Kolumna góra

Słuchy z Krainy
Aktualny rok: 1846

Na ulicach słychać szepty o wielkim wyścigu mającym ciągnąć się przez całą Krainę – za wygraną przewidywana jest gigantyczna suma pieniędzy, amnestia wszystkich przestępstw oraz zapewnienie bezpieczeństwa na okres roku. Co ambitniejsi już poszukują wierzchowców na ten morderczy wysiłek.

W Saint Thomas w niewyjaśnionych okolicznościach zniknął kolejny szeryf. Za każdą przydatną informację przewidziana jest nagroda.

Już niedługo w Jackburg: cyrk! Kobieta-guma, linoskoczkowie i najsilniejsi ludzie w całej Krainie. Przyjedzcie zobaczyć to na własne oczy.

Aktualnie poszukiwani są: Otelia Crippen
Dziękujemy za pomoc w schwytaniu Clide'a 'Smiley' Byersa. Aktualnie oczekuje na wyrok sądu.

5.10.2021

Od Vasi cd. Annushki

Po mimice Vasi ciężko było określić, czy odpowiedź dziewczyny bardziej go zasmuciła, czy może na swój sposób uspokoiła. Z jednej strony odetchnął z ulgą, bo skoro nie pochodziła z jego stron, to oznaczało, że na pewno nie narobi mu problemów w kontekście armii. Z drugiej jednak, po cichu liczył na jakieś wieści z ojczyzny. Czy konflikt zbrojny się zakończył, a jeśli tak, to kto go wygrał? Miał mętlik w głowie, bo kiedy odniósł ranę i znalazł się w Krainie, tam skąd przybył panowała wojna. Do tej pory nie poznał jej skutków, co napawało go obawami. Gdyby zdecydował się wrócić, jaki los by go tam czekał?

— Rosja — poprawił odruchowo jej wymowę — to kraj z którego pochodzę — wyjaśnił zwięźle. Podrapał się po bliźnie na prawym policzku, zastanawiając się przez chwilę nad odpowiednim doborem słów w języku wspólnym. Niekiedy miewał jeszcze problem ze swobodnym wypowiadaniem się przez barierę językową. Choć posiadał świetną pamięć, to była ona raczej fotograficzna. Ciężko było mu szybciej przyswajać język, kiedy unikał dużych skupisk ludzi. Wszystko sprowadzało do tego, że znał jedynie ograniczoną liczbę słów, co nie ułatwiało mu komunikacji. Po chwili namysłu przypomniał sobie jednak odpowiednie wyrażenie. — Myślałem, że ty też, bo zabluźniłaś po rosyjsku. Nawet twoje imię brzmi jakbyś była moją rodaczką.

Niektóre wyrazy wypowiadał z mocnym akcentem, od razu zdradzającym to, że rozmówca ma do czynienia z obcokrajowcem. Nawykły do syczących i szeleszczących spółgłosek, na dodatek z lekko uszkodzonym aparatem mowy, brzmiał nietypowo, choć pewnie zarazem ciekawie. Wygląd Vasi również mógł przyciągać wzrok, nie tylko ze względu na wysoki wzrost, czy muskulaturę, którą udało mu się jakiś czas temu odzyskać na nowo, ale również — a może przede wszystkim — przez wzgląd na oszpeconą twarz. Tkanka zdążyła się zabliźnić i zblednąć, ale kiedy nie zakrywał policzków, bez wątpienia przykuwały one uwagę. Zauważył, że jego nowa znajoma się im przygląda.

— To od postrzału — rzucił tylko słowem wyjaśnienia. Zarzucił karabin na ramię, a drugą ręką zaczesał przydługie włosy do tyłu, by nie spadały mu do oczu. — Nocą próżno ich szukać. Lepiej spędzić noc w obozie i spróbować za dnia — stwierdził po wysłuchaniu lakonicznego opisu historii Annushki. Przez chwilę przyglądał się jej krzywym, poobdzieranym nogom, ale szybko uniósł wzrok z pewnego rodzaju zmieszaniem skupiając spojrzenie na twarzy nastolatki.

Domyślił się, że pewnie się zgubiła, a jak sądził przy mule znajdował się jej cały dobytek, więc nie miała się gdzie schronić. Głupio byłoby ją zostawić samą sobie na pastwę losu w środku lasu.

