przyznać, że ten dziadyga miał w sobie coś, co sprawiało, że jego narzekanie bawiło Nathaniela niemiłosiernie. A wiele osób już w swoim życiu spotkał.
— Gdzie z tym chudymi nogami w Gęstwinę się pchasz, baranie, chyba na własne niedoczekanie. — Oczywiście medyk spodziewał się kąśliwych uwag na temat swojego wyglądu. Często się z nimi spotykał. 
Niski, z wyglądu słaby fizycznie (bo mentalnie był całkiem stabilny), blady. Nic dziwnego, że pierwszą myślą jest albo łatwy cel, albo słaby człowiek. No cóż. Może na słabego wyglądał, ale bardzo niemrawy nie był. Lata szycia, noszenia pacjentów, jazda konna, to wszystko trenuje mięśnie w zaskakująco niespodziewanym stopniu. Chociaż pewnie tego człowieka, nawet zranionego, by nie pokonał. Bądźmy szczerzy, był lekarzem nie wojownikiem czy traperem. Najszybciej poza swoim zawodem trafiłby najwyżej do cyrku . 
— Niedźwiedzie, jak większość tego gówna tutaj. Jakiś debil musiał podrzucić cyprnait na jego niedoczekanie i jak zwykle gówno rozeszło się po okolicy. Trzy pary oczu to chuj, pewnie gdzieś tam latają bestie z ośmioma łapami. — Nathaniel zatrzymał się w połowie ruchu. Jego palce zanurzone w krótkiej, ale miękkiej sierści swojego wierzchowca zastygły. 
Milion myśli pojawiło się w głowie blondyna, kiedy myślał nad odpowiednią reakcją. Z jednej strony było to doskonałe wytłumaczenie tego przedziwnego lisa, którego na szczęście minęli bez starcia. Z drugiej zaś, co ten zdradziecki materiał robił w gęstwinie i kim mógł być baran, który przytargał coś tak zabójczego w te strony. No i jaki był jego motyw, o ile ten ktoś jeszcze żył. Nat przymknął błękitne oczy na chwilę. Trzecie uczucie. Prócz zrozumienia i przestrachu, nadeszła do jego serca ciekawość. Prawda, słyszał o tym niesamowitym kamieniu, o tym zielonym kolorku, jednak czy kiedykolwiek widział go na własne oczy? No nie. Dlatego w nieco zbytnio energicznym ruchu przysiadł sobie przed mężczyzną.
— Cyprnait? — spytał ciekawsko. Bądźmy szczerzy ze sobą. Był młody i zainteresowany rzuceniem okiem na ten skarb Krainy. Co prawda nigdy nie marzył o żadnej zawieszce z tego kamienia, gdyż zagrożenia z tym związane były nazbyt przerażające, a on nie zamierzał ukrywać, że zwyczajnie się ich boi.
— Znaczy, tak mi się chyba wydaje. — Nieznajomy podrapał się po głowie. — A ty kiego taki interesowny, he?
— Nigdy nie widziałem tego cholerstwa. Może stąd moja ciekawość — mruknął w odpowiedzi, jakby tłumacząc też to samemu sobie. — W dodatku, jeśli to rzeczywiście jest to, Gęstwina szybko stanie się miejscem niebezpiecznym nawet dla doświadczonych traperów, więc myśląc ekonomicznie, wiele osób straci pracę lub życie — mruknął, wstając. — Pozwól, że zostawię cię na chwilę i pójdę po jakiś opał. Młoda, zerkaj na niego. — Nie zwrócił się do pacjenta, a do klaczy, która zatrzęsła grzywą w jakby niemym zrozumieniu. Nat w sumie nie wiedział, jak wiele jego przyjaciółka rozumiała z tego co do niej mówił i na ile była w stanie inteligentnie na to „odpowiedzieć”.
Chwilę go tylko nie było, a kiedy wrócił na szczęście zastał tego człowieka tam, gdzie go zostawił. Nie był pewny czy to z powodu zadanego mu bólu, czy jakiego innego powodu, ale odrobinę mu ulżyło. Nat idioto. Przestań się tak szybko przywiązywać do nieznajomych, których nie znasz nawet z imienia! Powarczał sam na siebie w głowie, sprawnie rozpalając ogień. Potem przysiadł sobie na ziemi obok kamrata.
—… Czego?— ten tylko warknął, widząc jak Nat mierzy go wzrokiem.
— Nic, nic. Po prostu martwi mnie nadal ten cyprnait. Ile zwierząt musi… — zatrzymał się w pół słowa słysząc w dalekim echu głośne zawodzenie, jakby coś zarzynano żywcem — cierpieć z jego powodu.
Głos mało nie ugrzązł mu w gardle, a jego stanowczo za dobre serce ścisnęło się w delikatnym żalu. Kto robi tak potworne rzeczy w takiej głuszy? Kto zgubił coś tak ohydnego pośród lasów? Kto zatruwa zwierzęta? Jaki jest jego motyw? Co dokładnie się stało? Tyle pytań. Żadnej odpowiedzi. Nathaniel w nagłym milczeniu wbił oczy w daleką ciemność lasu.
— Planujesz coś z tym… zrobić? — Zerknął na nieznajomego u swojego boku.

