Kolumna góra

Słuchy z Krainy
Aktualny rok: 1846

Na ulicach słychać szepty o wielkim wyścigu mającym ciągnąć się przez całą Krainę – za wygraną przewidywana jest gigantyczna suma pieniędzy, amnestia wszystkich przestępstw oraz zapewnienie bezpieczeństwa na okres roku. Co ambitniejsi już poszukują wierzchowców na ten morderczy wysiłek.

W Saint Thomas w niewyjaśnionych okolicznościach zniknął kolejny szeryf. Za każdą przydatną informację przewidziana jest nagroda.

Już niedługo w Jackburg: cyrk! Kobieta-guma, linoskoczkowie i najsilniejsi ludzie w całej Krainie. Przyjedzcie zobaczyć to na własne oczy.

Aktualnie poszukiwani są: Otelia Crippen
Dziękujemy za pomoc w schwytaniu Clide'a 'Smiley' Byersa. Aktualnie oczekuje na wyrok sądu.

4.11.2021

Od Dennis cd. Lisiego Kłosa

    Przez cały dzień pogoda była naprawdę piękna, więc gdy tylko chłopcy wykonali wszystkie swoje nieliczne obowiązki, pobiegli gdzieś w pole, mgliście obiecując, że na pewno wrócą na kolację. Dennis co do tego akurat nie miała wątpliwości, bo nigdy nie sprawiali kłopotów akurat pod tym względem, ale musiała przyznać, że też chętnie poszłaby na spacer. Nie miała jednak na to czasu, mając przed oczami wizję tego, jak wiele musi jeszcze zrobić, a jak niewiele pozostało do wieczora.
    Kiedy się pracowało, godziny płynęły jakoś szybciej, a dziewczyna nierzadko zbyt dobitnie się o tym przekonywała.
    Od wschodu słońca biegała po farmie w tę i we w tę, czasami nie wiedząc, w co ręce włożyć, ale nigdy nie narzekała. Nawet w takie dni jak ten, kiedy aż prosiło się o to, żeby usiąść na trawie ze szklanką chłodnej wody w dłoni i po prostu odpocząć, cieszyć się piękną pogodą oraz w ogóle słonecznym dniem.
    Dla siebie znajdowała chwilę dopiero wtedy, gdy wszyscy poszli już spać. Tak miało być również tego dnia.
    Dennis zupełnie oddała się rytmowi i monotonii. Nawet nie zająknęła się, że chciałaby coś zmienić. Tym bardziej, że nie chciała znowu zawieść ojca. Od tamtego feralnego dnia, kiedy zniszczył jej się wóz i zostawiła swoją rodzinę samych sobie na jedną noc, patrzył na nią o wiele bardziej smutno niż zazwyczaj. Widziała w jego oczach rozczarowanie i ogromny żal, których wprost nie potrafiła znieść, więc z miłością przygotowała posiłek dla niego oraz swoich braci. Chłopcy wrócili tego dnia jakoś szczególnie roześmiani i skłonni do żartowania, ale dziewczyna nie przejęła się tym aż nadto. Cieszyła się natomiast, że mieli dobre humory.
    Żałowała, że nie potrafiła powiedzieć tego samego o ojcu, który ostatnimi czasy stał się jeszcze bardziej milczący, choć wydawać by się mogło, że to raczej niemożliwe. Gdy siedziała z nim podczas kolacji, nie odezwał się ani słowem, a kiedy kładł się spać, nie powiedział nawet swojej standardowej formułki. Był nią tak cholernie zawiedziony…
    Dennis miała zamiar krzątać się po domu tylko jeszcze chwilkę, ale usłyszała wesołe śmiechy dobiegające z pokoju chłopców, którzy powinni już od dawna spać.
    Stanąwszy pod drzwiami, zmarszczyła nieco brwi, a potem zapukała, chcąc dostać się do środka. Gdy ją zobaczyli, śmiali się trochę ciszej, ale nadal było im bardzo wesoło.
    — Co jest? Dlaczego nie śpicie? — zapytała, siadając na jednym ze skrzypiących łóżek.
    W odpowiedzi usłyszała tylko falę chłopięcych chichotów.
    — Co wam tak śmieszno, co?
    Zaczęła głaskać po głowie pięcioletniego Jeremiaha, najmłodszego z tej całej gromadki, którego ciemnobrązowe oczęta już się przymykały. Wyglądał na zmęczonego, a śmiechy braci nie pozwalały mu spać.
    — Widzieliśmy obok stawku takiego śmiesznego pana — zachichotał Brice, a Stanley zawtórował mu niemal od razu.
    — Ale jak to “śmiesznego pana”?
    — No, takiego śmiesznego! Miał takie długie, czarne włosy i bardzo duży nos!
    — I był tak dziwnie ubrany!
    — Miał w rękach martwego królika, bleh… — dodał jeszcze Noel skryty gdzieś pod swoim kocem.