— Idziesz ze mną? — spytał po chwili wahania. Choć nie przepadał za bezpośrednimi starciami, to nie obawiał się sierpa, bo ostrze narzędzia wyglądało raczej na tępe. Poza tym, dziewczyna wyglądała raczej na szczupłą, jeśli nie chudą i próba ataku na żołnierza pewnie nie skończyłaby się jej sukcesem. Nie chciał, by jego propozycja została źle zrozumiana. — Jutro można tu wrócić i poszukać po śladach. Może uda się odzyskać twojego muła i dać nauczkę złodziejom — dodał. Jeśli to nie oznaczałoby zmiany trasy, mógł pomóc dziewczynie w potrzebie.

Podsumowanie nr2

  Witajcie po raz kolejny kowboje!

Mamy to, udało się – za blogiem kolejny okres, z ponad pięćdziesięcioma postami. Och wszechlistny borze, łapię się za głowę, bo nigdy by mi do niej nie przyszło, że to miejsce będzie tak śmigać! I tym bardzo krótkim, prawie że lakonicznym wstępem zapraszam do już drugiego podsumowania :)


Do naszego grona w tym miesiącu zawitali:
Ogata Hyakunosake
Vasily 
Dennis Hoover

Zmiany na blogu
Pojawił się nowy szablon! Usunięto jedną z kolumn, niektóre informacje z niej pojawiły się tuż nad postami. Mam nadzieję, że drobne zmiany przypadły wam do gustu (i pagórki – nad pagórkami walczyliśmy najdłużej, Dedzia potwierdzi). 

Napisane notki
Ruby: 732
Margaret: ograniczona aktywność
Odette: 743+741=1484
Horyzont: ograniczona aktywność 
Loretta: 855
Jules: 1292+599+946=2837
Jocelynograniczona aktywność
Ojciec Kruk: 515+663=1178
Henrietta: dopiero co odblokowany wątek
Jane: 826 
Mae: 619
Lisi Kłos: 395 
Ezra: 1530+1202+1071+1754=5557 
Abigail: 492+498=990 
Ogata: 1146+667+541+686+316+794+369+462+418+308+388+432+462=6989
Vasily: 1022+950+868+759+764+774+694+611+591+535+549+468+371+440+487+469=10352
Dennis: 1224+1123+833=3180 

Adam: 441
Annushka: 709+418=1127
Orion: 647+463+533=1643

Każda z postaci ma udzieloną zgodę na uczestnictwo mistrza gry w wątkach. Jak zawsze, proszę o informacje, gdyby jednak zaistniała pomyłka lub zmiana i ktoś prosiłby o niewtrącanie się MG do jego historii. 


Sprawa statystyk i co z nimi 
Kwestia, wydaje mi się, warta poruszenia, w końcu to wy jako członkowie będziecie ze statystyk korzystać. Pytanie bardzo proste – czy warto je w ogóle wprowadzać? Dlaczego, dlaczego nie? Z jednej strony jest to mechanika ciekawa, na pewno warta rozważenia; w końcu może w interesujący sposób rozwinąć eventy, w dodatku naskrobane przez was słowa nie idą wtedy na marne, pozwalają w jakiś sposób rozwijać postać. Z drugiej strony jest to mechanika często leżąca odłogiem, zupełnie zapomniana (lub bardzo ograniczająca postacie), raczej w codziennych wątkach nieużywana, bo nie pokrywa się z prawdziwymi umiejętnościami postaci, co najbardziej mnie osobiście w niej uwiera – a nie chciałabym, żebyście kierowali się cyferkami, podejmując jakąkolwiek decyzję przy prowadzeniu swoich postaci :) 
Chętnie poczytam wasze opinie, czy to w komentarzach pod podsumowaniem, czy to na naszym discordzie. Należy też pamiętać, że na blogu działają już dwie współgrające ze sobą mechaniki (reputacja + mistrz gry). Wydaje mi się, że to właśnie nad nimi warto pracować, a, już bardziej osobiście, wprowadzenie jeszcze jednej, trzeciej, życia, jako jedynemu szeryfowi tego bloga, mi by nie ułatwiło – aczkolwiek jej zalążki już leżą w moich notatkach. Czekam więc na info od was!