<Stanley?>

15.11.2021

Od Nathaniela cd. Stanleya

Okolice zdawały się żyć własnym harmonijnym życiem, kiedy tak przyglądał się im zupełnie nieprzypadkowo. Zdarzało mu się niegdyś podróżować przez lasy, wielkie czy nie, ale ten wyglądał zaskakująco pięknie i… leśnie o ile można to tak ująć. Ale czy są lasy, które nimi nie są? No właśnie. Nat skrzywił się nieco w zaskoczeniu na własne idiotyczne pytanie i spostrzeżenie. Zrezygnowany skupił się ponownie na drodze, obserwując runo leśne i okolice w poszukiwaniu pułapek. Tutejsze okolice podobno słynęły z traperów, którzy rozstawiali z zadowoleniem swoje pułapki, gdzie tylko mogli. Zwłaszcza, że młody medyk dawno porzucił już standardową i uklepaną dróżkę między wysokimi drzewami. Zbyt wielkie było prawdopodobieństwo spotkania ludzi, których poza miastami wolał jednak unikać. No właśnie. Tak od skrajności do skrajności, to była cała jego osobowość. Uwielbiał patrzeć na wyleczonych pacjentów i słuchać z dala głosów z pełnych barów, jednak tłumów nigdy nie lubił, a przebywanie z kimś sam na sam wpawało go w zbytnią ostrożność i często niepotrzebne spięcie. Jednak taki już był, pełen niedoskonałości i głupich nawyków, których nie miał kto z niego wyplenić na przestrzeni lat.
Chodzenie poza uklepanymi drogami miało swoje zalety, jednak pozostawał jeszcze fakt, że lasy są naturalnym domem dla dzikich zwierząt. To także stanowiło swoiste zmartwienie dla blondyna. Uspokajało go jedynie to, że jego klacz zapewne będzie o niebezpieczeństwie wiedziała pierwsza i z pewnością zrobi się bardzo niespokojna. Zatem tak długo, jak jej krok był płynny i powolny, nie było się czego bać. Chyba. Ze złym przeczuciem przeczesał splątaną grzywę zwierzęcia palcami. Coś podpowiadało mu, że nie będzie to piękny i monotonny dzień, jak każdy inny spędzony w podróży.
Dzień nie był taki młody, ale jeszcze się nie starzał, kiedy w oddali coś zawyło i zahuczało. Nat szarpnął za wodze, wsłuchując się w milczący przez chwilę las. Liście szumiały w spokojnym rytmie, ptaki jeszcze chwilę szczebiotały wesoło, kiedy powietrze przeszył kolejny ryk, dużo bardziej żałosny i bolesny, aż Nathanielowi ciary przeszły po plecach na samą myśl. Coś wpadło w pułapkę. Przyszło mu do głowy, a sądząc po dźwięku, obstawiał coś dużego, włochatego, czego nazwa zaczyna się na „N” i kończy na „dźwiedź”. Dobrze, że on, nie ja. I bez większego namysłu ruszył swoją drogą, przed siebie. Jednak coś przekroczyło drogę jego drogiej klaczy, która żwawym ruchem zmieniła kierunek ich jazdy, prychając przestraszona. Nat jedynie kątem oka dojrzał błyszczące się rude futro i … trzy pary oczu? Ile? Jednak nie miał czasu na zastanawianie się nad tą sytuacją. Zresztą, pewnie mu się przewidziało w biegu i stresie. Swoją przyjaciółkę opanował w miarę szybko, jednak nie było to proste. Z wrażenia aż wyszedł z siodła.
Jechał powoli i spokojnie, bo nie miał ochoty na wpadnięcie w pułapki co powtarza się już kolejny raz, a świadczy o fakcie, że jednak jest mu to tak nie na rękę, że trzeba powiedzieć to więcej niż raz. Teraz jednak miał się na baczności jeszcze bardziej, bo kompletnie zagubił się po nagłej panice swojej klaczy. Nie wiedział, w którą stronę dokładnie idą i jak daleko do brzegu lasu. Spodziewał się wielu dni wędrówki, deszczu, słońca, niedźwiedzi, a nawet spania pod gołym niebem, a nie w siodle, jednak wiecie czego Nathaniel się nie spodziewał? Otóż, że kiedy wyjdzie z kolejnych krzaków pod drzewem spotka człowieka. Ale to nie byle jakiego człowieka, ba! Dorosłego, postawnego mężczyznę, z którego boków… i właściwie zewsząd lała się krew. Celował w niego rewolwerem. 
— Ktoś ty? — gardłowy głos nie zdołał wyrwać go z szoku. Milczał więc jeszcze przez chwilę, zastanawiając się co poczynić. No, bo ok… był lekarzem, ale jasna cholera, celują w niego bronią palną. Życie jeszcze jest mu miłe. Mógłby odjechać, tak bez słowa, ale coś mu podpowiadało, że jego sumienie upierdzieliłoby go następnego dnia na śniadanie. Dlatego niepewnie potarł czoło i wziął głęboki wdech. To będzie ciekawe…. Doświadczenie.
— Zgubionym w lesie lekarzem. — Ile ten człowiek musiał mieć szczęścia, aby trafić na medyka w środku głuszy. Aż Nat zastanowił się, czy aby przypadkiem Jedyny jednak gdzieś tam nad nimi nie czuwa. Nat zszedł z klaczy i otworzył torbę wiszącą u jej boku. Ta tylko schyliła łeb, podgryzając odrobinę trawki. Igła, nić, bo bez tego się nie obejdzie, no i oczywiście odrobina nieco poszarzałych bandaży. Nowe miał w innej torbie, jako że niedawno uzupełniał zapasy w wielkim mieście. Obejrzał się jeszcze raz na tego człowieka i sięgnął też po wodę i jakiś lek z ziół na rzekome zakażenia. Zapewne niewiele on dawał, jednak był lepszy niż pozostawianie ran bez zabezpieczenia.
— Byłbym wdzięczny jakbyś jednak nie próbował we mnie strzelać — powiedział i zbliżył się bez zawahania, rzucając wszystko na trawę obok nieszczęśnika i żwawo pozbawiając go resztek koszuli, aby spojrzeć na jego rany. Zmarszczył nos, nawet nie słuchając co ten facet ma do powiedzenia. Masz za dobre serce Nat. Za dobre, kiedyś za to oberwiesz. Zawinął kawałek ściereczki i przyłożył do ust gościa, który rzucił mu tylko groźne spojrzenie.
— Zagryź, bo będzie bolało — zamilkł na sekundę — bardziej niż teraz. — I powolnymi płynnymi ruchami zaczął zmywać nadmiar krwi z jego ciała. Potem w ruch poszła igła i nić, a sprawne ruchy szybko załatały rany pozostawione przez ewidentnie zwierzęce pazury. Wszystko przy akompaniamencie pomrukiwań bólu rozmytych gdzieś w tle poza umysłem Nathaniela. A kiedy cała ta „operacja”, która pochłonęła całą jego uwagę, skończyła się, posmarował szwy maścią i obwiązał bandażem. Źle nie było. Zawsze mogło skończyć się na amputacji lub połamanych kończynach, na co, na szczęście, nic nie wskazywało, gdyż żebra ładnie utrzymywały swój kształt pod naciskiem jego palców.
— Skończone… Nie zemdlałeś? — rzucił w powietrze, zbierając swoje rzeczy i kierując się do torby uwieszonej u końskiego boku. Niebo powoli zasnuwało się pomarańczami i żółciami nadchodzącego zmierzchu, a cienie drzew przykrywały wszystko wokoło. — Co tak właściwie się stało?