    Podobnych komentarzy pojawiło się jeszcze kilka, a Dennis przerzucała spojrzenie z jednego brata na drugiego, próbując te chaotyczne wypowiedzi złożyć jakoś do kupy. Nie było to łatwe, bo chłopcy znowu się ożywili i wyglądali tak, jakby tej nocy spać nie zamierzali. Trwało to dobrą chwilę, zanim najstarszy z nich, Ernest, nie kazał im się uciszyć i nie rzucił mrukliwego wyjaśnienia jakby od niechcenia:
    — To był jakiś Natywny, kręcił się po okolicy całe popołudnie. Zresztą, wieczór też — powiedział, po czym przewrócił się na drugi bok, dając w ten sposób znak, że ta dyskusja już go nie dotyczy.
    — A potrzebował czegoś? Może był zmęczony, chory albo głodny? Zapytaliście go?
    — A gdzie tam!
    Dennis posmutniała nieco, po czym wstała z łóżka, na którym najmłodszy z braci już spokojnie spał.
    — W takim razie zamiast się śmiać, trzeba było zapytać, czy czegoś nie potrzebuje… Idźcie już spać. Dobranoc.
    Zamknęła za sobą drzwi i miała zamiar skierować się na swoje posłanie, ale nie mogła przestać myśleć o rozmowie sprzed chwili. Strasznie uderzyło ją to, że chłopcy byli tak pozbawieni wrażliwości oraz chęci pomocy. Nawet jeśli jej nie potrzebował, mogli przecież zapytać! Nic by ich to nie kosztowało! No właśnie... A co jeśli tej pomocy jednak potrzebował?
    Dwudziestotrzylatka nie mogła wyrzucić z głowy tej jednej myśli, co automatycznie przełożyło się na to, że nie była w stanie znaleźć sobie miejsca – nie potrafiła skupić się na szyciu, sprzątaniu, o śnie i zegarku nawet nie wspominając!
    Dlatego też, kiedy tylko upewniła się, że wszyscy w końcu zasnęli, narzuciła coś na plecy i wyszła. Skierowała się w stronę stawu, gdzie chłopcy podobno spotkali tego “zabawnego pana” z zamiarem po prostu rozeznania się w sytuacji. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby komukolwiek działaby się jakakolwiek krzywda, a ona zignorowała to dla własnej wygody. Chciała tam zajrzeć dla spokoju ducha i z dobrego serca.
    Jej dom i stawek nie dzieliła długa droga, więc Dennis znalazła się na miejscu stosunkowo prędko. Starała się poruszać znajomą trasą, żeby się przypadkiem nie zgubić, chociaż trzeba przyznać, że przez tyle lat zdążyła poznać okolicę na tyle dobrze, że potrzeba było chyba cudu, żeby się pomyliła.
    Już z daleka zobaczyła niewielkie ognisko, które tliło się spokojnie, bardzo miękko. Jakby nigdzie się nie spieszyło i dawało sobie mnóstwo czasu, a dziewczyna mogłaby mu nawet zazdrościć. Tuż obok ogniska siedział mężczyzna, którego twarz ujawniało blade, ciepłe światło ognia. Przyjrzała mu się zdawkowo, już wkrótce potem dochodząc do wniosku, że mężczyzna pasuje do chaotycznego opisu przedstawionego przez chłopców jeszcze chwilę temu.
    Gałązki okolicznych drzew trzaskały pod naciskiem jej starych butów, gdy zbliżała się coraz bardziej.
    — Dobry wieczór — przywitała się, a na jej twarzy pojawił się skromny uśmiech. — Mam na imię Dennis i chciałam tylko zapytać – wszystko u pana dobrze? Dlaczego siedzi tu pan tak sam? Potrzebuje pan czegoś?
    Dennis zalała nieznajomego falą pytań i miała ich jeszcze kilka, ale nie zadała ich, bo mężczyzna na nią spojrzał. Miał takie puste spojrzenie… I musiała minąć chwila, zanim odzyskała fason.
    — Może jest pan, no nie wiem, chory albo coś? Mogłabym w czymś pomóc?
    Ona mówiła, a on milczał. Poczuła się nawet trochę jak intruz, bo pewnie mu w czymś przeszkodziła, cokolwiek akurat robił, może po prostu odpoczywał, ale mimo to przysiadła obok ogniska, gdy wykonał ruch jednoznacznie wskazujący na zaproszenie, które Hoover postanowiła przyjąć bez zbędnych wątpliwości.
    — Co to takiego? — zapytała znowu, kiwając głowę w stronę fajki.
    Ulatywał z niej dym o bardzo charakterystycznym zapachu, który trudno było jakkolwiek zidentyfikować. Był drażniący, ale gdzieś w tym wszystkim znajdowała nutkę przyjemności.
    Wbijała w niego zaciekawione spojrzenie, mając cały czas na uwadze, że powinna wracać do domu, bo przecież musi wstać z samego rana.