See you cowboys in next summary

chabazie

4.10.2021

Od Abigail CD. Julesa

Bierze głęboki wdech, młode płucka napełniając gorącem północnego powietrza. Powietrza, parzącego teraz gładziutkie opuszki palców, parzącego czerwone wargi, rozgrzane już do reszty i parzącego twarze wszystkich obecnych, opalone buziule oblewając słonym potem. Na kobiecą, porcelanową skórę nie padła jednak choćby kropelka, lico rudowłosej piękności z Blisstown utrzymując w stanie nienaruszonym, gdy ostrożnie błądziła wzrokiem bladych tęczówek, tnąc przechodzące obok sylwety, wyłapując obce i nie zawsze tak łagodne, jak i skłonne do współpracy, spojrzenia. Westchnęła cichutko, cień niezadowolenia zagościł w zielonych oczętach. Wszystko to we względnej ciszy i spokoju, gdy popijała z wolna żytnią whisky, oczekując nadejścia nieznajomego wspólnika, jak i głucho zbywając słowa stojącego po jej prawicy jegomościa, wyraźnie już zapitego i ledwo przytomnego. A w znoszeniu tych wszystkich, pustych słów, nie pomagały już nawet skoczne dźwięki pianoli.
Perkins nigdy nie lubił dzielić się swoimi tajemnicami. Ukrywanymi przed światem przedsięwzięciami, interesami, równie brudnymi i szelmowskimi co on sam, co prześmierdłe ulice Blisstown, po których tak pewnie się prowadził, wierząc, że na przeszkodzie nie stanie mu nikt, kogo nie mógłby się pozbyć jednym, celnym strzałem w tył głowy. I o tych nieszczególnie wiedziała ona sama, domyślając się jedynie, że i sprawnie uciekają przed jej wzrokiem, nie pozwalając się znaleźć, wychwycić, choćby dostrzec kątem oka.
Przynajmniej dopóki sam Thomas nie zażądał od niej pomocy, posyłając niczego nieświadomą kobietę na północne ziemie Krainy, by sama przypilnowała dostawy nieznanej, acz tak cennej dla niego, przesyłki. Ufam wyłącznie tobie. W te słowa miała nigdy nie uwierzyć. Mimo to, w cokolwiek została ślepo wrzucona, całe to zamieszanie mogło dać jej kolejny, dobry powód do zwykłej, kierowanej w stronę Perkinsa, nienawiści.
Obecność nowoprzybyłego bucha przy jej boku, jakby kobietę o nadejściu cudzoziemca ostrzegając, bijąc w wątłe mięśnie, które napinają się w chwilę, gotowe do starcia, gotowe do ucieczki. Oliwkowe oczęta spotykają się z szarym okiem, bo jednym, mierzą jego szeroki uśmiech, ładne, równe ząbki, które ukazywał z wyraźną w spojrzeniu filuterią, nieco krzywy, aczkolwiek wciąż smukły nosek i równie krasne włosy, co jej własne. Również go zbyła jednak ciszą, nie wysilając się choćby na drobny, zapraszający uśmieszek, poza granicami Blisstown zarezerwowany tylko i wyłącznie dla niej samej. Przynajmniej dopóki ten nie postanowił się odezwać.
Znajdujący się naprzeciw pijaczyna łupie pięścią w bar, wyraźnie swe niezadowolenie słowami rudogłowego ukazując, lecz spojrzenie barmana, ostrzegające raz ostatni, zrobiło swoje. Starszy waćpan oddala się na drugi koniec pomieszczenia, zabierając z krzesła swoje rzeczy, by zaraz skierować się w stronę wyjścia, krokiem dość powolnym i nie do końca już pewnym, a spomiędzy czerwonych, pełnych ustek ulatuje ciche westchnięcie. Jeden problem z głowy.
— Przepięknej znajomej? — Słodki głosik Abigail rozpływa się w ich najbliższym otoczeniu, przyjemnie muskając uszka jej nowego towarzysza. Pokręciła głową. — Z tego, co mi wiadomo, to jeszcze się nie znamy. A przynajmniej ja nie za bardzo cię, mój drogi, kojarzę. — Okrągłe ślepka lądują na dłoni barmana, obejmującej właśnie szyjkę szklanej butelki, która na powrót wypełnia już pustą jej szklankę. — Ale tak, zrozumiałam aluzję. Abigail. Mów mi, Abigail.
Przeszywające spojrzenie zielonych tęczówek raz jeszcze ląduje na sylwecie rudowłosego mężczyzny.