13.11.2021

Od Nathaniela do Vasi

Może z pół roku temu, daleko poza Krainą

Nathaniel wsiadł na konia. Jego kara klacz zatrzepała uszami niecierpliwie, a może po to, aby zrzucić z nich śnieżynki, które powoli tańczyły na delikatnym wietrze.
—Dziękujemy ci jeszcze raz. — Nieznany mu starszy mężczyzna skłonił się delikatnie. Za nim stanęła jego córka, którą niedawno jeszcze widział w łóżku, rozłożoną przez chorobę. Kiwnął im głową na pożegnanie, jednak zanim popędził swoją przyjaciółkę podana została mu jeszcze paczuszka.
—Może to niewiele, ale na pewno się przyda w podróży — tym razem podziękował słowem. Krótkim i niewyraźnym, o mocnym akcencie. Widać było, że nie pochodzi stąd, więc nikt już go nie zatrzymywał.
Przywitali drogę z radością i dozą ulgi. Przebywanie we wsi, nawet tak niewielkiej, było męczące dla Nathaniela. Ale przynajmniej jego droga przyjaciółka odpoczęła i najadła się, a on zarobił trochę grosza. Następnym zadaniem było odnalezienie kolejnego miasta. Chwila pracy, uzupełnienie zapasów i dalsza podróż. Czego chcieć więcej? Pewnie wielu rzeczy, takich jak stabilność, spełnianie marzeń czy choćby miłość. Ale czy jemu to było potrzebne? Może. Jednak nie przyznawał się do tego nawet przed sobą.
Droga objęła podróżnika swoimi zimnymi ramionami. Śnieg uporczywie pragnął zasypać cały świat, przybierając na sile z każdym następnym krokiem, jaki stawała kara klacz. Jakby specjalnie, na złość jeźdźcowi, który za taką pogodą nie przepadał. Pochodził z kraju ciepłego i przeszkadzały mu takie zawrotne temperatury. Jednak zagryzł zęby w typowo lekarskiej cierpliwości. Sam wybrał kierunek swojego życia, więc wypadałoby się przyzwyczaić do odmarzającego tyłka. Palce w grubych rękawicach zacisnął mocniej na lejcach, skupiając swój wzrok na szaleńczo tańczącym wokoło puchu.
Musieli się w końcu zatrzymać. Pogoda pogorszyła się na tyle mocno, ze dalsza droga była niemożliwa, a przynajmniej nie bez strat w postaci wierzchowca. Skryty w lecie Nathaniel oporządził swoją klaczkę i z niechęcią wydobył z jednej z toreb kawałek suchego mięsa. Niechętnie, gdyż to nie było zbytnio wykwintne danie, ani tym bardziej sycące, a musiało mu w zupełności wystarczyć na pozostałą część wieczoru, który zapadał nieubłaganie. Z cichym sapnięciem wgryzł się w gumowaty posiłek i przeżuwając przysiadł sobie na skraju wystającego ponad śniegi korzenia, który bardzo poręcznie akurat się tam znajdował.
Chwila odpoczynku dobrze im zrobiła. Noc minęła, zanim się obejrzeli i ruszyli w dalszą drogę. Powolnym krokiem jego klacz przedzierała się przez zaspy, a jego samego męczyło deja vu. Uczucie niepokoju i zgryzota kołaczące się po sercu. Oglądał się co chwilę za siebie, jakby miał tam znaleźć ducha lub demona czającego się na jego kark. Jednak nigdy nic nie odnajdywał. Za każdym razem zastawał tylko cichą, pogrążoną w śniegu drogę. Milczący, jednak miał się na baczności, gdyż śmierć nie była mu na rękę.
Długo w świętym spokoju nie szedł. Widział z daleka powóz, bodajże, jednak ręki nie dałby sobie odciąć. Dlatego zboczyli ze ścieżki, aby przypadkiem nie natrafić na wojsko lub złodziei. Przez gęsty las szło się nieco trudniej, jednak kara klacz poganiana przez słodkie słówka swojego pana żwawo przedzierała się przez biały puch. Oddalili się kawał drogi od głównej trasy i dopiero wtedy ich tempo spadło, podobnie jak napięcie. Nathaniel odetchnął, bo nie wyglądało na to, że ktoś za nimi szedł. Jednak jego wierzchowiec zdawał się być zaalarmowany i kręcił głową, trzepał uszami. Nat delikatnie przejechał palcami po jej włosach.
— Coś nie tak maleńka? — jego głos zawirował w powietrzu wraz z chmurką pary, która uciekła z jego ust. Koń nawet nie prychnął w odpowiedzi, a oddalony strzał stał się wyjaśnieniem całej tej sytuacji. Huk rozniósł się pomiędzy drzewami i jakby odbijał się dalej i dalej, uciekając w eter. W niepamięć. Nat zacisnął mocno palce na swoim ramieniu, kierując głowę w kierunku, z którego wydawało mu się że strzał nadszedł. Jego knykcie pobielały, a uścisk rozluźnił się dopiero po chwili, kiedy nie pojawił się następny wystrzał. Chłopak pociągnął za wodze, obierając kierunek prawie przeciwny temu, skąd przyszedł dźwięk walki.
Cholera, zaklął w myślach, patrząc się na leżącego w śniegu człowieka. Ślady, jakie wokół niego się rozpościerały, widocznie były zostawione niedawno, a mozaika krwi na śniegu świadczyła o ranie. Czy głębokiej? Nie wiedział, bo w końcu jeszcze do ofiary nie podszedł. Jednak coś mu mówiło, że dźwięk wystrzału pochodził stąd i złudne echo zwyczajnie się nim zabawiło. Zastanowił się jednak, czy w ogóle sprawdzać żywotność tego nieszczęśnika, czy odejść. W teorii to nie jego sprawa, ale z drugiej strony jego zawód, czyż nie? Ale co będzie z tego miał? Zapewne nic, jedynie kolejny problem na głowie. Jego klacz przeszłą kawałek, kiedy zatrzymał ją. Przeklęte sumienie i moje dobre serce, warknął niezadowolony z siebie, kiedy schodził z wierzchowca, przesuwając ręką po jej futerku. Człowiek ten z pewnością był mężczyzną. Karabin leżący obok niego wskazywał na żołnierza lub, o zgrozo, bandytę. Jednak kimkolwiek nie był, jego twarz wyglądała jak pobojowisko. Rozdarte postrzałem policzki krwawiły jeszcze obficie, a rozdarte impetem postrzału mięso prosiło o pomstę do nieba.
— Będzie szycie — szepnął do siebie i pozwolił, aby jego głos swobodnie uciekł z powietrzem.