3.11.2021

Od Ruby cd. Odette

Odette badała truchło krowy, zaś Ruby przyglądała się dziewczynie z uwagą. Jej nowa pogromczyni wendigo in spe zrobiła o niebo lepsze pierwsze wrażenie, a na dodatek nie wykręciło jej na widok truchła tak, jak wykręciło pierwszego ze śmiałków - ledwie zarośnięte kowbojątko. Nie wystrzeliła też z wielce drogim planem obstawienia rancza pierdylionem nikomu nie potrzebnych amuletów z kurzych piór i sznurka. Zamiast tego fachowo sprawdziła, których części krowie brakuje, jak tam wyglądają ślady na zwierzęciu i wokoło, a gdy wyrok już zapadł, przedstawiła całkiem logiczny plan i argumenty. Faktycznie, do trzech razy sztuka.
— Weźmiemy jeszcze chłopaków. Czymkolwiek ten mały kurwipołeć jest, daleko nie pociągnie — powiedziała Ruby. — Chłopcy znają się na rzeczy, ranczo też dobrze znają. Nie wiemy, ile nocy spokoju nas czeka, a obstawianie wszystkich jak jesteśmy tylko we dwie za szybko nas wykończy. Ustalimy warty, niech spojrzę…
Kobieta w myślach przeliczyła dni pomiędzy poszczególnymi ofiarami, wychodziło że latająca menda pożywiała się mniej więcej co drugi-trzeci dzień.
— Tej nocy posiedzi tam Luke i Bill, zmienią ich Simon i Pedro. — Zawyrokowała. To byli najmłodsi z jej kowboi, ale nadal bardzo dobrzy strzelcy i rozgarnięci ludzie. — My zaczaimy się następnej nocy. Są większe szanse, że się gnój pokaże.