2.10.2021

Od Ezry cd. Dennis

Dennis Hoover.
Powtórzył jej imię bezgłośnie, w zaciszu własnego umysłu, od którego ścianek odbijało się, żeby nieustannie powracać na myśl. Oczyma wyobraźni dokładnie nakreślił jej imię paskudnymi literami swojego niedbałego pisma i pełnym od drzazg kołkiem przytwierdził do pustej, poharatanej tablicy, tuż obok nazwiska Runty’ego i Shadle’a, z tą różnicą, iż należące do nich karteczki były już pogniecione i zdążyły pożółknąć, naznaczone piętnem mijających lat, a ta Dennis zdawała się nienaruszona. Powypalane weń otwory przypominały spalane cygara, a niezliczone dziury po wbijanym i wyciąganym szpicu — niepewność Walrotha względem nich, ponieważ pojawiały się, ilekroć zdejmował owe karteczki z tablicy i na powrót je przytwierdzał. Nie nosiła konkretniejszej nazwy, nijak na nią nie wołał, a mimo to funkcjonował z pełną świadomością jej istnienia, jak i tego, jak skromna była — mógł w końcu wymienić nazwisko każdego, z kim nieprzyjemność miał gawędzić dłużej niż piętnaście minut w ciągu ostatniego miesiąca. Dopisanie imienia Dennis do tej przykrótkiej listy nie należało do najrozsądniejszych rzeczy, niemniej jednak Ezra, wydawało się, zrobił to z ukrywaną satysfakcją.
Dennis Hoover.
Nie poznał nigdy żadnej Dennis, to i wiedział, że młoda Hoover wyznaczy imieniu nową definicję. Czy tego chciał, czy nie chciał, w każdej kolejnej Dennis będzie doglądał gestów charakterystycznych dla Dennis Hoover, kosmyki wystające z warkocza, zepsuty wóz, krzepkość. Abraham zapamiętywał ludzi i rzeczy pozornie pozbawione znaczenia. Był sentymentalny i przyłapywał się na tym, gdy zwracał się do pozbawionego konkretniejszego znaczenia Ulyssessa nazwiskiem Ulyssessa z dzieciństwa. Ot, drobne pomyłki.
Odchrząknął, wystawiając prawą rękę.
— Ezra Walroth — wymamrotał i uścisnął delikatnie drobną dłoń Dennis Hoover.
Choć przytłaczała go z całą swoją dynamicznością i ekspresją, uśmiechnął się półgębkiem. Dennis Hoover fakt, iż się nie przedstawiła, potraktowała kuriozalnie jak dla Abrahama poważnie, jak gdyby istniał cień szansy, że dbała o dobre wrażenie wywarte na posiniaczonym, siwiejącym sprzedawcy cygar w skórzanej kamizelce i przetartej koszuli z materiału grubszego, niż poniektórzy burmistrzowie okolicznych miejscowości. Spuścił prędko głowę, coby ukryć powód do zażenowania, i zamknął za sobą drzwi sklepu, blokując je dokładnie. Bał się, co trzeba oddać, że klienci wybiją w nich dziurę, szargani przez nałóg, ale był gotów na pokrycie ewentualnych kosztów, byle sprowadzić do Blisstown cholerne pudełka piętrzące się w spruchniałej stodole na wschód od stacji. Wschodniej stacji. Ezra nie znosił wschodów. Ani słońca, ani geograficznych.
Ezra Walroth, jakby nie patrzeć, nie znosił niczego.
W szczególności kulawego Pokurcza, dłubiącego w ziemi, zaaferowanego wystającą ponad nią kępą trawy. Pokurcz, w istocie, do najsprytniejszych nie należał, ale, jak to wołali, jaki pan, taki kram. Abraham przeważał na nim o tyle, że nikt nie wpadł na pomysł nadania mu imienia tak żałosnego, że śmiałyby się z niego inne dzieci. Walrothowi nie udało się zidentyfikować, czy szkapa Dennis zdążyła wykpić jego konia.
Gdy wreszcie udało im się zostawić za sobą najtłoczniejsze ulice, tętent kopyt uderzających o twardy bruk ustał i odtąd poruszali się w rytm uderzeń końskich nóg o ubitą ziemię poza miastowych duktów. Dennis Hoover zdążyła opowiedzieć już o swojej farmie i swoich plantacjach, pokrótce o koniu i o czymś, co wpadło Ezrze jednym uchem, a drugim wyleciało, ponieważ Pokurcz zdawał się nader zainteresowany szelestem rozlegającym się w oddali, w zaroślach porastających połacie poletek nieopodal lasu. Pomimo drobnych komplikacji, zaaferowanego znerwicowanym koniem Abraham z nienaturalną dla siebie przyjemnością słuchał o wszystkim, co miała do powiedzenia młoda Hoover. Nie czyniło go to nijak szczęśliwszym, nie zadawał niepotrzebnych pytań ani nie drążył, kiedy zdawało się, że właśnie tego jego rozmówczyni oczekiwała — przysłuchiwał się temu, o czym, według Dennis, powinien był usłyszeć. Przyłapał się na przelotnej myśli, czy zapas powietrza w jej płucach i słów w głowie jest jakkolwiek wyczerpywalny.