Ognisko trzeszczało niespokojnie, kiedy zakładał bandaże na twarz nieprzytomnego faceta. Jego rany były już zaszyte, nieco pospiesznie, ale całkiem porządnie jak na polowe warunki (i zmarznięte do kości ręce). Dopiero wtedy Nat przyjrzał się lepiej człowiekowi, którego przyszło mu uratować. Nieszczęśnik był dosyć postawny i mógłby być nawet przystojny, gdyby nie białe tkaniny skrywające pamiątkę po kulce sprzedanej mu, prawdopodobnie, nietrafnie w głowę.
— Oj, nieszczęśniku — mruknął jeszcze, otaczając go jedynym kocem, jaki miał i samemu siadając w siodło na noc. A noc była piękna, gwieździsta, czarująca wręcz.

7.11.2021

Od Nathaniela cd. Ezry

Zawiązał na twarzy ciasno chustę i wkroczył do sypiącego się budynku. Drzwi zaskrzypiały nieprzyjemnie, a podłoga trzaskała pod jego delikatnym krokiem. Zmierzył swoimi oczyma obdarte z nędznie niebieskiej farby ściany i skrzywił się na widok pleśni pnącej się do sufitu. Stare i nieco nadgryzione przez czas i korniki meble stały tu i ówdzie, dodając temu ciemnemu miejscu swoistego… uroku, o ile można to ująć w ten niekonwencjonalny sposób. Jednak Nathaniel nie przejął się tym wszystkim. Podróżując po tej krainie spotykał miejsca gorsze i bardziej zaniedbane niż to. W końcu bieda zdawała się dotykać każdego i wszędzie, a jako lekarz tani i przystępny, bo z jako takim dobrym sercem, odwiedzał chorych w takich rodzinach dość często. Co prawda wiele więcej, jak zbadać nieszczęśnika, nie mógł, ale czasem i to przynosiło ulgę tym, którzy bywali w potrzebie.
Domek ten kawałek od miasta okazał się mieć jedynie trzy, mocno zestarzałe pokoiki i w jednym z nich zapewne leżał jego przyszły pacjent. Nie był także zaskoczony, kiedy w chwilę po jego przybyciu w progu stanęła pulchna, ale widocznie zmęczona życiem kobieta. Zapewne była głodna i brakowało jej pieniędzy na wykarmienie rodziny. Zatem co kusiło takich jak ona na zapraszanie w swoje progi doktora? Prawda, jak już wspomniał, był tani, więc szeroko dostępny. Jednak brutalną rzeczywistością było, że jedyne co robił w tych rodzinach to rzucał okiem z dala na ofiarę choroby i z westchnieniem kręcił głową.
— Witajcie — jej cichy i zachrypły głos przebił panującą przez sekundy ciszę. Nathaniel jedynie kiwnął jej głową na powitanie w swojej zwyczajowej małomówności. – Medyku. Tędy! Tędy! — zawołała, widząc że wiele słów z niego nie wydobędzie. 
Jego buty ponownie zastukały na drewnianej posadzce. Nieodstępujący go na krok płaszcz zaszeleścił kiedy wkroczył do rozświetlonego świeczką pomieszczenia, z jednym, małym, mizernym oknem, rzucającym na ściany złote smugi słońca. Wewnątrz było także niemiłosiernie duszno, a kurz tańczył małymi obłoczkami widoczny gołym okiem. Pod ścianą ułożone były cztery posłania, a chory leżał naprzeciw nich ułożony chyba w jedynym łóżku. To właściwie też był jedyny mebel w tym miejscu. Pośród brudnej pościeli, widocznie ciepłej i zużytej użytkowaniem przez pokolenia leżało dziecko. Błękitne oczy Nathaniela zabłyszczały w niemym zrozumieniu, gdyż przypatrując się rodzinie nie zauważył innego dzieciaka niż ten nieszczęśnik zmożony przez chorobę. Babka, widocznie stara i równie schorowana, siedziała na brzegu łóżka i przesuwała swoimi kościstymi palcami po włosach gorączkującego chłopca. Ojciec za to smutnym wzrokiem przyglądał się widokom za oknem. I był jeszcze on. Widocznie ślepy na jedno z oczu chłopak. Jako pulchna twarz, poraniona i ubliźniona byłaby idealnym odbiciem tej jego matki, która rozpaczliwym spojrzeniem mierzyła medyka.
Nathaniel zbliżył się do chorego, poprawiając swoją chustę i powoli rozpoczął badanie. Gorączka, kaszel, krew w ślinie. Rzucając samym okiem wiedział, że nie będzie potrzebował żadnego badania, ale upewnianie się nigdy nikomu nie zaszkodziło.
— Gruźlica — jego głos był miękki i łagodny, zupełnie pasujący do jego urody, ale niekoniecznie do sytuacji. Jednak przywykły do swojej pracy przestał już starać się brzmieć współczująco. Jedyne co właściwie wzbudzało w nim uczucie zgorzknienia to fakt, że chorowała i umierała tak młoda osoba. Gdyż ile to dziecko mogło mieć lat? Dziesięć? Trzynaście? Tyle czasu było jeszcze przed tak młodym człowiekiem, a już został przypieczętowany. — Polecam wezwać kapłana. Długo… nie pociągnie — mruknął wstając. Był tu tylko na badanie. — Leki mu już nie pomogą. — O ile bylibyście w stanie je w ogóle kupić. 
W odpowiedzi otrzymał jedynie żałosne łkanie matki i nieszczęśliwe westchnięcia babki.
Otrzymał zapłatę, niewielką, ale wystarczającą. I odszedł. Jak zawsze. Pozostawił za sobą nieszczęsną i zapyziałą wioseczkę, prowadząc się na koniu, gdzie ich droga poniosła.