Przyszedł ustalony czas. Ruby i Odette siedziały skulone w krzakach w zachodniej części rancza - tam, gdzie spodziewały się ataku… wendigo albo pojeba ze szponami. Jak zwał, tak zwał, obie kobiety miały już nabite strzelby i czekały tylko na najmniejszy ruch w okolicy. Ruby dodatkowo wzięła z sobą jeszcze lasso - posługiwała się nim naprawdę dobrze i nie zamierzała rozstawać się z tą bronią. Za pasem tkwił jeszcze rewolwer, jeśli siła rażenia strzelby okazałaby się niewystarczająca. Parędziesiąt metrów dalej miała jeszcze garść kowbojów - wszyscy uzbrojeni i w pogotowiu, czekający tylko na to, by w końcu coś zaczęło się dziać.
Ruby miała w pamięci słowa swego ojca - ten oczywiście nie chciał się zgodzić, żeby jego córka wyprawiała się nocną porą na łowy na wendigo. I to jeszcze z nieznajomą kobietą, która ledwie co przybyła na ranczu. Ojciec znał się na ludziach, jednak gdy przychodziło do jego własnej rodziny, robił się nieufny, zamknięty w sobie. Ruby odziedziczyła po nim ten specyficzny dar, który pozwalał jej ledwie spojrzeć na daną osobę by dość dobrze określić jej serce - w przypadku Odette intuicja mówiła jej, że dziewczynie można ufać. Tak, dało się też łatwo domyślić, że te odziane w skórzane rękawiczki dłonie nie raz sięgały po coś, czego prawo zabraniało, jednak Ruby wychodziła z założenia, że nie zamierza być szeryfem.
Poza tym - jej dziewczynki nawet polubiły Odette. Nie spędziły razem dużo czasu, ledwie tyle, żeby się przywitać i zamienić ze dwa słowa, jednak to krotkie spotkanie zdecydowanie wypadło na korzyść kobiety. Skoro i jej dzieci się z nią zgadzały, to Ruby nie potrzebowała więcej zapewnień.
Noc im się dłużyła. W powietrzu wisiało przykre napięcie, a co jakiś czas chowający się za chmurami księżyc tylko irytował. Jego blade światło rozpraszało się wśród traw i śpiących krów, cienie chmur błąkały się po okolicy. Ruby odetchnęła głębiej, maskując ziewnięcie i starając się dostrzec, czy któryś z tych bezkształtnych cieni rzucanych przez chmury nie ma podejrzanego kształtu - jak chociażby wychudzona sylwetka wendigo.