Zapomniał wół, jak cielęciem był, wypomniał sobie raz, i odtąd nie odezwał się już więcej.
Przynajmniej takie było założenie.
— A pan? — zakończyła swoją opowiastkę koślawym, acz nader urokliwym uśmiechem młodej dziewczyny. Walroth, niekoniecznie ze swojej winy, często łapał się na wiązaniu jej wigoru z młodzieńczością.
Chociaż nieustannie przyglądał się okolicy, nie musiała czekać na odpowiedź zbyt długo.
— Nie wiem — rzucił. — Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, które jabłka lubię najbardziej. — Na tym chciał zakończyć i, faktycznie, milczał przez kilka następnych uderzeń serca. Nie wiedział więc, co pokusiło go, żeby na powrót otwierać usta. — Ta twoja farma. To daleko od Jackburga?
— Nie wiem, ile dokładnie, nigdy nawet mnie to nie ciekawiło, mówiąc szczerze, ale jedzie się dobrą chwilę. — Zawahała się przez moment. — Chociaż tak naprawdę nie wiem nawet, ile czasu mi to zajmuje. W każdym razie Jackburg jest zdecydowanie najbliżej, chociaż też niezbyt blisko. To taka niekonkretna odpowiedź, ale to zawsze tak naturalnie mi przychodziło. Nie jestem w stanie powiedzieć, proszę mi wybaczyć. Jakieś kilkadziesiąt kilometrów w każdym razie. Dalej niż w obie strony, kiedy teraz jedziemy.
Walroth pokiwał ze zrozumieniem głową. W Jackburgu miał przyjaciela, być może dwóch, jeśli liczyć, że obaj wciąż żyją. Z drugim zapoznał się poprzez pierwszego, a gdy Ezra opuścił tamte okolice, zdawało się, że o sobie pozapominali. Być może to i lepiej, bacząc na to, że u jednego mógł narobić sobie długów przez swoje młodzieńcze skłonności do hazardu, ale nawet wyblakła sympatia dawała się we znaki, gdy w grę wchodziły przyjemne wspomnienia nieprzespanych letnich nocy.
Przez ułamek chwili odważył się wziąć pod uwagę wyjechanie z Blisstown na parę dni, ale prędko rozgonił mącące mu w głowie myśli — nie miał pracownika, a mimo pokaźnego przychodu, nie mógł pozwolić sobie na najdrobniejszy zastój.
— Naprawdę cieszę się, że mogłam pomóc, bo wydawało mi się, że...
— Hej, Walroth! — Męskie zawołanie rozległo się z oddali wraz z momentem, w którym Pokurcz pokręcił nerwowo łbem. Galopujący, kasztanowy koń prędko dorównał im tempa, a siedzący nań mężczyzna z bujną brodą i gładko przystrzyżonym wąsem skinął na Ezrę kapeluszem. Abraham wyciągnął więc rękę do Dennis, gestem polecając, aby, na jego podobieństwo, przystanęła i zamilknęła. — Tym razem nie było ci śpieszno, co, bracie? Odkąd ten twój skurwiel od dostaw przypalił mi spodnie, zdążyło minąć paręnaście dobrych dni, a sam wiesz, jak tamten dziad nie lubi, gdy się ociągasz i stodołę mu zajmujesz.
Postawny kowboj poprawił poły swojej skórzanej kamizelki, podobnej do tej Abrahamowej, i zarechotał, jak to starsi mężczyźni mieli w zwyczaju, z chrypą w sponiewieranym głosie. Ezra zmierzył go posępnym spojrzeniem spod ściągniętych brwi, wypuszczając powietrze z płuc.
— A ja nieszczególnie lubię, gdy się wtrącacie — odpowiedział. — Pratchett nie jest głupi. Z całą pewnością nie tak, jak poniektórzy z was. — Odruchowo zerknął ku stacji, gdzie dwóch umundurowanych dotykało się palcami wskazującymi i odskakiwało.
Drugi mężczyzna uniósł kąciki ust, uśmiechając się wesoło.
— Pierwsze dni zawsze są najśmieszniejsze. Potem człowiek zdaje sobie sprawę z tego, że resztę życia spędzi na tym samym, dzień w dzień modląc się do Jedynego, żeby zabił we śnie, byle bezboleśnie. No, to co? — Poruszył się gwałtownie, z werwą. — Mówiłem ci jak tam u mojej Mary? Jej siostra powiła ostatnio kolejnego dzieciaka. Wiesz, jak go nazwali? Geralt! Co za durne imię, na Jedynego, nazwali go Geralt, więc teraz biedak będzie musiał męczyć się całe życie. — Zerknął ku wschodowi.
— Słuchaj, musimy jechać da-...
— Walroth, Walroth, mój druhu, co ci się tak spieszy? Za to, ile cię nie widziałem, winien mi jesteś parę bukłaków, co? Nawet nie zaprzeczaj, widzę, żeś sam zawstydzony. — Wtem rozległ się gwizd, ogłaszając odjazd pociągu. — No, nie będę cię zatrzymywał, Walroth, trzymaj się na szlaku i pamiętaj, żeby nie jebać kóz, choćbyś był sam na środku prerii.