Kopyta jego klaczy zaryły w ziemi, kiedy zatrzymała się z impetem. Przed nimi wzrastało miasto, wielkie, piękne. Nathaniel skrzywił się, widząc jego tłoczne ulice, jednak cóż mógł na to najlepszego zaradzić. Jego dobra przyjaciółka sama postanowiła zaprowadzić go pomiędzy ludźmi w miejsce oczywiste tylko dla niej. Poklepał ją więc po karku w niemym podziękowaniu i skupił się na rozglądaniu za miejscem do ułożenia głowy choćby na godzinę. Wyklinał się i przeklinał wewnątrz głowy, że nie wykorzystał czasu pobytu w gęstwinie lasu aby zdrzemnąć się. W końcu dla niego twarda i zimna ziemia była lepszym rozwiązaniem niż łóżko w zapyziałym mieście pełnym złodziei i oszustów.
— Dwa orły! Tylko dwa orły!
— To niesprawiedliwe!
— Wypierdalaj!
— Złodziej!
— Oszust!
— Sprzedam za trzy orły!
— Najtaniej w mieście!
Ludzie przekrzykiwali się, a Nathaniel jedynie wzdychał ciężko próbując wyciszyć swoje otoczenie, nieumiejętnie. Hałas zawsze był dla niego wrogiem, przypomnieniem przeszłości, o której nie chciał wspominać. Tłumy ludzi rzucający na niego pobieżne spojrzenia także nie należały do jego ulubionych miejsc. Jednak mus to mus.
Zadekował się na noc w jakimś szemranym hoteliku z czterema łóżkami na krzyż. Przynajmniej miał gdzie pozostawić swoją droga przyjaciółkę na noc i gdzie ją nakarmić. Jednak sam odmówił sobie mizernej przyjemności spania w łóżku i udał się ponownie do miasta. Pomimo mijających godzin nocnych główne ulice nadal były w miarę żywe, jednak nie na tyle aby on sam nie wybijał się ze swoją obcą urodą. Teraz spojrzenia nie były jedynie pobieżne. Pijani ludzie przyglądali mu się, myląc go z dziewczyną, wyzywając z daleka niezbyt wymyślnymi przezwiskami lub najzwyczajniej w świecie wskazując go sobie palcami. No coż. Na pijanych ludzi istnieje jedno rozwiązanie, zostawić ich w świętym spokoju.
Zastanowił się chwilę co ze sobą począć. Noc nie była porą na szukanie klientów. Dlatego wbrew samemu sobie wkroczył do jednego z barów. Muzyka, tańce i śpiewy przywitały go już od progu. Zrzucił kaptur z głowy poprawiając blond kosmyki i przysiadł na pierwszym wolnym stołku.
— Coś lekkiego — mruknął. Pomimo, że z chęcią schlałby się do nieprzytomności i zapomnienia jak reszta, nie przepadał za posmakiem alkoholu. Zwyczajnie obrzydzał go i odpychał nie ważne ile go pił. — I najlepiej słodkiego – westchnął, wiedząc, że pewnie dostanie jakieś nędznie rozwodnione piwo. Ale lepsze to niż nic. Postawiona przed nim szklanka zabłyszczała na czerwono, zapłacił.
— Ile… Ile to bym n-nie oddał, żeby znowu być tak… szczęśliwym. Tak, tak szczęśliwym. Słuchaj… — osoba obok niego mówiła dość głośno, odwracając głowę w jego stronę. Jego oczy z niemym zaciekawieniem wbiły się w tego starszego faceta, wyraźnie pijanego. Ach. No tak. Niektórzy pijani ludzie nie bywali wulgarni, a wylewnymi lub niekiedy śmiesznymi. Nathaniel czasami zapominał, że alkohol naprawdę miesza człowiekowi w głowie na różne sposoby. Widząc jego wzrok, uniósł też brew nie do końca przekonany czy aby na pewno to do niego zwrócona była wypowiedź.
— Jak wi-widzisz, nie jestem aż taaak stary, jak brzmię, po prostu za dużo wy-piłem i opowiadam taaakie dowcipy, że ludzie u-ciekają, jak to piani… piani… pijani ludzie… robią. Chcesz usłyszeć żart? Wie-działem, nikt nie chce — jego monolog przerwało westchnięcie. Ciężkie i tak bardzo pasujące do pijanego oblicza mężczyzny.