Od Claire cd. Julesa

I tak oto długie miesiące pracy w pocie czoła, nieprzespane noce, odciski na palcach, podrapane dłonie, spodnie podarte o wystającego gwoździa i tony materiałów - płonęły. Bezpowrotnie i nieodwracalnie, samolot zmieniał się w pył i stopiony metal, zaś Claire, jedyne co mogła zrobić, to bezsilnie patrzeć. Nigdzie nie było żadnej studni, by chociaż chlusnąć we wrak wiadrem wody - może i byłoby to bezcelowe, ale Claire mogłaby chociaż powiedzieć żarłocznemu żywiołowi „nie, nie zgadzam się!". Piasku wokół też nie było wystarczająco dużo, by nim próbować cokolwiek zasypywać, zaś sam żar płonącej konstrukcji był tak wielki, że nie dało się podejść chociaż na pół kroku.
I chociaż Claire w tej jednej chwili tak wiele straciła, to jednak wiele też zyskała. Bo samolot jednak wzniósł się w przestworza, jednak przeleciał dobry kawałek. I choć nie wszystko było idealnie, choć nie udało jej się normalnie wylądować, to jednak start był dobry, a i zasięg maszyny - robiący wrażenie. Na dodatek obyło się bez ofiar śmiertelnych, więc nie było tak, że ktoś przyjdzie i zakaże Claire dalszych prac nad jej maszyną. Z resztą - czy gdyby faktycznie ktoś zginął, to czy szeryf by się pofatygował? W tym brutalnym świecie wypadki przecież się zdarzały.
Kobieta ochłonęła w końcu, przytomniejszym i bardziej rzeczowym okiem popatrzyła na mężczyznę, który stał obok niej.
Przyjrzała mu się nieco uważniej, wcześniej tylko przepłynęła wzrokiem po jego twarzy, nie rejestrując niemal niczego. Co wpadło do głowy, to od razu wypadło i Claire patrzyła na niego - w sumie - pierwszy raz.
Nie no, dobrze - pamiętała jego twarz tuż przed wypadkiem - te rozszerzone przerażeniem oczy, wyraz kompletnego szoku na twarzy. Czyli to była niedoszła ofiara pierwszej w historii świata katastrofy lotniczej. I o ile Claire lubiła być tą, która robi coś pierwszy raz na świecie, o tyle katastrof lotniczych z ofiarami nie chciała jednak mieć na swoim koncie.
Umysł Claire szybko połączył wątki. Skoro prawie wylądowała samolotem na tym człowieku, i skoro jakimś cudem po owym „lądowaniu" nie była w trawionym płomieniami kokpicie, mężczyzna widać musiał ją z tego kokpitu wyciągnąć. No innej opcji nie było, nikogo innego w okolicy Claire nie widziała.
Chester przygalopował, sapiąc niczym miech kowalski, z twarzą czerwoną jak dorodny pomidor - czerwieńszą nawet, niż ta jego niedołączna chustka. Kapelusz gdzieś dawno zgubił, jednak mężczyzna zdawał się tym nie przejmować, będąc całkowicie skupionym na tym, jak to się Claire teraz czuje. Zdołał wykrztusić z siebie tylko jedno zdanie, nim stanął w rozkroku i oparł dłonie na udach, dysząc ciężko.
— No nic mi się nie stało, a wszystko to zasługa tego dzielnego człowieka — powiedziała, wskazując na stojącego obok mężczyznę. — Nawet płaszcz postradał, żeby mnie ratować, widzisz, Chester? Są jeszcze dobrzy ludzie na świecie, może czasem się trochę ukrywają.
Claire wsparła dłonie na biodrach i zwróciła się do nieznajomego.
— Jestem Henrietta Ravenswood, ale proszę mówić mi Claire — Ściągnęła rękawiczkę, otarła jeszcze dłoń o portki (nie, żeby to wiele pomogło), a następnie wyciągnęła ją do mężczyzny w geście powitania. — Dziękuję - gdyby nie pan, byłabym już skwarką.
Zerknęła w stronę wciąż płonącego samolotu.
— No, i tyle z mojego podboju niebios — westchnęła ciężko, splunęła w pobliskie krzaki. — Następne podejście w przyszłym miesiącu, do tego czasu powinnam zdążyć zbudować nowy model. O ile dostawy nie nawalą i przywiozą mi wystarczająco dużo blachy.
Znów zwróciła się do mężczyzny.
— Pana chyba też trochę poturbowało to wszystko… No dużo tak teraz nie mogę zaoferować, ale tam dalej mam swój warsztat, to chociaż by pan sobie usiadł — Wskazała gestem stronę, z której tak dzielnie przybiegł Chester. — Mamy coś na ząb, coś na suche gardło i na nadto czyste płuca.