Abraham rozluźnił mięśnie całej twarzy, gdy mężczyzna oddalał się ku stacji.
— Pieprzy od rzeczy — powiedział jeszcze do Dennis, zanim zmusił Pokurcza do kłusu. — Jak wszyscy ludzie stąd.
Panna Hoover rzuciła coś w odpowiedzi, ale Ezra nie skupiał się nad tym zanadto, zdeterminowany, by jak najprędzej wrócić do miasta. Najlepiej z wozem pełnym cygar.
Nie wszystko poszło jednak po jego myśli. Siarczyste przekleństwo wydarło się spomiędzy jego ust, gdy już z oddali dostrzegł otworzone na oścież drzwi stodoły i ludzi z niej wychodzących. Zacisnął palce na uździe Pokurcza i wystrzelił do przodu, jeszcze zanim Dennis zdążyła przyspieszyć swojego konia. — Co się dzieje? — Założył ręce na piersi, podchodząc do hordy umundurowanych młodzieńców z czapkami wciśniętymi mocno na głowy. Jeden był młodszy od drugiego, a Ezrze wydawało się, że, jakby tego było mało, wychodzili zewsząd, i im dłużej przyglądał się okolicy, tym liczniejsza była ich horda. — Zapytałem, co się, do cholery, dzieje?
Chłopak o rudawych włosach niemal podskoczył na widok rozsierdzonego Abrahama i złapał się mocniej za kurtkę.
— Doniesiono nam, że zna-znajduje się tu nielegalny skład ty-tytoniu. Przyszliśmy sprawdzić. Czy je-jest pan właścicielem?
— Nie, do kurwy nędzy, tylko przejeżdżałem i zapytałem z troski. — Wyrzucił ramiona w powietrze. — Gdzie jest Pratchett?
— Pra-Prachett?
— Wła-właściciel, du-durnoto. Stary, siwy, trochę ponad pięć stóp wzrostu, śmierdzi jak stary ser. — Rudzielec zgarbił się i nieustannie odwracał wzrok w stronę stodoły, nawiązując kontakt wzrokowy z kręcącymi się mężczyznami. — Dobra, pocałuj mnie w dupę.
Okrążył spanikowanego chłopaka, który usilnie starał się powstrzymać Walrotha przed wejściem do środka. Nie odpuszczał nawet wówczas, kiedy Abraham podchodził do pakujących jego zapasy.
Przecież się umawiali. Ezra nie mógł zrozumieć, skąd wziął się nagły nalot. Oficer obiecywał. Czego oczy nie widzą, tego ręka nie dosięgnie.
A później, w jednej chwili, wszyscy się rozpierzchnęli i odjechali, zdawałoby się, w popłochu. Ezra stał w opustoszałej, zdemolowanej stodole zupełnie sam i nawet stukot butów o drewno nie zdołał wyrwać go z transu. Usilnie starał się doprowadzić do porządku chaotyczne przemyślenia i doprowadzić umysł do stanu względnie trzeźwego i rozsądnego.
— Gdzie są…
— Nie mów — przerwał Dennis, ledwo otworzyła usta. — Wsiadaj na konia i jedź za mną.
Pojechała więc, a drogę spędziła na próbach dowiedzenia się, co zadziało się przed momentem. Ezra nie chciał rozmawiać. Marszczył oczy i ściskał uzdę, aż zbielały mu palce. Wiedział, co stanie się za moment i chociaż wiedział też, że osoba, do której zmierzali, także miała tego pełną świadomość, nie dawało mu to ani krzty satysfakcji. Żałował Hoover, która została niejako przymuszona do obserwowania tej sytuacji, ale wówczas odsunął to na dalszy plan.
Odnaleźli go na peronie. Przyciśnięty do ściany nie mówił jednak za wiele. Brązowe oczy wpatrywały się w Abrahama z przerażeniem weń wypisanym.
— Powiedz mi, gdzie jest Pratchett — syknął Walroth, zaciskając w dłoniach poły felernej kamizelki.
— R-romantycznie, nie? — zdążył wysapać mężczyzna, zanim Ezra, w przypływie furii, uderzył go pięścią prosto w nos. Drugi ryknął więc z bólu i złapał Abrahama za koszulę. — Jesteś niepoważny. Przysięgam, na Jedynego, jesteś nienormalny. — Odchylił głowę w obawie przed następnym ciosem. Grymas na jego parszywej twarzy tylko potęgował zdenerwowanie Abrahama. — Jackburg. Pojechał pociągiem do Jackburga.
Uścisk zelżał, a mężczyzna osunął się na ziemię, ciężko dysząc. Walroth nie marnował na niego już ani spojrzenia, w zamian odwrócił się, wzrokiem odszukując Dennis. Została z końmi, przypomniał sobie.
Pokurcz skubał trawę, a sama Hoover gładziła swoją szkapę. Abraham pośpiesznie wytarł zakrwawioną pięść o ciemne spodnie.
— Z rana wyjeżdżamy do Jackburga.