— Nie chciałem takiego życia. Co ja robię? Co ja wyprawiam? Cholera jasna, dziecko — tyle emocji w jednym zdaniu, że Nat aż zawtórował mu westchnięciem i zmarszczeniem swojego małego noska. Tyle żalu i wątpliwości, ciekawa historia chowająca się za nieznanymi okolicznościami i to wszystko zawarte w kilku słowach. — Gdyby mnie tu zobaczyła… do kurwy nędzy. — Stracone życie? Rozwód? Zdrada? Czy może osoba posiadająca drugą obrączkę pozostałą w domu, kiedy on pił samotnie w barze? Tyle ciekawych wątków nędznego życia, ale tak długo, jak nie było jego, mógł spekulować i myśleć do woli. Chociaż na chwilę oderwać się od własnych problemów i słuchać innych pomimo wstrętu do tłumów i braku ufności w ludzkie zamiary.
— Zaczekaj. — Srebrna obrączka przesunęła się po blacie pozostawiona na pastwę losu. Nat delikatnie podniósł ją. Obrócił ją spokojnie w palcach, przyglądając się jak błyszczy się w tańczącym świetle baru.
— To, po-powiedz mi, kimkolwiek jesteś. Jakie… jakie jest twoje ma-marzenie? Chociaż, chociaż... wiesz co? Wcale mnie to nie obchodzi. Powiedz lepiej, jaki jest twój ulubiony mebel.
­­— Mebel? — jego głos tak bardzo nie pasował do tego miejsca. Dźwięczny i delikatny rozpłynął się wśród dźwięków muzyki. — Żaden. Meble są zbyt problematyczne. Trzeba o nie dbać, żeby były przyzwoite — odpowiedział szczerze i rzucił okiem na zaciągającego się dymem faceta. Jego twarz wskazywała na może 45 lat. Nat nie był najlepszy w określaniu wieku, więc nie zakładał tego odgórnie. — A w twoim przypadku?
—To ja… zada-ję pytania, więc n-nie udzie-lę …odpowiedzi. Ale.. Masz rację! Cho-ciaż jak masz…taki fotel. To przecież… możesz na nim u-siąść. – Ich oczy spotkały się na sekundę. Nathaniel miał szczerą ochotę uśmiechnąć się od ucha do ucha i zaśmiać, jednak jego twarz dalej wyrażała tylko zimną powagę, a jedynie oczy cieszyły się do tego obcego człowieka. Już miał dalej podroczyć tego człowieka, kiedy ten skrzywił się. Bardzo dobre działanie organizmu pobudzające jego wszystkie słabości i nieco zbyt łagodne serce. Westchnął, krzywiąc się lekko.
—Może już wystarczy na dzisiaj alkoholu przyjacielu? 
— Ach, tam, wystarczy. — Jego ręka przecięła niedbale powietrze. — Ni-nie będziesz mi mówił, kiedy wystarczy, gdy u-ważasz, że meble są niepotrzebne. 
—Ale…— Nat pokręcił głową. Te wypowiedzi mieszały się i kontrastowały ze sobą na przemian. Z cierpiętniczym westchnieniem wstał. — To nieistotne, przyjacielu. Piękny dzień dzisiaj mamy — próbował zmienić temat, wpatrując się w malowniczy widok tańczących na ludziach tkanin, które przewijały się ze sobą tworząc obraz radości i zapach łudzącego szczęścia. Ten widok wywoływał u niego mieszane uczucia. Z jednej strony było przytłoczenie przez tłum, duchota uwięzienia w społeczeństwie, ale z drugiej strony ludzka radość i uśmiech próbował uparcie wedrzeć się na jego twarz.
— Meble są… ważne – mamrotał jeszcze. Ta rozmowa wydała się młodzikowi zupełnie bezsensowna więc jedynie przytaknął, chcąc ją jednak zakończyć. Kolejna porcja alkoholu została podana i tym razem sięgnął po coś odrobinę silniejszego. Nie chciał się jednak upić, gdyż stałby się zwyczajnie jojczący i działałby na nerwy wszystkim wokoło.