1.11.2021

Od Odette cd. Jules'a

Odette Warren miała wiele talentów.
Całkiem dobra była z niej złodziejka – bo przecież to nie tak, że całe życie podsuwali jej żarcie pod nos, albo w ogóle kogokolwiek obchodziło to, czy jadła. Miała (a może ma nadal, kto wie, lepiej nie sprawdzać) całkiem dobre oko i pewną rękę i byle pajaca z liny zestrzelić potrafi. Potrafi również ukraść konia z taką finezją i taką wprawą, jakiej próżno szukać u innych koniokradów. Zwinna i niewielka, dobrze wykorzystywała swoje atuty w walce, niezaznajomionym z taktyką napierdalania się pod barem wsadza chętnie palec w oko w pierwszym, lepszym i bardzo losowym momencie, a potem znika tak szybko, że nawet lokalny szeryf myśli sobie, że to chyba jakieś zwidy. Ale jeśli o wszelką rzecz około-jedzeniową chodzi… cóż. Tu okazuje się, że Odette, w równym stopniu co Jules, nie powinna nawet zbliżać się do kotła z zupą. O ile jedzący chcieli mieć żołądki wciąż całe, kiszki nieuszkodzone, a dupy… no właśnie, zostawmy lepiej te nieszczęsne dupy w spokoju. I na swoim miejscu.
Spojrzenie szarych oczu cyrkowego pajaca zdecydowanie nie przypadło Odette do gustu, bo za takie mierzenie jej spojrzeniem z góry kwalifikowało się już do tego, by dzióbnąć go paluchem w oko, kopnąć w piszczel, a potem uciekać (uprzednio zabierając cały, cyrkowy dobytek, bo przecież ciul wie, ale może będzie coś wart). Warren zadarła zadziornie głowę w górę, zmrużyła czerwone ślepia. Nie będzie jej tu żaden pajac cyrkowy oceniał, tak mówiła babcia. Znaczy, pewnie by tak mówiła, jakby pamiętała swoją babcię. Znaczy, na pewno by tak powiedziała, gdyby istniała.
― Jules. Jules Smith.
― Odette. Warren. ― wycedziła powoli i bardzo uprzejmie, choć przecież wcale nie było potrzeby, Donar chwilę temu przedstawił ją przecież. Ale czego Donar świadom nie był, to fakt, że w przeciągu tych paru minut koniokradka zdążyła już wypowiedzieć otwartą wojnę na spojrzenia temu cholernemu olbrzymowi (półolbrzyma może jeszcze by zniosła, gdyby błysnął szmaragdowym okiem, ale tego tutaj?). Bo tak jak Ilyusha łgać niekulturalnie lubi, tak i Odette – równie niekulturalnie – lubi szukać zaczepki.
― Nie wygląda wcale groźnie ten twój Woronov, Donar... Spodziewałam się czegoś bardziej... ― koniec, cisza, wzruszenie ramion. Pierwsza rękawica ląduje na ziemi.
― A mnie, Donar... Ta twoja Odette wygląda na taką, co ma bardzo lepkie rączki i wiele na sumieniu...
― Nawzajem, kucharzu ― odpowiedziała, od niechcenia zajrzała do kotła w którym rzeczony kucharz gotował coś atrakcyjnie śmierdzącego.
― Pozostaje mi zatem wierzyć, że danego słowa potrafi dotrzymać, bo zakładam rzecz jasna, że gdyby było inaczej, to wolałbyś oszczędzić sobie fatygi. Tak samo jak zakładam, że uświadomiłeś swoją kandydatkę o możliwych konsekwencjach, gdyby jednak wpadła na coś takiego nierozsądnego. Słusznie zakładam?
― Słusznie… ― Donar westchnął ciężko, powachlował się kapeluszem. I już miał kontynuować, kiedy wcale mu na to nie pozwolono.
― Przestańcie o mnie rozmawiać, jakby mnie tu nie było, do kurwy nędzy ― burknęła kandydatka, czując się w tym wszystkim bardzo zlekceważona. Jules kopał sobie dołek, ewidentnie nie chcąc zacząć tej znajomości w dobry sposób, na zaczepki oczywiste i te mniej także zareagować nie raczył. No i co ona miała ze sobą robić? ― Sam jesteś nierozsądny. I sam słowa nie dotrzymujesz ― zarzuciła mu dziecinnie, nie mając absolutnie zielonego pojęcia o tym czego Julian dotrzymuje, a czego już niekoniecznie.
Ilyushka, a ten twój majstersztyk to na pewno powinien takim stęchłym kapciem jebać? Ja bym tego Ogryzkowi nie dał nawet, a przecież on by wszystko zeżarł!
― I jeszcze przedstawiasz się fałszywym imieniem ― skrzyżowała dłonie na piersi, obejrzała się przez ramię na Donara. Oskarżycielsko, jakby cała jej persona fałszerstwem, kłamstwami i tym podobnymi rzeczami nieskalana była.
― Jak my wszyscy, córeczko. ― uciął Donar, używając protekcjonalnego tonu. Odette uniosła nieznacznie brwi do góry, bo za mniejsze przewinienia rozwalała ludziom nos. Albo no, przynajmniej próbowała rozwalać.
― Nie jestem twoją córką, Donar.
― A tam ― blondyn machnął potężną ręką ― czasem jednak jesteś i nie udawaj, że nie.
― Zupy? Zdaje się, że zaraz powinno być gotowe. ― wtrącił się Ilya, Julian, Jules, czy inny Pankracy, gestem zapraszając w kierunku swojego wielkiego garnka. Donar pokręcił głową przecząco – on już z julianowymi wyrobami miał do czynienia i wiedział, by broń boże, nigdy nie ruszać nic, co spod jego ręki wychodzi. Odette nie miała jeszcze tego doświadczenia na swoim koncie, dlatego też kiwnęła głową, tym samym podpisując na siebie wyrok.
― Atrakcyjnie… śmierdzi… ― podsumowała jeszcze, z powątpieniem zerkając na pływającą na wierzchu główkę cebuli. Biała brew nieznacznie uniosła się do góry – bogowie, który to już raz dzisiaj – i podjechała w górę jeszcze wyżej, kiedy w dłonie kobiety wciśnięta została miska z zupą i łyżka. Niepewnie, bardzo nawet, jakby ważył się w tej chwili los całego świata, zanurzyła łyżkę w zupie i wsunęła ją do ust.
A potem pożałowała, że w ogóle przyjechała.