1.10.2021

Od Julesa CD. Claire

Było bardzo gorąco.
Promienie słoneczne rzucały palące światło na twarz podróżującego po obrzeżach Armadillo Springs mężczyzny – tak uporczywie i nachalnie wręcz, że w pełnej swojej okazałości rozgrzewały jego blade poliki do czerwoności i oślepiały go na tyle skutecznie, że zmuszony był co jakiś czas przykładać dłoń do czoła; czy to w ramach odgarnięcia przyklejonych do niego rudych kosmyków włosów, czy żeby rzucić szarej tęczówce nieco cienia, coby ta znów naiwnie próbowała doszukać się końca drogi. Drogi – przysiągłby się na Jedynego – przeklętej, której śladem podążał już kilka dobrych godzin, a która mimo to wciąż uparcie nie chciała się skończyć, zupełnie jakby wcale rzeczonego końca nie miała. 
Do Armadillo Springs? Prosta sprawa, panie akrobato..., odpowiedzieli w gospodzie, kiedy o drogę zapytał. Jeno tą ścieżunią z kilometr przed siebie, prosto, bez żadnych zawirowań jakichś czy innych komplikacji. No, może trochę ponad kilometr, ale co to za różnica kilkaset metrów w tą czy w tamtą, święcie zapewniali. I on im głupi uwierzył, posłuchał się zaleceń i ruszył pieszo. Bo co mu tam niby szkodziło? Przecież było jeszcze wcześnie rano, spacer nie powinien zaszkodzić. No i na co mu to, psiakość, wyszło; wierzyć jakimś dwóm przygłupom, którzy ledwo prawego buta od lewego? Było już jakoś po południu, a jemu kończyła się woda w bukłaku i fajki w papierośnicy. Nie był pewien, które było gorsze od drugiego.
Wolna dłoń – ta, która nie wlokła za sobą czarnego, długiego płaszcza (na cholerę on go ze sobą wziął?) odpięła kilka guzików białej koszuli, po czym znów kontrolnie powędrowała do czoła. Tylko po to, żeby szarej tęczówce w bardzo niewyraźnym zarysie ukazał się jakiś pagórek, skarpa czy inne wzniesienie. Tyle tylko zdołał dostrzec i tyle starczyło mu, żeby zakląć brzydko pod nosem. Albo w Krainie posługiwali się ludzie jakimiś innymi jednostkami odległości niż u niego w ojczyźnie albo właśnie zgubił się na prostej ścieżuni. Albo – co też było wielce prawdopodobne – ktoś postanowił go paskudnie zrobić w bambuko. Na samą myśl o takiej możliwości pokręcił głową w niedowierzaniu, po czym pełen nadziei, że może jednak uda mu się nie umrzeć tego dnia z odwodnienia albo braku tytoniu (prędzej) ewentualnie, przyśpieszył kroku.
Im dalej jego zmęczone podróżą stopy kroczyły, tym dziwniejsze widoki się mu ukazywały. Zauważył coś, czego pierwotnie na wzniesieniu dojrzeć nie zdołał. Z początku jakby zamazany, czarny przedmiot o bliżej nieokreślonym kształcie z każdą chwilą stawał się coraz wyraźniejszy, wydawał coraz głośniejszy hałas. Coś warczało, coś gruchotało, coś nieprzyjemnie metalicznym dźwiękiem obijało się o uszy Ilyushki, który – nie dowierzając – zatrzymał się w końcu i przykleił nieszczęsną dłoń do nieszczęsnego czoła na dłużej, w zdziwieniu zadzierając podbródek do góry.
— Niemożliwe... — stwierdził cichutko, doszedłszy w końcu do wniosku, że to coś – ten ptak wielki mechaniczny – z rozłożonymi skrzydłami, niczym on sam ramiona rozkładał podczas spaceru na linie, frunął po niebie prosto w jego kierunku. Wiele w życiu widział, ale z czymś takim nie spotkał się jeszcze przenigdy. Czyżby możliwe było, że dostał już od tego słońca zwidów jakichś?