— Czas… iść. — Ich rozmowa, która toczyła się dalej wbrew zabiegom Nathaniela, nagle została zakończona. Niebieskooki przyjrzał się mężczyźnie i westchnął.
— Prawda — przyznał mu rację, nie pierwszy raz tego wieczoru. Mieli się rozejść, już oboje wychodzili z nieszczęsnego baru, który był świadkiem jakże ważnej rozprawy o meblach, gdy w Nathanielu zbudziła się ta kochana strona.
— A tak właściwie przyjacielu, gdzie mieszkasz? — Miał zamiar odrobinę odprowadzić zataczającego się „staruszka”.
— Nie wiem. — Krótko, zwięźle i na temat, czyż nie. 
Ale jak to nie wiem? Nat zmarszczył czoło, ale zanim zdążył o cokolwiek zapytać starszy z mężczyzn zwyczajnie ruszył przed siebie. Za jakie grzechy. Czemu ja muszę być taki miękki? Westchnął delikatnie i podążył za zataczającym się facetem. Dalej w miasto i dalej. Czy on w ogóle wie dokąd idzie? Bo Nat nie wiedział. Co prawda drogę do nieszczęsnego baru znał, bo przecież musiał jakoś wrócić, ale co z tym upitym człowiek począć. Resztki cierpliwości jakie w sobie miał jakoś pomogły mu naprowadzić tego człowieka do jakiegoś hoteliku. Rzucił parę monet na ladę i właściwie nie było już większego problemu. Mamroczący i zataczający się ciężar na jego sercu miał gdzie spać. Muszę przestać dbać o innych. Powtórzył sobie niemożliwe postanowienie w głowie, kiedy wychodził, zostawiając pamięć o tym człowieku za sobą. Prawdopodobnie nigdy więcej go już nie zobaczy, więc należało sobie wmówić, że ten grzecznie położył się w łóżku i wszystko będzie z nim jak najbardziej w porządku. Przynajmniej nikt go nie okradnie na tych obrzydliwych ulicach. A pieniądze? Nadrobi, zanim mrugnie okiem, w końcu nie płacił za luksusowy zamek z miękkim łożem usłanym różami, tylko jakiś zapyziały kawałek materaca wypchanego zapewne słomą.