Od Stanleya do Oriona

Wóz podskoczył na nierówności, zakołysał się, ale dzielnie pruł dalej. Wypełniony tobołkami, wyprawionymi skórami, fragmentami ładniejszych kości, a nawet kilkoma porcjami suszonego mięsa z niedźwiedzia, przysłowionego rarytasu, którego niewielu miało przyjemność spróbować. Oczywiście, przed zjedzeniem potencjalny zajadacz i tak będzie musiał samodzielnie je w pełni przygotować, żeby nie zemrzeć od własnej głupoty, ale to już nie należało do zmartwień trapera. On swoje upolował, przygotował do transportu i zamierzał sprzedać, koniec problemu, co najwyżej mógł polecić przepis na bardzo dobry gulasz. Zatrzymali się wcześniej w Huronfield, żeby odebrać pocztę, ogłosić, że wracają za tydzień, może dwa, bo muszą odebrać większy rachunek i obiecać pozałatwiać po drodze kilka najpotrzebniejszych rzeczy dla znajomych. Niby mogli sprzedać wszystko po drodze, ale doskonale wiedział, że im większe miasto, tym większe ceny, a stali klienci zawsze płacili na czas, okrągłą sumkę i nie bali się chętnie dawkować napiwków za wysoką jakość produktu. Solidnego dostawcę należało w końcu cenić, mawiali, a Stan prężył się przy tym dumnie, jak kot z połechtanym głaskaniem ego. 

Na horyzoncie widniał za to już krajobraz majaczącego się w oddali Blisstown, do którego zaglądali wyłącznie w sprawie ważnych i ważniejszych sprawunków, jak to określał Stanley. Dzieciarnia zrozumiała dokładnie, co miał na myśli, bo ręka mężczyzny już od kilku tygodni świerzbiła na myśl o kolejnej rundce kart, do której żadnego z bliźniąt nie był w stanie do tej pory przekonać. Billy niezbyt radził sobie z zasadami, preferując umysłowe łamigłówki, a Stella miała tak tragiczną pokerową twarz, że ani razu nie udało jej się zblefować na poważnie. Oboje wyskoczyli nieco przodem na koniach, ścigając się w przyjacielskiej zabawie, zostawiając Stana samego ze swoimi myślami na cholernie niewygodnym koźle. 

Obecnie posiadali tylko trzy konie, z czego jeden zawsze musiał ciągnąc wóz. Mieszkając samemu życie z jednym rumakiem nie sprawiało mu kłopotu, gdy mógł swobodnie przenieść wszystkie potrzebne sobie rzeczy w kilku rundkach z podgórskiego miasteczka, ale transport majdanu dla trzech osób stawał się już lekkim wyzwaniem. Trzeba było uzupełnić zapasy prochu, linek, past, kupić nowe buty, bo te trzyletnie zdążyły się już Billy`emu rozwalić, a przy tym zwyczajnie zaciągnąć odpowiednie zapasy ziarna i mąki wzdłuż górskich szlaków. 

Zaczął gwizdać, bo wszystko było lepiej z gwizdaniem, dlatego w nieco lepszym humorze wjechał do Blisstown.