Chwila, stop, moment. To coś, to wielkie coś. Frunęło prosto w jego kierunku. I tak się zdawało, że – o ile go jedno, sprawne oko nie myliło – w locie zaczęło tracić swoje elementy.   
— O kurwa. — mruknął lekko spanikowany już Jules, pierwszy element kadłuba z hukiem wylądował na ziemi – na tej samej ścieżuni, która miała go rzekomo do Armadillo Springs zaprowadzić. A później wcale nie było lepiej; wszystko już do reszty zaczęło się rozsypywać, znosząc do upadku całą, jakże fascynującą konstrukcję.
— Uwagaaaa! — na kilka sekund przed katastrofą, otwartą przestrzeń wypełnił kobiecy krzyk, którego właścicielki Woronov nie zdążył jednak wewnątrz latającej maszyny dopatrzeć. Bo uważał – żeby nie zginąć, ma się rozumieć. I ledwo co mu się udało. Ba, gdyby nie jego sprawność i refleks do perfekcji przez lata wyćwiczone, to mogłoby się nawet nie udać. Odskoczył zwinnie, raz pierwszy i drugi, ukrył się za nieopodal znajdującym się krzaczorem, tuż nad uchem usłyszał świst przelatującego obok głowy odłamka; kolejnym unikiem do tyłu szczęśliwie uniknął konfrontacji. Drugi, ostry odłamek – ten, którego zauważyć nie zdążył – drasnął go nieprzyjaźnie o ramię. Jules w bezwarunkowym odruchu przyłożył dłoń do podartego materiału koszuli i napotkawszy się na przeciętą skórę, syknął z bólu.
Wychylił rudą czuprynę zza krzaka,  rozejrzał się kontrolnie dookoła i oceniwszy sytuację, wstał niemalże natychmiast, po czym pobiegł w kierunku rozbitej maszyny. Płonącej maszyny. Może był poharatany, może krew zdążyła już intensywnie wsiąknąć w materiał jego koszuli i skóra piekła niemiłosiernie, ale przynajmniej bezpieczny. W odróżnieniu wraz z samolotem się rozbiła i wewnątrz niego pozostała. Musiał jej pomóc.
Nie było czasu. Wspiął się po niestabilnych schodkach, zajrzał do środka. Młoda dziewczyna w goglach siedziała w skórzanym fotelu; bezwiednie, nieprzytomnie. W pośpiechu rozpiął opinające ją pasy, kobiece ciało objął ramionami i uniósł na wysokość swojej klatki piersiowej. Coś ponownie gruchnęło, coś ugięło się pod jego stopami grożąc kolejnym zawaleniem, ale zanim do tego doszło, zdążył w miarę bezpiecznie zejść na stabilny grunt. Oddalił się na bezpieczną odległość, co kilka sekund jakby w obawie przed kolejnymi niebezpieczeństwami zerkając w stronę pochłoniętej płomieniami maszyny. Dopiero wtedy, kiedy nie groziło im już żadne niebezpieczeństwo czy inne spadające, ostre odłamki, ostrożnie położył wciąż nieprzytomne, kobiece ciało na twardej ziemi. Warunki zdecydowanie nie były sprzyjające. Pochylił się nad ciemnowłosą, pozwolił sobie zdjąć czarne, masywne gogle z jej głowy, przyjrzał się uważnie opalonej twarzyczce.
— Panienko, żyjecie jeszcze? — zapytał, pstrykając kilkakrotnie palcami tuż nad jej twarzą, jakby w jakiejś naiwnej nadziei, że miałoby to jakkolwiek pomóc w jej ocknięciu. Nie pomogło, rzecz jasna. Westchnął cicho, nieco głośniej przeklął pod nosem. Wzrokiem poszukującym zbawienia z niebios spojrzał na wprost przed siebie. I wtedy szara tęczówka dojrzała kilka niewyraźnych, męskich sylwetek, pośpiesznie podążających w ich kierunku. Krzyczeli coś niewyraźnie, nie do końca był pewien co. — Pomocy! — odkrzyknął, ba!, wydarł się, machając w ich kierunku rękoma — Straciła przytomność!