Łóżko, jakie przed nim stało, wydało mu się zupełnie obce, zwłaszcza kiedy na nim siadał. Przywykły do spania w siodle i na twardej ziemi naprawdę nie potrzebował do szczęścia tej „miękkości” posłania na czterech skrzypiących nogach. Jednak zapłacił, więc miał. Zdjął swoje buty, elegancko odkładając je obok mebla i poskładał płaszczyk, jedyną pozostałość po przeszłym domu. Jedyna rzecz, która tak naprawdę była mu bliska, oprócz ukochanej klaczy. Odłożył go na chwiejny stolik nocny i położył się zakrywając cienką imitacją pierzyny. Ostatni raz poprawił włosy i ubrania, kiedy coś małego wybiło się na tle jego kieszeni w spodniach. Zaskoczony wsunął rękę do środka i wyjął pierścionek, który w świetle jeszcze palącej się świecy zabłyszczał na srebrno.
— Kso — uciekło mu z ust, kiedy patrzył tak na ten przedmiot.

Czy można okraść kogoś przypadkiem?
Najwyraźniej tak.

6.11.2021

Little Lost Bird

Captured Bird won’t ever sing priettier than free one.
Nathaniel Awa
Prawdziwe imię: Yuma Awa Marama
Ciche westchnięcie i chmurka oddechu rozpływająca się w powietrzu jednocześnie wydobyły się z jego ust. Ciemny płaszcz, który miał zarzucony na ramiona, ciężko leżał mu na sumieniu, jednak jego serce wyraźnie mówiło : „Idź”. Więc szedł.
Nie obejrzał się ani razu. Jego klacz spokojnie sunęła nogami po ubitej leśnej ścieżce, kiedy tak oddalali się od miasta, którego światła niknęły w mroku. Z ciężkim sercem zerknął jeszcze raz za siebie, aby prawie od razu zmarszczyć nos i z wściekłością pospieszyć swoją jedyną przyjaciółkę. Kara klacz posłusznie przeszła do galopu i po mieście nie było już nawet śladu.
Pospiesznie przebrał się. Jego poprzedni strój rzucał się niepotrzebnie w oczy. Chociaż, czy to miało jakiekolwiek znaczenie? Sama jego uroda wybijała go spośród tłumów tutejszych miast. Niski, blady, o oczach w kolorze pociemniałego nieba, zakrytych firaną gęstych rzęs. Co więcej można dołożyć? Wśród tych opalonych i wysokich mężczyzn był niczym, tylko robakiem zza Krainy. No cóż. Otrzepał się z kurzu, zarzucając ponownie płaszcz i chwilę myśląc w milczeniu, aby potem odjechać, dalej w świat.
Lata minęły. Miesiące przeszły. Doby upłynęły. Minuty uciekły. Sekundy przelały się przez palce. Niewiele się jednak zmieniło. Yuma pozostawał taki sam, jak był. Niski, blady i nieufny. Z dala od rzekomego domu, przemierzający na swojej klaczy nieznane tereny. Aktualnie kroczyli przez las, który zasnuwał ich cieniem, jednocześnie broniąc przed ostrymi promieniami słońca. Chłopak poprawił włosy, zerknął na szlak i zboczył z niego. Nie ufał ludziom, zwierzętom. Trzymał się z dala od zbiegowisk, chociaż jego fachem było pomaganie innym, jedyne co robił to podziwiał wszystko z daleka. Niczym cień czający się w głębinach podejrzanych ulic, błyszcząc zimno swoimi oczyma.
| mężczyzna | człowiek | 24 | 163 cm | Medyk | podróżny |
RUNA XIII

autor grafiki: Ozawa
Notka: Postać można jak najbardziej używać w opowiadaniach, ale przed wcześniejszym poinformowaniem, jeśli można 

 Mistrz gry też jest mile widziany